Nnno dobrze, P.T. Czytelnicy - scenarzyści zdecydowanie nas rozpieszczają tym serialem; Cintryjka donosi, że AMC przedłużyło życie tego projektu o kolejny sezon, nie pozostaje nam zatem nic innego, jak rozsiąść się wygodnie, i oglądać z lubością.
Dodam tutaj, że w ramach powrotu do korzeni/głębszego podbudowania referencyjnego, dokładam do materiałów porównawczych książkę (pożyczoną z biblioteki) - oraz, że zachwyca mnie ponownie klimat zbudowany w pierwszym odcinku: szczególnie że mojej mocno opartej na filmie pamięci umknął fakt, iż rodzina Louisa w serialu jest żywcem (sic!) przeniesiona z powieści. Nie mówię już o tym, że miejscami scenariusz serialu dosłownie cytuje książkę - i jest to piękne, proszę P.T. Czytelników.
W odcinku trzecim, Louis - co jest spójne zarówno z książką, jak i z filmem - zaczyna filozofować, i przerzuca się na dietę zwierzęcą: Lestat, rzecz jasna, uważa to za równie pociągające, co jedzenie sucharków przy suto zastawionym stole. Eksplorujemy ich związek, jego queerowość i otwartość (żaden z nich nie jest monogamistą, i obaj ocierają się o hipokryzję gdy przychodzi do akceptowania owej otwartości inicjowanej przez partnera); ścierają się ze sobą, przekomarzają i kłócą, ale w podtekście pozostaje pewien rodzaj czułego pobłażania, którego brakuje w książce (ostatecznie Rice dopiero w późniejszych tomach nazywa ich związek "miłosnym"; w pierwszym tomie Kronik Louis opisuje Lestata mniej-więcej tak, jak naiwny twink może opisywać swojego pierwszego, doświadczonego i znudzonego ideą romantycznej miłości kochanka - unikając jednak jakichkolwiek aluzji do seksu). Louis próbuje również utrzymać status quo i pozostać w kontakcie z rodziną, co kończy się dokładnie tak, jak moglibyśmy się tego spodziewać.
Ciekawym zabiegiem - prowadzącym w konsekwencji do spotkania z Claudią, zapowiedzią którego kończy się ten odcinek - jest przesunięcie znaczeniowe pojęcia "zarazy" czy też "plagi": życiu Claudii zagraża niebezpieczeństwo nie dlatego, że wszyscy dookoła chorują na ospę (gorączkę krwotoczną?), ale z powodu... zarazy społecznej, którą z perspektywy włodarzy Nowego Orleanu stanowią ludzie tacy, jak Louis. Znakomite paralele z książką i filmem. Docieramy do 31. minuty: i kończymy odcinek.
W kolejnej, czwartej odsłonie, witamy Claudię: typowy, jak to ujmuje Daniel, "plasterek" mający naprawić mocno dysfunkcyjny związek. Scenarzyści zdecydowali się postarzyć ją ponownie: książkowa pięcio-, i filmowa ośmiolatka ma tutaj lat czternaście, co niesie za sobą konsekwencje w postaci przyspieszonej przemiany materii (jak u rosnącego dziecka) i rozbuchanych hormonów - dzięki któremu przyjmuję charakter i motywację tej postaci z dużo większą wiarą, niż w przypadku poprzednich wersji opowieści. Obserwujemy zatem zachłyśnięcie się Claudii jej nowym życiem - i nieuniknione nim rozczarowanie, bardzo ładnie pokazane. Próba poradzenia sobie z monotonią życia, odnalezienia swojego miejsca w "rodzinie", w której się znalazła - ja to kupuję, i Państwu również polecam.
Odcinek kończy się, kiedy stosunki między Claudią, Lestatem i Louisem są jeszcze w miarę dobre - około 51. minuty filmu, i 130. (z czterystu) strony książki: ale wiadomo już, że druga połowa sezonu będzie obfitować w dramaty, na które osobiście czekam z niecierpliwością. Produkcja i scenarzyści bardzo o nas dbają: czwarty odcinek pokazał, że potrafią się bawić formami narracji, i rozumieją motywacje swoich bohaterów: dzięki czemu, pomimo odświeżenia i uwspółcześnienia pewnych wątków, pozostają wierni materiałowi źródłowemu.
A do tego jeszcze: co bardziej queerowi widzowie chichoczą z zachwytu. Czego i Państwu życzę, bez względu na Wasz stosunek (sic!) do queeru.
(Postaram się, żeby było bezspojlerowo – oby się udało.)
Odrobina tła sytuacyjnego, zanim zaczniemy: „Wywiad z
wampirem”, w formie filmu i książki, pojawił się w moim życiu pod koniec lat
90., wraz ze znajomością, która – w przeciwieństwie do mojego sentymentu do
książek Ani Ryż – nie przetrwała próby czasu. Dopóki jednak trwała, „Wywiad…”
oraz pozostałe Kroniki Wampirów stanowiły ważną część tej relacji. Czytało się
je często, a film był oglądany… raz, może dwa razy w miesiącu, często we
fragmentach. Długo po zakończeniu znajomości (i ostrej fazy na Kroniki) pojawiła
się filmowa „Królowa potępionych”, którą można rozpatrywać w kategoriach kiepskiego
napisanego fanfika AU, w dodatku – z niewieloma punktami wspólnymi z materiałem
źródłowym.
Na podstawie tego… interesującego doświadczenia, wieść o
remake’u „Wywiadu…” w formie serialowej nie napawała mnie początkowo optymizmem
– miło mi jednak poinformować, że moje obawy nie zostały potwierdzone.
Co się zmieniło? Przede wszystkim: PERSPEKTYWA – twórcy serialu
zakupili prawa do wszystkich książek Rice, i w związku z tym bohaterowie pisani
są zupełnie inaczej, niż w przypadku filmu, a nawet – pierwowzoru książkowego
(pamiętajmy, że między premierą „Wywiadu…” i „Wampira Lestata” minęło 9 lat,
podczas których autorka miała sporo czasu na przemyślenie osobowości i historii
swoich postaci). Mamy dzięki temu zupełnie innego Lestata – nie tak
chaotycznego i nieprzewidywalnego – i zupełnie innego Louisa: działającego z
powodu złości i rozczarowania społeczeństwem, a nie werterowskiego znużenia
światem. W przypadku tego ostatniego zmieniło się zresztą o wiele więcej, niż
tylko osobowość. W serialu (osadzonym w roku 1910, nie 1791) Louis jest Kreolem,
który po śmierci swojego ojca zarządza siecią podrzędnych burdeli w Nowym
Orleanie, żeby zapewnić rodzinie utrzymanie. Ma dwoje młodszego rodzeństwa: w
tym brata, który za życia ojca przebywał w szpitalu dla obłąkanych z powodu obsesji
na tle religijnym. Tenże brat próbuje nawracać dziewczyny pracujące dla Louisa –
Louis w ataku wściekłości grozi mu nożem na ulicy, i na ten moment natrafia
Lestat, przemierzający miasto w poszukiwaniu wiadomo czego. Historia zaczyna
się toczyć.
Pierwszy odcinek serialu obejmuje akcję zawartą w czternastu
minutach filmu: zaczynamy od reportera nazwiskiem Daniel Molloy, który
otrzymuje propozycję PONOWNEGO przeprowadzenia wywiadu sprzed lat. Serial daje nam przy tym możliwość poznania nie tylko historii wampira, ale również postaci samego reportera, co stanowi
wielki plus. Opowieść zaczyna się dokładnie tak, jak się tego spodziewamy: Louis
poznaje Lestata, próbuje powstrzymać się od myślenia o nim w niewłaściwy
sposób (po raz pierwszy w przypadku adaptacji prozy Anne Rice otwarcie
podchodzimy do wzajemnej fascynacji tych dwóch, i pokazujemy łączącą ich
więź like it’s 2022), Lestat uwodzi go bardzo skutecznie, Louis przeżywa
wątpliwości (świetnie pokazany wpływ Kościoła katolickiego na jego poglądy, i winę
nakładaną przez rodzinę na tych, którzy w jakikolwiek sposób odstają od „normy”);
następuje pierwszy „kontakt fizyczny” (moim skromnym zdaniem, o wiele bardziej „obiecujący”
niż ten filmowy), i wreszcie, jako kulminacja odcinka: przemiana.
Odcinek drugi to Louis powoli poznający „blaski i cienie” (z
naciskiem na cienie) życia wampira – i jego pierwsze próby poradzenia sobie z
faktem, że przy owym życiu utrzymuje go ludzka krew. Ściera się z Lestatem na
płaszczyźnie filozofii (nie)życiowej, próbuje udawać, że wszystko jest takie,
jak dawniej, i utrzymywać kontakty z rodziną – a to wszystko punktowane
obrazami kolacji jedzonej z Danielem, i ich rozmowy o tym, czy w ogóle możliwe
jest coś takiego, jak moralny wampiryzm. Kończymy mniej-więcej na etapie
dwudziestej szóstej minuty filmu.
Co nam daje zmiana formatu? O wiele głębszą analizę postaci,
ich działań i motywacji. Czas na ekspozycję, na pokazanie świata, który
zaprasza Lestata do przysłowiowego stołu, a Louisa trzyma na dystans z powodu
koloru jego skóry i alienuje. Miejsce na dodanie smaczków dla czytelników
Kronik – od pierwszego odcinka otrzymujemy w prezencie szereg Easter Eggs,
które osobiście bardzo doceniam. Zmienił się również sposób przedstawiania
wampirów na ekranie: powtarzając sobie fragmenty filmu z 1994, zauważam (dopiero
teraz!), że w tamtej wersji wampiry mają bardzo wyraźne żyły na twarzy i rękach
– w przypadku wampirów A.D. 2022, zmianie ulegają jedynie oczy (przejrzyste,
szklane, bardzo na plus) – a same kły mogą się chować i wysuwać – w odcinku
specjalnym typu making of twórcy zdradzili, że przygotowali kilka
długości protez, w zależności od tego, czy wampir się w danym momencie pożywia,
czy nie.
W ramach ostrzeżenia dodam, że w serialu jest sporo gore
– i nie mówię tutaj o krwi, której można się było spodziewać – równoważonego poczuciem
humoru i puszczaniem oka do widza. Gra aktorska mnie przekonuje (szczególnie
różnica między Louisem-świeżo przemienionym wampirem, i Louisem-opowiadającym
Danielowi o swoim nie-życiu z perspektywy stulecia z groszem); przekonują mnie
również aktorzy, zwłaszcza Sam Reid w roli Lestata (bardzo przyjemnie
się na niego patrzy, jeżeli wiecie, co mam na myśli), podobnie jak decyzje reżysersko-producenckie…
co tu dużo mówić?
Jest dobrze. Oglądam zupełnie nową historię, i mimo że wiem
(?), jak się skończy, nie czuję się nią znudzona. Polecam Państwu serdecznie ten
serial, z nadzieją, że utrzyma się przez kilka sezonów, i pozwoli nam zobaczyć
historię z co najmniej kilku tomów Kronik. Życzę sobie tego gorąco.
…ale mnie lato minęło niezwykle szybko i bezurlopowo (z
pominięciem jednego dnia z okazji czterdziestych urodzin), choć w „międzyczasie”
wydarzyło się całkiem sporo różnych rzeczy z szeroko pojętego sektora
kulturalnego: poniżej garść rekomendacji/informacji, które być może zainspirują
Was w poszukiwaniach.
Przeczytane:
Joanna Bargielska, „Pij ze mną kompot” – z cyklu: „randomowa
książka zauważona w bibliotece”, która okazała się niezwykle interesującym
zbiorem felietonów przeróżnych (dużo o teorii muzyki!) – polecam.
Najlepszą książką tego lata, a może i całego roku (do tej
pory), okazało się „Mer de glace” Małgorzaty Lebdy, wspaniale obrazowa i
absolutnie wciągająca. Może to tylko ja i moja wrażliwość, ale czytało się ją
absolutnie miękko i płynnie, i wszystko we mnie rezonowało ze słowami Autorki. Poleca
się gorąco, nawet jeżeli zwykle nie czytacie poezji.
Sekcja queerowa: doczytałam antologię „Cała siła, jaką
czerpię na życie”, z której wypływają bardzo smutne wnioski o sytuacji osób
LGBTQ+ w Polsce; poniekąd można było się tego spodziewać… ale i tak pod koniec
lektury mój nastrój oscylował w wybitnie minorowych rejestrach. Na drugim
biegunie nastroju uplasowała mnie za to lektura „Nie wszyscy pójdziemy do
raju” Olgi Górskiej – w mojej opinii zdecydowanie najlepszy debiut tego
lata, duchologiczny i ciekawie czerpiący z kościelno-oazowych doświadczeń osoby
nieheteronormatywnej, a przy tym świetnie napisany. Polecam serdecznie. Dla odmiany,
innego debiutu – „Nie rdzewieje” Gochy Pawlak – nie udało mi się
pokonać, z dokładnie przeciwnych powodów: język okropnie drewniany, brak
jakiejkolwiek sensownej fabuły… nie polecam. Dopisuję do listy również „Trans
i pół, bejbi” Torrey Peters – językowo… dosadne, i z tego powodu nieco
trudne do przyswojenia, a zakończenie poważnie mnie rozczarowało (albowiem w
zasadzie nie wiadomo, po co była cała książka), ale warto spróbować przeczytać,
żeby poznać nieco bliżej osoby transpłciowe: a przynajmniej ich nowojorską
społeczność. Do listy dodaję również „Wszystkiego, co najlepsze” oraz „Autoboyography”
– dwie książki YA, obie mocno fanfikowe, acz pierwszą warto otworzyć z uwagi na
bardzo dobrze oddany język osoby niebinarnej (kwestia, czy cała strona
językowa jest dobra, pozostaje… otwarta), a drugą – z powodu umiejscowienia
akcji w Utah, w środowisku mormonów.
Z sekcji żydowskiej: „Strefa interesów” Martina
Amisa, wybitnie niepokojąca, a przy tym świetnie skontruowana. „Izbica,
Izbica” Rafała Hetmana – podobnie, choć z zupełnie innych powodów. Poleca się
obie, proszę przy tym nie zrażać się blurbem na okładce Amisa: „miłości w
czasach krematoriów” jest tam akurat najmniej.
Honourable mention: Maciej Świerkocki, jako autor („Łódź
Ulissesa”) i tłumacz („Ulisses”): spędziłam z nim kilka fascynujących wieczorów,
i zdecydowanie będę wracać do jego przekładu Joyce’a, który jest o wiele…
płynniejszy i czytelniejszy, niż Słomczyńskiego.
A swoją drogą – mam wrażenie, że „Ulisses” jest o wiele
łatwiejszą do przeczytania książką, niż się popularnie uważa: szczególnie jeśli
podzieli się go na rozdziały. Zachęcam do spróbowania!
Obejrzane:
W kinie – „Elvis” Baza Luhrmanna, bardzo zbliżony
klimatem do „Cadillac Records”, ze znakomicie rozplanowaną historią i świetną
muzyką (szkoda, że soundtrack dostępny na takim np. iTunes nie zawiera
elvisowskich inspiracji). „Thor: Miłość i Grom” – nie rozumiem, co się w nim
może komuś nie podobać, albowiem jest to sympatyczna komedia z kosmicznymi
kozami. Zdecydowanie najlepszy z ostatnich Marveli, o czym za chwilę.
W teatrze – niesamowita „Jentl” w Teatrze
Żydowskim, feministyczna, nienormatywna, i przepiękna. Podobno Singer nie
przepadał za filmową wersją: myślę, że ta mogłaby mu się podobać o wiele
bardziej. Powtórkowo: „Kinky
Boots”, z fantastycznymi improwizacjami Krzysztofa Szczepaniaka. Z powtórek
Takarazukowych: „Róża Wersalu” z Suzukaze Mayo, absolutnie
najlepsza z najlepszych.
Serialowo: dużo dragu, w tym siódmy sezon All
Stars (zna-ko-mi-ty, więcej takich poprosimy), trzeci sezon Kanady, drugi
– Down Under, oraz Celebrity Drag Race, który nadal się toczy i wygląda wybitnie
ciekawie. Formuła przypomina „Masked Singer”, i jak na razie odgadłam (chyba)
tożsamość tylko trojga z dziewięciorga wykonawców. Akcja się zagęszcza… Oprócz
dragu: dalsze powtórki przed drugą erą Russella T. Daviesa (ominęło mnie chyba,
że fani nazywają to zjawisko „RTD2”, i jest to piękne): Torchwood 1-3 („Dzieci
Ziemi” są przepięknym fragmentem telewizji), i DoKTOr (sezony 3-5, plus
odcinki specjalne), który pozostaje moim bezpiecznym miejscem, i źródłem wielu
radości. Zwłaszcza River. Jestem też w trakcie drugiego sezonu Picarda,
i ostrzę sobie zęby na trzeci (głównie ze względów czysto nostalgicznych). Ucieszył
mnie również powrót amerykańskiego MasterChefa, w systemie podobnym do
All Stars – aczkolwiek na etapie ostatniej siódemki odpadła moja faworytka. Smutno.
Dla porządku wspominam również o „She-Hulk”,
prawdopodobnie najbardziej „naodpierdol” zrobionym serialu Marvela. Wielka szkoda.
Wysłuchane:
(Wybitnie dużo koncertów, w tym plenerowych…)
Piosenki z koreańskiego musicalu „Marie Curie”, wykonane na
żywo w ramach festiwalu Ogrody Muzyczne. Dwa koncerty w Adamowiźnie: Yiddish
Tango oraz Dombrova Piano Duo i dwa w ramach cyklu „ZaPARKuj w Młochowie”: Anna
Sroka-Hryń z piosenkami Agnieszki Osieckiej, i Monika Mariotti z programem „Spaghetti
Polonese”. Specjalne wydarzenia: Włodek Pawlik w mieście rodzinnym (z wierszami
Baczyńskiego na jazzowo), i Bastarda Trio w Synagodze Nożyków (z pieśniami
nigunim, które zabrzmiały fenomenalnie).
Odwiedzone/zobaczone/spotkane:
Wystawa Chagalla – w Warszawie, i Tamary Łempickiej
– w Lublinie. (Przy okazji wycieczki do Lublina zaliczono również lublińską jesziwę,
i kolację w Mandragorze… której menu jest, niestety, wybitnie nieprzyjazne wegetarianom,
którzy chcieliby zjeść coś poza hummusem…) W Muzeum Karykatury udało mi się
trafić na ostatnie dni wystawy polskich rysowniczek, #PatrzęCzujęRysuję:
a w żoliborskiej Najlepszej Księgarni – na spotkanie z Olgą Górską, autorką
„Nie wszyscy pójdziemy do raju” (przyjemność ze słuchania wypowiedzi Autorki wprost
proporcjonalna do przyjemności czytania książki).
Ponadto: Bianca del Rio przybyła do Warszawy, i
zrobiła mi dzień, tydzień, i porę roku. (It was a JOUUUUURNEEEEY.) A podczas Festiwalu Kultury Żydowskiej
w Grodzisku udało mi się wysłuchać wykładu rabinki Małgorzaty Kordowicz i
Joanny Lisek, oraz zauczestniczyć w warsztatach jidysz (za krótkich, za
krótkich…).
Zrobiono, napisano, osiągnięto:
Bardzo przyjemnie śpiewało mi się (w dwóch językach i na
trzy głosy) w ramach warsztatów polsko-ukraińskiego chóru LGBTQ+: mam wielką
nadzieję, że od jesieni wrócimy do pracy.
Last, but not least: z radością informuję, że kolejne
moje opowiadanie zostało przyjęte do planowanej antologii, a w dodatku: udało
mi się napisać następny rozdział fanfika, nad którym pracuję… z dużymi
przerwami.
Nieśmiało powiem, że… chyba jest nieźle: czego i Wam życzę,
drogie Osoby.
...ale
mi osobiście wiosna minęła skandalicznie szybko. I oto, po pierwsze, znowu mamy
lato (z natury jestem istotą ciepłolubną oraz
dysponującą klimatyzacją domową, więc przesadnie nie narzekam na temperatury),
a po drugie: zebrały mi się wspominki i rekomendacje z dwóch miesięcy, które niniejszym pozwolę sobie Państwu przedstawić.
Przeczytałam
...(ponownie)
do końca serię o Potterze (z wyjątkiem sztuki teatralnej, gdyż znam
lepsze fanfiki, dziękuję, postoję). Z dzisiejszej perspektywy: poważnie się
zastanawiam, czemu tak wielkim zaskoczeniem były dla wszystkich transfobiczne
komentarze JKR? Kiedy się to wszystko czyta „ciurkiem”, pewne rzeczy widać z
zatrważającą jaskrawością...
Jest
tego więcej, ale chyba nie mam siły wybierać dalszych przykładów. Konkluzja
jest następująca: nie pozbędę się książek (większość mam w oryginale, z bardzo
starymi notatkami), ale jeśli będę jeszcze do czegoś wracać w przyszłości... to
raczej do fanfików, ponieważ mogę.
Oprócz średniego
satysfakcjonującego Pottera, czytałam także lepsze/ciekawsze/przyjemniejsze
rzeczy – jak choćby Grubą Marii Mamczur, bardzo mocny
reportaż o osobach odbiegających wagą i sylwetką od tego, co obecnie przyjmuje
się nazywać kanonem piękna (see what I did there?). Wszystko jest w tej
książce celne i skłaniające do refleksji – począwszy od faktu, że recenzenci oraz
wydawca sugerowali Autorce zmianę tytułu… na jakiś „przyjemniejszy”. Polecam
Państwa uwadze.
Wróciłam
również do Rudej Sfory, mojej ulubionej książki Mai Lidii Kossakowskiej.
Nie będę o tym dużo mówić, ale… śmierć Mai mocno mną wstrząsnęła, przez kilka
dni chodziłam w zamroczeniu. Tak się chyba dzieje, kiedy odchodzą osoby, które
gdzieś-kiedyś się poznało, i przyjmowało za pewnik, że będą z nami o wiele
dłużej.
W maju
wyszły również dwie nowe książki Marty Kisiel, zredagowane o niebo
lepiej, niż przygody pewnej Tereski, co bardzo mię ucieszyło. O ile jednak
komedię kryminalną Nagle trup wciągnęłam z dużą przyjemnością w
jedno urlopowe popołudnie, o tyle Bazyl i Licho zawiedli mnie
cokolwiek – między innymi dlatego, że miałam nadzieję na PONOWNE SPOTKANIE tych
bohaterów na kartach książki. A tu nic, tylko duża czcionka i „za mało
wszystkiego”, ech.
Za mało
wszystkiego (z wyjątkiem gadania o d*pie) było też, w moim odczuciu, w Wężowym
sercu Radka Raka. Nie polubiłam stylu Autora, do Jego nowej książki
podejdę (być może) z niejaką ostrożnością, nie rozumiem nagrody, którą Wężowe
serce dostało. Można mnie szkalować, na zdrowie.
Czytana
była również Anne z Avonlea, drugi tom cyklu o Anne w przekładzie
Anny Bańkowskiej: trzyma poziom, jest świeża i lekka w odbiorze; w Empiku
jest już dostępna Anne z Redmondu, notabene – moja ulubiona
część, zaplanowana na sierpień: również będzie czytana.
Queerowo
– gdyż wiosna, czerwiec, ogólna sytuacja i od zawsze ustalone poglądy, wiadomo –
czytałam również sporo, i polecam: The Lesbiana’s Guide to Catholic
School Sonory Reyes (niedawna premiera, już wydana po polsku
przez We Need YA), Cudowne przegięcie Jakuba Wojtaszczyka, albowiem dobrze jest mówić o polskim dragu, oraz Samotnicę. Dwa życia
Marii Dulębianki Karoliny Dzimiry-Zarzyckiej –
prawdopodobnie najlepszą biografię, jaką ostatnio miałam w czytaniu. Z niecierpliwością
czekam teraz na biografię Konopnickiej pióra tej samej Autorki, a Wydawnictwu
Marginesy gratuluję świetnej roboty redakcyjnej.
Obejrzałam...
W teatrze: Meneliadę,
monodram Mariana Opani w Ateneum, wybitnie śmieszny i poruszający – trafiłyśmy na
premierę, mama siedziała obok pana Daniela Olbrychskiego i rumieniła się jak
pensjonarka.
Nieustannie
również zapominam – a nie powinnam – powiedzieć Państwu, że pod koniec kwietnia
(w Międzynarodowym Dniu Tańca) poszłyśmy z Młodszą Bliźniaczką do Narodowego, obejrzeć
balet Krzysztofa Pastora Dracula, z muzyką Wojciecha Kilara, i
było to piękne, i niesamowite, i wszystkim Państwu polecam gorąco włączenie tej
pozycji do Waszych planów teatralnych.
Sezon,
poniekąd, prawie ogórkowy (chociaż niektóre teatry grają twardo przez całe
lato): tymczasem w noc przesilenia załapałam się jeszcze na Edith i Marlene
w reżyserii Marii Seweryn w Centrum Kultury Świt, ze znakomicie zaśpiewaną
rolą Edith Piaf, oraz postacią Marlene Dietrich zagraną przez aktora w dragu –
fenomenalne posunięcie inscenizacyjne, również polecam.
A w
kinie: jakoby mniej – jedynie drugiego Doktora Strange,
którego najjaśniejszą częścią była dla mnie Peggy Carter, i nikt się temu nie
dziwi.
Serialowo
natomiast
królował Doctor Who – zbliża się koniec ery Trzynastej, w związku
z czym wróciłam radośnie do Dziewiątego (zapomniałam, jak bardzo był WŚCIEKŁY NA
ŚWIAT, a przy tym jednak – absolutnie kochany), i obecnie jestem przy
Dziesiątym. Skończyłam sezon drugi, i robię sobie przerwę w oczekiwaniu na Samo
Dobro (Donna! Martha! Donna! River!), w międzyczasie zaliczając powtórkę Conviction
z Hayley Atwell (miodzio) oraz pierwsze oglądanie The Watch
inspirowanego postaciami stworzonymi przez Terry’ego Pratchetta: jest alternatywnie,
ale ROBI SENS, szczególnie kiedy oglądanie tego serialu zbiegnie się w czasie z
ponownym czytaniem Straży nocnej, jak to miało miejsce u mnie.
Na Netflixie
– oczywiście Królowa z Andrzejem Sewerynem, Marią Peszek, Antonim
Porowskim i plejadą polskich drag performerów: scenariusz ździebko naiwny,
chciałoby się zobaczyć tę historię w formacie kilkunastoodcinkowym (takich
aktorów mogę przyjmować hurtowo); na WOW – All Stars 7, All
Winners season – Jinkx Monsoon powinna wygrać całość, możecie się ze mną
o to bić, zapraszam; format bardzo interesujący, ogląda się znakomicie,
poproszę więcej. Był też trzeci sezon Legendary, o niebo lepszy
niż drugi, jak zwykle inspirujący i wzruszający.
Było
też więcej Takarazuki, niż ostatnimi czasy: powtórki Bara no fuuin
i Citrus Wind, a także nowość – Zemsta nietoperza z
Micchan w roli głównej (!!), obejrzana w ramach streamingu organizowanego przez
sympatyczną osobę z internetów. Takarazuka umie w operetki Straussa, kto by się
spodziewał?!
Wysłuchałam: dwóch koncertów – po raz
wtóry, Kasi Groniec: tym razem w Żyrardowie, gdzie, niestety,
publiczność nie udźwignęła tematu (a szkoda, gdyż było, fenomenalnie), oraz – Clannadu
w Stodole, przy okazji trasy pożegnalnej. Bilety kupiłam daawno, w czasach
przed-covidowych, i czekałam na nową datę z zapartym tchem, szczególnie z uwagi
na informację o chorobie Moyi: nie byłam stuprocentowo pewna, czy ostatecznie koncert
dojdzie do skutku. Szczęśliwie – doszedł, i było wspaniale jak zwykle, i do
tego jeszcze zagrali/zaśpiewali Hourglass, czego zwykle nie robią. A tak
się składa, że jest to moja bezwzględnie ulubiona piosenka – o drugie miejsce
walczą Two Sisters i Scarlet Inside.
Się wzruszyłam
się, no.
Byłam w podróży
…tu i ówdzie – udało mi
się pokonać wiadomego wirusa na tyle skutecznie, żeby wyjechać na urlop i
odwiedzić Maderę: nie mam jej absolutnie nic do zarzucenia, i chętnie
wróciłabym tam znowu za jakiś (najchętniej, niedługi) czas, pojeść dobrych
owoców, popluskać się w oceanie, i popić prosecco do śniadania, o.
Odbyło się również kilka
imprez wyjazdowych natury o wiele bardziej lokalnej: WTK, z których
przywiozłam wyłącznie książki z pierwotnej listy zakupowej (brawo, ja!), spotykając
przy okazji znajomych i nieznajomych, i (niestety) irytując się na
organizatorów. Irytacji takowej nie stwierdzono, na szczęście, ani przy Imieninach
Jana Kochanowskiego (z Konopnicką w roli gościni – zawsze na propsie), ani
podczas pikniku w Karolinie – chór Mazowsza śpiewał piosenki z „Akademii
Pana Kleksa”, rękodzielnicy z przeróżnych regionów Polski pokazywali cudnej
urody twory rąk własnych – wszystko się spinało i cieszyło zmysły, a ja mam
nadzieję, że jeszcze kiedyś uda mi się trafić na taką imprezę.
Poznałam:
Miss Sherry Vine, i Biankę
del Rio! Niesamowita
energia podczas M&G, show mocno prześmiewczy i wybitnie niepoprawny
politycznie, ale: czułam się absolutnie zaopiekowana, przywitana i ugoszczona,
a do tego jeszcze uśmiałam się jak norka. To jest to doświadczenie, dla którego
kupuję M&G.
Popełniłam/napisałam:
…większą połowę (tak,
tak, wiem...) opowiadania do kolejnej antologii, oraz konspekt i pierwszy rozdział
fanfika dla fandomu, który (nie wiedzieć, czemu) nieustannie czeka na to, co
jeszcze nowego wymyślę. Chyba na dobre odblokowało mi się coś w głowie, i mogę pisać
swobodniej – coś może nawet ukaże się niedługo w medium bardziej oficjalnym niż
AO3, ale dopóki wydawca nic o tym oficjalnie nie powiedział – milczę i ja.
I tak oto, Proszę
SzanPaństwa, minęły mi ostatnie dwa miesiące: było sporo dobrego, w tle dużo smutku,
o którym się tutaj nie pisze – ale jest, trochę zatruwa życie, a trochę
pilnuje, żeby nie tracić perspektywy.
Czego i Wam (zachowania
perspektywy, nie smutku) serdecznie życzę.
W moim
małym światku, nazwisko Marii Dulębianki pojawia się najczęściej zaraz po Marii
Konopnickiej – bardzo rzadko natomiast (jeśli w ogóle): samodzielnie. Karolina
Dzimira-Zarzycka udowadnia tymczasem w swojej świeżo wydanej przez Marginesy
książce, że (paradoksalnie) warto pomyśleć o obu Mariach osobno.
„Paradoksalnie”
– ponieważ Dulębianka i Konopnicka spędziły razem dwadzieścia lat, przenosząc
się razem z miejsca na miejsce i tworząc związek, który nazwalibyśmy w ich
czasach siostrzeństwem, lub małżeństwem bostońskim, a współcześnie:
prawdopodobnie... po prostu rodziną?
Do tej kwestii jeszcze wrócimy, ale najpierw ustalmy: kim jest Dulębianka,
jeżeli nie towarzyszką, troskliwą opiekunką, i wielką przyjaciółką
Konopnickiej?
Przede
wszystkim: malarką, bardzo dobrze przyjmowaną przez krytyków portrecistką.
(Zdarza jej się również „popełniać” innego rodzaju obrazki: krótkie formy
literackie, drukowane w prasie.) Jest również... kandydatką do sejmu Galicji,
wystawioną poniekąd „żartem” (choć zdobywa zaskakująco dużo głosów!): żart ten
zaś stanowi początek jej zaangażowania w walkę o prawa kobiet i pracy
społecznej, którą będzie się zajmowała od czasu zamieszkania w Żarnowcu aż do
końca swojego życia: umrze na tyfus, którym zarazi się podczas odwiedzania
obozów jenieckich na Ukrainie. W uznaniu jej zasług, lwowianie nazwą imieniem
Dulębianki ulicę – niestety, nie dojdzie do powstania domu dla kobiet, który
najpierw miał nosić imię Konopnickiej, a potem – tej drugiej, mniej (nam)
znanej, Marii.
Troskliwa,
opiekuńcza, przejęta losem bliźniego – a przy tym często niezrozumiana i
traktowana „po macoszemu” ze względu na swój wygląd i sposób bycia; wiecznie
bez grosza, goniąca kolejne zlecenia, i próbująca związać koniec z końcem... istna
bohaterka na nasze czasy.
W temacie
rzeczonych „naszych czasów”: bardzo dużo mówi się obecnie (na przykład podczas
obchodzonych w minioną sobotę w Warszawie Imieninach Jana Kochanowskiego) o
tym, jaki naprawdę był charakter związku łączącej Konopnicką i Dulębiankę –
oraz, czy sama Dulębianka rzeczywiście wychodziła poza granice binarności płci
kulturowej. Próbuje się szukać konkretnych nazw na określenie relacji łączącej
obie kobiety, i wpisywać je we współcześnie stosowane kategorie, co widać we fragmencie
dyskusji toczonej na facebookowym profilu Miłość Nie Wyklucza:
Pozwolę
sobie postawić następującą tezę: jeżeli mielibyśmy opisać tę relację jakąś
literą z wiadomego akronimu, powinno to być „Q” – jak queer, zwany też
kłirem: jak wychodzenie poza normy (wymagające od kobiety spełnienia w roli
żony i matki, zachowywania się w bardzo konkretny sposób, itepe, itede – stosunkowo
niewiele się w tej kwestii zmieniło od końca XIX. i początku XX. wieku), jak spędzanie
życia z osobą, z którą łączy nas przyjaźń i miłość: nieważne, w jakim wymiarze
i na jakiej płaszczyźnie. Zauważa to również Autorka „Samotnicy” – czy naprawdę
musimy doszukiwać się jakichś niezbitych dowodów na to, że obie Marie
były, lub nie były, kochankami? Czy bliskość, przyjaźń i miłość mogą się dziać
poza sferą fizyczności? Teoria queer uważa, że oczywiście, jak najbardziej – i ja
się z nią zgadzam. Nie ma lepszego sposobu na określenie związku, w którym obie
strony wspierają się (i walczą o wsparcie dla partnerki), pomagają sobie w
zdrowiu i w chorobie, tęsknią za sobą i wciąż do siebie wracają, nawet z bardzo
daleka – jak tylko nazwać go miłosnym.
W ślad
za Konopnicką, pięknie zresztą piszącą w swoich listach o tym, że młode panienki
oczekują wielkiego „uderzenia pioruna miłości” – gdy tymczasem miłość rozwija
się zupełnie inaczej, czasami – duuużo dłużej, niż trwa przeciętne wyładowanie
atmosferyczne – ja także przywiązałam się do Dulębianki – a do tego spodobała
mi się również wybitnie jej biografia, świetnie napisana, i bardzo dobrze
zredagowana (widać, że Wydawnictwo Marginesy pracuje z dobrym zespołem
redaktorskim: rzucił mi się w oczy tylko jeden błąd, na stronach 426/427, gdzie
przy okazji wyliczania inicjatyw Lwowskiego Związku Równouprawnienia Kobiet
„pomysł piąty” pojawia się dwukrotnie), co, niestety, nie należy ostatnio do
tak zwanych złotych standardów. Wielkim zadowoleniem napawa mnie wyłuskana z
mediów społecznościowych wiadomość o tym, iż Autorka pisze obecnie biografię
Konopnickiej (ze słowem „serce” w tytule): mam nadzieję, że Marginesy przyjmą i
tę pozycję, i już zaczynam czekać.
A SzanPaństwu
lektury biografii Dulębianki najserdeczniej polecam.
Karolina
Dzimira-Zarzycka Samotnica.
Dwa życia Marii Dulębianki Wydawnictwo
Marginesy, czerwiec 2022
(Recenzja
nie była sponsorowana, książkę zakupiłam z własnych funduszy, a przy pisaniu towarzyszyła
mi herbata z prażonym ryżem.)
Dobry jest ten czerwiec dla polskich fanów dragu – zakończymy
go premierą Netflixowego serialu „Królowa”, w którym Andrzej Seweryn wcieli się
w rolę drag queen Loretty, a rozpoczęliśmy: premierą książki Jakuba
Wojtaszczyka „Cudowne przegięcie. Reportaż o polskim dragu”, wydanej
nakładem Wydawnictwa Znak.
Na niespełna czterystu stronach znajdziemy tutaj portrety
ponad dwudziestu osób performerskich, identyfikujących się jako cis- i
transpłciowe, lub kompletnie ignorujące binarne podziały płci kulturowej. Nie wszystkie
należą do społeczności nieheteronormatywnej. Przedstawiają w swoich występów
postaci kobiece, męskie, albo w żaden sposób nie przystające do tych kategorii
hybrydy ludzi, kosmitów, i… roślin. Są obecne na polskiej scenie dragowej od wielu
(dziesiątków) lat – Lulla la Polacca! – lub dopiero zaczynają swoją drogę. Główny
trzon ich aktywności w dragu może stanowić naśladowanie konkretnych osób z
popkultury (Dżaga, Adelon), performance i sztuki wizualne, lub działalność na
rzecz społeczności LGBT+ nie mieszcząca się w „klasycznej” definicji
performance’u (siostra Mary Read). Łączy je jedna zasadnicza cecha: queerowa
wolność od systemu, od normatywnych struktur i wartości, w ramach których
(czy na pewno, i czy koniecznie?) operuje większość społeczeństwa.
Opisywani przez Jakuba Wojtaszczyka drag-performerzy
(queens, kings, queers) są kolorowi, ekscentryczni, i trudno ich zignorować. Z tego
powodu są często krytykowani nie tylko przez heteronormatywnych członków społeczeństwa,
ale także – przez tych przedstawicieli społeczności LGBT+, którzy preferują
pozostawanie w cieniu, i możliwie najspokojniejszą egzystencję. Wśród tej grupy
może pojawiać się przekonanie, że (upraszczając) facet przebierający się za
kobietę jest mniej wartościowy, albo że w jakiś sposób siebie umniejsza. Wreszcie
– w grupie samych drag-performerów istnieją pewne – wybaczcie mój francuski – poziomy
zajebistości: najczęściej mówi się o dragu jako o naśladowaniu (ekstremalnie)
kobiecej formy przez homoseksualnych, cispłciowych mężczyzn; wszelkie
odstępstwa od tego modelu (AFAB queens, czyli cis-kobiety w kobiecym dragu;
drag kings; transpłciowe kobiety po terapii hormonalnej/operacji korekcji płci,
nadal występujące jako drag queens) bywają traktowane z wyższością przez niektóre „prawilne”
drag queens... i przez niektórych fanów.
Tymczasem, pod pojęciem „drag” (które nie wywodzi się tak do
końca od Szekspira, thanks ever so much) kryją się wszelkiego typu
działania zmierzające do przełamania tego, co oczywiste i oczekiwane. Płeć kulturowa
to konstrukt, tutaj zgadzamy się (bohaterki_owie Wojtaszczyka oraz osoba niżej
podpisana) z profesorką Judith Butler. Jesteśmy od dzieciństwa socjalizowani do
ekspresji tak zwanego genderu w kierunku jednoznacznie męskim lub żeńskim
– podczas gdy, podobnie jak orientacja psychoseksualna, tożsamość płciowa często
nie daje się określić poprzez punkt na wyimaginowanej osi: stanowi raczej całe
spektrum, i nie zawsze spędza się życie w tym samym miejscu tegoż spektrum, w
którym się je zaczęło. A drag znakomicie nadaje się do tego typu subwersji – i dlatego
też niepokoi ludzi, wyzwalając w nich szerokie spektrum reakcji, od gorącej fascynacji
po równie gorącą agresję.
Bycie osobą o orientacji/tożsamości odmiennej od cisheteronormy,
uznawane jest powszechnie – przynajmniej w Polsce A.D. 2022 – za pewnego
rodzaju manifestację poglądów, zamiast stanowić po prostu kolejną z cech
(takich jak wzrost, rasa, kolor włosów czy oczu) opisujących każdego człowieka.
Bohaterki i bohaterowie reportażu Wojtaszczyka podkreślają, że (zaangażowany) drag
tym różni się od cross-dressingu (czyli ubierania się w sposób niezgodny z
własną płcią biologiczną), że zasadniczy element tego pierwszego stanowi
aktywizm, i kompletne rozwalanie systemu. Wychodząc poza własne granice – lub poza
to, co wydaje nam się nimi być – drag performerzy przeginają siebie i
naginają formy społeczne. I, jak to często bywa: dragowy aktywizm przeszkadza
ludziom i drażni ich.
Tło absolutnie nieprzypadkowe.
Ale dragu nie da się schować do żadnego mebla. Zawsze będzie
z niego wystawał, lub wyciekał przez szpary: i pokazywał, że przez queerowość
rozumiemy kompletnie inny od „normatywnego” system wartości – oraz akceptację
tego, że zarówno ja nie żyję tak, jak inni – jak i oni nie żyją
tak, jak ja. Akceptacja jest tu zresztą słowem-kluczem: jak mówi siostra Mary
Read, jedna z bohaterek „Cudownego przegięcia”: „Tolerancję odbieram jako coś
negatywnego. Toleruje się coś, z czym się nie zgadzasz. Powinniśmy walczyć o
akceptację.”
A Shady Lady dodaje: „Za każdym razem, kiedy nakładamy
szminkę, walczymy.”
I tak trzeba robić. Naginać normy, przeginać „normalność”, dodać brokat - a jeśli komuś to nie pasuje, cóż: przykro nam, i bardzo współczujemy.
Ja natomiast kłaniam się w pas wszystkim polskim dragsom (wiele
z opisanych przez Wojtaszczyka osób miałam przyjemność widzieć na żywo) oraz
Autorowi, który z wyczuciem i uczuciem opowiedział w „Cudownym
przegięciu” ich historie: i za Twoją Starą, życzę im –
„Powodzenia! Wszak macie wiele do s*ierdolenia…”
Kącik pod patronatem Gordona Ramseya, czyli: what would I
change?
Wielkiej urody okładka z Twoją Starą wzbudziła we mnie
nadzieję na zdjęcia: tych tymczasem w książce nie ma w ogóle. Bardzo miłym
akcentem byłaby jedna-dwie wkładki z portretami bohaterek i bohaterów reportażu
– może uda się w drugim wydaniu?
Drugie wydanie powinno się bowiem ukazać; w miarę
możliwości: z innym zespołem redakcyjnym. Literówki (w słowach polskich i
angielskich), znaki przestankowe zamienione miejscami z przyimkami, błędy
ortograficzne… przy moim czytelniczym OCD, nie mogłam się całkowicie zatracić w
świetnej treści książki, gdyż „forma” nieustannie zbijała mnie z tropu. Trochę tak,
jakby wielkiej urody drag queen pojawiła się na scenie z połową szwów, suwaków
i taśm klejących na wierzchu. Ech, smuteczek: a lista płac podaje pięć
osób redaktorskich. Ogarnijcie się, Drodzy Państwo w Znaku. Nie chcecie iść
drogą Wydawnictwa Literackiego, które puszcza błędy ortograficzne u Olgi
Tokarczuk.
Mimo wszystko, polecam P.T. Czytelnikom tę opowieść o
polskim dragu – bez względu na to, czy już coś o nim wiecie, czy jest to dla
Was absolutna terra incognito. A Autorowi dziękuję za świetną pracę reporterską,
i liczne odniesienia do materiałów referencyjnych. You did, what needed to be
done!
Jakub Wojtaszczyk: Cudowne przegięcie. Reportaż o
polskim dragu
Wydawnictwo Znak, 2022
Disclaimer końcowy: niniejszy tekst sponsorowało
wyłącznie moje zainteresowanie dragiem, a przy pisaniu przygrywał mi
takarazukowy musical „Seal of Roses”.
No i stało się tak, żeśmy są z Panią Matką nastawione mocno krytyczne do naszych wzajemnych przekonań w temacie nowego przekładu Ani z Zielonego Wzgórza. Pani Matce nie podobają się ani Zielone Szczyty, ani w ogóle nic - choć nie czytała świeżutko wypuszczonego przez Wydawnictwo Marginesy przekładu autorstwa pani Anny Bańkowskiej - mnie natomiast, będącej świeżo po lekturze tegoż przekładu, bardzo się on spodobał.
(Dla kontrastu, cytuję i pokazuję fragmenty wydania Ani... z roku 1973 - Nasza Księgarnia - przekład Rozalii Bernsteinowej).
Mysz porównuje dwie wersje pierwszego rozdziału.
Po pierwsze i zasadnicze - oraz, być może, widoczne na powyższym zdjęciu: nowy przekład jest czystszy, świeższy, i łatwiej przyswajalny: nawet przy zachowaniu oryginalnego brzmienia imion oraz nazw geograficznych (uspójnionych do wersji angielskiej) - dla mnie osobiście zanika również dysonans poznawczy książka/film; kiedy pierwszy raz obejrzałam Anię... bez lektora, i dowiedziałam się, że pani Małgorzata ma na imię Rachel, a nie Margaret, prawie spadłam z kanapy.
O zamianie Wzgórza na Szczyty nic nie powiem - można o tym posłuchać we wspomnianym poniżej wywiadzie z tłumaczką, lub przeczytać we wstępie do książki. Mnie przekonało.
W przekładzie pani Bańkowskiej większy nacisk położono również na stylizację języka – widać kwiecistość u Anne i odrobinę szorstkiej
„chłopskości” w Marilli i Matthew. (Tutaj dygresja, gdyż dzisiaj rano spłynęło na mnie olśnienie: jeśli pani Bańkowska doprowadzi cykl do końca, pomyślcie tylko, jak ładnie wpasuje się weń RILLA!) Jestem zdecydowanie fanką „nowego brzmienia” Marilli, która wypada raczej szorstko i
nieprzyjemnie, przynajmniej na początku – ale widać też, że ma poczucie humoru,
i że Anne zaczyna ją powoli „rozbrajać” (rozmrażać?).
Oto przykład, z którym się bardzo utożsamiam, zwłaszcza jako osoba poniekąd dorosła.
Podoba mi się również wyprostowanie kilku rzeczy, na które zaczęłam zwracać uwagę dopiero po lepszym oswojeniu się z angielskim: tea, w sensie posiłku, nie napoju, przetłumaczono jako podwieczorek, i teraz dopiero, mówiąc przewrotną kalką językową, robi to sens. Także samo: przysięga przyjaźni Ani i Diany nazywa się tutaj zaklinaniem, ładnie oddając dwojakie znaczenie angielskiego czasownika swear (przysięgać/przeklinać) i tłumacząc początkową niechęć Diany do jej (przysięgi) składania. Spieszę także donieść, że nie wszystko uległo zmianie: są sformułowania, z utratą których naprawdę nie mogłabym
się pogodzić - Jezioro Lśniących Wód, pokrewne dusze, przyjaciółka od serca - wszystkie zachowane w nowej wersji!
Czy możemy też porozmawiać o tym, że w nowym wydaniu dostaliśmy MAPĘ AVONLEA?? (Proszę na mnie nie krzyczeć za jakość tego zdjęcia, sama się sobie dziwię.)
Nie wszystko mnie zachwyciło - przyznaję, że chodzę teraz i szukam usilnie innego pomysłu na spiczastą buzię, i wciąż jeszcze nie oswoiłam się z przymiotnikiem avonleaski (!) - ale zdecydowanie dobrą stroną przekładu Anny Bańkowskiej jest... moje postanowienie przeczytania oryginału.
Po prostu muszę się dowiedzieć, jak poniższy fragment u Bernsteinowej:
…pani Małgorzata z wielką godnością i szacunkiem dla
swojej okrągłej figury podniosła się i powoli ruszyła w drogę…
…zamienił się u Bańkowskiej w:
…pani Rachel wymaszerowała z kuchni – o ile można tak
powiedzieć o otyłej osobie, która kołysze się z boku na bok jak kaczka.
Nie wiem, jak Państwo - ja jestem zaintrygowana!
Rzecz jasna, Kordelia pozostaje Cordelią.
Sporo wątpliwości Anne dotyczących sposobu zwracania się dziewczynki do jej nowej opiekunki rozwiązuje się, kiedy w tłumaczeniu odchodzimy od formy „czy Maryla wierzy?”, i zaczynamy mówić w drugiej
osobie (Anne początkowo wzdraga się, że jak to tak, bez szacunku?).
Lepiej oddane są również niuanse Anne versus Ann, co widać poniżej:
Z dostępnej na profilu FB Nowego Teatru rozmowy z Anną Bańkowską (polecam, i dziękuję Agnieszce za polecenie!) dowiedziałam się ponadto, że kanoniczne tłumaczenie Rozalii Bernsteinowej, opublikowane po raz pierwszy 110 lat temu, dopiero w roku 2020 zostało zidentyfikowane jako adaptacja przekładu na język SZWEDZKI, nie zaś prawdziwy przekład z oryginału. To może wiele tłumaczyć... i tym bardziej zachęcać pasjonatów do własnych studiów w temacie lokalizacji, oraz oklepanego dylematu: tłumaczenie piękne a wierne.
Mnie osobiście nowy przekład przekonuje, i nie ukrywam, że wiadomość o planach wydawniczych dotyczących serii - w tym roku ukażą się podobno jeszcze dwa tomy, w tym moja ukochana Anne z Wyspy, natomiast Szumiące Topole „się robią” - niezmiernie mnie ucieszyła. Czy to oznacza, że będziemy mieć w rodzinie dwie kolekcje książek, o Ani oraz o Anne? Bardzo być może...
A co do uwspółcześniania przeróżnych rzeczy... nie chcę nikomu niczego wypominać, ale pozwolę sobie wrzucić na koniec zdjęcie z pikniku zorganizowanego w ramach Industriady 2019. Czy osoba na zdjęciu miała przepysznie rude włosy, a moja mama na jej widok ruszyła dziarsko przez trawnik, żeby się z nią sfotografować...?
Zgadnijcie.
Lucy Maud Montgomery Anne z Zielonych Szczytów Przekład: Anna Bańkowska Wydawnictwo Marginesy premiera: 26 stycznia 2022
Recenzję niniejszą pisałam na własny, prywatny użytek, książkę zakupiłam prawilnie w księgarni, a przy pisaniu dopijałam stygnącą mieszankę Golden Assam i Earl Greya z kardamonem.