Showing posts with label grupa wydawnicza foksal. Show all posts
Showing posts with label grupa wydawnicza foksal. Show all posts

Sunday, 24 October 2021

Przez dzikie pastwiska: „Nawia. Szamanki, szeptuchy, demony”.

Nie wiem, co dokładnie ma w sobie październik, ale jest on prawdopodobnie najbardziej ezoterycznym miesiącem roku. Być może dlatego starożytni Celtowie zadecydowali, że będzie on stanowił granicę pomiędzy jasną a ciemną częścią roku (Samhain, obecnie zastąpione przez Halloween), a Słowianie celebrowali w nim łączność z duchami przodków poprzez rytuały pominek czy radecznicy, znane najczęściej pod nazwą dziadów. By może nieprzypadkowym był też wybór października – późnego października, gdy granica między widzialnym a przeczuwalnym jest najcieńsza – jako daty premiery nowej antologii Wydawnictwa Uroboros: zbioru opowiadań czerpiących z wierzeń i tradycji dawnych Słowian. Nawia. Szamanki, szeptuchy, demony to osiem odsłoń świata, w którym starzy bogowie są nadal obecni, a mądrość kobiet biegłych w sztuce uzdrawiania i patrzenia w przyszłość stanowi instancję, do której zwracają się ludzie pozbawieni wiary w działanie środków konwencjonalnych.

nawia szamanki szeptuchy demony
Do takiej książki - tylko zakładka z Fabryki Porcelany Bogucice!

Opowiadania zawarte w Nawii to okazja zarówno do powrotu do światów i bohaterów znanych z wcześniejszych książek Autorek i Autorów (Miszczuk, Krajewska, Raduchowska, Mortka), jak i do zapoznania się z nowymi (Rolska, Dębski, Szumacher, Podlewski). Mamy przy tym do czynienia zarówno z fabułami osadzonymi w czasach pra-Słowian, jak i z historiami dziejącymi się współcześnie, lub wręcz poza rozpoznawalnym czasem. Najczęściej fabuły te „napędzane” są przez silne postacie kobiece – uzdrowicielki, opiekunki, szeptuchy i szamanki, przywracające światu równowagę, a ludziom: nadzieję – choć nie brakuje też protagonistów płci męskiej, czasami bardzo nieoczywistych. Dla mnie osobiście na pierwszy plan wysuwa się tutaj bohater Dziewanny i Księżyca Anny Szumacher, prawdopodobnie mojego ulubionego opowiadania z całej antologii: przyjęłam od niego pewne wyrażenie z kurhanem, co wpłynęło bardzo pozytywnie na ugruntowanie mnie do kulturalnego użytkowania języka ojczystego. Khem, khem.

"Nawia" na łonie natury

Generalnie zauważam, że lepiej czytało mi się te spośród zamieszczonych w Nawii opowiadań, których akcja rozgrywa się współcześnie, w ten czy inny sposób sprowadzając dawnych bogów z powrotem do naszego świata. Oprócz wspomnianej już historii autorstwa Anny Szumacher, polecam tutaj Konsultantkę Marcina Podlewskiego (wychodzącą daleko poza panteon słowiański, i to jakże smakowicie!), Martwą wodę* Martyny Raduchowskiej (chyba muszę się wybrać na wycieczkę turystyczno-krajoznawczą…) i sprytnie zatytułowaną Szpetuchę Jagny Rolskiej (z odrobiną niedosytu, albowiem chętnie zagłębiłabym się w ten akurat świat nieco bardziej).

Nie oznacza to bynajmniej, że oceniam całą antologię jako jedynie połowiczny sukces (trudno byłoby to uczynić, choć z „tradycyjnie słowiańskich” opowiadań zapamiętam głównie propozycję Marty Krajewskiej): zauważam raczej u siebie tendencję do lepszego przyjmowania tych fabuł, w których dawne wierzenia wplatają się w materię współczesnego świata i nasycają go prasłowiańską magią.

Czy mam ochotę porwać tę książkę, i zamieszkać w lesie? BYĆ MOŻE.

Rodzima mitologia przeżywa obecnie swoisty renesans (widać to chociażby to liczbie nowych wydawnictw poruszających tę tematykę), a Nawia świetnie wpisuje się w ten trend. Jeśli chcielibyście poznać bliżej wiarę i obyczaje dawnych Słowian (na przykład po to, żeby zamiast dyni wystawić w tym roku przed dom kraboszkę), lub jeśli już nieźle się w nich orientujecie, i jesteście fanami Autorek/ów zamieszczonych w antologii opowiadań – zapraszam do księgarń! Premiera za pasem, w sam raz by zdążyć na dziady.

 

Antologia: Nawia. Szamanki, szeptuchy, demony
Wydawnictwo Uroboros
Premiera: 27 października 2021.


* Tak, wiem, że to opowiadanie ma inny tytuł. Przysięgam również, że zapamiętałam go inaczej: a Autorka potwierdza, że... wersja, którą tu widzicie, to tytuł ROBOCZY. Weles palce w tym maczał, nie ma innej możliwości...

Dziękuję Wydawnictwu za egzemplarz recenzencki. Darz bór!

Saturday, 16 October 2021

Marta Kisiel: „Małe Licho i babskie sprawki”, albo - Yeszenna błogoszcz fe fnentszu.

 W ramach „rozbiegu” przed czwartym tomem przygód Bożka, Licha, oraz całej gromady postaci mniej lub bardziej ludzkich (ha!), szybciutko przypomniałam sobie tom poprzedni – „Małe Licho i lato z diabłem” – i był to, proszęż Państwa, znakomity pomysł, albowiem mogłam nawłasnoocznie zaobserwować, jak zmienił się styl Ałtorki pomiędzy latem, które Bożek spędził w cioci Ody jako świeżo upieczony absolwent klasy trzeciej, a jesienią, w którą wkracza Bożek-czwartoklasista, bogatszy o nowego przyjaciela (którego nadal czasami nie lubi, i to z wzajemnością!), ale nie całkiem gotowy na ZMIANY, które przyniesie całej jego klasie przeprowadzka na trzecie piętro szkoły, dostarczona w pakiecie z mocno niepokojącym wychowawcą.

Skomplikowana sprawa z tym panem, naprawdę. Nie dość, że uczy matematyki, do której Bożek ma stosunek raczej (trudne słowo) ambiwalentny, to jeszcze wcale udatnie psuje stosunki koleżeńskie w klasie, chyba jest wampirem, i… zamyka tatę-Szczęsnego w szufladzie, narażając go na koncert współczesnych pieśni ludowych!!


Chociaż, tak po prawdzie, temu tacie to się należało: gdy tylko bowiem zwęszył Szczęsny woń potencjalnego romansu (za sprawą nowej koleżanki Bożka, prawie-na-pewno-zwyczajnej Zmyłki), cała jego uwaga skupia się na synu: toć przecie glut z jego gluta! Trzeba na gwałt pomóc chłopięciu, niechybnie cierpiącym męki i katusze pierwszego afektu ku zwiewnej, romantycznej i w kwiecie spowitej niewieście! – Przy czym, sformułowanie „na gwałt” jest jak najbardziej trafne, albowiem Szczęsny nie cofa się przed niczym – ni to przed podsłuchiwaniem, ni inwigilacją, ni używaniem w swobodnej rozmowie słowa JOŁ. No, aż się prosi, żeby go tu i ówdzie zamknąć, a po wypuszczeniu z zamknięcia: przemówić ostro do słuchu!...

Nie wszystko, oczywiście, zmienia się na gorsze; przeciwnie – w domu Bożka zostaje zainstalowana regularna Szuflandia (z przewidywalnymi, acz dalekimi od sztampy mieszkańcami), przyjaciele starzy i nowi wrastają w strukturę rodziny z najdziwniejszą babcią, jaką widzieli, zaś anioły wszelkich rozmiarów odnajdują w sobie pokłady kreatywności i łagodności (tak, nawet Tsadkiel!), o które zapewne wcześniej byśmy ich nie podejrzewali. Nie byłaby zresztą Ałtorka sobą, gdyby nie pozwoliła czytelnikom, po śledzeniu ekscytujących przygód Bożka i jego ferajny, wrócić do domu – bąbelka komfortu – i napić się kakałka. I to jest w serii o Małym Lichu piękne: świadomość, że pomimo jesiennej szarugi i okrutnego wichru, dom się ostoi; że można z niego wyjść w dowolnych emocjach, i wrócić – i zostać przywitanym z radością, nieważne, czy jest się Bożkiem, Tomkiem, Witkiem, czy Zmyłką.

Nie zmienia się również P.T. Ilustratorka, wielce utalentowana Paulina Wyrt - uszanowanie Pani!

Zmyłek jest zresztą w tej opowieści więcej – wynikających z braków w edukacji i znajomości świata współczesnego tudzież demonicznego, lecz ostatecznie: prowadzących bohaterów do Po/Ważnych Konkluzji, których nie przyćmiewa natrętny smrodcus didacticus. I tak ma być: czasami ktoś na kogoś nakrzyczy, i potem żałuje, albo nie; czasami ktoś kompletnie przestrzeli z oczekiwaniami, albo oceni kogoś po pozorach: ale dzięki temu dowie się czegoś nowego o drugim człowieku (lub nie-człowieku), i będzie mądrzejszy. I przeprosi, albo stanie w zdumieniu, albo – pójdzie, i po prostu tego drugiego przytuli. Jednym słowem: się dzięki temu wszystkiemu dorośnie.

Bożek będzie przecież wciąż dorastał, tak, jak dorastają jego czytelnicy, i z każdym kolejnym tomem (piąty się pisze, trzymajmy kciuki za Ałtorkę, niech Jej wena płodną będzie!) uczył się czegoś nowego, bardziej skomplikowanego, ale WAŻNEGO i POTRZEBNEGO. A my, mniejsi i więksi – razem z nim.

Amen, alleluja, apsik!

Czy używałam do zaznaczania ważnych fragmentów karteczek w kształcie śpiącego Totoro? BYĆ MOŻE.

PS. A z dziewczynami to proszę nie zadzierać, i nie pakować ich wszystkich do jednego worka, bo będą gubione okruszki, ot, co!...

 

 

 

Marta Kisiel: „Małe Licho i babskie sprawki”
Wydawnictwo Wilga
premiera: 27 października 2021

Dziękuję Wydawnictwu za możliwość rozsmakowania się w książce jeszcze przed premierą!

 

(Recenzję pisałam przy akompaniamencie Clannadu, ze wspomaganiem w postaci herbaty z prażonym ryżem.)

Sunday, 29 November 2020

Skoro nie żyjesz, to nie żyj. James Hibberd – „Ogień nie zabije smoka”, czyli historia „Gry o tron”

Fenomen na skalę światową. Najczęściej ściągany nielegalnie serial w historii telewizji. Potężna machina produkcyjna, niesamowite budżety, czas poświęcony na kręcenie pojedynczych odcinków dłuższy niż w przypadku kręcenia niektórych filmów fabularnych. Dziesiątki znanych aktorów w rolach głównych i epizodycznych.

Powód, dla którego kolega z pracy patrzył na mnie spode łba przez kilka miesięcy, bo niechcący zaspoilerowałam mu finał siódmego sezonu. (Przepraszam, P.!...)

Gra o tron.

Domem dla filmowców zaangażowanych w pracę przy nowym projekcie HBO stało się studio urządzone w hangarze stojącym na miejscu stoczni, z której niespełna wiek wcześniej wyłonił się Titanic, co samo w sobie mogło stanowić ponurą przepowiednię odnośnie przyszłości projektu. Po nakręceniu pierwszej wersji pilota wydawało się, że nie ma sensu próbować dalej, i trzeba złożyć błąd. Fabuła nie trzymała się przysłowiowej kupy. Aktorka grająca Catelyn Stark – Jennifer Ehle, znana z roli Elizabeth Bennet w serialowej adaptacji Dumy i uprzedzenia – zrezygnowała z pracy. Budżet wtłoczony w pierwszy odcinek, choć znacznie przewyższający dotychczasowe (raczej siermiężne) produkcje telewizyjne z gatunku fantasy (Xena, Herkules), zdawał się nieproporcjonalnie wysoki w stosunku do efektu końcowego.

Nikogo nie zdziwiłoby w tamtym momencie, gdyby projekt umarł na etapie pilota. Tak się jednak nie stało.

Twórcy serialu potrafili wyciągnąć wnioski z porażki pierwszego odcinka, zmienić sposób narracji i prowadzenia postaci, i – co miało niebagatelne znaczenie – uzyskać fundusze na drugą wersję pilota, oraz przeprowadzić serial przez pierwszy sezon, kluczowy dla przyszłości produkcji. O kulisach tejże produkcji opowiada nam teraz James Hibberd – dziennikarz i scenarzysta związany z „Entertainment Weekly”, od początku pracujący przy Grze o tron, i (jako jeden z nielicznych przedstawicieli prasy) pozostający przy serialu aż do ostatniego odcinka.

Ogień nie zabije smoka to gratka dla fanów serialu – nawet takich, jak ja, którzy nigdy nie zaliczali się do grona PSYCHOfanów – dzięki zebraniu w jednym wydawnictwie dziesiątek wywiadów z twórcami i aktorami serialu, oraz okraszeniu ich licznymi anegdotami z planu filmowego i z biur produkcji, otrzymaliśmy kompendium wiedzy na temat pracy przy (słowo to narzuca się dość natrętnie, ale nie będziemy mu się opierać) fenomenie, w jaki przekształciła się z czasem Gra o tron.


„Mnóstwo wiarygodnych bzdur”, czyli walka na spoilery

Fani książek George’a R. R. Martina przyjęli Grę o tron entuzjastycznie, i w znacznej liczbie pozostali z serialem aż do końca: pomimo że, w sposób nieodwołalny i nieunikniony, scenariusze kolejnych odcinków oraz sezonów odeszły dość daleko od swego literackiego pierwowzoru. Ogień nie zabije smoka odpowiada na wiele pytań, które rodziły się w głowach widzów (dlaczego podjęto decyzję o spaleniu Shireen? Gdzie podziała się Lady Stoneheart? Co z wątkiem Dorne?), podając do wiadomości między innymi informację o spotkaniu Martina z twórcami serialu – Davidem Benioffem i Danem Weissem: okazuje się, że obaj panowie już od 2013 roku znali zakończenie sagi Martina Pieśń Lodu i Ognia, i brali je pod uwagę przy prowadzeniu poszczególnych wątków w serialu. (Przykładem jest historia Hodora, przejęta z cyklu książkowego.) Showrunnerzy nie ukrywali jednak, że zdarzało im się nie dochowywać wierności książce, jeżeli pewne zmiany wypadały korzystniej dla ogólnej jakości serialu: jak im się to udało, każdy widz/czytelnik mógł ocenić we własnym zakresie.

Ogień nie zabije smoka tłumaczy, dlatego twórcy Gry o tron zdecydowali się na pewne… niekonwencjonalne rozwiązania przy budowaniu fabuły serialu, i pomaga przejść do porządku nad kwestiami, które odbierały fanom Martina przyjemność z oglądania ekranizacji. Czy jednak informacje podane przez Hibberda wystarczą, aby zmyć niesmak pozostawiony przez ostatni sezon serialu? To również podlega ocenie indywidualnej… i zapewne będzie dyskutowane jeszcze przez długie lata. Fani Gry o tron nie zapominają o serialu: nadal tworzą fanfiki i fanarty, dyskutują żywiołowo o rozwoju swoich ulubionych postaci oraz o kulminacji ich losów w ostatnim sezonie. Jest to naturalna kontynuacja aktywności z okresu emisji serialu: fani z zapartym tchem wyczekiwali wówczas informacji o kolejnych odcinkach, a twórcy i producenci Gry o tron żyli w nieustannym strachu przed wyciekiem poufnych danych. Posuwano się wręcz do… podsuwania fanom fałszywych (acz brzmiących potencjalnie wiarygodnie) spoilerów, aby odwrócić uwagę fandomu od PRAWDZIWYCH przecieków z planu.

Żółwie też umrą

Jednym z najbardziej istotnych pytań frapujących fanów, była niebagatelna kwestia: czy ich ulubieniec/ulubieńcy dotrwa/ją w dobrym zdrowiu do końca odcinka lub sezonu – nie mówiąc już o końcu całego serialu?  Nagłe i niespodziewane zgony nawet najbardziej lubianych bohaterów stały się niejako „znakiem firmowym” prozy Martina; z książki Hibberda dowiemy się, że „winę” za ten stan rzeczy ponoszą… żółwie, które Martin hodował w dzieciństwie: sympatyczne te stworzenia miały, niestety, tendencję do rozstawania się ze światem pomimo wysiłków kochającego właściciela, a ich los zainspirował Martina przy podejmowaniu… odważnych decyzji, dotyczących losów jego bohaterów.

Co jednak sprawia, że owi bohaterowie tak mocno nas poruszają? W kontekście serialu, wielką rolę odgrywa tu (nomen omen) casting, oraz „zrośnięcie się” aktora z odtwarzaną przez niego postacią. Udało się to osiągnąć dzięki znakomicie przeprowadzonemu castingowi: w przypadku niektórych ról, wspieranego przez dziesiątki fanów powieści (Jason Momoa), ale nawet w przypadku gwałtownych protestów tej grupy (Nikolaj Coster-Waldau): trafionego w absolutną dziesiątkę. Z książki Hibberda dowiadujemy się, że to Peter Dinklage namówił Lenę Headey do udziału w castingu do roli Cersei Lannister (tu następuje chwila milczenia w podziwie dla geniuszu obojga), oraz że dla niektórych aktorów rozstanie się z granymi przez nich postaciami było prawdziwą traumą: Michelle Fairley spędziła tydzień zamknięta w swoim pokoju hotelowym po nakręceniu sceny śmierci Catelyn Stark (a cierpienie aktorki i jej gra w sekwencji Krwawych Godów przypieczętowały los Lady Stoneheart: twórcy serialu nie mieli sumienia redukować tej postaci do roli niemego zombie).

Ogień nie zabije smoka powie nam ponadto, że Emilia Clarke przeszła dwa udary mózgu podczas pracy nad serialem, a mimo tego – nie wycofała się z udziału w Grze, wykazując się determinacją, profesjonalizmem i brawurą (bo rozwagą nazwać tego, niestety, nie można…); po przeczytaniu książki będziecie inaczej patrzeć na pewne sceny, szukając śladów złamanej stopy Kita Harringtona czy obitych żeber Nikolaja.

Nie znajdziecie ich zbyt wiele. Byli naprawdę dobrzy w swojej pracy.

Fragment jednej z licznych "wkładek" zdjęciowych.

Dubrownika wysadzić nie możemy

…ale wszystko inne można wypracować, co dobitnie udowodnili twórcy Gry o tron. James Hibberd wykonał na przestrzeni około dziesięciu lat gigantyczną robotę, zbierając anegdoty, wywiady i zdjęcia, z których stworzył zupełnie nowy obraz serialu-legendy. Owszem, pewnych „wpadek” i kontrowersyjnych decyzji scenarzystów – kubek po kawie na stole w Winterfell, noc poślubna Sansy Stark – nie da się wytłumaczyć w żaden sensowny sposób: ale można próbować drugą stronę medalu, niewidoczną z perspektywy przeciętnego widza. Ogień nie zabije smoka zachęcił mnie do ponownego obejrzenia Gry o tron – a nie spodziewałam się, żeby to miało kiedykolwiek nastąpić – i porównania mojej pierwotnej percepcji serialu z dzisiejszą. Wydawnictwo W.A.B. niech raczy w tym miejscu przyjąć (całkowicie nieironiczne!) podziękowania za zapewnienie mi rozrywki na długie, zimowe wieczory w lockdownie!

Podsumowując: Ogień nie zabije smoka to pozycja polecana dla każdego, kto spotkał się kiedykolwiek z Grą o tron, i chciałby pogłębić swoją wiedzę o tym serialu; nie rekomenduję jej osobom, które nie oglądały jeszcze GoT, ale fani tej produkcji niewątpliwie znajdą w pracy Hibberda wiele radości.

A ja pozostawiam Was dzisiaj z takim oto cytatem z Dana Weissa, do przemyślenia i refleksji:

Zły do szpiku kości samiec alfa jest skłonny do uprawiania zła dla samego zła, ale o wiele częściej przestępstwo popełnią ludzie, którzy nie nadają się do sprawowania władzy. Nie mają odpowiedniego kręgosłupa moralnego albo umiejętności przywódczych, ale z jakiegoś powodu lądują na tronie. Wtedy wszystko zaczyna się walić.

Uczmy się na przykładzie fikcyjnych bohaterów, i nie popełniajmy ich błędów!...

 

James Hibberd: Ogień nie zabije smoka
Wydawnictwo W.A.B.
premiera: 12 listopada 2020

Dziękuję Wydawnictwu za egzemplarz recenzencki!

Przy pisaniu towarzyszyła mi muzyka Dreamers’ Circus.

Wednesday, 11 November 2020

"Wigilijne opowieści" od W.A.B. - wszystko, czego nie wiecie o świętach.

Ciężko się pisze o czymś tak literacko wyeksploatowanym, jak Święta, nie popadając przy tym w schematy. Wiemy, jak jest: pierwsza gwiazdka, Mikołaj, prezenty, słodycz wylewająca się z każdego kąta wraz z kolędami rodzimymi i obcymi, pewnie jakieś wyznania, spotkania i powroty, okraszone odrobiną dziegciu w postaci choroby i/lub śmierci jednego z bohaterów – a na to wszystko sypie śnieg, biały a puszysty. Zęby cierpną od słodyczy.

Na szczęście, można inaczej – co dobitnie udowadnia ukazująca się właśnie nakładem Wydawnictwa W.A.B. antologia Wigilijne opowieści. Po pierwsze, wszystko zawarte w niej opowiadania wiąże dodatkowy motyw przewodni: jedzenie okołoświąteczne. Zajadają się nim bohaterowie, a i czytelnicy mogą popróbować przygotowania opisywanych potraw na podstawie podanych przez Autorów przepisów. Doszłyśmy do wniosku, że można nimi spokojnie opędzić całą kolację wigilijną, a nowe inspiracje kulinarne w tym okresie są WYBITNIE mile widziane…

Osobiście uważam, że na Święta powinno się jeść marcepan. I to w zasadzie wystarczy.

Chwileczkę. DoszŁYŚMY? Ano, tak, P.T. Czytelnicy: po raz pierwszy wciągnęłam w proces pisania recenzji moją mamę, z zasady nie partycypującą w tej działalności – przeczytałyśmy Wigilijne opowieści obie, i porównałyśmy notatki: zaskakujące zbieżne w treści.

Od początku zatem: Wigilijne opowieści to dwanaście opowiadań dwanaściorga Autorów, związane wspólnym motywem jedzenia oraz dojmującym wrażeniem gorzko-słodkości: Święta, których obraz otrzymuje tutaj czytelnik, dalekie są od ulepkowej słodyczy normalnie kojarzącej się z literaturą okołoświąteczną. Znajdziemy tutaj cięty dowcip (pani Mileno W., ja nawet nie jadam śledzi, ale ten tekst jest genialny!), miniaturki kryminalne, pouczające (acz nie zaciągające dydaktycznym smrodkiem) opowieści o pochodzeniu świątecznych zwyczajów i tradycji, i przede wszystkim – mocno niestandardowe rodziny, spędzające ten czas w mocno niestandardowy sposób.

Jak to zwykle bywa w przypadku antologii, pewne próby prozatorskie wypadają nieco lepiej, niż inne. Przewodni motyw jedzenia działa skutecznie, jeśli opisywana potrawa gra w opowiadaniu rolę drugoplanową, incydentalną – ale rozpoznawaną; mniej przyciągają uwagę teksty, w których wychodzi na pierwszy plan lub staje się pretekstem do opowiedzenia całej historii (Tajemnica na słodko Agnieszki Lis – skądinąd, uroczy sposób udokumentowania przez Autorkę Jej rodzinnej tradycji). Nie wszędzie sprawdzają się również ograniczenia narzucane przez krótką formę: akcja rozkręca się powoli, a potem nagle i niespodziewanie przyspiesza, szczególnie w przypadku opowiadań kryminalnych (Sekretny składnik Alka Rogozińskiego, Cytrusy i migdały Małgorzaty Oliwii Sobczak – nawiasem mówiąc, jeśli ten tytuł to nawiązanie do Rodzynków i migdałów, to ja to kupuję!).

Święta w większości domów rzadko przypominają obrazki z reklam i gazetek sklepowych: w domownikach narastają kumulowane od miesięcy emocje, doprowadzając do spektakularnych wybuchów w najmniej spodziewanych momentach. Wigilijne opowieści wiernie oddają tę atmosferę – jako się rzekło, są w większości „gorzko-słodkie”, i to jest wielką ich zaletą: najlepiej czyta się te teksty w antologii, w których pracujemy na silnym konflikcie (Wśród nocnej ciszy Karoliny Głogowskiej), emocjach (Ostatnia gwiazdka Tomasza Betchera) lub humorze (Śledzie ze słoika Mileny Wójtowicz).

Kot Mysz prezentuje akurat typową świąteczną, w-zębach-zgrzytającą słodycz. Co też ma swój urok.

W opisie dla recenzentów Wydawnictwo kusiło „nietypowością” świątecznych tekstów, i założenie to spełniono w całej rozciągłości: nie przypominam sobie, żebym kiedykolwiek czytała opowiadanie o samoświadomym systemie rozdziału przesyłek kurierskich (Paczkomat Jagny Kaczanowskiej – ech, chciałoby się poczytać więcej o losach tych bohaterów…), rybie na torowisku tramwajowym (Karp się pani ożywił Jacka Galińskiego), albo śledziach z cebulą użytych w charakterze broni zaczepno-obronnej (Śledzie w słoiku).

Duży plus należy postawić także przy tych opowiadaniach, w których pojawiają się bohaterowie znani już czytelnikom: o ile o panią Zofię z powieści Jacka Galińskiego byłam absolutnie spokojna, o tyle zastanawiałam się mocno – mówiąc oględnie – nad sensem wprowadzania do świątecznych opowiadań bohaterki cyklu o szamance od umarlaków Martyny Raduchowskiej, czy diabła z „piekielnej” trylogii Katarzyny Bereniki Miszczuk. Nie z mojego powodu, nie (moja miłość do uprawnianych przez obie Autorki gatunków jest powszechnie znana): ale ze względu na drugą recenzentkę antologii, moją prywatną matkę, którą cechuje… chłodne… nastawienie do fantasy, SF i horroru.

Co się okazało? Ida i Azazel WYGRALI tę antologię. Formuła, na której zbudowane są opowiadania Wszelki duch Martyny Raduchowskiej oraz Gdzie Mikołaj nie może… Katarzyny Bereniki Miszczuk, przypadła do gustu osobie, która zazwyczaj mocno kręci nosem na wszelkie przejawy Niesamowitości w literaturze (a zarazem zaczytuje się w historiach szczęśliwych miłości, więc…?). Niskie ukłony kieruję do Martyny Raduchowskiej za pouczające instrukcje w dziedzinie postępowania z duchami w okresie świątecznym, oraz do Katarzyny Bereniki Miszczuk za przypomnienie mi, że pewne miasto nazywa się MIRA, nie Mitra. Codziennie uczymy się czegoś nowego, i zaskakujemy niebanalnymi rozwiązaniami.

Reasumując: w Wigilijnych opowieściach znajdzie się coś przyjemnego i dla osób poszukujących tradycyjnych, sercogrzejących obrazów Świąt, jak i zupełnie nowych standardów i tradycji okołoświątecznych. Osobiście od kilku lat identyfikuję się mocno z jedną z bohaterek, i mój stosunek do „tych dni” w grudniu można opisać następująco: [Chcę,] żeby mnie wszyscy zostawili w spokoju. Żebym mogła się na jeden dzień schować pod poduszkę i nie musiała być dzielna, pracowita, grzeczna i uprzejma, żeby nikt ode mnie nie oczekiwał, że będę dobrą córką i siostrą, tylko dlatego, że są te cholerne święta, bo one w ogóle nie są wesołe!...

I tego, poniekąd, życzę Wam, P.T. Czytelnicy, do spółki z Autorami Wigilijnych opowieści: żebyście mogli spędzać Święta PO WASZEMU, tak tradycyjnie czy niesztampowo, jak tylko macie ochotę. Żeby nikt Wam nie mówił, jak macie się w tym czasie czuć, jak – ani co – świętować, ani jak szeroko się uśmiechać. Bo czasami nie ma powodów do śmiechu, i to również jest dobre.

Mamy jeszcze miesiąc z hakiem. Zaczerpnijmy inspirację z literatury, i zastanówmy się, co zrobić, żeby nadchodzące Święta były naprawdę NASZE. (Jedna uwaga: może nie zaczynajmy od razu od trupa w windzie…)

Z przedświątecznym pozdrowieniem, kreślę się zamaszyście,
Klonowa Wróżka

Ps. Last Christmas zostało wspomniane w antologii dwukrotnie, a teraz Wy również słyszycie je w głowie. Nie ma za co.

wigilijne opowieści

 

Wigilijne opowieści. Antologia opowiadań

Autorzy: Tomasz Betcher, Jacek Galiński, Karolina Głogowska, Jagna Kaczanowska, Agnieszka Litorowicz-Siegert, Agnieszka Lis, Magdalena Majcher, Katarzyna Berenika Miszczuk, Martyna Raduchowska, Alek Rogoziński, Małgorzata Oliwia Sobczak, Milena Wójtowicz

Wydawnictwo W.A.B.
premiera: 12 listopada 2020

Książka objęta patronatem serwisu LubimyCzytać.

Przy pisaniu towarzyszyła mi świąteczna playlista Spotify (na którą było jednak zdecydowanie ZA WCZEŚNIE) i czarna kawa.

Dziękuję Wydawnictwu za egzemplarz przedpremierowy!

Sunday, 8 November 2020

Migocząc i lśniąc. Antologia opowiadań "Cyberpunk Girls"

Jesień 2020 cyberpunkiem stoi – czekamy na premierę pewnej gry, schodzimy coraz głębiej w czeluści światów wirtualnych, zmuszeni ograniczać aktywność w „realu” – a najnowsza antologia Wydawnictwa Uroboros bardzo zgrabnie się w ten trend wpasowuje.

Ktoś trafnie zauważył, że dziewczyna na okładce podobna jest do jednej z Autorek. Przypadek?...

Od wydania Neuromancera Williama Gibsona, powieści zwiastującej świt ery cyberpunku jako gatunku literackiego, minęło 36 lat: mimo upływu czasu (oraz gwałtownych zmian cywilizacyjnych, piszących własne scenariusze rozwoju ludzkości), rozważania o naturze człowieka i maszyny, duszy i Boga, stanowią nadal wybitnie nośny temat dla pisarzy – i pisarek, albowiem Cyberpunk Girls to antologia złożona z opowiadań napisanych przez kobiety: aczkolwiek, parafrazując drugą część znanego powiedzenia, niekoniecznie „dla kobiet”. W pewnym momencie lektury czytelnik zapomina, że wszystkie teksty zostały napisane przez kobiety: chyba tylko znacznie niższy, niż to w tym gatunku przyjęte, poziom seksualizacji bohaterek może naprowadzić czytającego na ten trop. Same bohaterki również są „konkretne”, interesujące i wielowymiarowe; czasami ich udział w fabule jest nieco incydentalny (Mindblow Martyny Raduchowskiej, najkrótsze opowiadanie zbioru), lub też w miarę rozwoju akcji nacisk fabularny przesuwa się z jednej postaci na inną (Amber Jagny Rolskiej), w efekcie czego pozostajemy cokolwiek nienasyceni, życząc sobie więcej informacji o obu kobietach.

Zacznijmy od początku: czego możecie się spodziewać po Cyberpunk Girls, oprócz opowieści snutych z (oczywistej lub nie) perspektywy kobiet? Antologia zawiera większość „typowych” motywów cyberpunkowych: współistnienie ludzi i maszyn, pytania o sens życia i istnienie duszy, strach przed obcymi, przeniesienie życia w sferę wirtualną, VR/AI, modyfikacje cybernetyczne czy klimat post-apokaliptyczny. Widać jednak, jak bardzo „fabułogenna” stała się dla Autorek pandemia, i płynące z niej wprowadzanie dodatkowych czy mocniej zarysowanych elementów dystansu społecznego, ograniczenia obszaru życiowego czy walki o utrzymanie się na powierzchni na skutek choroby – rzeczywistość, którą widzimy za oknami, okazała się bardziej przerażająca, niż dramatyczne wizje przyszłości.

Typowe czy nie, elementy, z których budowanych jest świat w estetyce cyberpunku można łączyć na tyle dowolnie – w sposób ograniczony wyłącznie wyobraźnią Pisarek – że nieuchronne stają się wprowadzenia i „opowiadanie” (sic!) czytelnikowi świata stworzonego przez Autorki: rodzaj oswajania z zasadami funkcjonowania przedstawionej rzeczywistości. Niektóre motywy pojawiają się częściej niż inne: indywidualny interfejs, ukrywanie twarzy; następnie: sposoby wprowadzania do organizmu substancji bądź informacji z zewnątrz (wszczepki, wczepki, zaczepy). Naturalne są również skojarzenia z innymi (u)tworami kultury w klimacie cyberpunku: w Nitro Agaty Suchockiej znajdziemy sceny rodem z Repo! The Genetic Opera, a Dziewczyna, której nie było Magdaleny Kucenty budzi jak najlepsze skojarzenia z Matrixem. Na uznanie zasługuje również podkręcenie istniejącej topografii świata do rzeczywistości cyberpunkowej w opowiadaniach Jagny Rolskiej – czytając Spandau, nabrałam wręcz ochoty na przeniesienie się do „tamtego” Berlina.

Mamy więc w Cyberpunk Girls interesujące wybory kreacjonistyczne, i ciekawe postacie kobiece: rozpaczliwie próbujące utrzymać się przy życiu, nawet za cenę kompromisów moralnych (Heartbyte Martyny Raduchowskiej), dążące po trupach (sic!) do realizacji swoich marzeń (Nitro), czy wreszcie – prowadzące niebezpieczną grę z przedstawicielami prawa i/lub bezprawia (Dotknąć ciemności Krystyny Chodorowskiej i Gabrieli Paniki). Wszystkie opowiadania antologii reprezentują poziom od poprawnego po wysoki – pomysłom z Mindblow i Amber przydałoby się pogłębienie i rozwinięcie  – natomiast jako swoje osobiste „faworytki” wymieniam Dotknąć ciemności, studium ksenofobii, niezrozumienia oraz nieufności (a także historię o zapewnieniu bezpieczeństwa dzieciom w sieci, oraz o przesunięciu obowiązku wychowania ich na nie-rodziców: brzmi znajomo?); Nitro, o mrocznych powiązaniach wewnątrz pseudo-rodzin, oraz o poświęceniu, na jakie gotowiśmy się zdobyć, aby zrealizować nasze marzenia; wreszcie: Heartbyte, za tak trafne wypunktowanie absurdów okołopandemicznych, że już na dziesiątej stronie miałam ochotę zamknąć książkę i zgłosić zażalenie, bo ja to przecież przyszłam poczytać dla przyjemności?! (Żart, oczywiście, czytało się znakomicie, szczególnie po niedawnym wciągnięciu Znikania Izabeli Morskiej).

Czy polecam zatem Cyberpunk Girls, już teraz (8 listopada) dostępne w ebooku, a od 12 listopada także w formie papierowej? Owszem, tak: aczkolwiek od razu przestrzegam, że możecie zakończyć lekturę tej antologii z poczuciem niejakiego niedosytu. Drogie Wydawnictwo, może warto pójść dalej w tym kierunku, i opublikować powieść/powieści w podobnym klimacie?... (Najlepiej ponownie z okładką Tomasza Majewskiego, który, jak zwykle, nie bierze jeńców.)

Pozostając w oczekiwaniu i niedosycie, kreślę się z szacunkiem,
Klonowa Wróżka

 

Cyberpunk Girls. Antologia opowiadań
Autorki: Martyna Raduchowska, Magdalena Kucenty, Jagna Rolska, Krystyna Chodorowska, Gabriela Panika, Agata Suchocka.
Wydawnictwo Uroboros. Premiera: 12 listopada 2020.

 

Tytuł recenzji zaczerpnięty z mojego tłumaczenia fragmentu piosenki promującej Cyberpunk 2077. Przy pisaniu towarzyszyła mi, zupełnie nie-cyberpunkowa, muzyka Loreeny McKennitt oraz Clannadu.

Dziękuję Wydawnictwu za egzemplarz Antologii, który skutecznie oderwał mnie od ponurości początków drugiego lockdownu.

Monday, 23 March 2020

Zgubić i znaleźć [się] - Andrew Sean Greer, "Marny"

Jak się nazywa faceta, z którym się sypia… powiedzmy, przez dziewięć lat.. robi mu się śniadania i awantury, obchodzi razem urodziny, przez dziewięć lat nosi się to, co mu się podoba, jest się miłym dla jego przyjaciół, i on zawsze jest w domu, ale od początku wiesz, że to donikąd nie prowadzi, on sobie kogoś znajdzie i to nie będziesz ty, uzgodniliście to na wstępie, on sobie kogoś znajdzie i za niego wyjdzie… Jak się nazywa takiego gościa?

Artur Marny (w oryginale: Arthur Less; w polskim tłumaczeniu autorstwa Doroty Konowrockiej-Sawy zastosowano genialny chwyt w postaci odmieniania nazwiska bohatera jak słowa obcojęzycznego, a więc: Marny’ego, Marny’emu, etc.), jeszcze-nie-pięćdziesięcioletni pisarz, nie potrafi pogodzić się z tym, że jego były kochanek Freddy bierze ślub z innym mężczyzną. Nie mogąc tak po prostu nie zjawić się na ceremonii – Artura łączą skomplikowane więzi przyjaźni i nienawiści z ojcem Freddy’ego – przyjmuje zatem wszystkie zaległe propozycje i zaproszenia, aby mieć wiarygodną wymówkę dla swojej nieobecności. Rozpoczyna od Nowego Jorku (żeby poprowadzić spotkanie autorskie popularniejszym, choć cierpiącym akurat na zatrucie pokarmowe, pisarzem - i dowiaduje się, że jego najnowsza powieść nie zostanie wydana), skąd uda się do Meksyku (uświetnić swoją obecnością panel dyskusyjny poświęcony twórczości swego byłego kochanka… w towarzystwie byłej żony owego kochanka), Włoch (brać udział w ceremonii przyznania nagrody literackiej, na otrzymanie której nie ma, niestety, szans), Niemiec (przekonać się, że jego znajomość niemieckiego nie jest tak znakomita, jak lubi to sobie wyobrażać), Francji (uciekać przed wiadomościami o ślubie Freddy'ego), Maroka (utknąć w burzy piaskowej w przededniu swoich urodzin), Indii (zniszczyć ostatni dobry garnitur) i Japonii (zgubić bagaż). Po drodze nawiązuje nowe romanse i odnawia stare znajomości, usilnie próbując wypełnić w sobie pustkę po związku-nie-związku (bo przecież przez cały czas liczył się z tym, że Freddy prędzej czy później go opuści; a jednak, A JEDNAK!...) jazgotem nowych wydarzeń. Jestem lękiem starości, jestem lękiem samotności – tłumaczy w łamanym niemieckim – lecz gdy w ostatniej scenie powieści wkracza ponownie na schody prowadzące do swojego domu w San Francisco, jest o wiele lepszym (i, być może, szczęśliwszym) człowiekiem niż ten, który uciekał w podróż.

-

Andrew Sean Greer, autor pięciu bardzo dobrze przyjętych powieści (Madonna kupiła prawa do sfilmowania The Impossible Lives of Greta Wells!), twierdzi, że pomysł na Marny’ego (powieść, którą napisał „dla siebie”) przyszedł mu do głowy podczas kąpieli w wodach zatoki San Francisco. Być może odbyło się to podobnie, jak u Marny’ego, który wykorzystuje samotność podróżnika aby kompletnie zmienić charakter książki, nad którą obecnie pracuje: A jeśli ta powieść nie będzie wcale rzewna i przejmująca? Jeśli to nie będzie historia smutnego faceta w średnim wieku krążącego po rodzinnym mieście, wspominającego przeszłość i lękającego się przyszłości, perypatetyzm żalów i upokorzeń, wietrzenie samotnej męskiej duszy? Jeśli nie będzie nawet zwyczajnie smutna? Zarówno w przypadku autora, jak i jego bohatera, pomysł okazuje się strzałem w dziesiątkę: Marny wreszcie kończy swoją książkę, a Marny staje się pierwszą od wielu lat powieścią KOMEDIOWĄ uhonorowaną nagrodą Pulitzera.

Humor Greera nie należy przy tym do kategorii nerwowego, slapstickowego chichotu: to raczej znaczące mrugnięcie w stronę czytelnika, wciągnięcie go w intelektualną grę skojarzeń i tropów kulturowych, w której sukces odnosi się wraz z uśmiechem w kierunku bohatera, a nie – śmiechem z jego perypetii. Marny, pierwszy homoseksualista, jaki się kiedykolwiek zestarzał, jest przekonany o własnej – nomen omen – marności i niedoskonałości; nie bierze pod uwagę, że jeszcze może go spotkać w życiu coś pięknego: i wskutek tego częstokroć kompletnie lekceważy łaskawe zrządzenia losu. Czytelnik przygląda się jego perypetiom z pewnego rodzaju serdecznym zażenowaniem: ile jeszcze „subtelnych” wskazówek musi dać Marny’emu los, żeby nasz bohater w końcu zrozumiał, że być może jest (jak mu się wydaje) kiepski w byciu sobą – ale bynajmniej nie oznacza to, że jest w jakikolwiek sposób niegodny miłości i szczęścia. Przeciwnie: kibicujemy Marny’emu tym goręcej, im więcej niepowodzeń spotyka go w podróży. Marny, współczesny Fileas Fogg, nie ma do wygrania żadnego zakładu: poza, być może: tym jednym – przekonaniem się, kim jest ON SAM, pięćdziesięcioletni, samotny gej na wędrówce.

Podróż Marny’ego można śledzić na mapie i na Instagramie (powstał specjalny profil ze zdjęciami miejsc, które nasz bohater mógł odwiedzić podczas swojej wędrówki przez cztery kontynenty): a czytelnik ma okazję odbyć podobną wyprawę w głąb siebie samego.


 -

Jak to jest, że w średnim wieku tyle rzeczy potrafi człowieka znudzić – filozofia, radykalizm, wszystkie te niepożywne erzace – a zawód miłosny nadal tak dotkliwie rani może przez to, że wciąż znajduje nowe źródła? (…) Czy można uniknąć go inaczej, niż wyrzekając się miłości na zawsze? Ostatecznie [Marny] nie znalazł innego rozwiązania. Może to i dobrze? Gdyby Marny pozostał w domu, rozpamiętując swój związek z Freddym i mając za towarzystwo jedynie kilka butelek wina, nie znaleźlibyśmy się z nim na wędrówce ku spokojnej konstatacji: większość rzeczy, które przydarzają nam się w życiu, zależy od kogoś zupełnie innego. To, co Greer nazywa wariacką patchworkową kołdrą życia pisarza: w sumie ciepłą, choć zawsze przykrótką, jest w istocie wyzwaniem (dla Marny’ego, dla Freddy’ego, dla bohaterów powieści i dla jej czytelników) i wezwaniem do otrząśnięcia się, strzepnięcia kołdry, i podjęcia decyzji: spruwamy całość i zaczynamy od nowa, czy raczej dokładamy kolejny rządek kwadratów? Czy naprawdę jest nam AŻ TAK ŹLE w życiu? Marny nie spodziewał się, że jego niefrasobliwe podejście do związku z Freddym („och, jestem dla ciebie za stary; i tak mnie w końcu zostawisz, więc nie przyzwyczajaj się do mnie!”) kiedyś się na nim zemści, i przyjdzie mu skonfrontować własne wyobrażenia o „wolnej miłości” z brutalną rzeczywistością osamotnienia. Nie potrafiąc się pogodzić z przegraną, wyjeżdża, żeby przemyśleć i poukładać sobie pewne sprawy: ale kiedy wraca do San Francisco, okazuje się, że nie był w tej wyprawie ku – bardzo to amerykańskie pojęcie – samoodkrywaniu [się] osamotniony.

W czasach izolacji i przymusowego oddalenia od naszych bliskich (lub wręcz przeciwnie), dobrze jest sobie przypomnieć, że każdy z nas jest dla siebie celem najważniejszej podróży – a żeby na nią wyruszyć, nie trzeba koniecznie wychodzić z domu.

Można za to zamknąć książkę Andrew Seana Greera, i z uśmiechem satysfakcji zaplanować wycieczkę śladami Marny’ego, mając nadzieję, że jeszcze będzie na świecie spokojnie i normalnie…



Andrew Sean Greer: Marny
Wydawnictwo W.A.B.
premiera: 25 marca 2020

Dziękuję Wydawnictwu za przedpremierowy egzemplarz książki!

Podczas pisania recenzji towarzyszyła mi herbata z Yorkshire (wzbogacona syropem sosnowym), i muzyka celtycka.

Saturday, 29 February 2020

Płyńcie, łzy moje, rzekł recenzent. Marta Kisiel: "Płacz"

Recenzja zawiera odniesienia do POPRZEDNICH tomów cyklu wrocławskiego. Jeżeli jeszcze ich nie czytaliście (ale jak to???), przygotujcie się na spoilery.

Trudno jest napisać trylogię, w której każdy tom trzyma wysoki poziom, a fabuła poszczególnych części tworzy spójną całość. Czasami ta sztuka nie udaje się nawet najlepszym (cykl husycki, kaszl, kaszl). A cała sprawa nabiera rumieńców, kiedy autor popełnia DRUGI tom trylogii na CZTERY LATA przed tomem pierwszym...


Podsumujmy. Chronologicznie, historia zaczyna się od panien Stern, w powieści Toń (data pierwszego wydania: maj 2018). W ostatnich zdaniach tejże Matylda Bolesna i Ramzes obserwują Salkę Przygodę, nową sublokatorkę sióstr Bolesnych i bohaterkę drugiego tomu cyklu wrocławskiego - Nomen Omen (data pierwszego wydania: luty 2014). Czytelnik, który trafił na twórczość Marty Kisiel w ciągu ostatnich dwóch lat, mógł przeczytać Nomen Omen przy okazji wznowienia (z PRZEPIĘKNĄ okładką autorstwa niezawodnego Tomasza Majewskiego) w roku 2019, i zastanowić się: ale hola, jak to, po co te wszystkie kombinacje? Skoro chodziło o znalezienie grobu pradziadka Salki, pogrzebanego potajemnie pod koniec drugiej wojny światowej – czy nie prościej byłoby zwrócić się o pomoc do „moralnie ambiwalentnego” strzygonia, lub jednej ze znajomych psychopompek (właśnie wymyśliłam tę wersję, i jestem dumna!), zamiast biegać bez sensu po wrocławskich nekropoliach?! Ano, Drogi Czytelniku, nie byłoby prościej, albowiem w momencie pisania Nomen Omen ani Ramzes, ani panny Stern nie zaistnieli jeszcze w Kisielversum…

I oto przychodzi Płacz, tom trzeci, spinający całą historię – i trzeba w jakiś sprytny sposób ogarnąć tę nietypową sytuację, tudzież wyjaśnić, czemu kogoś nie było tam, gdzie mógłby być. Czy się udało?

A jak nie, jak tak!

-

To jest ta sytuacja, kiedy okładka Tomasza Majewskiego jest tak dobra, że w zasadzie nie powinno się niczego więcej dodawać do zdjęcia... a jednak, jestem niepoprawna.
Mam grupę przyjaciółek, które na każdy otrzymany przeze mnie egzemplarz recenzencki książki Marty Kisiel reagują zdrową zazdrością, i pytają, jak jest. Tym razem pytanie było nieco inne: Czy Płacz powoduje straty emocjonalne? No cóż… Od wydarzeń opisanych w Toń upłynęło niewiele czasu; od śmierci Mili Bolesnej w Nomen Omen jeszcze mniej: to chyba naturalne, że bohaterowie (a szczególnie bohaterki) muszą przepracować swoje traumy, i nauczyć się żyć w nowej rzeczywistości: z niedawno odkrytymi mocami (Eleonora) tudzież we – względnej – normalności (Jaga i Matylda). Nie jest łatwo, mili moi – szczególnie gdy jedna z panien Stern znika w tajemniczych okolicznościach, po Ramzesie również ginie wszelki ślad, a telefon sióstr Bolesnych ponownie przemawia wielogłosem niewiadomego pochodzenia… W poszukiwaniu odpowiedzi na nowe i stare pytania, nasi bohaterowie wyruszają w zaśnieżone Góry Sowie, aby stanąć oko w oko z historią najnowszą i mniej nową, naprawić dawne błędy i uciszyć zmory: czasami bardzo dosłownie. Czy im się uda, i wyjdą z tej przeprawy bez szwanku? A, to się dopiero okaże…

-

Wiadomo nie od dziś, że Marta Kisiel lubuje się wielce w zgłębianiu historii Wrocławia i Dolnego Śląska (ze szczególnych uwzględnieniem pierwszej połowy ubiegłego wieku): było to widać wyraźnie w poprzednich tomach cyklu wrocławskiego, i nie inaczej jest w przypadku Płacz. Zanurzenie bohaterów w głębiny czasu – dosłownie i w przenośni – pozwala czytelnikowi poznać fakty, o których zazwyczaj nie uczy się w szkole ani nie wspomina w podręcznikach: tu wielkie chapeau bas dla Ałtorki za odważne branie się za bary z tymi aspektami historii narodowej i regionalnej, o której wiele osób chciałoby możliwie jak najszybciej zapomnieć. Tymczasem: trzeba pamiętać, trzeba rozmawiać (prawda, Gerd?), i brać odpowiedzialność za to, co od nas zależy.
I pomagać, jeśli tylko można.

Aby nie zdradzać zbyt wiele z fabuły, powiem krótko: w odciętym od świata pensjonacie w Górach Sowich dzieją się rzeczy dramatyczne i niesamowite. Na jaw wychodzą pilnie strzeżone sekrety – dawne i nowe – miłość nie zawsze triumfuje (chociaż…), a przeznaczenie można oszukać. Panny Stern, Matylda oraz ich kawalerowie (ha!) będą kilkakrotnie stawać przed wyborem: zawrócić, czy przeć naprzód? Odnaleźć zgubę, której poszukuje nowy znajomy Eleonory, czy przyjąć, że sprawa jest przesądzona i nic nie da się zrobić? Zaakceptować zmiany, jakie w nich zachodzą (żadna ze Sternówien nie będzie już taka sama: a największa taka zmiana czeka na... Dżusi, czego zapewne niewielu czytelników Toń mogłoby się spodziewać), czy walczyć przeciw nim do upadłego?
Poświęcić wszystko dla dobra ogółu, czy… wykazać się odrobiną zdrowego egoizmu?

Celowo piszę ogólnikami, ponieważ znaczna część fabuły Płacz rozgrywa się nie w ruinach zamków, starych sztolniach, czy śniegiem zasypanych pensjonatach, ale w sferze psychologicznej (moralnej), i to od Was, P.T. Czytelnicy, zależeć będzie ostateczna interpretacja finału tej historii.

Ja odpowiadam na pytanie moich przyjaciółek: YHY…

-

Dwie rzeczy, o których musicie wiedzieć, zanim przystąpicie do lektury: po pierwsze, powieść składa się z fragmentów oznaczonych jako „Teraz” i „Przedtem”, a sposób, w jaki Ałtorka kończy i rozpoczyna dwie retrospekcje wprawił mnie w drgawki z ekscytacji. Hitchcock? Jaki Hitchcock, panowie! Amator, w ogóle nie umiał w budowanie napięcia… Konkludując: podczas lektury nie będzie Wam potrzebna kawa, przyspieszone tętno i podwyższone ciśnienie – gwarantowane!

A po drugie: nie zgadzam się z Ałtorką w jednej, dość zasadniczej kwestii. Oto zaszyfrowany fragment żywiołowej dyskusji naszych bohaterów:

-No to może X? – zaproponował Karolek.
-Ta, jasne, i co jeszcze? Może Y?!
- A co jest złego w Y?
-WSZYSTKO – odparły jednomyślnie siostry Stern.

Otóż, Ałtorko Droga – mam-ci ja to X o jakieś trzy miesiące dłużej, niż Ałtorka ma Y, i jestem gotowa zamienić się z Ałtorką w dowolnie wybranym przez Ałtorkę momencie, gdyż X to zło wcielone. Rzekłam!

-

Czytać więc Płacz, czy nie czytać? Czytać, a jakże – ale przystępować do lektury ze świadomością, że – nomen omen (ha!) – płacz może stać się częścią Waszego doświadczenia tej książki.

Ale i tak warto.


Marta Kisiel: Płacz
Wydawnictwo Uroboros
premiera: 11 marca 2020

Dzięki serdeczne dla Wydawnictwa, które nie odmówiło mi egzemplarza autorskiego!

Przy składaniu recenzji towarzyszyły mi: chimeryczne koty, taka oto muzyka, i herbata Matsu Kyo (ujicha z matchą).

Monday, 24 February 2020

Życie zabiera się ze sobą w głowie. Sally Rooney: „Normalni ludzie”


Sally Rooney – rocznik 1991 – nazywana jest wschodzącą gwiazdą literatury irlandzkiej; Zadie Smith pisuje o niej opowiadania (patrz: zbiór Grand Union), w których samą siebie określa jako zmęczoną życiem starszą pisarkę, Rooney natomiast - jako powiew świeżości, przynoszący zmęczonej życiem literatce nową dawkę inspiracji i energii.

Zabrzmiało ciekawie. Przynabyłam w ebooku debiut powieściowy autorki – Conversations with Friends – ale zanim zdążyłam się w niego na dobre zagłębić, wpadła mi w ręce druga powieść Rooney: Normalni ludzie, wydana przez W.A.B. Mimo wyżej wzmiankowanej ciekawości, podeszłam do sprawy z rezerwą: książka została scharakteryzowana jako YA znakomicie oddające głos millenialsów, a streszczenie promocyjne sugerowało, że będziemy mieć do czynienia z opowiastką z cyklu: popularny chłopak i bogata dziewczyna zaczynają ze sobą chodzić, i cała szkoła robi sobie z nich pośmiewisko. Nic bardziej mylnego… choć z drugiej strony, wszystko, co napisano w tak zwanym blurbie rzeczywiście się w Normalnych ludziach znalazło.

Tak, Connell i Marianne chodzą do jednej klasy w niedużym miasteczku w zachodniej Irlandii. Tak, ona pochodzi z bogatej rodziny i stanowi obiekt żartów i docinek dla wszystkich rówieśników. Tak, on wywodzi się z niższej strefy klasy średniej, a jego matka sprząta w domu Marianne.

Tak, w klasie maturalnej Connell i Marianne zaczynają ze sobą sypiać, i nikomu o tym nie mówią – ze wstydu.

A potem autorka bierze głęboki wdech, i nurkuje w fabułę, od której czytelnikowi trudno jest się oderwać.
Luby Leniwiec Literacki powraca po dłuższej przerwie.
-

Historia opowiedziana w Normalnych ludziach obejmuje niewiele ponad cztery lata: w okresie od stycznia 2011 do lutego 2015 roku Connell i Marianne zachowują się w pewnym sensie jak elektrony jednego atomu, krążąc na synchronicznych – niekiedy: przecinających się – orbitach wokół Idei Prawdziwego, Normalnego Życia. Z pozoru oboje są do niego świetnie przygotowani – w praktyce jednak żadne z nich nie jest gotowe na konfrontację z życiem poza bezpiecznymi ramami szkoły, miasteczka, i stałej grupy znajomych. Marianne, ofiara przemocy domowej (w wymiarze psychicznym oraz fizycznym), szuka spełnienia w uległości i masochizmie (przecież nie oddajemy się komuś tak naprawdę, jeśli godzimy się tylko na rzeczy przyjemne). Connell, niepotrafiący sobie poradzić z oczekiwaniami, jakie mają wobec niego tak zwani „normalni ludzie” (!), popada w ciężką depresję.

Są więc ze sobą – Marianne i Connell, Connel i Marianne – i nie są, wspierają się i ranią, doskonale wiedząc, jaki kij włożyć w szprychy życia drugiej osoby, żeby zmusić ją do zmiany tempa, do zejścia z ustalonej drogi. Z drugiej strony – są dla siebie niezmiernie ważni; Connell wyznaje jednej ze swoich dziewczyn, że tylko przy Marianne potrafi być naprawdę sobą. …czasem się wydaje, że ich związek został schwytany w skomplikowaną sieć wywiadowczą i że ta sieć jest formą inteligencji, zawiera w sobie ich dwoje i ich wzajemne uczucia. – To znakomity cytat, świetnie pokazujący, czym tak naprawdę jest dla siebie tych dwoje. Connell wie, że to wsparciu Marianne zawdzięcza odwagę w wyborze własnej drogi życiowej i wyjazd na studia do Dublina, i bardzo liczy się z jej zdaniem. (Któregoś wieczoru Marianne powiedziała mu, że jej zdaniem „wyrósł na ludzi”. Dodała, że jest miły i że wszyscy go lubią. Łapał się na tym, że często o tym myśli. Przyjemnie było mieć takie wspomnienie. „Jesteś miły i wszyscy cię lubią”.) Sama Marianne, choć studia, stypendia i przywileje podano jej na tacy, nie czuje się godna jakichkolwiek form miłości i dobroci, bo nigdy ich w pełni nie zaznała: nawet jej matka [w]ierzy, że Marianne brakuje „ciepła”, przez co ma na myśli umiejętność błagania o miłość ludzi, którzy jej nie znoszą. Pomimo dzielących ich różnic, nieporozumień i zaszłości, bohaterowie Rooney wciąż do siebie wracają – i, na jakimś poziomie, żywią do siebie autentyczne uczucie miłości, o której nie potrafią mówić wprost – a nawet jeśli jednemu z nich się to udaje, drugie nie bierze takiego wyznania za dobrą monetę, i nieustannie szuka dziury w całym.

-

Czy świat jest tak potwornym miejscem, że nie da się odróżnić miłości od najpodlejszych, najbardziej upokarzających form przemocy?

Być może.
-

Sally Rooney ma niezwykły dar operowania słowem i tworzenia sugestywnych wizji krajobrazów wewnętrznych i zewnętrznych; zręcznie prowadzi narrację, pozwalając się wypowiadać obojgu swoim bohaterom i budując nastrój kolejnych ich spotkań (oddalonych od poprzednich o minuty, dni, tygodnie lub miesiące) za pomocą prostego, acz niezwykle plastycznego języka; absolutnie zachwycił mnie opis wieczoru w ogrodzie, którego fragment niniejszym przytaczam: Wiśnie wiszą dookoła, połyskując jak niezliczone widmowe planety. Powietrze jest lekkie i wonne, zielone jak chlorofil. (...) Nad nimi niebo jest aksamitnie granatowe. Mrugają gwiazdy, nie dając żadnego światła. Całej tej historii nie sposób jednak nazwać sielankową – język narracji może być jasny i klarowny, bohaterowie jednak nie potrafią się w nim porozumieć, przytłoczeni swoimi doświadczeniami i odgrodzeni od świata kokonem z ludzkich oczekiwań, którym – jak im się zdaje – zmuszeni są sprostać. Korzystają w tym celu z używek, kreacji i sztuczności w przedstawianiu własnej osoby (i osobowości), oraz zachowań ze spektrum sadomasochistycznego, częstokroć czerpiąc z tych ostatnich bardzo bezmyślnie, jeśli nie wręcz: nieświadomie. Nie potrafią zrezygnować z siebie nawzajem – czy może to raczej Connell, z pozoru lepiej przystosowany społecznie do „zwykłego” życia, nie umie odejść od Marianne, jedynej osoby, przy której czuje się stuprocentowo SOBĄ. Czy kiedykolwiek to, co czuje do niej, będzie przypominało jego uczucia wobec innych? Część tych emocji stanowiła jednak świadomość straszliwej władzy, jaką nad nią miał i wciąż ma, i nie przewidywał, żeby kiedykolwiek miał ją stracić. Ciężko się odstępuje od osoby, która całkowicie się nam oddała: a przynajmniej tak to sobie wyobrażam.

-

Pod koniec książki pada zdanie (wygłoszone przy okazji rozważań na temat depresji oraz walki z tą chorobą), które zaliczam do najlepszych fragmentów przeczytanych przeze mnie w ostatnich miesiącach: Życie to jest coś, co zabiera się ze sobą we własnej głowie. Connell i Marianne zabierają SIEBIE NAWZAJEM wszędzie tam, dokąd się udają. Ich związek przechodzi przez najdziwniejsze fazy i formy, a koniec książki wcale nie oznacza końca ich pogoni za idealną relacją, pełną miłości, namiętności, i autentycznego zrozumienia. Sally Rooney znakomicie oddaje skomplikowaną naturę ich związku, ani przez chwilę nie pretendując przy tym do miana wszechwiedzącego narratora – przeciwnie, to czytelnik trzyma w dłoniach wszystkie nitki, po których może próbować dążyć do przysłowiowego kłębka. Po pierwszym przeczytaniu Normalnych ludzi jestem jeszcze daleka od rozwiązania zagadki uczuć łączących jej bohaterów – odkładam jednak tę książkę bez rozczarowania, lecz z obietnicą, że jeszcze do niej wrócę, żeby ponownie poobcować z (zaiste, nowatorskim i świeżym) pisarstwem Rooney.

Czego i Wam, P.T. Czytelnicy, serdecznie życzę.


Sally Rooney, Normalni ludzie
Wydawnictwo W.A.B.
premiera: 26 lutego 2020

Dziękuję Wydawnictwu za umożliwienie mi poznania tej książki.

Podczas lektury oraz pisania recenzji towarzyszyły mi: muzyka Tori Amos, dźwięk padającego deszczu, artykuły internetowe pisane z okazji dnia walki z depresją, mleczny Oolong, oraz kawa zbożowa o smaku malinowym.

Saturday, 22 February 2020

Prasłowiańska saga o herosach? Marcin Mortka: "Żółte śłepia"

Gniezno, czasy Bolesława Chrobrego: okres walki starych wierzeń słowiańskich z nową doktryną chrześcijańską; w lasach padają święte dęby, a ludność szemrze przeciwko sojuszowi władcy z Kościołem. Medvid-Kosmacz, woj i doradca księcia, budzi się pewnego poranka w pustym grodzie, z którego nieznani sprawcy porwali wszystkich mieszkańców, zostawiając po sobie przerażające, ptasie ślady – i jednego, nietypowego świadka. Medvid niezwłocznie wyrusza na poszukiwanie zaginionych – a w wyprawie tej towarzyszy mu wyemancypowana wiedźma Gosława, niemiecki rycerz z biskupiej świty, gadający kot-chowaniec o mocno ograniczonym słownictwie, oraz skrzat domowik poszukujący stałej siedziby. Ta połączona więzami przyjaźni i przypadku drużyna napotka na swojej drodze utopce i brzeginki, dosiądzie olbrzymów i zanurzy się w Półmrok: niebezpieczny świat na granicy domeny istot żyjących oraz Nawii – słowiańskich zaświatów. Medvida prowadzi lęk o życie ukochanej kobiety, księcia i jego drużyny: motywacje towarzyszy Kosmacza nie tak łatwo jednak pojąć…
Żółte ślepia to wyprawa w głąb słowiańskiej mitologii, do początków państwowości polskiej, gdzie od zarania biją te same, co współcześnie, źródła konfliktów i nieporozumień: chęć zagarnięcia dla siebie władzy nad ludźmi i ich duszami, zaskorupienie w tradycji i niechęć do zmian, agresywne forsowanie swojej woli bez względu na opinię znacznej części społeczeństwa… brzmi znajomo? No, właśnie. Pod płaszczykiem historycznego fantasy przypominającego o bogatej tradycji rodzimej mitologii, Marcin Mortka „przemyca” kilka uniwersalnych prawd o ludzkości w ogóle: czym się kierujemy, co nas motywuje, oraz ile jesteśmy w stanie poświęcić dla „dobra sprawy”. Podobnie jak wiedźmin Geralt, ikona popkultury (!), Medvid stara się kierować w życiu starannie nakreślonym kodeksem postępowania - co, niestety, nie zawsze się udaje; neutralność oraz próby zachowania status quo w czasie dynamicznych przemian społecznych po prostu się nie sprawdzają. Towarzysze Medvida oczekują, że opowie się on po jednej ze stron: książęcej, dążącej do powiększenia dominium Bolka (nawet za cenę sojuszu z Niemcami, reprezentowanymi przez ziejącego nienawiścią do pierwotnych wierzeń biskupa) - lub „starowiernej”, hołdującej tradycjom przodków. Nie chodzi tutaj wyłącznie o to, któremu bogu należy się kłaniać: w Żółtych ślepiach bohaterowie walczą o zachowanie tożsamości, i prawa do życia na własnych zasadach. Owszem, czytelnikowi trudno jest (z dzisiejszej perspektywy) zaakceptować ideę ofiar z ludzi składanych na przebłaganie bogów, ale z drugiej strony: metody „krzewienia wiary chrześcijańskiej” w dziesiątym wieku tej ery również nie należały do wybitnie łagodnych…

Historia opowiedziana przez Marcina Mortkę zamyka się w ramach jednej książki  – autor wprowadził jednak w Żółtych ślepiach tak wiele różnych wątków, że można by z nich stworzyć cały cykl (luźno?) z sobą powiązanych powieści. Świat wierzeń starosłowiańskich to kopalnia pomysłów, w której Mortka zaledwie naruszył jedną z warstw: zaryzykuję stwierdzenie, że wielu czytelników chętnie poczytałoby o dalszych przygodach Medvida i Gosławy oraz o ich podróżach przez puszcze i bezdroża. Pod względem konstrukcji fabuły, Żółte ślepia są powieścią drogi – a droga, jak pisał klasyk, wiedzie w przód i w przód, i można nią podróżować daleko poza widoczny horyzont. Można również zawrócić, i spróbować zagłębić się w przeszłość Medvida: co przywiodło tego nie-do-końca-człowieka na dwór Bolka? Skąd wziął swój dwuręczny młot, przywodzący na myśl broń Thora? Jak poznał wiedźmę Gosławę (której, swoją drogą, też należałaby się osobna historia, bo to silna i barwna bohaterka, przed którą drżą olbrzymy - nie mówiąc już o przeciętnych mężczyznach)? Skąd wie tak dużo o przedstawicielach słowiańskiego bestiariusza – których część czytelników powieści spotyka po raz pierwszy właśnie na jej kartach? Stoimy w znakomitym punkcie wyjścia do dalszej podróży: pozostaje mieć nadzieję, że autor nas w nią zabierze…

Krótko i węzłowato: możecie potraktować Żółte ślepia zarówno jako zamkniętą historię, jak i jako wstęp do dłuższej opowieści (zbioru opowiadań? Być może, czemu nie?). Jakąkolwiek obierzecie drogę – jeśli poszukujecie nowego głosu w nurcie Slavic fantasy, śmiem twierdzić, że będziecie zadowoleni!

Marcin Mortka: Żółte ślepia
Wydawnictwo Uroboros
premiera: 26 lutego 2020

Dziękuję Wydawnictwu za sposobność zapoznania się z książką! J

Saturday, 26 October 2019

Clarice Lispector: "Opowiadania wszystkie", czyli gramatyka glamour

Uwaga na Clarice. To nie jest literatura. To czarownictwo. – napisał kiedyś przyjaciel Autorki, zwracając się do swoich znajomych kobiet. Czy miał rację? No cóż. Z mojej perspektywy - na pewno tak.


Kim jest Clarice Lispector, i czy można ją do kogoś porównać w kategoriach literatury polskiej? Zastanawiałam się, czy jest jakaś polska autorka, której książki czytałam ja, moja mama i babcia, podobnie nimi zafascynowane? Niestety, nie przyszło mi do głowy ani jedno nazwisko (podrzućcie coś, proszę!) – tymczasem moja dwudziestoparoletnia przyjaciółka, mieszkanka Recife (o którym traktuje wiele opowiadań Lispector), niebywale się zachwyciła i podekscytowała, gdy powiedziałam, że będę czytać książkę tej właśnie autorki. Clarice Lispector jest nadal powszechnie czytana (i uwielbiana!) w Brazylii, mimo że od jej przedwczesnej śmierci minęło już ponad 40 lat.

Urodziła się na Podolu, w rodzinie ukraińskich Żydów. W 1922, jako dwuletnie dziecko, wyjechała z rodziną do Brazylii, i tu zdobyła wykształcenie – jako jedna z trzech kobiet oraz jedyna Żydówka na Wydziale Prawa Universidade do Brasil. Wyszła za mąż za dyplomatę, urodziła dwoje dzieci; przez lata mieszkała na placówkach dyplomatycznych poza Brazylią, wyobcowana, znudzona, otoczona służbą – i wciąż pisząca. Od dwudziestego roku życia aż do przegrania walki z nowotworem w wieku 57 lat, Lispector stworzyła – oprócz powieści oraz form publicystycznych – ponad 80 opowiadań, po raz pierwszy wydanych w jednym tomie dopiero w roku 2015. Polskie tłumaczenie zbioru ukazało się nakładem Wydawnictwa W.A.B. w połowie października 2019.

Czego możecie się spodziewać po lekturze prozy Lispector? Na pewno: przesunięcia ciężaru gatunkowego z konfliktu dramatycznego na atmosferę oraz uczucia prowadzące bohaterów przez kolejne wydarzenia. Fabuły opowiadań są proste, niekiedy akcja ogranicza się do jednego zdarzenia lub sceny: o wiele ważniejsze jest pokazanie tego, co przeżywane jest wewnętrznie, niż zewnętrznie. Całość spisana jest bardzo charakterystycznym językiem, giętkim i nieoczywistym, z częstymi zmianami narratora i punktu widzenia, z którego opisywane są historie protagonistów. Biografowie i znawcy twórczości Lispector nader często używają do jej opisania słowa glamour: chyba niewielu z nas wie, że pochodzi ono od grammar, i odnosi się do „fascynacji kobiecej”. Zdolność czarowania, odkrywania przedmiotów i życia jako „całkowicie innych od rzeczywistości” wyglądu zewnętrznego – ta definicja idealnie pasuje do literatury Lispector.

Od Pierwszych opowiadań do Historii ostatnich, Opowiadania wszystkie to zapis całego życia kobiety – powstający przez… całe życie kobiety. To właśnie kobieta jest osią, wokół której obraca się opisywany przez Autorkę świat, bez względu na to, czy jest nią młoda dziewczyna znudzona życiem wśród komfortu i przywilejów, spełniona w swej roli matka i żona, czy ponad osiemdziesięcioletnia, samotna kobieta, odkrywająca po raz pierwszy sekrety masturbacji. W swoich czytelniczych wędrówkach nie spotkałam się nigdy z tak szerokim przekrojem tematów, sprowadzających się do wspólnego mianownika wymagań i obowiązków stawianych kobiecie, oczekiwań jakie ma wobec niej świat – i oporu, jaki bohaterki Lispector stawiają Agresorowi pod postacią mężczyzny, rodziny lub społeczeństwa.

Skończył się zawrót głowy dobroci, pisze Lispector. W jednym z Jej wczesnych opowiadań widzimy, jak dziewczynka zaczyna być kobietą, i wszyscy natychmiast zmieniają sposób jej postrzegania, poczynają stosować wobec córki, siostry i wnuczki kompletnie inne standardy. W opowieści z życia „wyzwolonych” studentów, mężczyzna potraktowany jak kobieta (porzucony dla lepszego) obraża się śmiertelnie. Kobieta w prozie Lispector nie zadowala się tym, co oczywiste, łatwe, podane na tacy: przeciwnie, ucieka od zwykłego życia, szuka głębokich emocji.

Mama przed ślubem, według ciotki Emilii, była petardą, porywczym rudzielcem z własnymi poglądami na wolność i równość kobiet. Ale pojawił się tata, bardzo poważny i wysoki, także z własnymi poglądami na… wolność i równość kobiet. Zły był ten zbieg okoliczności materii. Nastąpiło zderzenie. I dzisiaj mama szyje i haftuje, i śpiewa przy pianinie, i piecze ciasteczka w sobotę, wszystko jak w zegarku i z radością. Ma własne idee, ciągle, ale sprowadzają się do jednej: kobieta powinna zawsze iść za mężem, jak pomocnictwo idzie za sprawstwem (porównanie jest moje, wynik zajęć na wydziale prawa).

Wstępnie kochała mężczyznę, którego pewnego dnia pokocha.

…zastanowiła się nad okrutną potrzebą kochania. Zastanowiła się nad złem naszego pragnienia bycia szczęśliwym. Zastanowiła się nad dzikością, z jaką chcemy się bawić. I nad tymi wszystkimi chwilami, w których zabilibyśmy dla miłości.

…dopóki będę kochać Boga tylko dlatego, że siebie nie kocham, będę znaczoną kością, i gra mojego większego życia się nie odbędzie. Dopóki będę wymyślać Boga, On nie będzie istniał.

Jeżeli mam być szczera, nie miałam pojęcia, czego powinnam oczekiwać po tej książce. Chciałam poczytać „literaturę kobiecą” (cudzysłów zastosowany jak najbardziej celowo!) z części świata, która kojarzy się głównie z autorami płci męskiej: i nie spodziewałam się, że odnajdę w Opowiadaniach wszystkich tak poruszający, kompleksowy obraz kobiety jako bohaterki - w obu znanych językowi polskiemu znaczeniu tego słowa. Niniejszym, zachęcam Was jak najserdeczniej: zróbcie sobie tę przyjemność, i zatońcie w twórczości Clarice Lispector. Ja tymczasem udaję się na poszukiwanie Jej powieści…

Clarice Lispector: Opowiadania wszystkie
Wydawnictwo W.A.B.
premiera: 16 października 2019
Serdecznie dziękuję Wydawnictwu za egzemplarz recenzencki!