Showing posts with label teatrum. Show all posts
Showing posts with label teatrum. Show all posts

Friday, 4 January 2019

165/156. Agata i Maryna Miklaszewskie: "METRO. Przystanek Broadway"

Niektóre rzeczy sprawdzają się znakomicie, jak na przykład premiera musicalu Metro w postkomunistycznej Warszawie. Inne - jak na przykład premiera musicalu Metro w Minskoff Theater na Broadwayu - nie sprawdzają się w ogóle.
Podobnie, widzi mi się, kształtuje się sytuacja z tekstami Autorek libretta do Metra - o ile w samym musicalu jestem zakochana nieustannie od dwudziestu trzech lat i dziewięciu miesięcy (trochę staro się czuję, jak o tym dłużej pomyślę...), o tyle Przystanek Broadway bolał mnie od pierwszych stron (których nie było - taki to używany egzemplarz, stan bardzo dobry, przybył do mnie za pośrednictwem polskiego portalu aukcyjnego) do ostatniego zdania. Okropny angielski (naprawdę tak trudno jest skopiować slogan z plakatu własnej sztuki? Trzeba w nim robić błędy?), porwana, nierówna akcja, płascy bohaterowie, których motywacji nie potrafiłam rozgryźć.
Nieco lepiej zrobiła temu utworowi powtórna - dla mnie - lektura opracowania "Metro" na Broadwayu - fragmentu pracy magisterskiej redaktora Marcina Kydryńskiego, przybliżającego kulisy obu wystawień Metra: u nas, i za oceanem. Pewne wątki, tropy i fakty z Przystanku... nabrały sensu: niestety, nie wszystkie. Reszta pozostaje, adekwatnie do opisu z aukcji: w stanie bardzo dobrym, choć bardzo wyraźnie widać, że całości brakuje kluczowych części, spinających całość akcji w coś przetrawialnego.
Szkoda.
Wracam do wersji oryginalnej, żeby zatrzeć to przykre wrażenie.

Sunday, 18 November 2018

That's my Hit... kind of book! - Daniel Wyszogrodzki: "Ale Musicale! Złote stulecie"

Zdaje się, że pierwszy był Skrzypek na dachu - w wersji teatralnej oraz filmowej, katowanej na okrągło (na zmianę z... West Side Story) podczas popołudniowego wysiadywania u dziadków. Były też składanki z przebojami z Camelotu, Oklahomy!, My Fair Lady i Show Boat - na KASETACH, albowiem jestem z tego właśnie pokolenia. A potem, w pamiętnym roku dziewięćdziesiątym szóstym, zostałam zabrana najpierw na Grosik 2 w Buffo, a potem - na moje pierwsze Metro, i to ostatecznie przesądziło o otwarciu się metaforycznych drzwi przeciwpowodziowych. Kiedy koleżanka ze studiów przywiozła z wyjazdu DVD z Takarazuki, a potem przez pół stypendium (i aż do dzisiaj) oglądałam wszystkie ichniejsze produkcje, jakie wpadły mi w ręce/na jakie dostałam bilet, sprawa była już przyklepana i przesądzona.

Żyję musicalem. Teoretycznie, bo w praktyce bywa różnie. (Aczkolwiek przyznaję się do okładania w głowie choreografii, gdy idę przez miasto i słucham nowej muzyki. Takie odchylenie od normy, co robić.) Od lat uprawiam również tak zwaną turystykę teatralną - a jeśli już gdzieś jadę, to albo na Szekspira (Stratford, festiwal w Manchesterze), albo na musical właśnie (Gdynia, Poznań, tudzież przyszłoroczny koncert o ogrodach Schonbrunn, bo grają Elisabeth, więc musiałam).


To zdjęcie zamieściłam na Instagramie, z obietnicą złożenia wyjaśnień. Proszę uprzejmie: znaczniki bliżej grzbietu symbolizują musicale, które widziałam/słyszałam/znam na pamięć i potrafię zaśpiewać co najmniej jedną z piosenek: na tyle, na ile pozwala mi skala głosu. (Trochę tutaj oszukuję, albowiem część spektakli widziałam najpierw/tylko po japońsku. Taka karma.) Ten sam system przyjęłam dla biogramów aktorów i twórców musicalowych, piosenek, zjawisk etc.

Znaczniki bliżej brzegu stron symbolizują musicale, na które dopiero się wybieram (jak Kinky Boots, planowane na grudzień), i te, które czekają w moich archiwach na swoją kolej - oraz The Book of Mormon, który przesłuchałam wczoraj, zwijając się ze śmiechu i... klejąc kartki świąteczne. Nie, nie umyka mi absurdalność tego obrazka.

Czy wobec proporcji, z jaką rozłożyłam moje zakładki, Ale Musicale! nauczyły mnie czegoś nowego, czy też była to lektura z cyklu: czytam o piosenkach spektaklach, które już kiedyś słyszałam widziałam? W zasadzie: jedno i drugie, co bardzo mnie ucieszyło. Dostałam w pakiecie kilka ciekawostek o moich ulubionych musicalach (nie miałam świadomości, że Producenci - na żywo oglądałam wersję tokijską w roku 2005, ze świeżo "wypuszczoną" z Takarazuki Nao Ayaki w roli Ulli - zdobyli najwięcej nagród Tony w historii, i nawet Hamilton ich nie przebił), sporo podpowiedzi dotyczących tego, co warto jeszcze zobaczyć (delikatnie klaruję pewnym osobom, że najbliższy weekend walentynkowy można by spędzić w Białymstoku, na Doktorze Żywago - a poza tym przymierzam się do Sondheima, z którego bogatego dorobku znam dotąd tylko Into the Woods oraz Sweeney Todda), i obficie bijące źródło informacji o twórcach nowoczesnego musicalu, pomocne przy uporządkowywaniu mojej, miejscami dość chaotycznej, wiedzy. Przypuszczam, że Złote stulecie ma szansę stać się sztandarową lekturą dla entuzjastów teatru muzycznego - zarówno dla początkujących, jak i zagorzałych fanów - czego niniejszym serdecznie życzę Autorowi, i wyrażam podziw za ogrom pracy włożonej w przygotowanie tak wyczerpującego kompendium.

Kącik pod patronatem Gordona Ramsaya, czyli What Would I Change?: gdybym na skutek jakiegoś magicznego splotu okoliczności miała przygotować suplement do pierwszego wydania, zapewne znalazłyby się tam obszerniejsze informacje na temat takich pozycji, jak The Boy from Oz, Me and My Girl, Rocky Horror Show (podczas przedstawienia w Och Teatrze z radością przekonałam się, że aktorzy świetnie radzili sobie z przyniesionym przez widzów papierem toaletowym oraz entuzjastycznymi okrzykami Dupek! - nie, nie krzyczałam sama....), czy gdyński Wiedźmin, na którym byłam już dwukrotnie, i wychodziłam zachwycona: może dlatego, że ta inscenizacja wydaje mi się bliska stylistycznie pewnej umowności panującej w japońskim teatrze muzycznym (poza Zuką). Dodałabym również, niejako w formie przypisu, kilka słów o serialu Smash, z fabułą osnutą wokół przygotowywania musicalu o Marylin Monroe. Z czysto językowego/merytorycznego punktu widzenia, zastanowiłabym się nad zasadnością fragmentu opiewającego niezwykłość francuskiego jako języka, w którym tłumaczy się nawet 'międzynarodowe' słowo "komputer": albowiem po hiszpańsku mówi się na to urządzenie ordenador lub equipo, a język ten ma jednakowoż nieco większy zasięg geograficzny. No i poprawiłabym kilka literówek, oraz koniecznie!: wspomniany na stronie 398. tytuł piosenki z musicalu Once: brzmi on When Your Mind's Made Up, nie When You're Mind, etc.

Mimo wszystko są to jednak drobiazgi, niezdolne złożyć się na przysłowiową łyżkę dziegciu, która mogłaby próbować zatruć tę beczkę musicalowego miodu. Krótko i zwięźle: polecam, zachęcam, pozdrawiam!

Wednesday, 15 August 2018

99/104. "Gorączka Powstańczej Nocy"

Pamiętacie te czasy, kiedy Pożar w Burdelu był zjawiskiem niszowym, o którym szeptało się pomiędzy zaufanymi znajomymi, a nie czymś obrazoburczo i zachwycająco en mode, co koniecznie należy przenieść - bez powodzenia, bo to nie ten klimat - do telewizji, wyprowadzić na stadiony i wylansować w mediach?

No właśnie.

Lektura scenariusza Gorączki... przypomniała mi, dlaczego polubiłam PwB in the first place - i dlaczego długo się obecnie zastanawiam przed zakupieniem biletów na nowe programy.

Ale na Niewarszawę idę. Bo to Tamten Burdel.


Sunday, 25 February 2018

Gdzie każdy może być sobą. "Casa Valentina" w Och-Teatrze

Jest początek lata 1962 roku. Do niewielkiego pensjonatu prowadzonego przez Ritę (Maria Seweryn) i jej męża George'a (Rafał Mohr) przyjeżdża młody mężczyzna - Jonathan (Maciej Kosmala) - w towarzystwie Mirandy, którą starzy bywalcy tego miejsca będą musieli przekonać do ujawnienia się i "wyjścia na światło dzienne". Może się to okazać stosunkowo trudne: Jonathan ostatnio przedstawił Mirandę światu kilka lat temu, podczas swojej... nocy poślubnej: przymierzając sukienkę własnej żony... Albowiem Jonathan, podobnie jak pozostali bywalcy pensjonatu Rity i George'a, jest heteroseksualnym transwestytą. Traf chciał, że na swój "debiut" w gronie podobnych mu mężczyzn wybrał weekend, w którym ma mieć miejsce spotkanie organizacyjne Zgromadzenia legalizującego hobby wszystkich obecnych panów - co ciekawe, rzeczywistym odpowiednikiem tej organizacji jest stowarzyszenie Tri-Ess – The Society for Second Self (www.tri-ess.org). Stowarzyszenie ma pomóc w legitymizacji zainteresowań jego (nomen omen) członków, oddzielając ich przysłowiową grubą kreską od homoseksualistów. Pomysł nie przypada jednak do gustu części zebranych: pomimo tego, że George'a-Valentinę mogą czekać poważne nieprzyjemności ze strony władz federalnych, jeżeli nie wytłumaczy swoich związków z tajemniczą przesyłką zawierającą kompromitujące materiały...


Na Casę Valentinę trafiłam przypadkiem. Odwołano przedstawienie, które mieliśmy oglądać tydzień wcześniej - a następnego dnia w telewizji śniadaniowej pokazano materiał z próby generalnej do Valentiny (premiera odbyła się 16 lutego), który zachęcił nas do zakupu biletów. 

Spodziewaliśmy się lekkiej, łatwej i przyjemnej komedii (Cezary Żak, Piotra Machalica i Witold Dębicki w sukienkach? NO PROSZĘ.): tymczasem zaserwowano nam kawałek bardzo mądrego teksty o bardzo poważnych sprawach. Kwestia odpowiedzialności za życie własne oraz naszych bliskich - poziom, do którego możemy windować naszą samolubną chęć realizowania się w ramach własnego hobby czy stylu życia - to, jak tego rodzaju działania wpływają na nasze otoczenie oraz jak są przez nie postrzegane: dylematy te dotyczą w jakimś stopniu każdego z nas, choć bohaterowie (bohaterki?) sztuki Harvey'a Fiersteina przeżywają je o wiele intensywniej, niż przeciętny zjadacz chleba. Chcę być normalny - mówi George, który pod koniec sztuki będzie musiał dokonać wyboru pomiędzy swoim męskim i kobiecym wcieleniem. I nie będzie to łatwy wybór: nawet dla kogoś, kto ma tak wielkie oparcie w żonie, jak George w Ricie.

Pierwszy, historyczny Luby Leniwiec Teatralny wędruje do Valentiny w uznaniu dla świetnej reżyserii Macieja Kowalewskiego (jemu również zawdzięczamy znakomicie dobraną muzykę, kontrapunktującą poszczególne sceny spektaklu) oraz dla aktorstwa na najwyższym poziomie: Rafał Mohr nosi sukienkę i jest kobietą najlepiej od czasów Lee Pace'a w Dziewczynie Żołnierza, a pozostali aktorzy z powodzeniem dotrzymują mu kroku. Zròbcie sobie przyjemność, i nie bądźcie, jak ja: wybierzcie się do Och Teatru z pełną premedytacją, i spędźcie piękny wieczór obcując ze sztuką, ktòra nie tylko Was rozbawi, ale również - da Wam co nieco do myślenia...

Saturday, 28 October 2017

„Trzecia młodość Bociana”, czyli ostrożna romantyczność

Nazywa się Jan Bocian, pochodzi z Królowego Mostu (zbieżność danych z bohaterem filmów Jacka Bromskiego… przypadkowa?), niedawno owdowiał (po raz drugi), a teraz przybywa do Warszawy, aby skorzystać z gościny u syna i synowej, i spokojnie doczekać otwarcia testamentu po (bogatej z domu) nieboszczce żonie…

A poza tym: gra na gitarze, animuje publiczność do wspólnego śpiewu, emabluje młode i piękne kobiety (to już wyłącznie na scenie…), przerzuca się z synową Zdziską – pardon, Zdzisławą – ciętymi komentarzami, i za kołnierz nie wylewa. Skąd wziął się w Teatrze Kamienica?

źródło: Teatr Kamienica

Przede wszystkim: z pomysłu Emiliana Kamińskiego, który podjął się nie tylko reżyserii nowego (premiera miała miejsce 2 września 2017) spektaklu w swojej Kamienicy, ale także zagrał tytułowego bohatera, oraz znacząco „zlokalizował” brytyjski pierwowzór, przystosowując go do polskich realiów tak zgrabnie, że w ogóle nie widać miejsc „szycia”. Temat przewodni sztuki (napisanej przez Simona Mossa na motywach popularnego w wielu krajach sitcomu „Tom, Dick and Harriet”) jest zresztą uniwersalny: oto „wesoły wdowiec”, artysta weselno-imprezowy z prowincji, nie cierpiący na brak sił witalnych i oczekujący na pokaźny zastrzyk gotówki, wkracza z przytupem w poukładane, warszawskie życie swojego syna, Ryszarda (Wojciech Solarz), i jego żony Zdziski – pardon, Zdzisławy (Hanna Konarowska). Im natomiast nie jest do śmiechu i bez wizyty tatusia: Zdzisława, kobieta temperamentna i zaangażowana, podupada nieco na zdrowiu, zaś Ryszard bezskutecznie próbuje znaleźć modelkę do reklamy środka na potencję: klient, który ma ściśle określone wytyczne, czyli sam nie wie, czego chce, domaga się niewinnej blondynki o dużych, niebieskich oczach i takichż piersiach, a biedny Ryszard staje na głowie (lub raczej: na pedałach stacjonarnego roweru), żeby znaleźć rozwiązanie tego mocno skomplikowanego problemu.

źródło: Teatr Kamienica 


Sytuacja staje się coraz bardziej napięta: w otoczeniu Bociana Seniora, wdowca z „perspektywami”, pojawia się coraz więcej osób chętnych do podzielenia się z nim „ciężarem” spodziewanego spadku po zmarłej żonie-dewotce. Zdzisława nie dowierza nikomu: ani Lilce (Sylwia Gliwa), „czułej masażystce” w kostiumie Wonder Woman, ani Gracjannie (Milena Staszuk), bibliotekarce w typie „szarej myszki”. O tę ostatnią, oraz o jej relację z Janem Bocianem, martwi się również owdowiała ciotka Dobrosława (Małgorzata Sadowska): ale czy na pewno ma powody do obaw?...


Każdy z bohaterów „Trzeciej młodości Bociana” ma ściśle określony cel w życiu, i dąży do niego z brutalną niekiedy konsekwencją. Możemy mieć wrażenie, że wszystko już wiemy, i mamy naszych bohaterów podanych na przysłowiowej tacy – ale w finale okazuje się, że poza „doraźnymi” skutkami swoich działań (czasami mocno spłyconych i przerysowanych w typowy dla farsy sposób) bohaterom udało się tak wpłynąć na losy wszystkich pozostałych osób dramatu, że  w ostatecznym rozrachunku nikt nie jest pokrzywdzony, choć na pozór nic nie wyszło tak, jak się tego spodziewali Bocian i spółka.

źródło: Teatr Kamienica 

Może więc pośród oparów lejącego się strumieniami  chińskiego szampana, pośród pośpiechu, zamieszania i piętrowych nieporozumień, kryje się coś ważniejszego? Może Jan Bocian ujmuje i porywa publiczność nie dlatego, że wykonywane przez niego piosenki należą od tak zwanej „muzyki biesiadnej” – ale dlatego, że przemawiają one głosem Emiliana Kamińskiego do tej ukrytej cząstki naszej duszy, w której trzymamy marzenia o romantycznej miłości i rodzinie: a do tego nie są nam wcale potrzebne miliony z testamentu…

Spektakl kończy się w momencie, który w serialowym pierwowzorze można umiejscowić dopiero w połowie akcji: czy to oznacza, że będziemy mieć okazję do ponownego spotkania z Bocianami i ich przyjaciółmi? Czy główny bohater ma przed sobą nie tylko trzecią, ale i czwartą młodość? Być może. Na razie skupmy się na tym, co mamy: a w tym roku kalendarzowym mamy możliwość obejrzenia „Trzeciej młodości Bociana” jeszcze osiem razy: 11 i 24 listopada oraz 1, 2 (dwa spektakle), 30 i 31 grudnia (również dwa spetakle). Potraktujmy to jako świetną okazję do naładowania akumulatorów na jesień i zimę!

źródło: Teatr Kamienica 


Dziękuję Dyrekcji Teatru Kamienica za zaproszenie na spektakl.

Monday, 25 September 2017

Adaś śpiewa w Kamienicy - "Dzień Świra opera|musical"


Facebook podpowiedział mi dziś, że rok temu zamieściłam tutaj recenzję "Kolacji na cztery ręce" - taka rocznica nie może się zmarnować! A skoro o rocznicach mowa...

"Dzień Świra: opera|musical" miał swoją premierę w Teatrze Kamienica 7 lipca tego roku (o znamiennej godzinie 19:07), czyli 15 lat po wejściu do kin filmu Marka Koterskiego. Ja wybrałam się na popołudniowe przedstawienie 24. września - z tej daty, niestety, nie da się wyciągnąć nic "adasiowego", ale fakt ten w żaden sposób nie zakłócił mi odbioru.

Przyznam, że nie bardzo wiedziałam, czego się spodziewać. Film Marka Koterskiego znam i lubię, ale nie potrafiłam sobie wyobrazić, jak można go przeobrazić w formę musicalowo-operową. Jak się okazuje, wszystko jest możliwe: trzeba tylko złożyć właściwy projekt w ręce właściwych ludzi. I tak: muzykę do libretta mistrza Koterskiego napisał Hadrian Filip Tabęcki, współautor wystawionej pięć lat temu w Poznaniu stricte operowej wersji "Świra...", a opiekę reżyserską nad całością sprawował Marcin Kołaczkowski, któremu bardzo dobrze znane są klimaty musicalowe. W efekcie tych decyzji "kadrowych" powstał spektakl wpisujący się świetnie w formułę ni-to-opery, ni-to-musicalu, smakowicie absurdalny i zachowujący klimat oryginału.

Taka historia wesoła, a ogromnie przez to smutna, albo: Adaś wiecznie żywy

-Zagrane świetnie, ale jakieś takie smutne... - powiedziała towarzysząca mi na przedstawieniu osoba, która dopiero w przerwie przyznała się do nieznajomości oryginału filmowego. Prawdą jest, że "Dzień Świra" w wersji wystawionej przez Teatr Kamienica to studium syndromu Aspergera na nutę musicalową, prześwietlające megalomanię i nerwicę natręctw współczesnego inteligenta: pomimo stosunkowo poważnego wydźwięku, spektakl cechuje jednak lekkość i oryginalność, wprowadzająca dodatkowy wymiar do historii Adasia Miauczyńskiego, jaką znamy ze srebrnego ekranu. Wielką zaletą spektaklu jest obsada: Maciej Miecznikowski w roli Adasia wygląda jak połączenie Marka Kondrata z Markiem Koterskim, a dzięki bardzo profesjonalnej emisji głosu uzasadnia celowość użycia słowa "opera" w opisie przedstawienia. Joanna Kołaczkowska, wcielająca się we wszystkie kobiety życia Adasia, stanowi celny kontrapunkt dla jałowej codzienności bohatera - a jej rozkołysany chód, dobrze przemyślane manieryzmy oraz niezaprzeczalny talent komediowy (scena z zupą!) budują wyraziste portrety trzech kompletnie różnych postaci. Osobiście brakowało mi trochę Wojciecha Solarza w roli Synka Sylwusia - ale prawdopodobnie powoduje mną raczej sympatia do aktora, niż zastrzeżenia do konstrukcji scenariusza.

Ciekawym zabiegiem inscenizacyjnym jest "skondensowanie" wszystkich ról pobocznych do czterech postaci granych przez członków Kwartetu Rampa (Joannę Pałucką, Annę Ścigalską, Stefana Każuro i Grzegorza Kuciasa): cieszę się, że mogłam zobaczyć ich na scenie po dłuższej - dla mnie jako widza - przerwie. Sekwencja "pociągowa" w wersji "na cztery głosy" po prostu rozkłada widza na łopatki, i nie bierze jeńców.

Bardzo lubię spektakle, które - przy zastosowaniu nowoczesnych środków wyrazu - pozwalają jednak zabłysnąć aktorom. "Dzień Świra: opera|musical" nie tylko eksponuje zdolności wokalne artystów, ale także zapewnia im dobrze przemyślaną, wysmakowaną oprawę wizualną: proste, ale sugestywne i łatwo identyfikowalne kostiumy, "wielozadaniową" scenografię (nad oboma aspektami pieczę ma Anna Puchalska), oraz materiały filmowe autorstwa Dariusza Senkowskiego i Sylwestra Ciszka, stanowiące znakomite tło dla akcji rozgrywającej się na pierwszym planie. Finał sztuki zostawia nas z nadzieją na ewentualną kontynuację (czy tylko mi ostatnia scena przywiodła na myśl "Wszyscy jesteśmy Chrystusami"?...), a piosenka wykonywana "na ukłonach" doprowadziła mnie niemal do łez. Muzycznie - to upbeatowy, musicalowy kawałek; tekstowo natomiast... to trzeba usłyszeć, Drodzy Państwo.

Serdecznie zachęcam do odwiedzenia Teatru Kamienica w nowym sezonie. Najlepiej siedem razy...

Dziękuję Teatrowi Kamienica za zaproszenie na spektakl.

Monday, 1 May 2017

Kwietniowo...



Majówka. Podobno. Słońce zaczęło wyrażać chęć do współpracy, choć za oknem nadal zimno i wilgotno – siadam zatem przy kawie i archiwalnych Maglach Wagli, żeby podsumować kwiecień czytelniczo-teatralny.
W teatrze otóż widziałam w kwietniu dwie rzeczy, obie świeże, i bardzo od siebie odległe, choć na tę samą literę: Ojca w Ateneum oraz Ożenek na 6. Piętrze. Ojciec to wiwisekcja umysłu starego człowieka, zapadającego coraz głębiej i głębiej w chorobę, niszczonego od wewnątrz przez utratę podstawowych zdolności percepcji rzeczywistości i kojarzenia faktów. Marian Opania w tytułowej roli po stokroć rekompensuje „jednominowość” Magdaleny Schejbal, i tworzy kreację wybitną – ale uprzedzam, to nie jest sztuka, na którą można pójść w sympatycznym towarzystwie, i przyjemnie spędzić wieczór: ale raczej pretekst do głębokiej analizy stosunków panujących w rodzinie, której część stanowi stary rodzic lub rodzice.

(Na marginesie: w sztuce mamy do czynienia z nielinearnym czasowo rozwojem akcji. Szkoda, że niektórzy spośród widzów nie zrozumieli, o co cho.)
Jeżeli więc mają Państwo życzenie wybrać się do teatru w celach typowo rozrywkowych, a przy tym zobaczyć kawał dobrego aktorstwa, proponuję jednakowoż Ożenek – na scenie między innymi Dereszowska, Chruściel, Żółkowska, Żak (Cezary), Chabor, Pazura (znowu Cezary!), Żebrowski oraz Głowacki – nie Cezary, ale Piotr, zdecydowanie najmocniejszy akcent w obsadzie: aczkolwiek nie ma tam ani jednej źle zagranej roli. Bardzo nieoczywista inscenizacja ze znakomicie przemyślaną scenografią i ruchem scenicznym, tekst Gogola podany z werwą i biglem – ja jestem na TAK, proszę Szanownych.



Co w kwestii książek?
Poszłam w tym miesiącu po kluczu (quasi) biograficznym: tłumaczenia Dylana pióra Łobodzińskiego, opowieść o Dariusza Michalskiego o śp. Wojciechu Młynarskim, świetnie się czytające rozmowy panów Bonowicza i Waglewskiego: to wszystko z czystym sercem Szanpaństwu polecam, a do pana Wojciecha W. zgłoszę się po autograf przy okazji Warszawskich Targów Książki – kto się wybiera?...
Żeby jednak nie było tak różowo: gwałtowna, emfatyczna odradzanka na zakończenie wpisu.
Ostatnią moją książką kwietniową okazało się być Ani żadnej rzeczy… autorki piszącej się S. M. Borowiecky. Wprowadzenie zapowiada opowieść mogącą konkurować z różnymi Kodami, Aniołami i Demonami itepe, czerpiącą garściami z symbolizmu i numerologii, prowadzącą czytelnika od Polski po Watykan z przystankami we Francji, Szwajcarii i Wiedniu. Obiecuje odkrycie tajemnic wiążących hitlerowców z poszukiwaczami Graala, demaskację pradawnych bractw strzegących tajemnic podważających wszystko, co wiemy o historii naszej cywilizacji, oraz silną, wielowymiarową bohaterkę. I aż do strony 22. wszystko wydaje się sugerować wielce obiecującą lekturę. Niestety, stron jest w tej książce ponad 300 (a podobno istnieje także kontynuacja – Która jego jest), a na nich – liczne błędy stylistyczne, brak znaków diakrytycznych lub liter, zerowa znajomość zasad interpunkcji oraz akcja równie spójna, co dowolny dokument po przejściu przez niszczarkę. Nie zrozumiałam, jakie były motywacje poszczególnych bohaterów, ani w jaki sposób ich działania miałyby się zazębiać z mocnym stylistycznie i znaczeniowo początkiem książki (być może pisanym przez kogoś innego?...). Nie przekonała mnie żadna z przedstawionych przez autorkę teorii (spiskowych), ani nie zachwyciło jej (autorki) pozowanie na hybrydę Browna i Miłoszowskiego. Zagorzali fani gatunku mogą dać pani Borowiecky szansę – pozostałym Państwu odradzam serdecznie. Można w zamian za to poczytać Margaret Atwood, przed obejrzeniem serialowej wersji Opowieści podręcznej – niniejszym idę po herbatę, zapadam w fotel, i oglądam.
Dobrej majówki!

Wednesday, 8 March 2017

Zupa z whisky i wzór na imprezę - o "Rozkładach jazdy" w Kamienicy.

Najpierw pomyślałam, że w "Rozkładach jazdy" chodzi o jakąś scenę rodem z "Krzyżówki" Hemara: ot, typowa farsa o proszonej kolacji, na której spotykają się "przyszli, byli i obecni" kochankowie, a gospodarze próbują ratować sytuację podając znaczne ilości napojów wyskokowych. Potem doszłam do wniosku, że przed premierą (mającą się odbyć następnego dnia) czeka aktorów i twórców jeszcze duuużo pracy: szczególnie gdy po niespełna półgodzinie spektaklu na scenie nagle zgasło światło, a aktorka przeprosiła za usterki i zaprosiła widzów na przerwę...

Po owej przerwie, spędzonej na spekulacjach co do przyczyn kłopotów technicznych, doszłam jednak do wniosku, że inspiracją dla twórców "Rozkładów jazdy" był raczej Michael Frayn i jego "Czego nie widać" - więcej nie powiem, bo spoilerów nie uznaję - i to wrażenie okazało się słuszne, ponieważ to sztuka "Chińczycy" pióra Frayna zainspirowała Petra Zelenkę do napisania "Rozkładów...". Mamy zatem do czynienia z "pudełkową" konstrukcją opowieści o dwojgu młodych aktorów - Hannie i Sebastianie (granych nieprzypadkowo przez Hannę Konarowską i Sebastiana Cybulskiego), których chwilowo łączy wyłącznie praca przy inscenizacji "Chińczyków" - choć swego czasu ich związek miał zupełnie inny charakter. Na skutek niekorzystnego zbiegu okoliczności, Hanna i Sebastian zmuszeni są zagrać sztukę na siedmiu aktorów... we dwójkę, przy okazji prezentując widowni całe spektrum skomplikowanych uczuć i emocji. Robią to z wdziękiem i biglem, humorem i pazurem, przepracowując problemy osobiste na scenie (choć oboje tego nie lubią) i dając widzom wgląd w psychikę aktora, rozdartego między ambicją grania wielkich ról, a rzeczywistością czytania rozkładów jazdy pociągów i samolotów.

I w sumie okazuje się, że może nie warto tak ciągle pomstować na chałtury. Bez rozkładu jazdy nikt nie wiedziałby, kiedy i dokąd może odjechać. Bez sytuacji podbramkowej w postaci "historii o Borysie, który się spóźnił" (patrz zwiastun poniżej), żadne z bohaterów nie zakwestionowałoby zapewne granic własnych zdolności ani wymiaru pracy, jaką muszą włożyć w sztukę. Tyle wiemy o sobie, ile nas sprawdzono. Aj, powiało patetycznością.

W dużym skrócie zatem: "Rozkłady jazdy" Petra Zelenki (w tłumaczeniu Krystyny Krauze oraz reżyserii Adama Biernackiego) to opowieść o ludziach, którzy przypadkowo są aktorami, bo mogliby być... nami. To próba okiełznania przyjęcia, kiedy nie pamięta się imion gości, dolewa whisky do zupy i przedstawia wzór matematyczny na ilość spotkań towarzyskich, które mogą wyniknąć z jednej kolacji.

To także opowieść o tym, dlaczego chcemy być (współ-żyć, współ-pracować) z pewnymi ludźmi, a z innymi nie, i o tym, że być może zostaniemy zapamiętani z powodu najbardziej trywialnych z naszych zasług.

Ale to akurat bardzo dobrze...


Mój prywatny rozkład jazdy zawiódł mnie do Teatru Kamienica w przeddzień premiery, to jest - 7. marca 2017 roku. Teatrowi serdecznie dziękuję za zaproszenie. Będę wracać.

Sunday, 26 February 2017

O byciu korpo-czymśtam, Pisi Gągolinie, przekładach i Burdelu.

Moi drodzy parafianie - być może obiło się Wam o uszy, że poszłam pracować do korporacji: nie będziemy o tym zbyt dużo mówić, dość, że nie wysiaduję już na Twarzoksiążce w ramach wypełniania obowiązków służbowych - ale za to dojeżdżam do biura ładny kawałek z przesiadką, i mam wskutek tego sporo czasu na czytanie. Jakąż mam bowiem alternatywę? Przeglądać njusy w telefonie, i dostawać wrzodów jeszcze PRZED odbiciem karty?

Bez sensu, przyznajcie sami.

Co zatem przeczytałam w ciągu tych dwóch miesięcy wychodzenia ze starej depresji pracy, i popadania w nową? Mistrza i Małgorzatę, w ramach cokilkuletniej powtórki - z dodatkowym bonusem w postaci nowego przekładu do porównania. Z przykrością stwierdziłam, że wersja proponowana przez pp. Przebindów robi wrażenie suchej i przegadanej, a płaszcz "o podbiciu szkarłatnym jak krew" tudzież centurion "Marek Szczurojad" - to jednak bardzo, bardzo NIE TO. A poza tym, kawalerzyści nie suną. No, nie i już. Moving on.

Zawarłam (przelotną) znajomość z panem Nesbo, i nie wiem, czy Harry Hole mnie do siebie przekonał. Chyba mam problem z policjantami/śledczymi walczącymi z nałogiem alkoholowym (vide profilerka u Bondy). Chwilowo podziękuję, zwłaszcza że M. przyniesie mi dziś thriller polityczny Mroza Remigiusza, z którym to panem też jeszcze nie miałam przyjemności. Zobaczymy, czy zdyskwalifikuje mój ostatnio ulubiony (nomen omen!) Mróz Ciszewskiego. Będę (ha!) donosić na bieżąco.

Dużo mi się czyta w tym roku Hanny Krall - przy łóżku mam Tam już nie ma dawnej rzeki - a zaczęło się od świetnie przygotowanej Reporterki, którą niniejszym serdecznie polecam. Jeszcze z rzeczy biograficznych: wczoraj skończyłam przeurocze Dupersznyty, czyli zapiski stanu Szwajowego - również polecam, tak fanom pisarki, jak i nie-fanom szukającym kropli optymizmu w zalewie niefajności. A poza tym - ha! Bard znad Pisi, znany także jako Wiersz, Który Pani Monika Przesłała Mi Mailem w Roku 2009, ujrzał światło dzienne, i można się nim napawać, jako też licznymi limerykami, epitafiami, przekładami (Tennyson!) i ad infinitum. Można się również dowiedzieć, że Pani Monika miała w ogrodzie ponad 120 gatunków róż, i spłonąć z zazdrości. (Można, ale po co? Lepiej zacząć kompletować własną kolekcję.)

Jakiś taki zen mnie ogarnął ostatnio. To bardzo niepokojące... A przecież i kota wyszła z balkonu na trzecim piętrze (i pozbierała się do kupy w kilka dni), i zarobiona byłam jak dziki osioł... Dziwność nad dziwnościami.

Może po prostu wszystko odpuściło po wczorajszej premierze PwB - Goście w Polskim: Pożar w Burdelu, odc. 34: Ucieczka z kina Polskość. Nie miałam przyjemności oglądać wcześniejszych spektakli łączących BurdelTrupę z aktorami Teatru Polskiego, i teraz żałuję. Dość powiedzieć, że:
1) Bardzo ładnym, zwięzłym bon motem podsumowano sprawę Klątwy,
2) dyrektor Seweryn jako Donald Trump mógłby dostać Oscara, gdyby Oscary rozdawano w innym kraju,
3) Michalina Wisłocka-Curie nową bohaterką narodową!,
4) hybryda pod nazwą "Pan Tadeusz Wiedźmin" zwaliła mnie z nóg,
5) mogłam się pośmiać ze współczesnej polityki wszelkiego szczebla, i była gwarancja, że nikt z obecnych na widowni nie strzeli mnie za to w pysk,
6) Natalia Sikora i Lena Piękniewska w tym samym spektaklu = orgazm przez uszy,
7) zatęskniłam do Panien z Wilka,
8) duch w narodzie nie ginie!

Witam madame, rączki całuję; kto nie zapłacił przed wejściem, jest ch...m.

Być może kiedyś chodzenie do Burdelu stanie się wyznacznikiem postawy życiowej, podobnie jak niespożywanie alkoholu w pewnym towarzystwie. Oby.

A Pani Matce marzy się koszulka ekipy technicznej PwB, z napisem: Pracuję w Burdelu. Pomarzyć, dobra rzecz, maman...

Cieszcie się, drodzy, wiosna nadchodzi!

Wasza, w drodze do księgarni,
Wróżka

Thursday, 19 January 2017

Prezes i piekarz na wywczasach, czyli Kamieniczne SPA



Stanisław Kamiński poznaje Stanisława Kawińskiego w Zakopanem, kiedy okazuje się, że na skutek pomyłki p.o. recepcjonisty Józefa (górala, który doskonale zna cenę profesjonalnych usług hotelarskich oraz… dyskretnego milczenia) panowie muszą dzielić pokój – przestronny apartament o wiele mówiącym numerze 13. Oprócz ewidentnej zbieżności nazwisk, dwaj Stanisławowie nie mają ze sobą zbyt wiele wspólnego: jeden z nich jest prezesem Polskiej Izby Hotelarskiej, odpowiada za przyznawanie gwiazdek nowym hotelom, i przyjeżdża do Zakopanego służbowo – drugi to piekarz z Rybnika, aktualnie przebywający na wakacjach z żoną. Z pozoru niewinna pomyłka recepcjonisty urasta wkrótce do rozmiarów prawdziwej katastrofy – a wszystko to za sprawą zagubionego radzieckiego pierścionka, niespodziewanych wizyt żony i kochanki jednego z panów, mokrych spodni oraz… cieknącego kaloryfera.

Po popularnym „ZUS-ie, czyli Zalotnym Uśmiechu Słonia”, w repertuarze Teatru Kamienica pojawia się kolejny spektakl o akronimicznym tytule: „SPA – czyli Salon Ponętnych Alternatyw” (scenariusz i reżyseria: Emilian Kamiński). Miałam przyjemność obserwować "z pierwszej ręki" reakcje pierwszych widzów tej świeżo upieczonej, pogodnej farsy z górami w tle, i wnioski są jednoznaczne: publiczność to kupiła, i prosi o więcej!

                              
źródło: Teatr Kamienica

Premiera „SPA” przewidziana jest dopiero na jutro – 20 stycznia 2017 – więc nie będę się zanadto rozwodzić nad samą fabułą sztuki, a zamiast tego opowiem, czego możecie się po niej spodziewać. Oczekujcie zatem śpiewającego i tańczącego kierownika hotelu (w tej roli Piotr Ligienza) oraz góralskich mądrości życiowych, pięknie podanych gwarą przez Piotra Skargę. Oczekujcie nowych twarzy – po raz pierwszy możemy oglądać na scenie Teatru Kamienica Paulinę Holtz, Joannę Opozdę, Annę Powierzę i Jacka Rozenka – i dobrych znajomych (ukłony dla Arkadiusza Janiczka, brawurowo odtwarzającego rolę Stanisława-piekarza). Spodziewajcie się informacji o nowinkach z dziedziny wellness&spa (niektórych wolałabym jednak nie testować osobiście, ale każdemu, co mu się podoba), i celnych komentarzy na temat wpływu pracy w korporacji na kondycję psychofizyczną współczesnego mężczyzny oraz… ścieżek kariery w show-businessie.

Nastawcie się zatem na przyjemne odprężenie i – tak, tak! – swoiste SPA dla zmęczonego codziennością umysłu. Pokiwajcie głową nad wyrafinowanymi sposobami, w jaki bohaterowie najnowszej propozycji Teatru Kamienica komplikują sobie życie: a potem spakujcie manatki, i wyjedźcie do Zakopanego! Kto wie, może i Wam przydarzy się spotkanie z „miłością od pierwszego zaśpiewania”, lub „nadgościnnym” góralem cytującym księdza Tischnera?...

Twórcy spektaklu:
Autor: Emilian Kamiński
Reżyseria: Emilian Kamiński
Scenografia i kostiumy: Andrzej Lewczuk
Obsada: Paulina Holtz, Joanna Opozda, Anna Powierza, Arkadiusz Janiczek, Piotr Ligienza, Jacek Rozenek, Piotr Skarga




źródło: Teatr Kamienica

Serdecznie dziękuję Teatrowi za zaproszenie na spektakl!