Showing posts with label smuteczek. Show all posts
Showing posts with label smuteczek. Show all posts

Wednesday, 10 June 2020

“Nie wszystko złoto, co wiedźmińskie…” - Adam Flamma: “Wiedźmin. Historia fenomenu”

O istnieniu “biografii Geralta z Rivii” pióra Adama Flammy (Autor jest groznawcą, doktorem Uniwersytetu Wrocławskiego i specjalistą z dziedziny personologii w grach video; uprzednio publikował już w pracy zbiorowej pt. Wiedźmin - bohater masowej wyobraźni) dowiedziałam się tuż przed jej premierą. Niezwłocznie złożyłam zamówienie w popularnej księgarni internetowej, i już po kilku dniach zachłysnęłam się przepiękną szatą graficzną tudzież mnogością zdobiących książkę zdjęć. A potem, cóż… Zaczęłam czytać. (I z góry P.T. Czytelników przepraszam, ale styl Autora rzuca mi się na klawiaturę).


Wiedźmin. Historia fenomenu to swoisty katalog wcieleń Geralta z Rivii. Na pięciuset i dwóch stronach Autor przedstawia nam “genezę powstania” (jak mawiała moja polonistka w liceum) Sagi AS-a i jej tłumaczeń na obce narzecza, wiedźmińskich komiksów, Filmiszcza i Szczerbialu, audiobooków (w tym miejscu uczcijmy minutą ciszy pamięć Fonopolis…), gier komputerowych (tym poświęcono 154 strony), wystawy, jaka odbyła się kilka lat temu w muzeum w Gdańsku, musicalu oraz serialu produkcji Netfliksa. Każdą sekcję tematyczną okrasza wywiad - między innymi z AS-em, Bogusławem Polchem, Jackiem Rozenkiem, muzykami Percivala, Tomaszem Bagińskim, et consortes - liczne anegdoty, ciekawostki i zdjęcia. Całość powstała niewątpliwie w wyniku wielu godzin pracy badawczej i żmudnego przeglądania źródeł (vide: Gandalf w Minas Tirith); widać również, że Autor jest wielkim entuzjastą tematu… a mimo tego lektura Wiedźmina… pozostawiła mnie nieco smutną.


Zdjęcie adekwatne do nastroju czytelniczki.

Biorąc pod uwagę wykształcenie Autora, nie powinno nas - czytelników - dziwić skupianie się na growym (kursywa, bo jest to dla mnie nowy przymiotnik) wcieleniu wiedźmina; alas, jako posiadaczka dychawicznego laptopa i kompletne beztalencie w kierunku jakichkolwiek rozgrywek wirtualnych (swoją przygodę z takowymi zakończyłam na pierwszej “Cywilizacji”), nierzadko czułam się zagubiona wśród żargonu dotyczącego opracowywania historii Geralta pod auspicjami CD Projekt. A poniekąd pracuję przy lokalizacji gier… Przydałoby mi się w tej części książki nieco więcej objaśnień, choćby i w formie przypisów.


Co zaś się owych tyczy - niechby były spójnie w formie, to jest: gdy dotyczą książek, nie muszą koniecznie zawierać informacji o stronie, z której pochodzi cytat, choć byłoby to pomocne - ale nie bardzo rozumiem, czemu tylko około połowa przypisów odsyłających do źródeł internetowych zawiera daty dostępu? Byłabym również niezmiernie wdzięczna za podawanie tytułów filmików z YT; byłabym, owszem, ciekawa posłuchać, co też kolega Garnek (pozdrowienia, Artur!) powiedział o Triss Merigold, ale tego GIGANTYCZNEGO adresu nie zamierzam wpisywać z palca w przeglądarkę. Leniwam, i co poradzisz?


Zastanawia mnie również, czy Wydawnictwo Dolnośląskie, wydając - z wielką dbałością o szatę graficzną - książkę młodego naukowca z UWr, poskąpiło funduszy na opłacenie jakiegoś Nazgula Ortografii i, przede wszystkim, interpunkcji? Aż smutno się miejscami robiło na widok zbitek w rodzaju “ten uniwersum”, czy też zdań w rodzaju: “...ponownie twórcy zdecydowali się na interesujący zabieg, który ma za pomocą suspensu zaskoczyć czytelnika, przez długi czas niemającego jednoznacznej wskazówki, kto w całej historii jest tym złym” (s. 158, zachowałam pisownię oryginału).


Albo, z sąsiedniej strony: “Każdy album [komiksu] stanowił odrębną historię, co dość mocno nawiązywało do struktury opowiadań Sapkowskiego, oraz… zadań w grach. Nie dla wszystkich czytelników było to zrozumiałe. Nie wpłynęło to jednak na odbiór”.


Khem, khem. Nie jest to tak do końca - znowu cytuję - “dopracowane na ostatni guzik”...


Ale być może szkopuł tkwi w tym, że Autor nie wiedział, kim były Nazgule Ortografii, i gdzie rezydowały? Wysnuwam taką teorię w oparciu o brak jakichkolwiek wzmianek o Zonie (jedyny ślad po niej to dostęp do wersji archiwalnej), Wiedźmin Companion i Wieży; w ogóle z przykrością zauważam, że niewiele jest w Wiedźminie… śladów “inicjatyw oddolnych”. Fani to w znacznej mierze siła napędzająca machinę konsumpcyjną, której na imię Geralt - a mimo tego mówi się o nich głównie en masse, wspominając jedynie Radka Teklaka i Jego komentarze do Szczerbialu, poświęcając niecałe trzy strony filmowi Pół wieku poezji później, a istnienie LARPa Witcher School kwitując dwiema lakonicznymi wzmiankami. (W tym miejscu muszę dodać, że mam wśród znajomych wychowankę Szkoły Wiedźmińskiej, wszystkim zainteresowanym polecam zaś ten mało znany - nomen omen - fenomen). Nawet antologia Szpony i kły, złożona z opowiadań nadesłanych na konkurs “Nowej Fantastyki”, wspomniana jest tylko w formie zdjęcia okładki - i w wypowiedzi Michała Cetnarowskiego w wieńczącym książkę wywiadzie.


TL;DR - czepiam się, moiściewy, ponieważ Wiedźmin.Historia fenomenu nie wykorzystał w pełni okazji do stania się rzetelnym kompendium wiedzy o Wiedźminladzie i peryferiach: a szkoda, bo potencjał po temu był, i w gruncie rzeczy: niewiele zabrakło... Życzyłabym sobie zatem wydania drugiego, poprawionego i rozszerzonego - w którym pojawi się głos ludzki wydany przez choćby jednego, szeregowego członka fandomu - i w którym AS nie będzie nazywany “Sapkiem” (do dziś pamiętam, jak dostało mi się za to po uszach).


Czy polecam zatem tę biografię wiedźmina? A juści. Choć z przysłowiową łyż(ecz)ką dziegciu...


Wasza Maple,

Rębacz z Crinfrid



Ps. Czy wiedzieliście, że Google Docs poprawia żeńskie formy czasowników na męskie?...


Ps.2. Jeszcze jeden cytat (niejako w temacie poprzedniego post scriptum), który zrobił mi krzywdę: "Zakładano nawet możliwość grania [w pierwszą część gry]… wiedźminką. Jednak (na szczęście!) zdecydowano się na bohatera wymyślonego przez Andrzeja Sapkowskiego." (s. 254)


Ps.3. Zatęskniłam za Błaznami.

Wednesday, 27 March 2019

Hipotetyczne Cząstki Elementarne, czyli pożegnanie z Jeżycjadą

Stało się, Drodzy Moi. Pani Małgorzata Musierowicz ogłosiła - ustami jednej ze swoich bohaterek, żeby było bardziej abstrakcyjnie) koniec Jeżycjady. Nie oznacza to, że Autorka przestanie pisać: seria nazywać się odtąd będzie Bukoliadą, gdyż wszyscy bohaterowie wynieśli się z "brudnego, zakorkowanego i w ogóle okropnego" (parafrazuję) Poznania, i zamieszkali na wsi.

I... to jest chyba ten moment, w którym kończy się mój syndrom sztokholmski, i przestaję czytać o przygodach rodziny Borejków - bo teraz w zasadzie już tylko oni się ostali spośród "klasycznych" bohaterów. Zastanawiam się tylko, co właściwie trzymało mnie przy tej serii? I co składa się na ową "magię", która przyciągnęła mnie, jako młode dziewczę, do twórczości pani MM?

W ramach poszukiwania odpowiedzi na to pytanie, wyznaczyłam sobie na początku tego roku projekt czytelniczy HCE: Hipotetyczne Cząstki Elementarne (to z Szóstej klepki, gdybyście się zastanawiali), i przeczytałam jeszcze raz wszystkie części Jeżycjady, skupiając się nie tyle na samej fabule poszczególnych tomów cyklu, co na analizie tropów i motywów literackich.

Oto, co mi wyszło.


Jak dotąd, w serii zwanej Jeżycjadą ukazały się 23 książki (łącznie z prequelem w postaci Małomównego i rodziny). Podzieliłam je roboczo na trzy etapy:

PRL - 7 książek, 1414 stron;
Kapitalizm - 8 książek, 1580 stron;
XXI wiek - 8 książek, 2027 stron.

W tym miejscu miałabym ewentualnie co nieco do powiedzenia o stosunku ilości do jakości, ale założyłam sobie, że wyciąganie wniosków pozostawię P.T. Czytelnikom niniejszej notki.

Następnie postanowiłam sprawdzić, o czym najczęściej pisała pani MM, każdorazowo skupiając się na "głównej" rodzinie, której przygody stanowiły trzon opowieści. Przypuszczałam, że wysokie miejsce w statystykach zajmą chociażby zimne prysznice, tak ulubione przez Gabrielę (oraz babcię Ptaszkowską) - ale gdzież tam... Najczęściej, bo aż 21 razy, pojawił się motyw rodziny mającej troje lub więcej dzieci; po piętach deptała mu rodzina wielopokoleniowa (20), czyli co najmniej trzy pokolenia mieszkające pod jednym dachem.

Podobnie prezentuje się liczba książek, w których bohaterowie (lub narrator) stwierdzają, że dawniej było lepiej, a teraz jest okropnie (20), ktoś mówi po łacinie (19), lub co najmniej jeden bohater doznaje urazu lub okaleczenia (18) - nie mówię tutaj o chorobach różnego typu, ale o ranach otwartych, złamaniach kończyn, perforacjach wrzodów i tym podobnych przyjemnościach.

Oddalmy się jednak od typowo fizycznych motywów. Odnotowałam 18 wystąpień w szerokiej kategorii WTF społeczny. Zawiera się tutaj zarówno palące pragnienie maturzystki, aby co prędzej wyjść za mąż i nie być porażką, jak i "wakacje od wegetarianizmu" w wykonaniu Idy; zaręczyny osiemnastolatków, którzy rozmawiają ze sobą po raz pierwszy w życiu; anachroniczne zachowania młodych ludzi; anachroniczne zachowania dojrzałych ludzi; absolutna swoboda w gospodarowaniu pieniędzmi, których się nie ma - i tym dalej, i tym podobne.

Jeśli wydawało mi się, że Jeżycjada jest z zasady opowieścią o miłości - to miałam rację, wydawało mi się. W siedemnastu tomach pojawia się motyw niepełnej rodziny; co ciekawe, w przypadku owdowienia jednego z małżonków, tylko raz umiera mężczyzna (zdecydowanie częściej kobieta) - natomiast rozwód jest zawsze winą faceta. 17 razy widzimy, jak dziewczyna lata za facetem, praktycznie się nie szanując. 14 razy dochodzi do rozstania pary głównych bohaterów - co prawda oświadczyny i śluby zdarzają się aż 13 razy, ale statystyka jest nieubłagana. Nawet jeśli uczucie znajduje radosny finał, należy jednak pamiętać, że w 12 przypadkach nie zaczyna się wcale tak różowo - w klasycznym "kto się czubi, ten się lubi".

Po ewentualnym ślubie natomiast stosunkowo rzadko zdarza się, że kobieta pozostaje aktywna zawodowo: w pokoleniu, które poznajemy w "peerelowskim" etapie cyklu, jest to przede wszystkim Ida - "tokeniczny" przykład kobiety pracującej - oraz Gabriela, choć w żadnym przypadku nie jest to praca typu 8-16, w "typowym" zawodzie: trzeba być albo wykładowcą uniwersyteckim, albo lekarzem, ewentualnie - artystą (Aniela), żeby zarabiać na rodzinę. Ewentualnie można pracować w oświacie (Aurelia), ale i tak kończy się na urlopie macierzyńskim...

Co robią bohaterowie (i bohaterki) pani Musierowicz, jeśli nie pracują? Czytają książki, o których niewiele osób słyszało (15 razy), słuchają muzyki - klasycznej, oczywiście (12), narzekają na toksycznych rodziców (13), jedzą mocno kaloryczne potrawy (11), lub wytykają innym... nadwagę (16 razy).

Pomiędzy kaloryczną kolacją i równie kalorycznym śniadankiem, akcja musi się jednak posuwać do przodu. Najczęściej zdarza się to za przyczyną dziecka, które znika z domu (14 razy), lub załamania pogody, prowadzących do sytuacji natury romantycznej. Kiedy zaś wskazówka poziomu romantyzmu osiąga maksymalne wychylenie w prawo, musi się pojawić się księżyc, najlepiej na niebie w gorącą, letnią noc (11 razy).

To są główne motywy występujące statystycznie we wszystkich tomach Jeżycjady: w ostatnich ośmiu książkach, tych po Kalamburce, pojawiają się również: przeprowadzka na wieś (6 razy) oraz listo-, mejlo- lub logorea (5 razy). Jeżeli to nie jest symptom, to już nie wiem, co nim jest...

I wiecie, co? Chyba niezbyt dobrze mi na duchu po przeprowadzeniu powyższej analizy. Nie trzeba było czytać aż tak dokładnie. Może gdybym tego nie zrobiła, nie odnalazłabym zdania skopiowanego żywcem z Pulpecji do Żaby ("Natychmiast dostał w gębę, aż zadzwoniło."), ani nie zorientowałabym się, że począwszy od Czarnej polewki właściwie w żadnym z tomów nie występują bohaterowie, których mogłabym tak po prostu, bez zastanowienia - polubić.

A morał z tego jest następujący: niektóre rzeczy trzeba przyjmować takimi, jakie są: i pozostawiać je tam, gdzie się je znalazło - w tym przypadku, we własnej młodości (żeby nie powiedzieć: dzieciństwie). Tam oto pozostawiam zatem Jeżycjadę, i pewnie będę do niej jeszcze (wyrywkowo) wracać: ale za Bukoliadę podziękuję, niepewna, w którą stronę mógłby się rozwinąć ten nowy cykl...

Oby Wasze ulubione książki z dzieciństwa nie traciły na uroku tudzież aktualności!

Wasza,
Wróżka

Friday, 4 January 2019

165/156. Agata i Maryna Miklaszewskie: "METRO. Przystanek Broadway"

Niektóre rzeczy sprawdzają się znakomicie, jak na przykład premiera musicalu Metro w postkomunistycznej Warszawie. Inne - jak na przykład premiera musicalu Metro w Minskoff Theater na Broadwayu - nie sprawdzają się w ogóle.
Podobnie, widzi mi się, kształtuje się sytuacja z tekstami Autorek libretta do Metra - o ile w samym musicalu jestem zakochana nieustannie od dwudziestu trzech lat i dziewięciu miesięcy (trochę staro się czuję, jak o tym dłużej pomyślę...), o tyle Przystanek Broadway bolał mnie od pierwszych stron (których nie było - taki to używany egzemplarz, stan bardzo dobry, przybył do mnie za pośrednictwem polskiego portalu aukcyjnego) do ostatniego zdania. Okropny angielski (naprawdę tak trudno jest skopiować slogan z plakatu własnej sztuki? Trzeba w nim robić błędy?), porwana, nierówna akcja, płascy bohaterowie, których motywacji nie potrafiłam rozgryźć.
Nieco lepiej zrobiła temu utworowi powtórna - dla mnie - lektura opracowania "Metro" na Broadwayu - fragmentu pracy magisterskiej redaktora Marcina Kydryńskiego, przybliżającego kulisy obu wystawień Metra: u nas, i za oceanem. Pewne wątki, tropy i fakty z Przystanku... nabrały sensu: niestety, nie wszystkie. Reszta pozostaje, adekwatnie do opisu z aukcji: w stanie bardzo dobrym, choć bardzo wyraźnie widać, że całości brakuje kluczowych części, spinających całość akcji w coś przetrawialnego.
Szkoda.
Wracam do wersji oryginalnej, żeby zatrzeć to przykre wrażenie.

Thursday, 27 December 2018

163/156. Małgorzata Bryl-Sikorska: "Przełom"

To jest książka z ładnymi ilustracjami, i sporą dozą wiedzy zaczerpniętej z książek typu Sekretne życie zwierząt.
I to w zasadzie wszystko, co we mnie pozostało.

Thursday, 15 November 2018

144/156. J. S. Margot, "Mazel tow"

Na poły autobiograficzną opowieść młodej dziewczyny zatrudnionej jako opiekunka/korepetytorka dzieci w rodzinie ortodoksyjnych Żydów antwerpskich podsunęła mi mama (bo akurat była w bibliotece). Skoro była, proszę bardzo: przeczytałam w któryś sobotni wieczór, i w zasadzie nie dowiedziałam się niczego nowego na temat ogólnie pojętej tradycji i kultury żydowskiej, choć sama lektura okazała się, owszem, przyjemna, lekka i zabawna. Jeżeli mam coś polecać, to prawdopodobnie będzie to dowcip o kontrolerze podatkowym odwiedzającym pewną synagogę: ale muszę przyznać, że dla osób przystępujących do lektury z podstawową wiedzą na temat codziennego życia współczesnych Żydów może to być za mało, by poczuć czytelniczą satysfakcję. Jako wprowadzenie w temat, owszem, działa: ale tylko tyle, i aż tyle.

Tuesday, 28 August 2018

110/156, Henryk Waniek: "Szalone życie Macieja Z"

Nie bardzo wiem, jak mam tę książkę zakwalifikować. Biografia bez chronologii? Luźny zbiór anegdot, dotyczących w równym stopniu Bohatera co Autora? Blubranie bez ładu i składu? Dziwny eksperyment, w którym zredukowanie nazwiska Bohatera do inicjału miało w zamierzeniu mieć efekt artystyczny, a wygląda... dziwnie, wręcz groteskowo?

Nie mam pojęcia, co przeczytałam, po co zostało napisane to, co przeczytałam, ani jak to zakwalifikować.

Mówiąc krótko - nie polecam, chyba że znacie życie i twórczość Macieja Zembatego na wylot i nie pogubicie się w meandrach zawiłych anegdot. Jeśli jednak, podobnie jak ja, macie ochotę pogłębić swój "podstawowy" zasób wiedzy na temat Bohatera - poszukajcie raczej na Wikipedi...

Monday, 25 June 2018

80-81/104. James A. Corey, "Przebudzenie Lewiatana"

Mam nieodparte wrażenie, że ktoś tu kogoś brzydko zrobił w bambuko, jezeli chodzi o przygotowanie polskiego wydania. Ale po kolei.

O serialu The Expanse słyszałam sporo, i dość szybko wpisałam go na moją listę Rzeczy, Które Obejrzę Jak Skończą Mi Się Rzeczy, Które Obecnie Oglądam Oraz Ulubione Powtórki. Zanim jednak dotarłam do tego punktu w życiu, namierzyłam w lokalnej bibliotece Przebudzenie Lewiatana Jamesa S.A. Coreya (seriously, człowieku, ile masz tych imion?) – książkę w dwóch tomach, która posłużyła za kanwę do nakręcenia serialu. W ramach przygotowania do seansu, wypożyczyłam najpierw pierwszy, a zaraz potem drugi tom – i o ile mój apetyt na serial rósł w miarę czytania, o tyle wspierały go mdłości, niedowierzanie i ogólny wkurw – o czym za chwilę, bo muszę sobie dawkować emocje.

O co w ogóle chodzi? O Kosmos, o zasoby, o broń i o kontrolę nad aktualnym kształtem ludzkiej cywilizacji. Wszechświat według Coreya zakłada całkiem zaawansowany etap kolonizacji Układu Słonecznego – zaawansowany do tego stopnia, że część rodzaju ludzkiego wyrasta i ewoluuje w warunkach zmniejszonej grawitacji pasa asternoid między Planetami Wewnętrznymi a gazowymi olbrzymami, wykształcając cechy osobnicze charakterystyczne dla tych warunków życia. O ile jednak obserwujemy szereg zmian w sposobie życia, podróżowania czy konstruowania relacji międzyludzkich, o tyle sprawy fundamentalne nie uległy zmianie od czasów nam współczesnych, i w społeczeństwie nadal funkcjonują zarówno jednostki bardzo dobre, jak i bardzo złe. I to właśnie w ręce tych drugich wpada niezwykła „przesyłka”, wokół której trup ściele się gęsto, a atmosfera suspensu narasta z chwili na chwilę. No dobrze, trochę ironizuję: ale tak naprawdę w Przebudzeniu Lewiatana interesowały mnie ewolucje charakterów poszczególnych postaci, oraz rozój relacji pomiędzy nimi. Akcja akcją, bardzo, owszem, zajmująco się to czytało – ale skupiałam się trochę na czym innym.

Na przykład na tym, żeby nie zauważać drastycznego pogorszenia jakości tłumaczenia w drugim tomie.

Zaprawdę, zaprawdę, powiadam Wam: oba tomy ukazały się w Fabryce Słów, w spójnej szacie graficznej, a sądząc po nazwiskach wymienionych w pozycjach „Tłumacz”, „Korekta” oraz „Redaktor” za oba tomy odpowiadał ten sam zespół ludzki.

Czemu zatem, pytam się grzecznie, tom pierwszy czyta się z wielką przyjemnością, nic nie zgrzyta, a tłumaczenie jest dowcipne i bardzo profesjonalne – a w drugim powiadujemy się, że pisze się dopUki oraz kilka dziesiąt, że w języku polskim istnieją słowa inżektor (= iniektor) oraz genocyd (= ludobójstwo), a składnia zostaje żywcem przeniesiona z tłumacza Google? Po błyskawicznej lekturze tomu pierwszego, zawdzięczającego wysoką jakość zarówno sprawnego prowadzeniu akcji, jak i świetnemu tłumaczeniu, tom drugi czytało mi się jak po grudzie. Ze szkłem pod paznokciami.

Podsumowując: historia świetna, ale kupując prawa do tłumaczenia i ustalając terminy jego wykonania chyba zapomniano, że budżet/czasokres należy podzielić na dwa...

Smuteczek, Szanowni, smuteczek ogromny. I stąd sprzeczne tagi przy tej notce.

Kącik pod patronatem Gordona Ramsaya, czyli What Would I Change?: Tłumacza. Zmieniłabym tłumacza. Albo sposób zarządzania zasobami finansowymi w cyklu produkcyjnym wydania polskiego.

Tuesday, 12 June 2018

73/104: J. M. Coetzee, "Dzieciństwo Jezusa"

Nie potrafię powiedzieć, czy bardziej mnie ta książka zmęczyła, czy zachwyciła. Sam pomysł - starszy mężczyzna ląduje w obcym kraju jako uchodźca, mając pod opieką małego chłopca przypadkowo spotkanego na łodzi, i próbuje przystosować się do życia w nowych warunkach - bardzo mnie urzekł; początkowe rozważania Simona o naturze życia na uchodźstwie (dlaczego mamy się wyrzekać marzeń o wyższych uczuciach, gwałtownych emocjach i pełnym życiu, dostając w zamian spokój, pracę, jedzenie i dach nad głową, których znaczenia nie sposób przecenić - a jednak jest tego wszystkiego zdecydowanie za mało?) również - a jednak im dalej w las, tym trudniej było mi zachować odpowiedni poziom skupienia.

Może to dlatego, że brak mi instynktu macierzyńskiego, i nie bardzo mogę sobie wyobrazić, że mogłabym aż tak rozpuścić dziecko, jak czyni to odnaleziona przez Simona "matka" małego Davida - a z drugiej strony, nie potrafię także wczuć się w postać samego Simona, który bez namysłu oddaje małego chłopca pod opiekę kobiecie obcej, niestabilnej emocjonalnie i... skomplikowanej. Sam David, na początku książki czuły, inteligentny i wywołujący u czytelnika sympatyzujący uśmiech, w miarę rozwoju akcji zamienia się w do granic irytującego bachora, czyli po naszemu - dziecko wychowywane bezstresowo. Zakończenie też mi się jakoś rozmyło, i w ogóle nie sprawiało wrażenia kody wieńczącej pierwszy etap nowego życia naszych bohaterów. Trochę szkoda, bo historia miała naprawdę spory potencjał - a potem jakoś się ta drezyna toczyła, toczyła, i w końcu stanęła w szczerym polu...

Nie była to pierwsza książka tego Autora, jaką miałam okazję czytać. Niestety, nie była też pierwszą, która mnie zachwyciła...

Monday, 14 May 2018

63/104. Justyna Kopińska, "Z nienawiści do kobiet"

Nie była to lektura ani łatwa, ani lekka, ani tym bardziej - przyjemna. Mimo wszystko jednak wolę ją od czytanych niedawno reportaży o sytuacji japońskich kobiet - chociażby dlatego, że Autorka podejmuje tutaj próbę wysłuchania drugiej strony (sprawców, oprawców, dręczycieli). Ich pokrętne - o ile w ogóle udzielone - wyjaśnienia nie przekonują mnie w żaden sposób o jakiejkolwiek, nawet domniemanej niewinności, ale świadczą pozytywnie o zaangażowaniu Autorki w opisanie każdej sytuacji ze wszystkich perspektyw. I za ten profesjonalizm należą Jej się brawa.

A ludzie - niektórzy ludzie, zwłaszcza ci opisani w Z nienawiści... - są jednak bardzo przerażającym gatunkiem.

Saturday, 5 May 2018

60/104: Karolina Bednarz, "Kwiaty w pudełku. Japonia oczami kobiet"

Oj, strasznym krajem jest ta cała Japonia! Dzieją się tam wyłącznie złe rzeczy, tak złe, że w żadnym innym miejscu na świecie nie mogłyby pewnie mieć miejsca, a kobiety to już w ogóle mają tak przerąbane, że NATO i UNESCO oraz sygnatariusze Konwencji Genewskiej powinni już dawno zrównać ten kraj z ziemią...

A poza tym - napisana na początku XI wieku Genji monogatari jest opowieścią o wojnie Genpei (1180-1185)*, transkrypcja skacze swobodnie między Hepburnem a kokutei (czy mam teraz zacząć pisać "Takaraduka", zamiast "Takarazuka"?), a w słowniczku na końcu mamy sytuację typu: trzy znaki zapisane - transkrypcja tylko do dwóch. Dlaczego?...

Nie jestem zachwycona, Drodzy Państwo. Dowiedziałam się kilku niezwykle ciekawych i pouczających rzeczy (szczególnie z rozdziału opisującego działalność Takafumiego Tsuruty), ale generalnie miałam wrażenie, że jedziemy po bandzie sensacyjności i świętego oburzenia. Jeżeli interesuje Was temat Japonii, oraz spojrzenie na procesy i zjawiska społeczne z perspektywy kobiet, zajrzyjcie do książki Karoliny Bednarz. Radziłabym jednak pamiętać, że nie jest to całościowy obraz sytuacji.

* 正解は「平家物語」だぞ。

Thursday, 22 March 2018

37/52: Kazuki Sakuraba, "Czerwone dziewczyny"

Trochę mi smutno, albowiem Literackie postanowiło wydać pierwszą książkę tej autorki (kolejne, o ile wiem, "się robią") w tłumaczeniu z angielskiego. Dostałam zatem kilka razy prosto między moje japonistyczne oczy, i z trudem się pozbierałam.

Coś mi nie leżało w tej historii. Sposób prowadzenia postaci? Dziwnie rozwijane historie bohaterów? Cokolwiek antyklimatyczne zakończenie? Wszystko być może. (Ja w ogóle mam problem z literaturą japońską. Jestę socjologię po specjalizacji.) Czytało mi się średnio - ale jeszcze nie dyskredytuję autorki kompletnie. Zobaczymy, czy i CO jeszcze zdarzy mi się przeczytać z rzeczy przez nią popełnionych. Może się okropecznie mylę? ;)

Friday, 16 February 2018

23/52. Wioletta Grzegorzewska - "Stancje"

Coś mi tutaj nie chciało grać. Jakiś czas temu połknęłam Guguły tejże Autorki, i nie miałam absolutnie żadnych zastrzeżeń co do ich formy i treści - a przy Stancjach nie mogłam się wczuć ani w jedno, ani w drugie. Ot, ciekawostka. I trochę smutno...

Może po prostu mam braki w temacie, bo nigdy nie mieszkałam na żadnej stancji? Zapewne sporo mnie ominęło - przynajmniej sądząc z opisu historii bohaterki-Autorki - ale jakoś tego nie żałuję...

(Podobnie jak faktu nadejścia piątku. Weekend, Drodzy, weekend! Wszystkiego spokojnego, swobodnego i zaczytanego!)

Wednesday, 3 January 2018

2/52. Jerzy Pilch: ZUZA, ALBO CZAS ODDALENIA

Dziś będzie krótko: nie rozumiem się na opowieściach o "mężczyźnie w pewnym wieku", którego zajmuje znacznie młodsza partnerka (uprawiająca najstarszy zawód świata) oraz choroba Parkinsona - w tej właśnie kolejności.

Może gdyby kolejność tę odwrócić, byłoby bardziej interesująco? Albo - gdyby zdecydować, czy idziemy w voyeuryzm, czy tylko snujemy niczym nie podparte dywagacje?

Ja nie wiem. Kto mi objaśni?...

Tuesday, 2 January 2018

Gdzie jest polska powieść?! - czytelnicze podsumowanie roku 2017.

Wychodzi mi na to, Mili Moi, że w minionym roku przeczytałam 124 książki* - nie licząc dwudziestu jeden tomów, które zaczęłam, ale z wielu względów nie dotrwałam do końca. Dochodzę bowiem do wniosku, że wszystkich interesujących [mnie] książek i tak w tym życiu nie przeczytam, a na te nieinteresujące szkoda tracić czasu. Howgh.

20 książek znalazło się na mojej liście po raz n-ty (przypominam, że w warunkach choroby obłożnej najlepiej toleruję Sapkowskiego). Spośród 104 nowości, 55 to literatura polska, a 49 zagraniczna - z czego 8 przeczytanych w języku oryginału.

Powtarzające się nazwiska autorów: Nesbo (rekordowe 10 - Pragnienie leży na półce i czeka na swoją kolej), Atwood (4), Bryson (3), Jansson (2), Pratchett (2), Gaiman (2), Krall (2), Knabit (2).

Z mniej lub bardziej dokładnych list wynika, że co najmniej 31 z 55. przeczytanych przeze mnie polskich książek to a) eseje, b) biografie, c) reportaże i d) felietony. Tego się po sobie nie spodziewałam... ale jeżeli alternatywą dla tychże są, na ten przykład, Szpony i kły, trudno mi jest mieć do siebie pretensję.

Do rozczarowań roku zaliczam, oprócz wyżej wzmiankowanego tomu kiepskich fanfików, Księcia Lestata Anne Rice. Być może cały sekret polega na tym, żeby nie wracać na siłę do dawno lubionych serii? Po cichu wyrażam nadzieję, że w tym roku żadna książka nie wpędzi mnie w podobnie przykre uczucie niesmaku.

Rozczarował mnie również gorzki, zgryźliwy i mocno nieprzyjemny Japoński misz-masz: w felietonach/artykułach opisujących typowe błędy popełniane przez domorosłych "ekspertów" od Japonii zabrakło mi choć minimalnego wtrętu w postaci próby wyjaśnienia, dlaczego dany pogląd/opis sytuacyjny jest błędny, i jak należy do zinterpretować. Najwyraźniej P.T. Autor skupił się na wypunktowywaniu niedociągnięć (uwagi te były zresztą, o zgrozo, jak najbardziej uzasadnione) - przepraszam, ale samo wylewanie pomyj nie bardzo mnie kręci. Preferuję podejmowanie prób sprzątnięcia obejścia, a nie jedynie warczenie na niekompetentną służbę. W sensie, rzecz jasna, bardzo metaforycznym.

Nie porwała mnie również Inwazja młodszego pana Miłoszewskiego: czepiam się, wiem, ale trudno jest mi pojąć, jakim cudem ani Autor, ani Redaktor książki nie zauważyli błędów merytorycznych w rodzaju błyskawicznej zmiany starszego brata w młodszego, czy trzykrotnej fluktuacji imienia bohaterki na przestrzeni jednej strony tekstu. Wot, psykrość. No i bardzo niedobre dialogi były, ten, teges.

Na drugim biegunie: książki cudowne, w przypadkowej kolejności:
Wagiel. Jeszcze wszystko będzie możliwe - przeuroczo się czytająca rozmowa panów Bonowicza i Waglewskiego. Tu przyznaję się do pewnej stronniczości - spotkanie z redaktorem Bonowiczem było dla mnie jednym z najjaśniejszych punktów ostatnich Targów Książki - ale zachowuję całkowicie czysta sumienie, polecając tę pozycję większym i mniejszym fanom Voo Voo.
Międzymorze - no, lubię, jak pisze Ziemowit Szczerek, i nie zawaham się o tym mówić.
Duszny kraj - w zestawie z płytą "Dylan.pl" - czyli językowo wysmakowany kontakt z noblistą.
New Boy Tracy Chevalier, już wydany po polsku w ramach Projektu Szekspir: pomysł przeniesienia akcji Otella do gimnazjum w Waszyngtonie w latach 60. ubiegłego wieku, i ściśnięcia jej w czasie od poranka do ostatniej lekcji, uważam za absolutnie genialny, i chylę czoła przed geniuszem Autorki.
Drzewo życia Chany Rozenfarb (tom pierwszy): znaczna część mojej rodziny pochodzi z Łodzi, czytało mi się więc ten opis życia społeczności żydowskiej w przededniu wojny trochę jak przewodnik po mieście mojego dzieciństwa.
Kolekcja nietypowych zdarzeń Toma Hanksa: wszystkim aktorom życzę, żeby tak pisali, a autorom - żeby tak grali.
Wszystko jest iluminacją J. S. Foera: skończyłam ją razem ze starym rokiem; językowo (tłumaczeniowo!) jest to prawdopodobnie moje największe odkrycie A.D. 2017.
Ścieżki północy Richarda Flanagana - jeszcze jeden mój konik, i zdecydowanie najlepsza (w moim subiektywnych odczuciu) powieść tego autora, w jakiej miałam okazję zatopić zęby.

Czyli jednak: pozytywów jest więcej - czego i Wam życzę, tak przy podsumowaniach czytelniczych, jak i przy lekturze kolejnych pozycji w roku bieżącym :)

Proszę w tym miejscu o Wasze rekomendacje czegoś do poczytania, z kategorii: nowa polska literatura piękna (w tym genre), bo czuję, że temat ten mocno u mnie kuleje ostatnio...

Do siego, zaczytanego roku!
Wasza Wróżka


* Do wniosku tego doszłam po przeanalizowaniu osobistych zapisków "analogowych" - lista zamieszczona na blogu zawiera poważne luki; stąd wspomniany w poprzednim wpisie pomysł zamieszczania mini-recenzji każdej książki przeczytanej w 2018.

Sunday, 12 November 2017

Jakowaś dziwna inwersja, czyli "Wiedźmin. Szpony i kły"



Z wiedźminem, Drodzy Czytelnicy, było tak, że w liceum miałam paczkę głównie męską, grającą w erpegi i czytającą sporo fantastyki. Wspomnę, że były to czasy, gdy wraz z najlepszą przyjaciółką śliniłyśmy się nad Christopherem Lambertem w roli Raydena. Taki lajf.

W każdym razie: kolega, do którego po dziś dzień mam sentyment oraz wielkie miejsce w sercu, pożyczył mi Ostatnie życzenie, i wsiąkłam. Dostawszy na gwiazdkę roku 1998 zastrzyk gotówki, kupiłam wszystko, co było w naszej prowincjonalnej księgarni: Miecz przeznaczenia, Krew elfów, Chrzest ognia i Wieżę Jaskółki. Czas pogardy pożyczył mi wyżej wymieniony kolega: dzięki serdeczne, Piotrze! – później uzupełniłam kolekcję o wydanie na tańszym, makulaturowym papierze, co do dziś mocno mnie boli.

Na Panią Jeziora musiałam czekać aż do klasy maturalnej: najpierw przeczytałam egzemplarz pożyczony od kogoś, kto mnie podówczas emablował, a potem wygrałam własny w konkursie Warszawskiego Informatora Kulturalnego (yay!). Podpisałam go, przeczytałam raz jeszcze, pożyczyłam znajomemu – dostałam z powrotem egzemplarz bez podpisu. WTF?; no cóż, książka jest książką…

A potem myślałam, że nie będzie już nic oprócz fanfików. Albowiem o filmiszczu i szczerbialu wspominać się tu nie będzie.

Jeszcze później był Sezon burz, który czytanym przeze mnie fanfikom do pięt nie dorastał.
A później, nagle i niespodziewanie, pojawiła się w sieci książka z mocno mylącą okładką, i napisem: „Andrzej Sapkowski przedstawia”. Mam syndrom sztokholmski, więc rzuciłam się na nią co rychlej. I tak sobie myślę – ja, autorka fanfików tłumaczonych z angielskiego na włoski i chiński – skoro zawarte w antologii Szpony i kły opowiadania to gloryfikowane (od angielskiego: glorified) fanfiki, to chyba mogę na nich wykonać tak zwany beta-reading, prawda?...

Szczególnie że nie do końca rozumiem wydawcę: mógł nie chcieć ingerować w treść opowiadań przysłanych na konkurs, ale, do kroćset, do wersji książkowej MINIMALNA korekta gramatyczna by się przydała... Nie mówiąc już o tym, że spora część zawartych w antologii opowiadań przeczy wszelkim założeniom sztuki literackiej.

W antologii Szpony i kły możemy przeczytać jedenaście opowiadań, z których IMVHO (w mojej niezmiernie skromnej opinii) trzy spełniają wymogi logicznej, sprawnej narracji, poprawności ortograficzno-gramatycznej i płynności językowej. Innymi słowy – czytając większość z tych opowieści, nie byłam w stanie wyrozumieć, jakie były motywacje bohaterów, ani co zyskiwali na działaniu w określony sposób – a to mnie, mówiąc oględnie, wkurza, bez względu na „profesjonalizm” (czyli: bycie fanfikiem lub nie) danego dzieła literackiego.

Nie będę wymieniać nazwisk ani tytułów, z wyjątkiem tych oto: tytułowe Szpony i kły, Nie będzie śladu oraz Lekcja samotności, które serdeczne Państwu polecam. Względem pozostałych tworów literackich, zalecam daleko posuniętą ostrożność. Prawdą jest bowiem, że zastosowana w zdaniu inwersja nie zawsze skutkuje przyjemną dla oka i ucha staropolszczyzną; że nawet niezły pomysł na opowiadanie niewiele znaczy, jeśli konstrukcja fabuły oraz język kuleją boleśnie. W ogóle sporo problemów sprawiało mi skakanie między rejestrami językowymi, które u Sapkowskiego odbywa się miękko i niezauważalnie, a u autorów konkursowych opowiadań okupione jest o niebo większym bólem. Czytelnika.

Czytelnikowi smutno jest również, gdy zdecydowanie zbyt często uważa się go za idiotę, który nie pojmie wielce tajemnej sztuki tworzenia i odczytywania zdań wielokrotnie złożonych. Czytelnik również nie wie, czym jest „miejsce reprezentatywne”, i o co w ogóle kaman. Brak logiki (po kiego czorta koń wzywanego na zamek królewski bohatera zostaje w bramie miejskiej, miast iść do zamkowej stajni?!); zdania zaczynające się od „więc”, degradujące kobiety opisy w opowiadaniach autorstwa mężczyzn, oraz przesadne skupianie się na opisach strojów w utworach autorstwa kobiet – wszystko to razem tworzy amalgamat, który dla kogoś emocjonalnie zaangażowanego w twórczość Andrzeja Sapkowskiego okazuje się mocno niestrawnym.

Mimo zadowolenia z lektur trzech wyżej wspomnianych opowiadań: serdecznie nie polecam…
Idźcie lepiej na AO3.

Post scriptum.

Wyżalam się oto znajomej z pracy, że kompletnie nie rozumiem motywacji bohaterów w jednym z opowiadań. Geralt sobie pociupciał, i tyle.

Znajoma: Może o to chodziło? Takie PWP? („Fabuła, na c..j ci fabuła?")

Ja: Niestety, cytrusów („obrazowych opisów współżycia płciowego”) nie było.

Znajoma: NO TO PO CO PISAĆ COŚ TAKIEGO?!?

Kurtyna, miłosiernie i litościwie, opada.