Showing posts with label sf. Show all posts
Showing posts with label sf. Show all posts

Sunday, 8 November 2020

Migocząc i lśniąc. Antologia opowiadań "Cyberpunk Girls"

Jesień 2020 cyberpunkiem stoi – czekamy na premierę pewnej gry, schodzimy coraz głębiej w czeluści światów wirtualnych, zmuszeni ograniczać aktywność w „realu” – a najnowsza antologia Wydawnictwa Uroboros bardzo zgrabnie się w ten trend wpasowuje.

Ktoś trafnie zauważył, że dziewczyna na okładce podobna jest do jednej z Autorek. Przypadek?...

Od wydania Neuromancera Williama Gibsona, powieści zwiastującej świt ery cyberpunku jako gatunku literackiego, minęło 36 lat: mimo upływu czasu (oraz gwałtownych zmian cywilizacyjnych, piszących własne scenariusze rozwoju ludzkości), rozważania o naturze człowieka i maszyny, duszy i Boga, stanowią nadal wybitnie nośny temat dla pisarzy – i pisarek, albowiem Cyberpunk Girls to antologia złożona z opowiadań napisanych przez kobiety: aczkolwiek, parafrazując drugą część znanego powiedzenia, niekoniecznie „dla kobiet”. W pewnym momencie lektury czytelnik zapomina, że wszystkie teksty zostały napisane przez kobiety: chyba tylko znacznie niższy, niż to w tym gatunku przyjęte, poziom seksualizacji bohaterek może naprowadzić czytającego na ten trop. Same bohaterki również są „konkretne”, interesujące i wielowymiarowe; czasami ich udział w fabule jest nieco incydentalny (Mindblow Martyny Raduchowskiej, najkrótsze opowiadanie zbioru), lub też w miarę rozwoju akcji nacisk fabularny przesuwa się z jednej postaci na inną (Amber Jagny Rolskiej), w efekcie czego pozostajemy cokolwiek nienasyceni, życząc sobie więcej informacji o obu kobietach.

Zacznijmy od początku: czego możecie się spodziewać po Cyberpunk Girls, oprócz opowieści snutych z (oczywistej lub nie) perspektywy kobiet? Antologia zawiera większość „typowych” motywów cyberpunkowych: współistnienie ludzi i maszyn, pytania o sens życia i istnienie duszy, strach przed obcymi, przeniesienie życia w sferę wirtualną, VR/AI, modyfikacje cybernetyczne czy klimat post-apokaliptyczny. Widać jednak, jak bardzo „fabułogenna” stała się dla Autorek pandemia, i płynące z niej wprowadzanie dodatkowych czy mocniej zarysowanych elementów dystansu społecznego, ograniczenia obszaru życiowego czy walki o utrzymanie się na powierzchni na skutek choroby – rzeczywistość, którą widzimy za oknami, okazała się bardziej przerażająca, niż dramatyczne wizje przyszłości.

Typowe czy nie, elementy, z których budowanych jest świat w estetyce cyberpunku można łączyć na tyle dowolnie – w sposób ograniczony wyłącznie wyobraźnią Pisarek – że nieuchronne stają się wprowadzenia i „opowiadanie” (sic!) czytelnikowi świata stworzonego przez Autorki: rodzaj oswajania z zasadami funkcjonowania przedstawionej rzeczywistości. Niektóre motywy pojawiają się częściej niż inne: indywidualny interfejs, ukrywanie twarzy; następnie: sposoby wprowadzania do organizmu substancji bądź informacji z zewnątrz (wszczepki, wczepki, zaczepy). Naturalne są również skojarzenia z innymi (u)tworami kultury w klimacie cyberpunku: w Nitro Agaty Suchockiej znajdziemy sceny rodem z Repo! The Genetic Opera, a Dziewczyna, której nie było Magdaleny Kucenty budzi jak najlepsze skojarzenia z Matrixem. Na uznanie zasługuje również podkręcenie istniejącej topografii świata do rzeczywistości cyberpunkowej w opowiadaniach Jagny Rolskiej – czytając Spandau, nabrałam wręcz ochoty na przeniesienie się do „tamtego” Berlina.

Mamy więc w Cyberpunk Girls interesujące wybory kreacjonistyczne, i ciekawe postacie kobiece: rozpaczliwie próbujące utrzymać się przy życiu, nawet za cenę kompromisów moralnych (Heartbyte Martyny Raduchowskiej), dążące po trupach (sic!) do realizacji swoich marzeń (Nitro), czy wreszcie – prowadzące niebezpieczną grę z przedstawicielami prawa i/lub bezprawia (Dotknąć ciemności Krystyny Chodorowskiej i Gabrieli Paniki). Wszystkie opowiadania antologii reprezentują poziom od poprawnego po wysoki – pomysłom z Mindblow i Amber przydałoby się pogłębienie i rozwinięcie  – natomiast jako swoje osobiste „faworytki” wymieniam Dotknąć ciemności, studium ksenofobii, niezrozumienia oraz nieufności (a także historię o zapewnieniu bezpieczeństwa dzieciom w sieci, oraz o przesunięciu obowiązku wychowania ich na nie-rodziców: brzmi znajomo?); Nitro, o mrocznych powiązaniach wewnątrz pseudo-rodzin, oraz o poświęceniu, na jakie gotowiśmy się zdobyć, aby zrealizować nasze marzenia; wreszcie: Heartbyte, za tak trafne wypunktowanie absurdów okołopandemicznych, że już na dziesiątej stronie miałam ochotę zamknąć książkę i zgłosić zażalenie, bo ja to przecież przyszłam poczytać dla przyjemności?! (Żart, oczywiście, czytało się znakomicie, szczególnie po niedawnym wciągnięciu Znikania Izabeli Morskiej).

Czy polecam zatem Cyberpunk Girls, już teraz (8 listopada) dostępne w ebooku, a od 12 listopada także w formie papierowej? Owszem, tak: aczkolwiek od razu przestrzegam, że możecie zakończyć lekturę tej antologii z poczuciem niejakiego niedosytu. Drogie Wydawnictwo, może warto pójść dalej w tym kierunku, i opublikować powieść/powieści w podobnym klimacie?... (Najlepiej ponownie z okładką Tomasza Majewskiego, który, jak zwykle, nie bierze jeńców.)

Pozostając w oczekiwaniu i niedosycie, kreślę się z szacunkiem,
Klonowa Wróżka

 

Cyberpunk Girls. Antologia opowiadań
Autorki: Martyna Raduchowska, Magdalena Kucenty, Jagna Rolska, Krystyna Chodorowska, Gabriela Panika, Agata Suchocka.
Wydawnictwo Uroboros. Premiera: 12 listopada 2020.

 

Tytuł recenzji zaczerpnięty z mojego tłumaczenia fragmentu piosenki promującej Cyberpunk 2077. Przy pisaniu towarzyszyła mi, zupełnie nie-cyberpunkowa, muzyka Loreeny McKennitt oraz Clannadu.

Dziękuję Wydawnictwu za egzemplarz Antologii, który skutecznie oderwał mnie od ponurości początków drugiego lockdownu.

Wednesday, 12 June 2019

Wojny Cieniowe. Kroniki Kaitanu, tom I: Cień

Qole Uvgamut ma siedemnaście lat, i należy do najmłodszych (i najlepszych) kapitanów na Alaxaku – lodowej planecie, wokół której rozciągają się złoża cienia: tajemniczej substancji, która dla jednych stanowi używkę prowadzącą do halucynacji i obłędu, a dla innych – niestabilne, ale potencjalnie obiecujące źródło energii. Qole pracuje jako poławiaczka tej tajemniczej substancji. Aby nadążyć z dostawami, przyjmuje do załogi nowego ładowacza, Neva; chłopak pracuje pilnie, ale przy okazji zadaje sporo niewygodnych pytań, i próbuje wkraść się w łaski pozostałych załogantów. Wkrótce okazuje się, że nie tylko on pragnie dowiedzieć się czegoś więcej o młodej pani kapitan i jej rodzinie: Qole wpada w wir walki między najważniejszymi rodami galaktyki, które próbują zagarnąć dla siebie nie tylko jak najwięcej cienia: ale również wykorzystać Qole, oraz jej wiedzę o tej substancji, dla celów, które tylko z pozoru wydają się szlachetne. Młoda pani kapitan oraz jej przyjaciele zostają wciągnięci w niebezpieczną grę, której stawka jest o wiele wyższa, niż mogliby się spodziewać... Zanim okaże się, jacy gracze naprawdę zasiedli do walki o władzę nad cieniem, Qole i Nev będą musieli zawrzeć niechętne przymierze - a także poddać w wątpliwość wszystko, co wydaje im się, że wiedzą o świecie: wliczając w to najbliższą rodzinę i przyjaciół.


Cień, pierwszy tom Kronik Kaitanu autorstwa AdriAnne Strickland i Michaela Millera – przyjaciół i sąsiadów z Alaski – ma duże szanse przypaść do gustu przede wszystkim młodszym czytelnikom, którzy dopiero poszukują swojej literackiej niszy. Nie oznacza to, że bardziej „zaawansowani” fani gatunku poczują się zawiedzeni lekturą: w swoim debiucie powieściowym Strickland i Miller przetworzyli szereg motywów znanych z klasycznych sag fantasy i S-F (miecze energetyczne jako broń zarezerwowana dla „zakonu wybrańców”; pościgi w nadprzestrzeni; walka o wpływy ekonomiczne w galaktyce), i przydali im nowego wydźwięku oraz świeżości. Akcja powieści, choć prowadzona jednotorowo – jako czytelnicy cały czas śledzimy linearnie losy załogi statku „Dziedzictwo Kaitanu” – obfituje w niespodziewane zwroty, a prowadzona jest wartko i dynamicznie, wciągając czytelnika i prowadząc go naprzód. Pewnych rzeczy można się domyślać – jak chociażby tego, że Nev nie jest jedynie prostym ładowaczem cienia – inne natomiast zaskakują czytającego i prowokują do refleksji.

Jakkolwiek dziwnie by to nie brzmiało w odniesieniu do powieści YA, duet pisarski Strickland-Miller podejmuje tematy z pogranicza fantastyki i współczesnego dyskursu socjo-ekonomicznego: oprócz aspektu czysto rozrywkowego (romantycznego napięcia między bohaterami, którzy początkowo nie mogą ze sobą wytrzymać, pościgów w przestrzeni kosmicznej oraz strzelania z broni laserowej), czytelnik odnajdzie w Cieniu przyczynek do poważnych rozważań o granicach ludzkiej bezwzględności, przywilejach i nadużyciach władzy, oraz walki o dominację ekonomiczną. Arystokratyczne rody, dzielące pomiędzy siebie wpływy w galaktyce, pragną wykorzystywać Qole i jej bliskich do własnych celów, i nie liczą się przy tym z negatywnymi skutkami swoich działań. Nie chodzi tu już o enigmatyczną MOC, ale o bardzo realne środki oddziaływania: pieniądze, zasoby naturalne, i wizerunek publiczny. Jasna i Ciemna strona Mocy zostały zastąpione Bogactwem i Nędzą, siłami nie mniej potężnymi od tych, jakimi władają Rycerze Jedi.

Zarówno Qole, jak i Nev, będą musieli zdecydować, po której stronie konfliktu się opowiedzą - i nie będzie to prosta decyzja w rodzaju „jeść albo nie jeść”. Ich lojalność - wobec własnej rodziny, klasy społecznej, czy miejsca pochodzenia - zostanie wystawiona na ciężką próbę, z której nie wszyscy wyjdą zwycięsko.
Leia poleca i aprobuje!
Cień bardzo trafnie pokazuje, jak szczytne ideały w rodzaju dobroczynności, rozwoju nauki czy ekonomicznego wsparcia dla lokalnych społeczności mogą zostać wykrzywione i spaczone. Między ciekawością badacza a nieetycznymi eksperymentami na ludziach stoi tylko cienka bariera, którą nadspodziewanie łatwo jest obalić w imię „wyższych wartości”: a przekonanie o własnej nieomylności zbyt często prowadzi do ksenofobii, zadufania w sobie i pogardy dla Innego. Strickland i Miller bardzo zręcznie manewrują między rafami ludzkich wad i przyzwyczajeń, a dodatkowo prezentują czytelnikowi niejednoznaczny obraz świata, w którym punkt widzenia bardzo mocno zależy od przysłowiowego punktu siedzenia. W tym wszystkim musi się odnaleźć załoga „Dziedzictwa Kaitanu”: grupa młodych ludzi, którzy pragną po prostu przeżyć w niegościnnym klimacie skutej lodem planety Alaxak.

Śmiało mogę polecić Cień wszystkim miłośnikom space opery - ze szczególnym naciskiem na nastolatków i młodych dorosłych, choć i dla "starych wyjadaczy" znajdzie się tutaj coś ciekawego (kiedy ostatnio czytaliście powieść, której bohater swobodnie "przepływa" od jednej płci do drugiej?). Płynny język i lekkie pióro obojga pisarzy, w połączeniu z dynamiczną akcją i ciekawą intrygą, zapewnią Wam ładnych kilka godzin bezpretensjonalnej rozrywki: czego bardzo Wam życzę, czekając na kolejne tomy cyklu...



AdriAnne Strickland, Michael Miller: Cień. Kroniki Kaitanu, tom I
Wydawnictwo Uroboros
premiera: 5 czerwca 2019

Thursday, 6 December 2018

150, 153/156. J.S.A. Corey: "Wojna Kalibana" / "Wrota Abaddona"

Ja jestem prostym i nieskomplikowanym człowiekiem. Dobra space opera potrafi mnie ucieszyć równie mocno, jak dzieło noblisty - o ile jest to dobra space opera, z wartką akcją, sensownym podkładem naukowym, oraz ciekawymi bohaterami.

Służącą za kanwę serialu The Expanse serię powieści autorstwa dwóch panów (w tym asystenta GRRMartina) sygnujących się jednym pseudonimem zaczęłam czytać od starego wydania pierwszego tomu: jakiś czas temu rozpisywałam się nad słabością tamtej wersji, przy opracowywaniu której budżet na tłumacza skończył się w połowie. Tom drugi i trzeci przybyły do mnie z biblioteki w okresie natężonej aktywności bakterii i wirusów, i wydatnie poprawiły jakość mojej rekonwalescencji. Opowieści o perypetiach Jima Holdena i załogi Rosynanta mają właściwy ciężar gatunkowy - jest tu sporo scen akcji, zbalansowanych przemyśleniami na tak zwane tematy ostateczne; wielkie osiągnięcia ludzkości oraz małość jednostki; humor i patos - kwalifikujący je jako Bardzo Dobre SF - przynajmniej w moim prywatnym rankingu.

Aczkolwiek bardzo się cieszyłam, mogąc rzucić się na tom trzeci zaraz po skończeniu lektury drugiego, ponieważ cliffhanger był niecy i zdradziecki. Dlatego też cieszy mnie niepomiernie obecność polskiego tłumaczenia tomu czwartego na półkach księgarni... choć kusi mnie przejście na język oryginału, dla szybszego dostępu to tak zwanego contentu.

Ps. Serial też zaczęłam oglądać. Jest moc - choć dobrze zrobiłam rozpoczynając od literackiego pierwowzoru...

Thursday, 22 November 2018

(Krzywe) zwierciadło galaktyki: Natalia Kuntić, "Porwanie na planecie Z"

Historia zaczyna się dość banalnie: w dwudziestym czwartym wieku dwie młode dziewczyny, pochodzące z planety T studentki kosmetologii (nauki o geopolityce kosmosu) na planecie Z, łapią spadek formy podczas nauki do egzaminu powtórkowego, i postanawiają poprawić sobie humor wizytą w popularnej wśród śmietanki towarzyskiej i celebrytów kawiarni. Tak się składa, że w tym samym czasie w kawiarni znajduje się również minister finansów z małżonką, grupa turystów z planety A, dwie dziewczyny z księżyca Ee, wokalistka z T (wraz ze swoim toksycznym chłopakiem), tajemnicza specjalistka od PRu, pochodząca z "mitycznej" planety X, i dwoje kelnerów, kłócących się o przyszłość ich związku (ona właśnie dowiedziała się, że jest w ciąży, on zaczyna panikować i proponuje radykalne pozbycie się "problemu").

Wszyscy ci ludzie stają się zakładnikami pięciu bojowników z planety T, postulujących wycofanie się wojsk i polityków planety Z z terytorium ich świata. Sprawą zaczynają się interesować Jedyne Słuszne Państwowe Media, tworzące naprędce linię ideologiczno-polityczną; losem zakładników przejmuje się także syn wpływowego biznesmena, być-może-były chłopak jednej z porwanych kobiet. Koncepcje są różne - uwolnić zakładników, negocjować z terrorystami; zignorować zakładników, powybijać terrorystów - podobnie jak różna jest motywacja członków grupy przestępczej, oraz postępowanie samych więźniów w tej nietypowej sytuacji...

Pomimo przeniesienia akcji w odległą przyszłość, debiutancką powieść Natalii Kuntić czyta się jak wnikliwą analizę współczesnej nam sytuacji geopolitycznej - problemów migracji zarobkowej, stratyfikacji społeczeństwa, rozkładu związków międzyludzkich, targetowania marketingowego, poszukiwania prawdziwej miłości, stereotypów, uprzedzeń, oraz manipulowania przekazem informacji. Opisane w Porwaniu na planecie Z wydarzenia rozgrywają się w przeciągu zaledwie kilku godzin, ale ten niedługi czas wystarcza na dość szczegółowe przedstawienie postaw bohaterów, ich poglądów na religię, normy społeczne kształtowane przez obywateli poszczególnych planet, politykę, PR i feminizm - niekoniecznie w tej kolejności. Autorka przeniosła sporą część dylematów trapiących współczesnych Europejczyków w nieco nietypową scenerię, do której czytelnik może jednak dopasować pewien klucz interpretacyjny. Byłam z siebie całkiem dumna, kiedy mi się to udało - gdzieś około strony 30.

Całość potraktowana jest zarazem z pewną swobodą fabularną oraz przymrużeniem oka, jak każda ideologia, która w formie bezkrytycznej zamienia się w fanatyzm. Mamy tu więc terrorystę-filozofa, który pada ofiarą manipulacji ze strony specjalistki od PR-u (osoby groźnej wyłącznie dla siebie samej, głównie o poranku, przed wypiciem trzech kaw - ktoś chyba był u mnie w domu...), mamy mocne zarysowane postaci zdecydowanych, silnych kobiet, którym jednakowoż miękną kolana, kiedy na horyzoncie pojawia się przystojny facet; mamy wreszcie dystyngowanego młodego mężczyznę z bogatego domu, który co prawda walczy zaciekle o uratowanie ukochanej z łap przestępców, ale zarazem już sobie wyobraża, jak ona mu za to zapłaci...

Cokolwiek paradoksalnie, najsłabszą stroną Porwania na planecie Z jest... język. Autorka prowadzi popularnego vloga i FP Kawa i Awangarda, do których przyciągnęły mnie - oprócz prezentowanej tam muzyki - zgrabnie napisane teksty, celnie puentujące rzeczywistość oraz współczesne zjawiska muzyczne. W debiucie powieściowym Autorki język literacki zdaje się jednak trochę wymykać Jej spod kontroli: pojawiają się na przykład troszkę koślawe związki frazeologiczne. Jest też nieco za dużo opowiadania w opozycji do przedstawiania tego, co robią i przeżywają bohaterowie, za dużo dosłowności i szczegółów, które niewiele wnoszą do fabuły. Szczególnie rzucają się w oczy rozbudowane opisy... ubrań noszonych przez poszczególne postacie: co prawda odnajdujemy je następnie na portretach bohaterów, wykonanych przez Igę von Geyso, ale sama informacja o kolorze spodni bohatera nie wnosi zbyt wiele do akcji książki. Owszem, warto podkreślać, że bohaterka ma buty na wysokim obcasie, jeżeli w pewnym momencie rzeczony obcas się złamie, albo bohaterka zleci ze schodów, ale ta sama zasada nie stosuje się w przypadku informacji o wieku znoszonej koszulki: szczególnie gdy weźmiemy pod uwagę, że ludzie (przeważnie) nie są w stanie po pierwszym rzucie oka ocenić, jak długo jest lub była noszona dana część garderoby. (Dziękuję za to Opatrzności każdego poranka.) W moim subiektywnym odczuciu, książce wyszłoby na korzyść odchudzenie jej o drobiazgowe opisy garderoby (można je zastąpić podpisaniem ilustracji z portretami bohaterów), które zaburzają akcję i wybijają czytelnika (czy raczej: tę konkretną czytelniczkę) z rytmu. Początkowe rozdziały mają wskutek tego zupełnie inny klimat niż końcowe - przechodzimy oto od identyfikacji koloru odzieży wierzchniej do skomplikowanych opisów case'ów reklamowych, czy analizy profilu marketingowego jednej z postaci...

Ciekawym rozwiązaniem jest natomiast dołączenie do książki "soundtracku" w postaci informacji o tytułach piosenek, które - jak się domyślamy - zainspirowały poszczególne fragmenty; towarzyszą im zgrabne ilustracje graficzne: pierwszy raz miałam okazję czytać tak skonstruowaną książkę, i uważam to za bardzo interesujący zabieg.


Porwanie na planecie Z jest pierwszą częścią zapowiadanego jako trylogia cyklu powieści o losach młodych ludzi, stawiających sprzeciw panującemu reżimowi. Natalia Kuntić rozpoczyna swój cykl uzbrojona (sic!) w ciekawy pomysł na kreację świata i bohaterów: można jednak odnieść wrażenie (być może całkowicie zamierzone?), że Porwanie... to zaledwie pierwszy zwiad, przedstawienie bohaterów oraz zalążek historii, która zacznie się rozwijać dopiero w kolejnych częściach cyklu. Życzę zatem Autorce - wytrwałości w pisaniu, a obecnym i przyszłym czytelnikom - wielu pozytywnych wrażeń z lektury.

Do zobaczenia na planecie Z!...

Sunday, 7 October 2018

Martyna Raduchowska: "Spektrum". Blask, który zsyła mrok.

Patrzył na mnie, jakby nie potrafił zdecydować, co przeszkadza mu bardziej: to, że tak bardzo przypominam człowieka, czy to, że jestem tak do człowieka niepodobna.
- Maya Quinn


Cofnijmy się do tyłu, jak mawiała moja polonistka w liceum (sic!). W pierwszej części cyklu Martyny Raduchowskiej Czarne światła: Łzy Mai poznaliśmy dwoje głównych bohaterów: Jareda Quinna, porucznika policji New Horizon, oraz jego partnerkę: Mayę, androida najnowszej generacji. Spotkaliśmy ich w sytuacji mocno kryzysowej: oto cała drużyna Jareda, skierowana do akcji opanowania ataku terrorystycznego na korporację farmaceutyczną Beyond Industries, zostaje wymordowana przez zbuntowanych "syntetyków", a bohaterowie dowiadują się, że celem ataku buntowników są zapasy leku o nazwie reinforsyna: magicznego remedium na zwyrodnienia tkanek mózgowych, odwracającego skutki takich schorzeń, jak choćby schizofrenia - i znakomicie zastępującego inwazyjne zabiegi chirurgii cybernetycznej w dziele tworzenia "ludzi augmentowanych". Ten oto specyfik ma zostać masowo wycofany z rynku, co wzbudza (skądinąd, zrozumiały) opór grup dążących do emancypacji mas obywatelskich, których nie stać na drogie zabiegi czyniące ich bardziej atrakcyjnymi na rynku pracy, stabilniejszymi emocjonalnie, a w niektórych przypadkach: po prostu zdrowymi psychicznie.

Jest jeszcze jedna kwestia, o której Jared i Maya dowiadują się podczas akcji w Beyond Industries: reinforsyna pozwala androidom doświadczać emocji. To dość zdumiewający pomysł; ostatecznie przecież androidy stworzono po to, aby działały w sposób logiczny i przewidywalny, aby zachowywały lojalność wobec swoich ludzkich partnerów, mówiły zawsze prawdę, i nie kwestionowały wydawanych im rozkazów. Obdarzono je przy tym znaczną dozą empatii, która pozwala im rozumieć ludzi, i tęsknić za pełnią człowieczeństwa, nieosiągalną z uwagi na sposób, w jaki je stworzono. I oto nagle okazuje się, że istnieje lek, który może pozwolić bytom syntetycznym na osiągnięcie pełni wolności, i doświadczanie tego wszystkiego, co je udziałem ludzi. Wspaniała wiadomość, prawda?...

W tej sytuacji nikogo nie powinna dziwić szybkość, z jaką androidy przyłączają się do rebelii. Jared zostaje ranny, i zapada w śpiączkę. Wybudza się z niej na krótko, i z pełną stanowczością zabrania przeprowadzania na sobie jakichkolwiek zabiegów o charakterze augmentacyjnym. Gdy budzi się na dobre, wiele miesięcy później, okazuje się, że jego życzenia zostały zignorowane. Co więcej: Maya, dotychczas wiernie partnerująca Jaredowi, zabiła dwóch funkcjonariuszy policji i zbiegła za Mur, na opanowane przez rebeliantów rubieże znane jako Dark Horizon. Tymczasem po tej stronie Muru, po której przebywa Jared, ktoś zaczyna mordować androidy - a poszlaki wskazują na to, że to Maya może za wszystkim stać. Jared Quinn rozpoczyna śledztwo, które w finale Łez Mai doprowadza go do konfrontacji z byłą partnerką, po której nic już nie będzie takie samo.

Cięcie. Przeskok do Spektrum.


Po pierwsze i zasadnicze: to nie jest kontynuacja wątków z pierwszej części cyklu; to raczej przedstawienie znanych nam już wydarzeń z perspektywy samej Mai - ale jeżeli wydaje Wam się, że po przeczytaniu Łez... nie musicie czytać Spektrum, żeby wiedzieć, jak należy interpretować wydarzenia w New Horizon, to muszę Was zmartwić: mylicie się, jako i ja się myliłam. Przed rozpoczęciem lektury nie czytałam żadnych wywiadów z Autorką, chcąc podejść do książki bez jakiejkolwiek "nadbudowy ideologicznej" (brzydkie sformułowanie, przepraszam), i początkowo byłam nieco skonfundowana budową narracji. Dlaczego pokazuje się nam to, co już znamy? Ano dlatego, że w gruncie rzeczy wcale tego nie znamy - nie z perspektywy Mai, która jest równie ważną częścią całej historii co przeżycia Jareda. Powszechnie wiadomo natomiast, co dzieje się z historią opowiadaną tylko z jednego, "słusznego" punktu widzenia...

Co nowego wnosi Spektrum w opowieść o reinforsynie? Pogłębione zrozumienie motywów bohaterów. Nadbudowę warstwy naukowej, którą Autorka przeprowadza sprawnie i "zjadliwie": innymi słowy, wymyśla coś, czego czytelnik (typu ja) nie byłby w stanie sam wygłówkować, a następnie przedstawia to w przystępnej formie, którą czytelnik (typu ja) jest w stanie zrozumieć. (Nie jest to łatwe zadanie, powiedziała z przekonaniem Wróżka, myśląc o pseudonaukowym bełkocie w niektórych czytanych przez nią książkach SF.) Wreszcie: wypełnienie białych plam w historii Mai, dzięki przeniesieniu lwiej części akcji za Mur, do Dark Horizon, gdzie mieszkają przysłowiowe smoki - oraz gdzie można odnaleźć odpowiedzi na wiele pytań postawionych jeszcze we Łzach Mai. Te fragmenty czytałam z zapartym tchem, a świetnie prowadzone opisy miejsc, postaci i zdarzeń wywołały u mnie potrzebę zobaczenia Dark Horizon w wersji komiksowej/filmowej/serialowej: aby dołożyć warstwę wizualną do świetnej warstwy językowej.

Samo to byłoby już wystarczającym powodem do przeczytania Spektrum - a to bynajmniej nie koniec, ponieważ w ostatnim rozdziale książki Autorka zrzuca bombę, która prawie katapultowała mnie z łóżka (była pierwsza w nocy, a ja musiałam doczytać do końca), i pozostawiła moją szczękę gdzieś w okolicach podłogi. I co ja będę teraz robić ze swoim życiem?!...

Czekać na tom trzeci, ot, co...

Czy to zdjęcie zawiera spoilery? Może tak, może nie...

Bardzo dziękuję Wydawnictwu Uroboros za umożliwienie mi przeczytania tej jakże świetnej nowości wydawniczej. Kudos!

Sunday, 15 July 2018

89/104. Cixin Liu, "Problem trzech ciał"

Przez lekturą Problemu trzech ciał nie wiedziałam absolutnie niczego o chińskim SF.

Po przeczytaniu Problemu trzech ciał wiem raczej niewiele.

O co chodzi? Otóż: w mrocznych latach po rewolucji kulturalnej (początek książki opisuje ten okres dość szczegółowo, i raczej niepotrzebnie) w zapomnianym zakątku Chin zbudowano obserwatorium astronomiczne,w którym podejmowano próby skontaktowania się z innymi inteligentnymi mieszkańcami Wszechświata. Próba została uwieńczona sukcesem - o tyle, o ile - i oto zmierza ku nam międzygwiezdna flota z innej planety, a jej zamiary są, łagodnie mówiąc, odbiegające od wyobrażeń mieszkańców Ziemi.

I co, tyle? W zasadzie - tak. Książka ma, oczywiście, bohaterów: ale kompletnie nie zapadli mi oni w pamięć, ani nie przekonali to swoich racji. Pojawia się sporo założeń z dziedziny matematyki i fizyki, na przykład w kontekście prób opisania chaotycznego układu trzech ciał, na przykładzie wzmiankowanej planety w dalekim Kosmosie: otaczają ją trzy gwiazdy, których nieregularne wschody i zachody stanowią poważny problem dla rozwoju cywilizacji skazanej na nieprzewidywalne okresy wiecznej nocy i upiornego gorąca; problem ten udziela tytułu książce oraz grze VR, w którą angażują się bohaterowie. Założenia teoretyczne są początkowo niezrozumiałe, ale później można spokojnie analizować tok myślenia bohaterów oraz Autora, i śledzić model rozwoju trisolarnej planety. Interesujący problem, przyznaję: ale czy to wystarczy - nawet w połączeniu z jakąśtam fabułą - dla zrównoważenia kiepskiego poziomu językowego (powieść przełumaczono najpierw z chińskiego na angielski, a następnie z angielskiego na polski) i dłużyzn, które nie wnoszą niczego ani do historii, ani do budowy świata?

Ja jestem mocno nieprzekonana - aczkolwiek słyszałam o zapalonych entuzjastach Problemu trzech ciał oraz kolejnych powieści Liu (owszem, jest z tego trylogia). Zachęcam zatem, abyście w wolnej chwili sprawdzili, jaki Wy macie stosunek do chińskiego science fiction. Może znajdziecie w nim coś, co mi umknęło?

Monday, 25 June 2018

80-81/104. James A. Corey, "Przebudzenie Lewiatana"

Mam nieodparte wrażenie, że ktoś tu kogoś brzydko zrobił w bambuko, jezeli chodzi o przygotowanie polskiego wydania. Ale po kolei.

O serialu The Expanse słyszałam sporo, i dość szybko wpisałam go na moją listę Rzeczy, Które Obejrzę Jak Skończą Mi Się Rzeczy, Które Obecnie Oglądam Oraz Ulubione Powtórki. Zanim jednak dotarłam do tego punktu w życiu, namierzyłam w lokalnej bibliotece Przebudzenie Lewiatana Jamesa S.A. Coreya (seriously, człowieku, ile masz tych imion?) – książkę w dwóch tomach, która posłużyła za kanwę do nakręcenia serialu. W ramach przygotowania do seansu, wypożyczyłam najpierw pierwszy, a zaraz potem drugi tom – i o ile mój apetyt na serial rósł w miarę czytania, o tyle wspierały go mdłości, niedowierzanie i ogólny wkurw – o czym za chwilę, bo muszę sobie dawkować emocje.

O co w ogóle chodzi? O Kosmos, o zasoby, o broń i o kontrolę nad aktualnym kształtem ludzkiej cywilizacji. Wszechświat według Coreya zakłada całkiem zaawansowany etap kolonizacji Układu Słonecznego – zaawansowany do tego stopnia, że część rodzaju ludzkiego wyrasta i ewoluuje w warunkach zmniejszonej grawitacji pasa asternoid między Planetami Wewnętrznymi a gazowymi olbrzymami, wykształcając cechy osobnicze charakterystyczne dla tych warunków życia. O ile jednak obserwujemy szereg zmian w sposobie życia, podróżowania czy konstruowania relacji międzyludzkich, o tyle sprawy fundamentalne nie uległy zmianie od czasów nam współczesnych, i w społeczeństwie nadal funkcjonują zarówno jednostki bardzo dobre, jak i bardzo złe. I to właśnie w ręce tych drugich wpada niezwykła „przesyłka”, wokół której trup ściele się gęsto, a atmosfera suspensu narasta z chwili na chwilę. No dobrze, trochę ironizuję: ale tak naprawdę w Przebudzeniu Lewiatana interesowały mnie ewolucje charakterów poszczególnych postaci, oraz rozój relacji pomiędzy nimi. Akcja akcją, bardzo, owszem, zajmująco się to czytało – ale skupiałam się trochę na czym innym.

Na przykład na tym, żeby nie zauważać drastycznego pogorszenia jakości tłumaczenia w drugim tomie.

Zaprawdę, zaprawdę, powiadam Wam: oba tomy ukazały się w Fabryce Słów, w spójnej szacie graficznej, a sądząc po nazwiskach wymienionych w pozycjach „Tłumacz”, „Korekta” oraz „Redaktor” za oba tomy odpowiadał ten sam zespół ludzki.

Czemu zatem, pytam się grzecznie, tom pierwszy czyta się z wielką przyjemnością, nic nie zgrzyta, a tłumaczenie jest dowcipne i bardzo profesjonalne – a w drugim powiadujemy się, że pisze się dopUki oraz kilka dziesiąt, że w języku polskim istnieją słowa inżektor (= iniektor) oraz genocyd (= ludobójstwo), a składnia zostaje żywcem przeniesiona z tłumacza Google? Po błyskawicznej lekturze tomu pierwszego, zawdzięczającego wysoką jakość zarówno sprawnego prowadzeniu akcji, jak i świetnemu tłumaczeniu, tom drugi czytało mi się jak po grudzie. Ze szkłem pod paznokciami.

Podsumowując: historia świetna, ale kupując prawa do tłumaczenia i ustalając terminy jego wykonania chyba zapomniano, że budżet/czasokres należy podzielić na dwa...

Smuteczek, Szanowni, smuteczek ogromny. I stąd sprzeczne tagi przy tej notce.

Kącik pod patronatem Gordona Ramsaya, czyli What Would I Change?: Tłumacza. Zmieniłabym tłumacza. Albo sposób zarządzania zasobami finansowymi w cyklu produkcyjnym wydania polskiego.

Wednesday, 20 June 2018

78/104. Martyna Raduchowska: "Czarne światła. Łzy Mai"

Jest to, proszę Państwa, książka niebiorąca jeńców, i skłaniająca czytelników do podejmowania strajku okupacyjnego pod drzwiami Autorki w oczekiwaniu na tom drugi. Wznowienie pierwszego, jakie na się niebawem ukazać, daje nadzieję na rychłą kontynuację. AT LEAST I HOPE SO.

O co chodzi? Chodzi o świat z przyszłości nie tak znów odległej, o rozwój sztucznej inteligencji oraz o cyborgizację/augmentację "żywych" ludzi. Chodzi również o bardzo dobrze przygotowane podłoże naukowe, o dylematy moralne związane z istnieniem androidów i cyborgów - i o pytanie o granicę między człowiekiem i maszyną, nie mówiąc już o cechach różnicujących obie te grupy. Do tego dołóżmy jeszcze odpowiednio pokomplikowaną intrygę kryminalną, zdrową dozę psychoanalizy, i bum: oto najlepsza książka Martyny Raduchowskiej, jaką miałam okazję czytać. A przypominam, że cyklem o Szamance też się ekscytowałam.

Bardzo pięknie, Pani Martyno. Poprosimy o więcej...