Showing posts with label 2019. Show all posts
Showing posts with label 2019. Show all posts
Saturday, 4 January 2020
Saturday, 26 October 2019
Clarice Lispector: "Opowiadania wszystkie", czyli gramatyka glamour
Uwaga na Clarice. To
nie jest literatura. To czarownictwo. – napisał kiedyś przyjaciel Autorki,
zwracając się do swoich znajomych kobiet. Czy miał rację? No cóż. Z mojej
perspektywy - na pewno tak.
Kim jest Clarice Lispector, i czy można ją do kogoś porównać
w kategoriach literatury polskiej? Zastanawiałam się, czy jest jakaś polska
autorka, której książki czytałam ja, moja mama i babcia, podobnie nimi
zafascynowane? Niestety, nie przyszło mi do głowy ani jedno nazwisko
(podrzućcie coś, proszę!) – tymczasem moja dwudziestoparoletnia przyjaciółka,
mieszkanka Recife (o którym traktuje wiele opowiadań Lispector), niebywale się
zachwyciła i podekscytowała, gdy powiedziałam, że będę czytać książkę tej
właśnie autorki. Clarice Lispector jest nadal powszechnie czytana (i
uwielbiana!) w Brazylii, mimo że od jej przedwczesnej śmierci minęło już ponad
40 lat.
Urodziła się na Podolu, w rodzinie ukraińskich Żydów. W 1922,
jako dwuletnie dziecko, wyjechała z rodziną do Brazylii, i tu zdobyła
wykształcenie – jako jedna z trzech kobiet oraz jedyna Żydówka na Wydziale
Prawa Universidade do Brasil. Wyszła za mąż za dyplomatę, urodziła dwoje dzieci;
przez lata mieszkała na placówkach dyplomatycznych poza Brazylią, wyobcowana, znudzona,
otoczona służbą – i wciąż pisząca. Od dwudziestego roku życia aż do przegrania
walki z nowotworem w wieku 57 lat, Lispector stworzyła – oprócz powieści oraz
form publicystycznych – ponad 80 opowiadań, po raz pierwszy wydanych w jednym
tomie dopiero w roku 2015. Polskie tłumaczenie zbioru ukazało się nakładem
Wydawnictwa W.A.B. w połowie października 2019.
Czego możecie się spodziewać po lekturze prozy Lispector? Na
pewno: przesunięcia ciężaru gatunkowego z konfliktu dramatycznego na atmosferę
oraz uczucia prowadzące bohaterów
przez kolejne wydarzenia. Fabuły opowiadań są proste, niekiedy akcja ogranicza
się do jednego zdarzenia lub sceny: o wiele ważniejsze jest pokazanie tego, co
przeżywane jest wewnętrznie, niż zewnętrznie. Całość spisana jest bardzo
charakterystycznym językiem, giętkim i nieoczywistym, z częstymi zmianami
narratora i punktu widzenia, z którego opisywane są historie protagonistów. Biografowie
i znawcy twórczości Lispector nader często używają do jej opisania słowa glamour: chyba niewielu z nas wie, że pochodzi
ono od grammar, i odnosi się do „fascynacji
kobiecej”. Zdolność czarowania, odkrywania przedmiotów i życia jako „całkowicie
innych od rzeczywistości” wyglądu zewnętrznego – ta definicja idealnie pasuje
do literatury Lispector.
Od Pierwszych
opowiadań do Historii ostatnich, Opowiadania wszystkie to zapis całego
życia kobiety – powstający przez… całe życie kobiety. To właśnie kobieta jest
osią, wokół której obraca się opisywany przez Autorkę świat, bez względu na to,
czy jest nią młoda dziewczyna znudzona życiem wśród komfortu i przywilejów, spełniona
w swej roli matka i żona, czy ponad osiemdziesięcioletnia, samotna kobieta,
odkrywająca po raz pierwszy sekrety masturbacji. W swoich czytelniczych
wędrówkach nie spotkałam się nigdy z tak szerokim przekrojem tematów,
sprowadzających się do wspólnego mianownika wymagań i obowiązków stawianych
kobiecie, oczekiwań jakie ma wobec niej świat – i oporu, jaki bohaterki
Lispector stawiają Agresorowi pod postacią mężczyzny, rodziny lub
społeczeństwa.
Skończył się zawrót
głowy dobroci, pisze Lispector. W jednym z Jej wczesnych opowiadań widzimy,
jak dziewczynka zaczyna być kobietą, i wszyscy natychmiast zmieniają sposób jej
postrzegania, poczynają stosować wobec córki, siostry i wnuczki kompletnie inne
standardy. W opowieści z życia „wyzwolonych” studentów, mężczyzna potraktowany
jak kobieta (porzucony dla lepszego) obraża się śmiertelnie. Kobieta w prozie
Lispector nie zadowala się tym, co oczywiste, łatwe, podane na tacy:
przeciwnie, ucieka od zwykłego życia, szuka głębokich emocji.
Mama przed ślubem,
według ciotki Emilii, była petardą, porywczym rudzielcem z własnymi poglądami
na wolność i równość kobiet. Ale pojawił się tata, bardzo poważny i wysoki,
także z własnymi poglądami na… wolność i równość kobiet. Zły był ten zbieg
okoliczności materii. Nastąpiło zderzenie. I dzisiaj mama szyje i haftuje, i
śpiewa przy pianinie, i piecze ciasteczka w sobotę, wszystko jak w zegarku i z
radością. Ma własne idee, ciągle, ale sprowadzają się do jednej: kobieta
powinna zawsze iść za mężem, jak pomocnictwo idzie za sprawstwem (porównanie
jest moje, wynik zajęć na wydziale prawa).
Wstępnie kochała mężczyznę,
którego pewnego dnia pokocha.
…zastanowiła się nad
okrutną potrzebą kochania. Zastanowiła się nad złem naszego pragnienia bycia
szczęśliwym. Zastanowiła się nad dzikością, z jaką chcemy się bawić. I nad tymi
wszystkimi chwilami, w których zabilibyśmy dla miłości.
…dopóki będę kochać
Boga tylko dlatego, że siebie nie kocham, będę znaczoną kością, i gra mojego
większego życia się nie odbędzie. Dopóki będę wymyślać Boga, On nie będzie
istniał.
Jeżeli mam być szczera, nie miałam pojęcia, czego powinnam
oczekiwać po tej książce. Chciałam poczytać „literaturę kobiecą” (cudzysłów
zastosowany jak najbardziej celowo!) z części świata, która kojarzy się głównie
z autorami płci męskiej: i nie spodziewałam się, że odnajdę w Opowiadaniach wszystkich tak
poruszający, kompleksowy obraz kobiety jako bohaterki - w obu znanych językowi
polskiemu znaczeniu tego słowa. Niniejszym, zachęcam Was jak najserdeczniej:
zróbcie sobie tę przyjemność, i zatońcie w twórczości Clarice Lispector. Ja
tymczasem udaję się na poszukiwanie Jej powieści…
Clarice Lispector: Opowiadania wszystkie
Wydawnictwo W.A.B.
premiera: 16 października 2019
Wydawnictwo W.A.B.
premiera: 16 października 2019
Serdecznie dziękuję
Wydawnictwu za egzemplarz recenzencki!
Saturday, 12 October 2019
Zamknięci w Wieży Pieśni. Martyna Raduchowska - "Fałszywy Pieśniarz"
Szamanka od umarlaków, zwłaszcza taka, która już raz przeszła przez piekło, o włos uniknęła niebytu i otarła się o śmierć, nie potrzebuje od nikogo pozwolenia. Na cokolwiek. Ani na to, żeby po swojemu przeżyć życie, o które tak zaciekle walczyła, ani by wykonywać swoje obowiązki wedle własnego uznania. Tylko ona jedna wie, jak je należy wykonać. Nikt jej w tym nie wyręczy. I nikt nie powinien. Bo mimo tej wyrwy w sercu, którą zostawiła po sobie dwójka skończonych głupców, zbyt zapatrzonych w siebie, by dostrzec własne dziecko, Idzie niczego nie brakuje. Taka, jaka jest, wystarczy w zupełności. A komu nie wystarczy, niech idzie do diabła. Zrozumiano?
W trzeciej powieści Martyny Raduchowskiej o szamance od umarlaków, Ida Brzezińska stara się na nowo zdefiniować zakres swojej pracy - swojego powołania? - co do słuszności której nie jest stuprocentowo przekonana, a poza tym: doprowadzić do szczęśliwego końca sprawę Demona Luster, oraz rozwiązać zagadkę tożsamości mężczyzny, którego grób znaleziono w ogrodzie Kusiciela-Karewicza. Przy tej okazji wszystko, co tylko może pójść nie tak, IDZIE (ha!) wybitnie nie tak, trup ściele się gęsto, a Tekla skrywa mroczne sekrety. I wyjątkowo nie jest to (wyłącznie) wina Idowego Pecha.
Fałszywy Pieśniarz jest zdecydowanie najmroczniejszą odsłoną opowieści o zmaganiach Idy z "zawodem" szamanki od umarlaków. Oprócz złożonej zagadki kryminalnej, którą próbuje rozwiązać zespół WON-u, główną oś książki stanowi próba odpowiedzi na pytanie, co by się stało, gdyby niegdysiejsze życzenie Idy spełniło się, i szamanka została uwolniona od swego daru. Bez wgłębiania się w fabułę - nie chcę Wam odbierać przyjemności z poznawania kolejnych przygód Idy - powiem tylko tyle: rację miał ten, kto powiedział, żebyśmy uważali na to, czego sobie życzymy, bo jeszcze może się to spełnić...
A skoro już mowa o spełnianiu się czegokolwiek: chcieliście kiedyś, żeby spełnił się jakiś Wasz sen? Pewnie tak - ja, na przykład, przyznaję się bez bicia do takich marzeń. Problem w tym, że koszmar to też rodzaj snu...
Nastrój w książkach Martyny Raduchowskiej ewoluuje podobnie do stylu okładek. Fałszywy Pieśniarz jest o wiele mroczniejszy, straszniejszy i pełen suspensu od poprzednich części cyklu - bynajmniej nie wpływa to jednak negatywnie na płynność czytania tudzież wartkość fabuły. Każdy rozdział przynosi nowe informacje, zwroty akcji oraz pogłębienie wiedzy czytelnika w zakresie wiedzy tajemnej funkcjonującej w opisywanej przez Autorkę rzeczywistości. Dostajemy zatem nową porcję legend, bajęd i klechd (po angielsku nazywa się to ładnie: lore), które wprowadzają nas jeszcze dalej w mistyczny świat Idy oraz jej współpracowników. Przy okazji rozpracowywania sprawy Kusiciela zaglądamy również do "trzewi" komendy WON-u, i przyglądamy się bliżej pracy czytaczy umysłów, korzystających ze... swoistych myślodsiewni, tym różniących się od podobnych artefaktów z literatury światowej, że... czasami wypełniają je nie wspomnienia, ale pierniczki. Cały sercem popieram ten projekt.
Dużym plusem są również powroty zaprzyjaźnionych z czytelnikami bohaterów (Kwiatek!!), jako również nowe postacie - w tym "zwyczajny" policjant, rzucony w sam środek mocno "nadzwyczajnego" śledztwa, oraz dziewczyna, która stanowi niejako odwrotność Idy... choć nie zawsze i nie do końca. Zaintrygowani? Bardzo dobrze, tak właśnie być powinno!
Jeśli miałabym otwierać Kącik im. Gordona Ramsaya (What would I do differently?), to w zasadzie mam Fałszywemu Pieśniarzowi do zarzucenia jedną, jedyną, ale za to bardzo poważną rzecz: rażący niedobór Tekli! Taką Teklę, proszę Czytelników, powinniśmy mieć wszyscy: najlepiej w formie sarkastycznego anioła stróża, która przyglądałby się naszemu postępowaniu i zimno stwierdzał: Niech się natychmiast otrzepie i ogarnie!, ilekroć przyjdzie nam do głowy strzelenie sobie w stopę. A nawet w kolano. Niniejszym proponuję zatem Autorce (nie powiem: domagam się, żeby nie wyjść na przepotwornie roszczeniową zołzę, ALE...) rozważenie pomysłu prequela do przygód Idy, poświęconego młodości kochanej ciotki - im dalej w las, tym więcej wskazuje na to, że z Tekli było swego czasu niezłe ziółko... i świetny materiał na powieść!
(Poza tym wymyśliłyśmy wczoraj, wespół z Młodszą Bliźniaczką, idealny merch - wyszywane makatki w stylu Judi Dench, z napisem: "Niech nie będzie głupia". 10/10 osób poleca, i wiesza nad łóżkiem.)
Podsumowując: Fałszywy Pieśniarz świetnie wpasowuje się w klimat serii o szamance od umarlaków, a także klimat ten podtrzymuje i pogłębia. Jeśli jesteście fanami przygód Idy Brzezińskiej, zdecydowanie polecam Wam najnowszą powieść Martyny Raduchowskiej - a co więcej, nieśmiało sugeruję również powtórkę poprzednich tomów... W tym miejscu ważna uwaga: przygotowując się do lektury Pieśniarza, wróciłam również do opowiadania Autorki z antologii Harda Horda - ośmielam się jednak stwierdzić, że (jeśli jeszcze go nie czytaliście, lub planujecie sobie przypomnieć) naprawdę warto jest NAJPIERW przeczytać Fałszywego Pieśniarza, a dopiero potem Bezduch. W ten sposób utrzymacie wysoki poziom suspensu, a potem wszystko się Wam ładnie poukłada, o.
Premiera książki przypada na 30. października - zaplanujcie sobie już halloweenowy/samhainowy wieczór w towarzystwie Idy et consortes... i nie zapomnijcie o solidnym zapasie wina, herbatki z melisy, oraz żelków. Przydadzą się...
Martyna Raduchowska - Fałszywy Pieśniarz
Wydawnictwo Uroboros
premiera: 30 października 2019
Serdecznie dziękuję Wydawnictwu za oddanie "Pieśniarza" w moje drżące z emocji ręce!
W trzeciej powieści Martyny Raduchowskiej o szamance od umarlaków, Ida Brzezińska stara się na nowo zdefiniować zakres swojej pracy - swojego powołania? - co do słuszności której nie jest stuprocentowo przekonana, a poza tym: doprowadzić do szczęśliwego końca sprawę Demona Luster, oraz rozwiązać zagadkę tożsamości mężczyzny, którego grób znaleziono w ogrodzie Kusiciela-Karewicza. Przy tej okazji wszystko, co tylko może pójść nie tak, IDZIE (ha!) wybitnie nie tak, trup ściele się gęsto, a Tekla skrywa mroczne sekrety. I wyjątkowo nie jest to (wyłącznie) wina Idowego Pecha.
Fałszywy Pieśniarz jest zdecydowanie najmroczniejszą odsłoną opowieści o zmaganiach Idy z "zawodem" szamanki od umarlaków. Oprócz złożonej zagadki kryminalnej, którą próbuje rozwiązać zespół WON-u, główną oś książki stanowi próba odpowiedzi na pytanie, co by się stało, gdyby niegdysiejsze życzenie Idy spełniło się, i szamanka została uwolniona od swego daru. Bez wgłębiania się w fabułę - nie chcę Wam odbierać przyjemności z poznawania kolejnych przygód Idy - powiem tylko tyle: rację miał ten, kto powiedział, żebyśmy uważali na to, czego sobie życzymy, bo jeszcze może się to spełnić...
A skoro już mowa o spełnianiu się czegokolwiek: chcieliście kiedyś, żeby spełnił się jakiś Wasz sen? Pewnie tak - ja, na przykład, przyznaję się bez bicia do takich marzeń. Problem w tym, że koszmar to też rodzaj snu...
Nastrój w książkach Martyny Raduchowskiej ewoluuje podobnie do stylu okładek. Fałszywy Pieśniarz jest o wiele mroczniejszy, straszniejszy i pełen suspensu od poprzednich części cyklu - bynajmniej nie wpływa to jednak negatywnie na płynność czytania tudzież wartkość fabuły. Każdy rozdział przynosi nowe informacje, zwroty akcji oraz pogłębienie wiedzy czytelnika w zakresie wiedzy tajemnej funkcjonującej w opisywanej przez Autorkę rzeczywistości. Dostajemy zatem nową porcję legend, bajęd i klechd (po angielsku nazywa się to ładnie: lore), które wprowadzają nas jeszcze dalej w mistyczny świat Idy oraz jej współpracowników. Przy okazji rozpracowywania sprawy Kusiciela zaglądamy również do "trzewi" komendy WON-u, i przyglądamy się bliżej pracy czytaczy umysłów, korzystających ze... swoistych myślodsiewni, tym różniących się od podobnych artefaktów z literatury światowej, że... czasami wypełniają je nie wspomnienia, ale pierniczki. Cały sercem popieram ten projekt.
![]() |
| Im dalej w las, tym mroczniej... |
Jeśli miałabym otwierać Kącik im. Gordona Ramsaya (What would I do differently?), to w zasadzie mam Fałszywemu Pieśniarzowi do zarzucenia jedną, jedyną, ale za to bardzo poważną rzecz: rażący niedobór Tekli! Taką Teklę, proszę Czytelników, powinniśmy mieć wszyscy: najlepiej w formie sarkastycznego anioła stróża, która przyglądałby się naszemu postępowaniu i zimno stwierdzał: Niech się natychmiast otrzepie i ogarnie!, ilekroć przyjdzie nam do głowy strzelenie sobie w stopę. A nawet w kolano. Niniejszym proponuję zatem Autorce (nie powiem: domagam się, żeby nie wyjść na przepotwornie roszczeniową zołzę, ALE...) rozważenie pomysłu prequela do przygód Idy, poświęconego młodości kochanej ciotki - im dalej w las, tym więcej wskazuje na to, że z Tekli było swego czasu niezłe ziółko... i świetny materiał na powieść!
(Poza tym wymyśliłyśmy wczoraj, wespół z Młodszą Bliźniaczką, idealny merch - wyszywane makatki w stylu Judi Dench, z napisem: "Niech nie będzie głupia". 10/10 osób poleca, i wiesza nad łóżkiem.)
Podsumowując: Fałszywy Pieśniarz świetnie wpasowuje się w klimat serii o szamance od umarlaków, a także klimat ten podtrzymuje i pogłębia. Jeśli jesteście fanami przygód Idy Brzezińskiej, zdecydowanie polecam Wam najnowszą powieść Martyny Raduchowskiej - a co więcej, nieśmiało sugeruję również powtórkę poprzednich tomów... W tym miejscu ważna uwaga: przygotowując się do lektury Pieśniarza, wróciłam również do opowiadania Autorki z antologii Harda Horda - ośmielam się jednak stwierdzić, że (jeśli jeszcze go nie czytaliście, lub planujecie sobie przypomnieć) naprawdę warto jest NAJPIERW przeczytać Fałszywego Pieśniarza, a dopiero potem Bezduch. W ten sposób utrzymacie wysoki poziom suspensu, a potem wszystko się Wam ładnie poukłada, o.
Premiera książki przypada na 30. października - zaplanujcie sobie już halloweenowy/samhainowy wieczór w towarzystwie Idy et consortes... i nie zapomnijcie o solidnym zapasie wina, herbatki z melisy, oraz żelków. Przydadzą się...
Martyna Raduchowska - Fałszywy Pieśniarz
Wydawnictwo Uroboros
premiera: 30 października 2019
Serdecznie dziękuję Wydawnictwu za oddanie "Pieśniarza" w moje drżące z emocji ręce!
Saturday, 5 October 2019
Marta Kisiel: "Małe Licho i anioł z kamienia" - czyli diabelsko dobra opowieść zimowa
Na początek, odrobina prywaty: tak się złożyło, że mam
aktualnie nieco napiętą sytuację rodzinną, i powroty do domu nie napawają mnie
szczególną radością. Tym cudowniej czytało mi się Małe Licho i anioła z kamienia - przeuroczą, ciepłą opowieść o domu
(a nawet: domach) wypełnionych miłością, śmiechem, i ciepłem, które nie bierze
się tylko z dobrze działających kaloryferów.
Wszystko zaczyna się od przygotowań do Świąt: i jeśli wydaje
Wam się, że – biorąc pod uwagę datę premiery książki – jest jeszcze za
wcześnie, żeby naprawdę wczuć się w ten klimat, to muszę Wam od razu
powiedzieć: mylicie się. Przygotujcie
się zatem na ślinotok i świerzbienie w koniuszkach palców na samą myśl o
dekorowaniu pierniczków przygotowanych przez Krakersa (i zjadaniu znacznej ich
części w ramach absolutnie koniecznej kontroli
jakości). Przygotujcie się również na mądre słowa związane z zasadnością
obchodzenia świąt przez osoby i istoty spoza chrześcijańskiego kręgu
socjo-kulturowego: jeśli kiedykolwiek dziecko wychowywane w myśl takich „nieprawilnych”
zasad zapyta Was, czy ma prawo do choinki, prezentów i reszty świątecznego Spielu, serdecznie polecam Wam „pojechanie
Konradem Romańczukiem”, i wyjaśnienie osobie małoletniej, z czegóż to czerpali ojcowie
Kościoła na etapie ustanawiania kanonu świątecznych tradycji i wierzeń.
Możecie również, za przykładem Konrada, uświadomić małolatowi,
że istota zwana aniołem stróżem wywodzi się z mitu demona domowego… i cieszyć
się, że nie macie pod ręką widzialnego i
namacalnego anioła stróża, który mógłby zareagować na tego typu rewelacje
tak, jak to czynią Licho i Tsadkiel w Aniele
z kamienia. I ta właśnie reakcja na potencjalne
pokrewieństwo istot z natury rzeczy sobie przeciwstawnych stanowi sedno całej
historii.
![]() |
| Anioły, jak każdy widzi, występują w najróżniejszych formach. I substancjach. |
-W życiu są pewne
zasady, których trzeba przestrzegać bez względu na wszystko.
-Oczywiście, masz rację. W moim świecie te zasady brzmią następująco: broń słabszych, myć ręce przed jedzeniem i nie leczyć infekcji wirusowych antybiotykami. Cała reszta to rzecz względna.
(…)
-Jest dobro i jest zło. Nie można być trochę dobrym ani trochę złym.
-Można. Wystarczy być człowiekiem.
-Oczywiście, masz rację. W moim świecie te zasady brzmią następująco: broń słabszych, myć ręce przed jedzeniem i nie leczyć infekcji wirusowych antybiotykami. Cała reszta to rzecz względna.
(…)
-Jest dobro i jest zło. Nie można być trochę dobrym ani trochę złym.
-Można. Wystarczy być człowiekiem.
Proste? Niby tak… ale trzeba mieć w sobie pewną
elastyczność, i umiejętność wyjścia poza skamieniałą (ha!) bryłę własnych
przekonań, żeby posłuchać i usłyszeć,
co inni mają nam to powiedzenia.
Małe Licho i anioł z
kamienia jest więc pogodną i radosną opowiastką o małym chłopcu, nadaktywnym
potworze oraz nieoczywistym aniele, spędzających ferie w sercu zaśnieżonego
lasu, przy racuszkach z cukrem pudrem i akompaniamencie cymbałków: a
jednocześnie znakomicie sprawdza się jako historia dla starszych czytelników,
którzy szukają w swoich lekturach przytulności, rodzinnego ciepła, szansy na
oderwanie się od brzydkiej rzeczywistości, i… ortograficznej ekwilibrystyki na
najwyższym poziomie.
No i teraz to już możecie się na mnie obrażać, bo
zaspoilerowałam Wam mnóstwo rzeczy, w sposób wykrętnie oględny i przegadany.
Ale pomijając moją okrutną okropność… cieszmy się! Marta Kisiel upakowała na
dwustu stronach – przeplatanych genialnymi
ilustracjami Pauliny Wyrt (gdzie moja kolorowanka Kisiel-verse, zapytuję grzecznie?!) – mnóstwo dobra, ciętych
ripost, mądrego humoru, oraz właściwie wszystkich
swoich bohaterów, zestawiając ich przy tym w zgoła niespodziewane konfiguracje.
Poza tym, jak to zwykle bywa w książkach Ałtorki – kiedy jest ciepło, miło i
przyjemnie, to jest bardzo ciepło, miło, przyjemnie i rodzinnie: ale kiedy trzeba
się bać, to zdecydowanie jest czego,
szczególnie jeśli szuka się pewnego zagubionego anioła, mając do pomocy dwa
stworzenia z otchłani oraz zielonego tatusia.
Oczywiście można się domyślać, że wszystko skończy się
dobrze (Ałtorka pisze już kolejny tom przygód Małego Licha, za co czytelnicy są
Jej dozgonnie wdzięczni): po drodze jednak nie obejdzie się bez momentów grozy,
malowania macek fioletem, zapadania się w zaspy, tudzież demonicznych wizyt w
kuchni – w całkiem przypadkowej kolejności zresztą. Są tu również cytaty z
poezji romantycznej (co więcej, pełnią istotną rolę w walce z
istotami nadprzyrodzonymi!), i do bólu prawdziwe parafrazy dzieł kultury
telewizyjnej (Domowe przedszkole
wszystkie dzieci kocha, choć czasem by chciało udusić je trochę…); są
liczne momenty, w których unosi się wzrok znad książki – żeby westchnąć z lubością,
otrzeć łzę, lub pójść do kuchni po
kawałek ciasta, gdyż Ałtorka nie zna litości dla czytelników walczących z
wczesnojesiennym tłuszczykiem - są wreszcie mądre, a nie zamęczone patosem,
mądrości życiowe, nad którymi warto się pochylić:
![]() |
| Tak w temacie kolorowanki. Kto nie chciałby poszaleć z kredkami przy ilustracjach Pauliny Wyrt?! (Ja bym nie chciała. Bo już się na nich wyżyłam z brokatowymi flamastrami.) |
Ja byłem dla ciebie
naprawdę niedobry. Chciałem, żebyś się zmienił, żebyś nie był sobą (…). A
przecież ja sam też ciągle próbuję być sobą po swojemu, a nie tak, jak
wymyślili sobie inni, chociaż… Chociaż to wcale nie jest takie łatwe.
Krótko i węzłowato: jeśli przepadacie za Dożywociem, jest to książka dla Was. Jeśli
wolicie Oczy uroczne – jest to
książka dla Was. Jeśli jesteście istotą małoletnią, która do tej pory czytała
tylko Małe Licho i tajemnicę Niebożątka:
jest to zdecydowanie książka dla Was. A jeśli nie znacie jeszcze twórczości
Marty Kisiel, ale jest Wam z jakiegoś powodu źle, smutno i bezsensownie na
świecie: TYM BARDZIEJ jest to książka dla Was.
Fszpanjałej lektury, alleluja!
PS.:
-Czym się zasypuje
emocjonalną otchłań bez dna?
-Ja tam spróbowałbym gruzem.
-Bez. Dna.
-Mnóstwem, mnóstwem gruzu.
-Ja tam spróbowałbym gruzem.
-Bez. Dna.
-Mnóstwem, mnóstwem gruzu.
Marta Kisiel, Małe Licho i anioł z kamienia
Wydawnictwo Wilga
Premiera: 30 października 2019
Wydawnictwo Wilga
Premiera: 30 października 2019
Serdeczne dzięki dla
Wydawnictwa za uraczenie mnie prebookiem!
Monday, 9 September 2019
Maja Lunde i Wielki "Błękit"
Mówisz, że nosimy w sobie potrzebę dbania o naszych potomków.
Ale właściwie to troszczymy się wyłącznie o siebie samych. O siebie i swoje
dzieci. Co najwyżej jeszcze wnuki. O tych, którzy przyjdą później, zapominamy. Równocześnie
jesteśmy w stanie dokonywać zmian, które będą wpływać na setki pokoleń w
przyszłości, które zniszczą im wszystko.
Dziś pada deszcz, i padał wczoraj. W powietrzu wisi wilgoć, klei
się do skóry. Od kilku dni sypiam w jesiennej piżamie.
Trudno uwierzyć, że jeszcze dwa tygodnie temu nie dało się
przeżyć dnia bez włączenia klimatyzacji; że każdy dzień kończył się
rozpaczliwym podlewaniem wyschniętego na wiór ogrodu. Może i jest chłodno,
wilgotno, i ciągnie od ziemi: ale przynajmniej w końcu, w końcu, spadł deszcz.
Bohaterowie Błękitu Mai Lunde nie mieli tyle
szczęścia.
We Francji w roku 2041 deszcz już po prostu nie przychodzi.
Najważniejsza różnica pomiędzy Historią pszczół a Błękitem
to właśnie tak zwany timeline: o ile wizja przyszłości, w której
wyginęły owady zapylające, oddalona była od nas o mniej-więcej jedno stulecie,
o tyle przesuszona, nękania niedoborami wody Europa to miejsce, w którym mam
szansę znaleźć się całkiem niedługo.
Niestety.
Bez względu na to, czy wierzymy naukowcom w kwestii zmian
klimatycznych, czy też podejrzewamy ich o działanie w ramach wspólnego spisku
masonów, wegan i cyklistów: nie ulega wątpliwości, że poziom Wisły w Warszawie spadł
tego lata do 45 centrymetrów, a w skali kraju mamy mniej-więcej podobne zasoby
wody, co Egipt. Czy w związku z tym przejmujemy się kwestią oszczędzania wody? Zakręcamy
kran, kiedy szczotkujemy zęby? Magazynujemy deszczówkę do podlewania kwiatów? Wybieramy
(przynajmniej od czasu do czasu) energetyzujący prysznic zamiast relaksującej kąpieli?
Bohaterowie Błękitu zmagają się z bardzo różnymi
problemami: Signe, w roku 2017, walczy o zachowanie naturalnego krajobrazu w
rodzinnej Norwegii, i przegrywa w starciu z korporacją, która pragnie zakryć
rzekę, zatrzymać wodospad, i zbudować elektrownię wodną. Postęp? Być może, ale
za jaką cenę? I co ma do tego sprzedaż lodu z lodowców na południe, aby czysto
błękitne kostki pływały w drinkach arabskich szejków? David, we Francji, ucieka
z pożaru z maleńką córeczką, poszukuje żony i synka, i próbuje przeżyć w obozie
dla uchodźców, gdzie każda kropla wody jest racjonowana – a w pobliskim
gospodarstwie ktoś porzucił niebieską łódź dalekomorską... Łódź oznacza
potencjalną drogę ucieczki na morze, gdzie David mógłby odsalać wodę i nie
martwić się o przyszłość – ale kanał, nad którym stoi, już dawno wysechł, i
można tylko czekać.
Na deszcz.
Na wodę.
Na wybawienie.
Jak szybko sprawy mogą się potoczyć? Jednego dnia
otwierasz oczy na dźwięk budzika, zjadasz śniadanie, idziesz do roboty, kłócisz
się, śmiejesz,kochasz, myjesz, martwisz, czy pieniędzy wystarczy do pierwszego.
Nie myślisz o wszystkim co cię otacza, tylko o tym, żeby stąd zniknąć. Nawet jeśli
słyszysz, że na świecie zachodzą zmiany. Nawet jeśli widzisz to na termometrze.
Nie myślisz o tym, aż do dnia, kiedy to już nie budzik zerwie cię rankiem, ale
krzyki przerażenia. Płomienie dotarły do twojego mieszkania, do twojego domu,
do twojego łóżka, do tych, których kochasz. Pali się u ciebie, ogień pożera
twoją pościel, twoja poduszka zaczyna dymić, a tobie nie pozostaje nic innego,
jak tylko uciekać.
I czujesz się maleńki w świecie, którym rządzą moce o ile
potężniejsze od ciebie.
Ale pamiętaj: tak naprawdę wszystko zależy od Twoich
wyborów.
Maja Lunde: Błękit
Wydawnictwo Literackie
Premiera: czerwiec 2018
Saturday, 27 July 2019
Krystyna Chodorowska: "Triskel. Gwardia", czyli irlandzcy X-Meni
Poranek miał kolor bólu głowy, napisała Krystyna Chodorowska - i miliony czytelników westchnęły ze zrozumieniem.
Nominowany do Zajdla za rok 2018 Triskel. Gwardia nie jest po prostu oczywistym i prostolinijnym nawiązaniem do historii, kultury i tradycji Irlandii (choć pije się w nim piwo i nadużywa spółgłosek w nazwach własnych). Nie jest to również jednoznaczna opowieść o Niezwykłej Młodzieży, która wykorzystuje swoje Fantastyczne Zdolności do Walki Ze Złem i Czynienia Dobra. Zaczynamy od morderstwa na zlecenie - oto w jaki sposób obywatele Sidheanii, państwa o bogatej tradycji i kulturze, walczą o sprawiedliwość pod butem uciskającego obywateli Imperium - oglądanego oczyma rewolucjonisty (i cyngla) Duncana: a potem przenosimy się z miejsca zbrodni w zupełnie inny fragment opisywanego świata, do Scyld City - aby poczekać tam na kolejne rozkazy... oraz odnaleźć Sinead, przyjaciółkę Duncana z czasów szkolnych, obecnie studiującą na prestiżowej uczelni z dala od politycznych machinacji i napięć społecznych Starego Kraju. Zmiana scenografii nie oznacza jednak, że pozbywamy się problemów: Scyld City korzysta bowiem z pomocy Gwardii - grupy obdarzonych niezwykłymi zdolnościami młodych ludzi - aby utrzymać porządek w mieście, powstrzymać ataki ze strony Niepożądanych Elementów, oraz zapewnić obywateli, że wszystko przebiega zgodnie z planem. Podobno. Prawie na pewno. Zdecydowanie tak.
Trzon Gwardii tworzą Burza, Kret, oraz Mayday - alter ego Sinead, przybyłej z Sidheanii przyjaciółki Duncana. Każde z tej trójki dysponuje zupełnie innym zestawem mocy, pochodzi z innego kręgu etnicznego i kulturowego, i zmaga się z własnymi demonami (wewnętrznymi i zewnętrznymi). Nie mają nad sobą żadnego mitycznego Profesora Xaviera - a mimo to automatycznie narzuciło mi się skojarzenie z moją ulubioną grupą superbohaterów (SPOILER: mam wrażenie, że Mayday może się w przyszłości okazać być jakąś wersją Jean Grey dla Nowej Mocy, podobnej lub nie podobnej do Feniks...), szczególnie kiedy pod opiekę Gwardii trafiła czwórka "młodocianych przestępców", również obdarzonych szczególnymi zdolnościami, lecz wykorzystujących je do zupełnie innych celów. Trzon akcji książki stanowi bowiem poszukiwanie równowagi pomiędzy wykorzystywaniem własnych mocy i kontrolowaniem ich - wsparte pytaniem o to, jak daleko można się posunąć w kompromisie wobec własnych ideałów, mając na celu i uwadze Większe Dobro i Mniejsze Zło.
Wracamy tutaj do nawiązań irlandzkich: spróbujcie sobie wyobrazić ichniejszych bojowników o wolność i niepodległość, którzy ochraniają brytyjskich urzędników (odpowiedzialnych za masakrę miejscowej ludności) przed spodziewanym atakiem terrorystycznym. Czy mogą, albo wręcz: powinni to robić, zamiast po prostu pozwolić mu zginąć i spłacić tym samym część krwawego długu? Mayday znajduje nadspodziewanie dobrą odpowiedź na to pytanie: "Ta śmierć niczego nie załatwi. (...) Nie zapomną nam tego. (...) Znowu będą artykuły w gazetach i komentarze o brudasach, którzy powinni wynosić się do siebie, i wyrzucanie z pracy, szykany i pobicia, i dopiski przy ogłoszeniach, że Sidheańczycy mogą się nie zgłaszać."...Brzmi znajomo? Bardzo. A czy ta wypowiedź dała Duncanowi do myślenia? Ha, tego już Wam nie powiem.
Brzmi poważnie, ale tak chyba powinno być (szczególnie w dzisiejszym świecie): Triskel. Gwardia to więcej, niż "typowe" urban fantasy, smakowicie ubarwione dobrze skonstruowaną rzeczywistością (każde państwo/plemię ma dobrze przemyślaną podbudowę etniczną i kulturową, a nawiązania i puszczanie oka do czytelnika - Athla-An! - znakomicie budują klimat całości) i doprawione solidną porcją walk, tajemnic i niebezpieczeństwa. Owszem, można czytać tę powieść jako historię o młodych bohaterach, próbujących pogodzić życie z supermocami z życiem w akademiku ("Z tego, co mi mówili, ty nie jesteś silna, raczej szybka, a to nie przysparza aż takich problemów. Chyba że chciałabyś się nauczyć, jak można coś robić bardzo wolno. Z tym ci nie pomogę, chyba że chodzi o pisanie pracy."), i sprawiedliwość na poziomie globalnym z własnym bólem.
W większej skali rzeczy - Triskel. Gwardia jest natomiast historią o tym, jak być przyzwoitym człowiekiem, i nie stracić przy tym własnej indywidualności oraz szacunku dla samego siebie. Proste? A, gdzie tam. Zapytajcie Mayday...
Zastrzeżenia? Jedno. Tytułowy triskel pojawia się dopiero przy końcu książki (czy ja tu widzę Boudiccę?!), i otwiera drzwi do zupełnie nowej historii - i gdzie, ja się pytam, jest kolejny tom?? Uprzejmie proszę o odpowiedź...
Niniejszym kończę recenzowanie Zajdlowskiej Triady Uroborosa: o Spektrum i Toń możecie przeczytać w dawniejszych notkach - i zadziwić się, jak różne są to książki - i jak bardzo zasługiwały na nominację.
A ja się cieszę, że nie pojadę na Polcon, i nie wezmę na siebie odpowiedzialności zagłosowania na jedną kosztem dwóch pozostałych, o. Zdejmijcie ze mnie ten ciężar, dobrzy ludzie z fandomu. A przede wszystkim: przeczytajcie wszystkie trzy pozycje (i inne też, jeśli zdążycie), bo to po prostu dobra literatura, i szkoda byłoby je przegapić. Rzekłam!
Krystyna Chodorowska: Triskel. Gwardia
Wydawnictwo Uroboros
premiera: 2018
Nominowany do Zajdla za rok 2018 Triskel. Gwardia nie jest po prostu oczywistym i prostolinijnym nawiązaniem do historii, kultury i tradycji Irlandii (choć pije się w nim piwo i nadużywa spółgłosek w nazwach własnych). Nie jest to również jednoznaczna opowieść o Niezwykłej Młodzieży, która wykorzystuje swoje Fantastyczne Zdolności do Walki Ze Złem i Czynienia Dobra. Zaczynamy od morderstwa na zlecenie - oto w jaki sposób obywatele Sidheanii, państwa o bogatej tradycji i kulturze, walczą o sprawiedliwość pod butem uciskającego obywateli Imperium - oglądanego oczyma rewolucjonisty (i cyngla) Duncana: a potem przenosimy się z miejsca zbrodni w zupełnie inny fragment opisywanego świata, do Scyld City - aby poczekać tam na kolejne rozkazy... oraz odnaleźć Sinead, przyjaciółkę Duncana z czasów szkolnych, obecnie studiującą na prestiżowej uczelni z dala od politycznych machinacji i napięć społecznych Starego Kraju. Zmiana scenografii nie oznacza jednak, że pozbywamy się problemów: Scyld City korzysta bowiem z pomocy Gwardii - grupy obdarzonych niezwykłymi zdolnościami młodych ludzi - aby utrzymać porządek w mieście, powstrzymać ataki ze strony Niepożądanych Elementów, oraz zapewnić obywateli, że wszystko przebiega zgodnie z planem. Podobno. Prawie na pewno. Zdecydowanie tak.
Trzon Gwardii tworzą Burza, Kret, oraz Mayday - alter ego Sinead, przybyłej z Sidheanii przyjaciółki Duncana. Każde z tej trójki dysponuje zupełnie innym zestawem mocy, pochodzi z innego kręgu etnicznego i kulturowego, i zmaga się z własnymi demonami (wewnętrznymi i zewnętrznymi). Nie mają nad sobą żadnego mitycznego Profesora Xaviera - a mimo to automatycznie narzuciło mi się skojarzenie z moją ulubioną grupą superbohaterów (SPOILER: mam wrażenie, że Mayday może się w przyszłości okazać być jakąś wersją Jean Grey dla Nowej Mocy, podobnej lub nie podobnej do Feniks...), szczególnie kiedy pod opiekę Gwardii trafiła czwórka "młodocianych przestępców", również obdarzonych szczególnymi zdolnościami, lecz wykorzystujących je do zupełnie innych celów. Trzon akcji książki stanowi bowiem poszukiwanie równowagi pomiędzy wykorzystywaniem własnych mocy i kontrolowaniem ich - wsparte pytaniem o to, jak daleko można się posunąć w kompromisie wobec własnych ideałów, mając na celu i uwadze Większe Dobro i Mniejsze Zło.
Wracamy tutaj do nawiązań irlandzkich: spróbujcie sobie wyobrazić ichniejszych bojowników o wolność i niepodległość, którzy ochraniają brytyjskich urzędników (odpowiedzialnych za masakrę miejscowej ludności) przed spodziewanym atakiem terrorystycznym. Czy mogą, albo wręcz: powinni to robić, zamiast po prostu pozwolić mu zginąć i spłacić tym samym część krwawego długu? Mayday znajduje nadspodziewanie dobrą odpowiedź na to pytanie: "Ta śmierć niczego nie załatwi. (...) Nie zapomną nam tego. (...) Znowu będą artykuły w gazetach i komentarze o brudasach, którzy powinni wynosić się do siebie, i wyrzucanie z pracy, szykany i pobicia, i dopiski przy ogłoszeniach, że Sidheańczycy mogą się nie zgłaszać."...Brzmi znajomo? Bardzo. A czy ta wypowiedź dała Duncanowi do myślenia? Ha, tego już Wam nie powiem.
Brzmi poważnie, ale tak chyba powinno być (szczególnie w dzisiejszym świecie): Triskel. Gwardia to więcej, niż "typowe" urban fantasy, smakowicie ubarwione dobrze skonstruowaną rzeczywistością (każde państwo/plemię ma dobrze przemyślaną podbudowę etniczną i kulturową, a nawiązania i puszczanie oka do czytelnika - Athla-An! - znakomicie budują klimat całości) i doprawione solidną porcją walk, tajemnic i niebezpieczeństwa. Owszem, można czytać tę powieść jako historię o młodych bohaterach, próbujących pogodzić życie z supermocami z życiem w akademiku ("Z tego, co mi mówili, ty nie jesteś silna, raczej szybka, a to nie przysparza aż takich problemów. Chyba że chciałabyś się nauczyć, jak można coś robić bardzo wolno. Z tym ci nie pomogę, chyba że chodzi o pisanie pracy."), i sprawiedliwość na poziomie globalnym z własnym bólem.
W większej skali rzeczy - Triskel. Gwardia jest natomiast historią o tym, jak być przyzwoitym człowiekiem, i nie stracić przy tym własnej indywidualności oraz szacunku dla samego siebie. Proste? A, gdzie tam. Zapytajcie Mayday...
Zastrzeżenia? Jedno. Tytułowy triskel pojawia się dopiero przy końcu książki (czy ja tu widzę Boudiccę?!), i otwiera drzwi do zupełnie nowej historii - i gdzie, ja się pytam, jest kolejny tom?? Uprzejmie proszę o odpowiedź...
Niniejszym kończę recenzowanie Zajdlowskiej Triady Uroborosa: o Spektrum i Toń możecie przeczytać w dawniejszych notkach - i zadziwić się, jak różne są to książki - i jak bardzo zasługiwały na nominację.
A ja się cieszę, że nie pojadę na Polcon, i nie wezmę na siebie odpowiedzialności zagłosowania na jedną kosztem dwóch pozostałych, o. Zdejmijcie ze mnie ten ciężar, dobrzy ludzie z fandomu. A przede wszystkim: przeczytajcie wszystkie trzy pozycje (i inne też, jeśli zdążycie), bo to po prostu dobra literatura, i szkoda byłoby je przegapić. Rzekłam!
Krystyna Chodorowska: Triskel. Gwardia
Wydawnictwo Uroboros
premiera: 2018
Wednesday, 3 April 2019
Gdzie meble odnawiają... - Kasia Sawko: "Wióry lecą", czyli wszystko, co chcieliście wiedzieć o renowacji mebli
Zawsze zazdrościłam ludziom, którzy mieli w domach "meble z duszą" - ewidentnie zasiedziałe, nieco podniszczone, ale nadal zachwycające niebanalnymi formami polskiej szkoły designu, proste i estetyczne w formie. Robiło mi się smutno na widok takich cudeniek stojących przy wiatach śmietnikowych lub na poboczu drogi, ale rozumiałam, że ich właścicielom mogła się zmienić koncepcja wystroju wnętrza domu - lub, po prostu, meble dobrnęły do końca swojego "terminu przydatności", i trzeba było pójść naprzód, robiąc miejsce dla nowych krzeseł, foteli czy stolików.
Na szczęście okazuje się, że nie jest to jedyna droga, jaką mają przed sobą meble nadgryzione zębem czasu. Projekt "Wióry lecą", w ramach którego na przestrzeni ostatnich pięciu lat zorganizowano ponad 1500 spotkań-warsztatów stolarki, renowacji mebli i tapicerki, to nadzieja na nowe życie dla wysłużonych, lecz wciąż zachwycających swoją formą mebli: oraz świetny sposób na zajęcie się renowacją i tapicerstwem miej lub bardziej hobbystycznie, bez względu na stopień doświadczenia, wiek i płeć uczestników. Nie chodzi tutaj o zgłębianie tajników konserwacji mebli zabytkowych: ale o zapoznanie się z technikami, które pomogą nam cieszyć się ulubionymi przedmiotami dłużej, i odkrywać nowe strony ich "osobowości".
Dla tych, którzy nie mają możliwości fizycznego udziału w warsztatach, świetnym sposobem na zapoznanie się z podstawowymi zasadami renowacji mebli jest podręcznik "Wióry lecą" autorstwa Kasi Sawko, wydany w marcu 2019 nakładem Wydawnictwa Buchmann. Czaiłam się na tę pozycję już odkąd pojawiła się wśród zapowiedzi wydawniczych: między innymi dlatego, że miałam nadzieję uzyskać trochę informacji na temat najprostszej metody odświeżenia starego fotela bujanego, który kurzył się od lat na naszym strychu. Próbowałam kiedyś usunąć z niego farbę przy pomocy papieru ściernego, i poległam na całej linii. Jak się okazało - wystarczyło przeczytać 30 stron książki Kasi Sawko, żeby dowiedzieć się, co zrobiłam nie tak - i jak to naprawić...
"Wióry lecą" to poradnik kompletny i wyczerpujący, a jego formuła zakłada, że Czytelnik może, lecz nie musi, mieć jakiejkolwiek specjalistycznej wiedzy z zakresu stolarki tudzież czynności renowacyjnych. Książka rozpoczyna się od listy narzędzi oraz preparatów niezbędnych w domowym warsztacie stolarskim; jest to, rzecz jasna, lista otwarta, z której możemy wybrać narzędzia potrzebne przy naszym pierwszym projekcie renowacyjnym, a potem stopniowo rozwijać cały warsztat.
Zanim wpadniemy w progi sklepu z materiałami wykończeniowymi (nie wiem, jak to wygląda u Was, ale ja zachowuję się w takich miejscach jak osa w cukierni), warto jednak zastanowić się, od czego rozpocząć naszą przygodę z przywracaniem meblom ich dawniej świetności. Autorka "Wióry lecą" szczerze i bez zamydlania czytelnikowi oczu tłumaczy, jakie meble oraz przedmioty dobrze rokują w kontekście odnawiania, a jakie mogą jedynie przysporzyć nam frustracji i problemów, jeśli okaże się, że ich stan techniczny zdecydowanie odbiega od zadowalającego. Nie każdy projekt musi być trafiony, nie każdy mebel dobrze zniesie ingerencję w jego konstrukcję - i jest to fakt, z którym musimy się pogodzić.
Jeśli mamy już kandydata na odświeżoną ozdobę naszego domu, przystępujemy do pracy. Tutaj także "Wióry lecą" okażą się niezastąpioną pomocą merytoryczną: przedstawią nam rodzaje drewna i sklejki, z którymi może nam się zdarzyć pracować, objaśnią, jakie czynności składają się na "typowy" (oraz nietypowy) proces renowacyjny, a także przeprowadzą nas krok po kroku przez kolejne etapy oczyszczania, naprawy i uzupełniania brakujących elementów konstrukcyjnych, pokrywania mebli nowymi powłokami barwnymi, tapicerowania oraz zdobienia mebli. Wyczerpującym opisom, bazującym na informacjach podanych we wcześniejszych rozdziałach, towarzyszą zdjęcia przedstawiające poszczególne kroki całego procesu: na zakończenie zaś możemy obejrzeć efekty pracy uczestników warsztatów "Wióry lecą", i przeczytać historie autentycznych zmagań z materią meblową.
Zakończyłam lekturę zainspirowana do działania, choć również - nie ukrywam - cokolwiek przytłoczona ilością informacji, których dostarczyła mi ta książka. Przekonałam się, że do przeprowadzenia udanej renowacji mebla nie wystarczą jedynie dobre chęci - potrzebna jest także solidna podbudowa teoretyczna, którą, na szczęście, poradnik "Wióry lecą" zapewnia czytelnikowi w obfitości. Mam teraz mnóstwo pomysłów na odnowienie/odświeżenie mebli zalegających na piętrze w domu mojej babci - ale rozpocznę chyba od odratowania fotela bujanego, żeby nie pozostawiać rozgrzebanych projektów bez szczęśliwego końca.
Czego i Wam, potencjalni stolarze i renowatorzy, serdecznie życzę!
Kasia Sawko
Wióry lecą. Renowacja mebli i tapicerka dla początkujących
Wydawnictwo Buchmann
premiera: 13 marca 2019
Bardzo dziękuję Wydawnictwu za możliwość zapoznania się z tą pouczającą pozycją!
Na szczęście okazuje się, że nie jest to jedyna droga, jaką mają przed sobą meble nadgryzione zębem czasu. Projekt "Wióry lecą", w ramach którego na przestrzeni ostatnich pięciu lat zorganizowano ponad 1500 spotkań-warsztatów stolarki, renowacji mebli i tapicerki, to nadzieja na nowe życie dla wysłużonych, lecz wciąż zachwycających swoją formą mebli: oraz świetny sposób na zajęcie się renowacją i tapicerstwem miej lub bardziej hobbystycznie, bez względu na stopień doświadczenia, wiek i płeć uczestników. Nie chodzi tutaj o zgłębianie tajników konserwacji mebli zabytkowych: ale o zapoznanie się z technikami, które pomogą nam cieszyć się ulubionymi przedmiotami dłużej, i odkrywać nowe strony ich "osobowości".
Dla tych, którzy nie mają możliwości fizycznego udziału w warsztatach, świetnym sposobem na zapoznanie się z podstawowymi zasadami renowacji mebli jest podręcznik "Wióry lecą" autorstwa Kasi Sawko, wydany w marcu 2019 nakładem Wydawnictwa Buchmann. Czaiłam się na tę pozycję już odkąd pojawiła się wśród zapowiedzi wydawniczych: między innymi dlatego, że miałam nadzieję uzyskać trochę informacji na temat najprostszej metody odświeżenia starego fotela bujanego, który kurzył się od lat na naszym strychu. Próbowałam kiedyś usunąć z niego farbę przy pomocy papieru ściernego, i poległam na całej linii. Jak się okazało - wystarczyło przeczytać 30 stron książki Kasi Sawko, żeby dowiedzieć się, co zrobiłam nie tak - i jak to naprawić...
![]() |
| Fragmenty rozdziału "technicznego", o narzędziach i technikach stosowanych przy renowacji mebli - wraz z rysunkami poglądowymi, oraz praktycznymi ćwiczeniami dla domorosłych stolarzy. |
Zanim wpadniemy w progi sklepu z materiałami wykończeniowymi (nie wiem, jak to wygląda u Was, ale ja zachowuję się w takich miejscach jak osa w cukierni), warto jednak zastanowić się, od czego rozpocząć naszą przygodę z przywracaniem meblom ich dawniej świetności. Autorka "Wióry lecą" szczerze i bez zamydlania czytelnikowi oczu tłumaczy, jakie meble oraz przedmioty dobrze rokują w kontekście odnawiania, a jakie mogą jedynie przysporzyć nam frustracji i problemów, jeśli okaże się, że ich stan techniczny zdecydowanie odbiega od zadowalającego. Nie każdy projekt musi być trafiony, nie każdy mebel dobrze zniesie ingerencję w jego konstrukcję - i jest to fakt, z którym musimy się pogodzić.
![]() |
| Wyczerpujące, przystępnie podane informacje na temat typowych czynności wykonywanych w warsztacie stolarskim. |
Jeśli mamy już kandydata na odświeżoną ozdobę naszego domu, przystępujemy do pracy. Tutaj także "Wióry lecą" okażą się niezastąpioną pomocą merytoryczną: przedstawią nam rodzaje drewna i sklejki, z którymi może nam się zdarzyć pracować, objaśnią, jakie czynności składają się na "typowy" (oraz nietypowy) proces renowacyjny, a także przeprowadzą nas krok po kroku przez kolejne etapy oczyszczania, naprawy i uzupełniania brakujących elementów konstrukcyjnych, pokrywania mebli nowymi powłokami barwnymi, tapicerowania oraz zdobienia mebli. Wyczerpującym opisom, bazującym na informacjach podanych we wcześniejszych rozdziałach, towarzyszą zdjęcia przedstawiające poszczególne kroki całego procesu: na zakończenie zaś możemy obejrzeć efekty pracy uczestników warsztatów "Wióry lecą", i przeczytać historie autentycznych zmagań z materią meblową.
![]() |
| Inspirujące przykłady renowacji przeprowadzonych w ramach warsztatów "Wióry lecą". |
Czego i Wam, potencjalni stolarze i renowatorzy, serdecznie życzę!
Kasia Sawko
Wióry lecą. Renowacja mebli i tapicerka dla początkujących
Wydawnictwo Buchmann
premiera: 13 marca 2019
Bardzo dziękuję Wydawnictwu za możliwość zapoznania się z tą pouczającą pozycją!
Wednesday, 27 March 2019
Hipotetyczne Cząstki Elementarne, czyli pożegnanie z Jeżycjadą
Stało się, Drodzy Moi. Pani Małgorzata Musierowicz ogłosiła - ustami jednej ze swoich bohaterek, żeby było bardziej abstrakcyjnie) koniec Jeżycjady. Nie oznacza to, że Autorka przestanie pisać: seria nazywać się odtąd będzie Bukoliadą, gdyż wszyscy bohaterowie wynieśli się z "brudnego, zakorkowanego i w ogóle okropnego" (parafrazuję) Poznania, i zamieszkali na wsi.
I... to jest chyba ten moment, w którym kończy się mój syndrom sztokholmski, i przestaję czytać o przygodach rodziny Borejków - bo teraz w zasadzie już tylko oni się ostali spośród "klasycznych" bohaterów. Zastanawiam się tylko, co właściwie trzymało mnie przy tej serii? I co składa się na ową "magię", która przyciągnęła mnie, jako młode dziewczę, do twórczości pani MM?
W ramach poszukiwania odpowiedzi na to pytanie, wyznaczyłam sobie na początku tego roku projekt czytelniczy HCE: Hipotetyczne Cząstki Elementarne (to z Szóstej klepki, gdybyście się zastanawiali), i przeczytałam jeszcze raz wszystkie części Jeżycjady, skupiając się nie tyle na samej fabule poszczególnych tomów cyklu, co na analizie tropów i motywów literackich.
Oto, co mi wyszło.
Jak dotąd, w serii zwanej Jeżycjadą ukazały się 23 książki (łącznie z prequelem w postaci Małomównego i rodziny). Podzieliłam je roboczo na trzy etapy:
PRL - 7 książek, 1414 stron;
Kapitalizm - 8 książek, 1580 stron;
XXI wiek - 8 książek, 2027 stron.
W tym miejscu miałabym ewentualnie co nieco do powiedzenia o stosunku ilości do jakości, ale założyłam sobie, że wyciąganie wniosków pozostawię P.T. Czytelnikom niniejszej notki.
Następnie postanowiłam sprawdzić, o czym najczęściej pisała pani MM, każdorazowo skupiając się na "głównej" rodzinie, której przygody stanowiły trzon opowieści. Przypuszczałam, że wysokie miejsce w statystykach zajmą chociażby zimne prysznice, tak ulubione przez Gabrielę (oraz babcię Ptaszkowską) - ale gdzież tam... Najczęściej, bo aż 21 razy, pojawił się motyw rodziny mającej troje lub więcej dzieci; po piętach deptała mu rodzina wielopokoleniowa (20), czyli co najmniej trzy pokolenia mieszkające pod jednym dachem.
Podobnie prezentuje się liczba książek, w których bohaterowie (lub narrator) stwierdzają, że dawniej było lepiej, a teraz jest okropnie (20), ktoś mówi po łacinie (19), lub co najmniej jeden bohater doznaje urazu lub okaleczenia (18) - nie mówię tutaj o chorobach różnego typu, ale o ranach otwartych, złamaniach kończyn, perforacjach wrzodów i tym podobnych przyjemnościach.
Oddalmy się jednak od typowo fizycznych motywów. Odnotowałam 18 wystąpień w szerokiej kategorii WTF społeczny. Zawiera się tutaj zarówno palące pragnienie maturzystki, aby co prędzej wyjść za mąż i nie być porażką, jak i "wakacje od wegetarianizmu" w wykonaniu Idy; zaręczyny osiemnastolatków, którzy rozmawiają ze sobą po raz pierwszy w życiu; anachroniczne zachowania młodych ludzi; anachroniczne zachowania dojrzałych ludzi; absolutna swoboda w gospodarowaniu pieniędzmi, których się nie ma - i tym dalej, i tym podobne.
Jeśli wydawało mi się, że Jeżycjada jest z zasady opowieścią o miłości - to miałam rację, wydawało mi się. W siedemnastu tomach pojawia się motyw niepełnej rodziny; co ciekawe, w przypadku owdowienia jednego z małżonków, tylko raz umiera mężczyzna (zdecydowanie częściej kobieta) - natomiast rozwód jest zawsze winą faceta. 17 razy widzimy, jak dziewczyna lata za facetem, praktycznie się nie szanując. 14 razy dochodzi do rozstania pary głównych bohaterów - co prawda oświadczyny i śluby zdarzają się aż 13 razy, ale statystyka jest nieubłagana. Nawet jeśli uczucie znajduje radosny finał, należy jednak pamiętać, że w 12 przypadkach nie zaczyna się wcale tak różowo - w klasycznym "kto się czubi, ten się lubi".
Po ewentualnym ślubie natomiast stosunkowo rzadko zdarza się, że kobieta pozostaje aktywna zawodowo: w pokoleniu, które poznajemy w "peerelowskim" etapie cyklu, jest to przede wszystkim Ida - "tokeniczny" przykład kobiety pracującej - oraz Gabriela, choć w żadnym przypadku nie jest to praca typu 8-16, w "typowym" zawodzie: trzeba być albo wykładowcą uniwersyteckim, albo lekarzem, ewentualnie - artystą (Aniela), żeby zarabiać na rodzinę. Ewentualnie można pracować w oświacie (Aurelia), ale i tak kończy się na urlopie macierzyńskim...
Co robią bohaterowie (i bohaterki) pani Musierowicz, jeśli nie pracują? Czytają książki, o których niewiele osób słyszało (15 razy), słuchają muzyki - klasycznej, oczywiście (12), narzekają na toksycznych rodziców (13), jedzą mocno kaloryczne potrawy (11), lub wytykają innym... nadwagę (16 razy).
Pomiędzy kaloryczną kolacją i równie kalorycznym śniadankiem, akcja musi się jednak posuwać do przodu. Najczęściej zdarza się to za przyczyną dziecka, które znika z domu (14 razy), lub załamania pogody, prowadzących do sytuacji natury romantycznej. Kiedy zaś wskazówka poziomu romantyzmu osiąga maksymalne wychylenie w prawo, musi się pojawić się księżyc, najlepiej na niebie w gorącą, letnią noc (11 razy).
To są główne motywy występujące statystycznie we wszystkich tomach Jeżycjady: w ostatnich ośmiu książkach, tych po Kalamburce, pojawiają się również: przeprowadzka na wieś (6 razy) oraz listo-, mejlo- lub logorea (5 razy). Jeżeli to nie jest symptom, to już nie wiem, co nim jest...
I wiecie, co? Chyba niezbyt dobrze mi na duchu po przeprowadzeniu powyższej analizy. Nie trzeba było czytać aż tak dokładnie. Może gdybym tego nie zrobiła, nie odnalazłabym zdania skopiowanego żywcem z Pulpecji do Żaby ("Natychmiast dostał w gębę, aż zadzwoniło."), ani nie zorientowałabym się, że począwszy od Czarnej polewki właściwie w żadnym z tomów nie występują bohaterowie, których mogłabym tak po prostu, bez zastanowienia - polubić.
A morał z tego jest następujący: niektóre rzeczy trzeba przyjmować takimi, jakie są: i pozostawiać je tam, gdzie się je znalazło - w tym przypadku, we własnej młodości (żeby nie powiedzieć: dzieciństwie). Tam oto pozostawiam zatem Jeżycjadę, i pewnie będę do niej jeszcze (wyrywkowo) wracać: ale za Bukoliadę podziękuję, niepewna, w którą stronę mógłby się rozwinąć ten nowy cykl...
Oby Wasze ulubione książki z dzieciństwa nie traciły na uroku tudzież aktualności!
I... to jest chyba ten moment, w którym kończy się mój syndrom sztokholmski, i przestaję czytać o przygodach rodziny Borejków - bo teraz w zasadzie już tylko oni się ostali spośród "klasycznych" bohaterów. Zastanawiam się tylko, co właściwie trzymało mnie przy tej serii? I co składa się na ową "magię", która przyciągnęła mnie, jako młode dziewczę, do twórczości pani MM?
W ramach poszukiwania odpowiedzi na to pytanie, wyznaczyłam sobie na początku tego roku projekt czytelniczy HCE: Hipotetyczne Cząstki Elementarne (to z Szóstej klepki, gdybyście się zastanawiali), i przeczytałam jeszcze raz wszystkie części Jeżycjady, skupiając się nie tyle na samej fabule poszczególnych tomów cyklu, co na analizie tropów i motywów literackich.
Oto, co mi wyszło.
Jak dotąd, w serii zwanej Jeżycjadą ukazały się 23 książki (łącznie z prequelem w postaci Małomównego i rodziny). Podzieliłam je roboczo na trzy etapy:
PRL - 7 książek, 1414 stron;
Kapitalizm - 8 książek, 1580 stron;
XXI wiek - 8 książek, 2027 stron.
W tym miejscu miałabym ewentualnie co nieco do powiedzenia o stosunku ilości do jakości, ale założyłam sobie, że wyciąganie wniosków pozostawię P.T. Czytelnikom niniejszej notki.
Następnie postanowiłam sprawdzić, o czym najczęściej pisała pani MM, każdorazowo skupiając się na "głównej" rodzinie, której przygody stanowiły trzon opowieści. Przypuszczałam, że wysokie miejsce w statystykach zajmą chociażby zimne prysznice, tak ulubione przez Gabrielę (oraz babcię Ptaszkowską) - ale gdzież tam... Najczęściej, bo aż 21 razy, pojawił się motyw rodziny mającej troje lub więcej dzieci; po piętach deptała mu rodzina wielopokoleniowa (20), czyli co najmniej trzy pokolenia mieszkające pod jednym dachem.
Podobnie prezentuje się liczba książek, w których bohaterowie (lub narrator) stwierdzają, że dawniej było lepiej, a teraz jest okropnie (20), ktoś mówi po łacinie (19), lub co najmniej jeden bohater doznaje urazu lub okaleczenia (18) - nie mówię tutaj o chorobach różnego typu, ale o ranach otwartych, złamaniach kończyn, perforacjach wrzodów i tym podobnych przyjemnościach.
Oddalmy się jednak od typowo fizycznych motywów. Odnotowałam 18 wystąpień w szerokiej kategorii WTF społeczny. Zawiera się tutaj zarówno palące pragnienie maturzystki, aby co prędzej wyjść za mąż i nie być porażką, jak i "wakacje od wegetarianizmu" w wykonaniu Idy; zaręczyny osiemnastolatków, którzy rozmawiają ze sobą po raz pierwszy w życiu; anachroniczne zachowania młodych ludzi; anachroniczne zachowania dojrzałych ludzi; absolutna swoboda w gospodarowaniu pieniędzmi, których się nie ma - i tym dalej, i tym podobne.
Jeśli wydawało mi się, że Jeżycjada jest z zasady opowieścią o miłości - to miałam rację, wydawało mi się. W siedemnastu tomach pojawia się motyw niepełnej rodziny; co ciekawe, w przypadku owdowienia jednego z małżonków, tylko raz umiera mężczyzna (zdecydowanie częściej kobieta) - natomiast rozwód jest zawsze winą faceta. 17 razy widzimy, jak dziewczyna lata za facetem, praktycznie się nie szanując. 14 razy dochodzi do rozstania pary głównych bohaterów - co prawda oświadczyny i śluby zdarzają się aż 13 razy, ale statystyka jest nieubłagana. Nawet jeśli uczucie znajduje radosny finał, należy jednak pamiętać, że w 12 przypadkach nie zaczyna się wcale tak różowo - w klasycznym "kto się czubi, ten się lubi".
Po ewentualnym ślubie natomiast stosunkowo rzadko zdarza się, że kobieta pozostaje aktywna zawodowo: w pokoleniu, które poznajemy w "peerelowskim" etapie cyklu, jest to przede wszystkim Ida - "tokeniczny" przykład kobiety pracującej - oraz Gabriela, choć w żadnym przypadku nie jest to praca typu 8-16, w "typowym" zawodzie: trzeba być albo wykładowcą uniwersyteckim, albo lekarzem, ewentualnie - artystą (Aniela), żeby zarabiać na rodzinę. Ewentualnie można pracować w oświacie (Aurelia), ale i tak kończy się na urlopie macierzyńskim...
Co robią bohaterowie (i bohaterki) pani Musierowicz, jeśli nie pracują? Czytają książki, o których niewiele osób słyszało (15 razy), słuchają muzyki - klasycznej, oczywiście (12), narzekają na toksycznych rodziców (13), jedzą mocno kaloryczne potrawy (11), lub wytykają innym... nadwagę (16 razy).
Pomiędzy kaloryczną kolacją i równie kalorycznym śniadankiem, akcja musi się jednak posuwać do przodu. Najczęściej zdarza się to za przyczyną dziecka, które znika z domu (14 razy), lub załamania pogody, prowadzących do sytuacji natury romantycznej. Kiedy zaś wskazówka poziomu romantyzmu osiąga maksymalne wychylenie w prawo, musi się pojawić się księżyc, najlepiej na niebie w gorącą, letnią noc (11 razy).
To są główne motywy występujące statystycznie we wszystkich tomach Jeżycjady: w ostatnich ośmiu książkach, tych po Kalamburce, pojawiają się również: przeprowadzka na wieś (6 razy) oraz listo-, mejlo- lub logorea (5 razy). Jeżeli to nie jest symptom, to już nie wiem, co nim jest...
I wiecie, co? Chyba niezbyt dobrze mi na duchu po przeprowadzeniu powyższej analizy. Nie trzeba było czytać aż tak dokładnie. Może gdybym tego nie zrobiła, nie odnalazłabym zdania skopiowanego żywcem z Pulpecji do Żaby ("Natychmiast dostał w gębę, aż zadzwoniło."), ani nie zorientowałabym się, że począwszy od Czarnej polewki właściwie w żadnym z tomów nie występują bohaterowie, których mogłabym tak po prostu, bez zastanowienia - polubić.
A morał z tego jest następujący: niektóre rzeczy trzeba przyjmować takimi, jakie są: i pozostawiać je tam, gdzie się je znalazło - w tym przypadku, we własnej młodości (żeby nie powiedzieć: dzieciństwie). Tam oto pozostawiam zatem Jeżycjadę, i pewnie będę do niej jeszcze (wyrywkowo) wracać: ale za Bukoliadę podziękuję, niepewna, w którą stronę mógłby się rozwinąć ten nowy cykl...
Oby Wasze ulubione książki z dzieciństwa nie traciły na uroku tudzież aktualności!
Wasza,
Wróżka
Sunday, 17 February 2019
Debiutantki, biali emeryci, i opowieści o małpach. Katarzyna Czajka-Kominiarczuk: "Oscary"
Jest niedziela, 17. lutego. Za tydzień odbędzie się 91.
ceremonia rozdania Oscarów: i o ile wiemy, nikt jej nie poprowadzi, w obliczu
rezygnacji Kevina Harta (wycofał się, aby nie „prowokować” i nie „rozpraszać”
publiczności, w obliczu kontrowersji wywołanych przez jego homofobiczne tweety).
Czy taka sytuacja ma precedens w historii nagrody? Czego możemy się spodziewać?
I dlaczego Oscary – w sensie ceremonii, nagrody i całej popkulturowej otoczki -
wyglądają tak, a nie inaczej? I co ma z tym wszystkim wspólnego tytuł niniejszej notki?
Na wszystkie te pytania odpowie Wam książka Katarzyny
Czajki-Kominiarczuk Oscary: Sekrety
największej nagrody filmowej, która właśnie ukazała się nakładem Wydawnictwa
W.A.B. Autorka, znana szerzej jako Zwierz Popkulturalny,
jest entuzjastką filmu jako dziedziny sztuki oraz fragmentu historii sztuki; w Oscarach wykorzystała swoje wiadomości z
tej dziedziny, oraz rezultaty syntezy danych pochodzących z lektury kilkuset
artykułów, aby w zwięzłej, skoncentrowanej
formie przedstawić nam historię nagrody, która co roku powoduje entuzjazm
i ekscytację wśród kinomaniaków na całym świecie.
Autorka Oscarów
podzieliła wyniki swoich badań na cztery części, związane z samą nagrodą (historią
statuetki, ale także sposobami na zwrócenie uwagi Akademii na konkretnych
nominowanych, i przechylenie szali na korzyść tychże), ceremonią (klucz do wyboru
prowadzącego, dzieje statuetek, które znalazły już swoich właścicieli, format
mów wygłaszanych przez zwycięzców, powody, dla których aktorki kroczące
czerwonym dywanem wypytywane są o to, „w kogo” są ubrane, największe wpadki w
historii nagrody), mniej oczywistymi kategoriami, w których przyznawana jest statuetka
(najlepsza piosenka, efekty specjalne, filmy animowane i nieanglojęzyczne),
oraz swoistą „demografią” zdobywców Oscarów. Znajdziemy tu również eseje
podsumowujące obecność Polaków w historii nagrody, prognozy na przyszłość, a
także krótką wycieczkę w rejony rzeczywistości alternatywnej, czyli: jak wyglądałoby
dziś oblicze nagrody, gdyby (chociażby) to Pulp
Fiction lub Cztery wesela i pogrzeb
(a nie Forrest Gump) dostały swego
czasu Oscara.
Dla kogo przeznaczona jest ta książka? Na pewno dla osób,
które chciałyby się dowiedzieć czegoś więcej o samej historii Oscarów jako
nagrody i/lub zjawiska w kulturze. Dzięki swojej syntetycznej budowie, Oscary umożliwiają również poglądowe
zapoznanie się z najważniejszymi punktami na historycznej mapie amerykańskiego
(i światowego) przemysłu filmowego; w tym aspekcie stanowią jednak zaledwie
punkt wyjścia do samodzielnej lektury i dalszych poszukiwań. Każdy kolejny esej
– dotyczący reprezentacji w filmach, kariery Meryl Streep, politycznego
zaangażowania gwiazd zaproszonych na ceremonię rozdania Oscarów (tudzież jego
odzwierciedlenia, bądź braku takowego, w mowach zwycięzców), czy wreszcie: wpływu
wygranej na całościowe zyski, jakie przynosi zwycięski film – dotyka potencjalnego
tematu, w który możemy (jako czytelnicy) się zagłębić, jeśli tylko popchnie nas
ku temu zapał eksploratorski. Prawdopodobnie każdy czytelnik wybierze dla
siebie inny fragment książki, który go zainteresuje (dla mnie był to między
innymi rozdział o „zmarnowanych szansach”: patrz wyżej, na wzmiankę o
potencjalnym Oscarze dla klasycznej komedii romantycznej, lub równie
klasycznego filmu Tarantino); być może znajdą się także fragmenty książki,
które wywołają nieco mniejszy entuzjazm (osobiście jestem średnio
zainteresowana finansowymi implikacjami wygranej w oscarowej loterii, ale domyślam
się, że wśród potencjalnych czytelników są również miłośnicy tego rodzaju
statystyk): tego jednak nie sposób uniknąć w przypadku zbioru artykułów obejmujących
tak szerokie spektrum tematyczne.
Czego natomiast mogłabym sobie życzyć po lekturze Oscarów? Nieco dokładniejszej redakcji (pojawia się tu kilka błędów
rzeczowych; pewien fragment ze strony 87 powinien znajdować się na stronie 79;
w tekst wkradło się również trochę literówek) oraz indeksu, chociażby
ograniczonego do tytułów wymienionych filmów. Książka Katarzyny
Czajki-Kominiarczuk ukazuje się w ciekawym momencie – kiedy Oscary wkraczają w
dziesiątą dekadę swojej historii, a Akademia poważnie zastanawia się nad
wprowadzeniem kolejnej kategorii: nagrody dla najlepszego filmu popularnego, co
(w połączeniu z przeniesieniem rozdania mniej „widowiskowych”, a bardziej „technicznych”
nagród na przerwę reklamową) potencjalnie wyznacza nową epokę w historii
postrzegania przemysłu filmowego przez jego fanów – a w perspektywie
długofalowej, także przez ludzi zajmujących się produkcją i dystrybucją
filmową. Jest to bardzo dobry punkt wyjścia do poznawania historii Oscarów oraz
wyrabiania sobie własnej opinii o stanie (i przyszłości) światowej filmografii.
Polecam Wam zatem lekturę Oscarów,
jeśli filmoznawstwo jest dla Was nową dziedziną wiedzy i zainteresowań. Jeśli natomiast
jesteście „zaawansowanymi” znawcami tematu, oraz wiernymi czytelnikami bloga
Autorki, spodziewajcie się wpłynięcia na znane wody – co nie stanowi bynajmniej
zarzutu do książki jako takiej; siłą rzeczy syntetyczne potraktowanie tematu
wymusza powtarzanie pewnych informacji, które – będąc, jak Zwierz, emocjonalnie
zaangażowanym miłośnikiem sztuki filmowej – przedstawiało się onegdaj swoim
czytelnikom.
Dla mnie zaś Oscary,
jako pozycja poprzedzona w dossier Autorki powieścią Dwóch panów z branży, stanowią przyczynek do pytania o kierunek, w
którym będzie się rozwijać dalsza praca literacka Zwierza. Czas pokaże, czy (nawiązując
luźno do tematu niniejszych rozważań) fikcja wygra z publicystyką, czy wręcz
przeciwnie...
Katarzyna Czajka-Kominiarczuk
Oscary. Sekrety największej nagrody filmowej
Wydawnictwo W.A.B.
premiera: 13 lutego 2019
Oscary. Sekrety największej nagrody filmowej
Wydawnictwo W.A.B.
premiera: 13 lutego 2019
Dziękuję Wydawnictwu
za możliwość zapoznania się z książką!
Subscribe to:
Posts (Atom)















