Showing posts with label fantastyka. Show all posts
Showing posts with label fantastyka. Show all posts

Sunday, 24 October 2021

Przez dzikie pastwiska: „Nawia. Szamanki, szeptuchy, demony”.

Nie wiem, co dokładnie ma w sobie październik, ale jest on prawdopodobnie najbardziej ezoterycznym miesiącem roku. Być może dlatego starożytni Celtowie zadecydowali, że będzie on stanowił granicę pomiędzy jasną a ciemną częścią roku (Samhain, obecnie zastąpione przez Halloween), a Słowianie celebrowali w nim łączność z duchami przodków poprzez rytuały pominek czy radecznicy, znane najczęściej pod nazwą dziadów. By może nieprzypadkowym był też wybór października – późnego października, gdy granica między widzialnym a przeczuwalnym jest najcieńsza – jako daty premiery nowej antologii Wydawnictwa Uroboros: zbioru opowiadań czerpiących z wierzeń i tradycji dawnych Słowian. Nawia. Szamanki, szeptuchy, demony to osiem odsłoń świata, w którym starzy bogowie są nadal obecni, a mądrość kobiet biegłych w sztuce uzdrawiania i patrzenia w przyszłość stanowi instancję, do której zwracają się ludzie pozbawieni wiary w działanie środków konwencjonalnych.

nawia szamanki szeptuchy demony
Do takiej książki - tylko zakładka z Fabryki Porcelany Bogucice!

Opowiadania zawarte w Nawii to okazja zarówno do powrotu do światów i bohaterów znanych z wcześniejszych książek Autorek i Autorów (Miszczuk, Krajewska, Raduchowska, Mortka), jak i do zapoznania się z nowymi (Rolska, Dębski, Szumacher, Podlewski). Mamy przy tym do czynienia zarówno z fabułami osadzonymi w czasach pra-Słowian, jak i z historiami dziejącymi się współcześnie, lub wręcz poza rozpoznawalnym czasem. Najczęściej fabuły te „napędzane” są przez silne postacie kobiece – uzdrowicielki, opiekunki, szeptuchy i szamanki, przywracające światu równowagę, a ludziom: nadzieję – choć nie brakuje też protagonistów płci męskiej, czasami bardzo nieoczywistych. Dla mnie osobiście na pierwszy plan wysuwa się tutaj bohater Dziewanny i Księżyca Anny Szumacher, prawdopodobnie mojego ulubionego opowiadania z całej antologii: przyjęłam od niego pewne wyrażenie z kurhanem, co wpłynęło bardzo pozytywnie na ugruntowanie mnie do kulturalnego użytkowania języka ojczystego. Khem, khem.

"Nawia" na łonie natury

Generalnie zauważam, że lepiej czytało mi się te spośród zamieszczonych w Nawii opowiadań, których akcja rozgrywa się współcześnie, w ten czy inny sposób sprowadzając dawnych bogów z powrotem do naszego świata. Oprócz wspomnianej już historii autorstwa Anny Szumacher, polecam tutaj Konsultantkę Marcina Podlewskiego (wychodzącą daleko poza panteon słowiański, i to jakże smakowicie!), Martwą wodę* Martyny Raduchowskiej (chyba muszę się wybrać na wycieczkę turystyczno-krajoznawczą…) i sprytnie zatytułowaną Szpetuchę Jagny Rolskiej (z odrobiną niedosytu, albowiem chętnie zagłębiłabym się w ten akurat świat nieco bardziej).

Nie oznacza to bynajmniej, że oceniam całą antologię jako jedynie połowiczny sukces (trudno byłoby to uczynić, choć z „tradycyjnie słowiańskich” opowiadań zapamiętam głównie propozycję Marty Krajewskiej): zauważam raczej u siebie tendencję do lepszego przyjmowania tych fabuł, w których dawne wierzenia wplatają się w materię współczesnego świata i nasycają go prasłowiańską magią.

Czy mam ochotę porwać tę książkę, i zamieszkać w lesie? BYĆ MOŻE.

Rodzima mitologia przeżywa obecnie swoisty renesans (widać to chociażby to liczbie nowych wydawnictw poruszających tę tematykę), a Nawia świetnie wpisuje się w ten trend. Jeśli chcielibyście poznać bliżej wiarę i obyczaje dawnych Słowian (na przykład po to, żeby zamiast dyni wystawić w tym roku przed dom kraboszkę), lub jeśli już nieźle się w nich orientujecie, i jesteście fanami Autorek/ów zamieszczonych w antologii opowiadań – zapraszam do księgarń! Premiera za pasem, w sam raz by zdążyć na dziady.

 

Antologia: Nawia. Szamanki, szeptuchy, demony
Wydawnictwo Uroboros
Premiera: 27 października 2021.


* Tak, wiem, że to opowiadanie ma inny tytuł. Przysięgam również, że zapamiętałam go inaczej: a Autorka potwierdza, że... wersja, którą tu widzicie, to tytuł ROBOCZY. Weles palce w tym maczał, nie ma innej możliwości...

Dziękuję Wydawnictwu za egzemplarz recenzencki. Darz bór!

Sunday, 8 November 2020

Migocząc i lśniąc. Antologia opowiadań "Cyberpunk Girls"

Jesień 2020 cyberpunkiem stoi – czekamy na premierę pewnej gry, schodzimy coraz głębiej w czeluści światów wirtualnych, zmuszeni ograniczać aktywność w „realu” – a najnowsza antologia Wydawnictwa Uroboros bardzo zgrabnie się w ten trend wpasowuje.

Ktoś trafnie zauważył, że dziewczyna na okładce podobna jest do jednej z Autorek. Przypadek?...

Od wydania Neuromancera Williama Gibsona, powieści zwiastującej świt ery cyberpunku jako gatunku literackiego, minęło 36 lat: mimo upływu czasu (oraz gwałtownych zmian cywilizacyjnych, piszących własne scenariusze rozwoju ludzkości), rozważania o naturze człowieka i maszyny, duszy i Boga, stanowią nadal wybitnie nośny temat dla pisarzy – i pisarek, albowiem Cyberpunk Girls to antologia złożona z opowiadań napisanych przez kobiety: aczkolwiek, parafrazując drugą część znanego powiedzenia, niekoniecznie „dla kobiet”. W pewnym momencie lektury czytelnik zapomina, że wszystkie teksty zostały napisane przez kobiety: chyba tylko znacznie niższy, niż to w tym gatunku przyjęte, poziom seksualizacji bohaterek może naprowadzić czytającego na ten trop. Same bohaterki również są „konkretne”, interesujące i wielowymiarowe; czasami ich udział w fabule jest nieco incydentalny (Mindblow Martyny Raduchowskiej, najkrótsze opowiadanie zbioru), lub też w miarę rozwoju akcji nacisk fabularny przesuwa się z jednej postaci na inną (Amber Jagny Rolskiej), w efekcie czego pozostajemy cokolwiek nienasyceni, życząc sobie więcej informacji o obu kobietach.

Zacznijmy od początku: czego możecie się spodziewać po Cyberpunk Girls, oprócz opowieści snutych z (oczywistej lub nie) perspektywy kobiet? Antologia zawiera większość „typowych” motywów cyberpunkowych: współistnienie ludzi i maszyn, pytania o sens życia i istnienie duszy, strach przed obcymi, przeniesienie życia w sferę wirtualną, VR/AI, modyfikacje cybernetyczne czy klimat post-apokaliptyczny. Widać jednak, jak bardzo „fabułogenna” stała się dla Autorek pandemia, i płynące z niej wprowadzanie dodatkowych czy mocniej zarysowanych elementów dystansu społecznego, ograniczenia obszaru życiowego czy walki o utrzymanie się na powierzchni na skutek choroby – rzeczywistość, którą widzimy za oknami, okazała się bardziej przerażająca, niż dramatyczne wizje przyszłości.

Typowe czy nie, elementy, z których budowanych jest świat w estetyce cyberpunku można łączyć na tyle dowolnie – w sposób ograniczony wyłącznie wyobraźnią Pisarek – że nieuchronne stają się wprowadzenia i „opowiadanie” (sic!) czytelnikowi świata stworzonego przez Autorki: rodzaj oswajania z zasadami funkcjonowania przedstawionej rzeczywistości. Niektóre motywy pojawiają się częściej niż inne: indywidualny interfejs, ukrywanie twarzy; następnie: sposoby wprowadzania do organizmu substancji bądź informacji z zewnątrz (wszczepki, wczepki, zaczepy). Naturalne są również skojarzenia z innymi (u)tworami kultury w klimacie cyberpunku: w Nitro Agaty Suchockiej znajdziemy sceny rodem z Repo! The Genetic Opera, a Dziewczyna, której nie było Magdaleny Kucenty budzi jak najlepsze skojarzenia z Matrixem. Na uznanie zasługuje również podkręcenie istniejącej topografii świata do rzeczywistości cyberpunkowej w opowiadaniach Jagny Rolskiej – czytając Spandau, nabrałam wręcz ochoty na przeniesienie się do „tamtego” Berlina.

Mamy więc w Cyberpunk Girls interesujące wybory kreacjonistyczne, i ciekawe postacie kobiece: rozpaczliwie próbujące utrzymać się przy życiu, nawet za cenę kompromisów moralnych (Heartbyte Martyny Raduchowskiej), dążące po trupach (sic!) do realizacji swoich marzeń (Nitro), czy wreszcie – prowadzące niebezpieczną grę z przedstawicielami prawa i/lub bezprawia (Dotknąć ciemności Krystyny Chodorowskiej i Gabrieli Paniki). Wszystkie opowiadania antologii reprezentują poziom od poprawnego po wysoki – pomysłom z Mindblow i Amber przydałoby się pogłębienie i rozwinięcie  – natomiast jako swoje osobiste „faworytki” wymieniam Dotknąć ciemności, studium ksenofobii, niezrozumienia oraz nieufności (a także historię o zapewnieniu bezpieczeństwa dzieciom w sieci, oraz o przesunięciu obowiązku wychowania ich na nie-rodziców: brzmi znajomo?); Nitro, o mrocznych powiązaniach wewnątrz pseudo-rodzin, oraz o poświęceniu, na jakie gotowiśmy się zdobyć, aby zrealizować nasze marzenia; wreszcie: Heartbyte, za tak trafne wypunktowanie absurdów okołopandemicznych, że już na dziesiątej stronie miałam ochotę zamknąć książkę i zgłosić zażalenie, bo ja to przecież przyszłam poczytać dla przyjemności?! (Żart, oczywiście, czytało się znakomicie, szczególnie po niedawnym wciągnięciu Znikania Izabeli Morskiej).

Czy polecam zatem Cyberpunk Girls, już teraz (8 listopada) dostępne w ebooku, a od 12 listopada także w formie papierowej? Owszem, tak: aczkolwiek od razu przestrzegam, że możecie zakończyć lekturę tej antologii z poczuciem niejakiego niedosytu. Drogie Wydawnictwo, może warto pójść dalej w tym kierunku, i opublikować powieść/powieści w podobnym klimacie?... (Najlepiej ponownie z okładką Tomasza Majewskiego, który, jak zwykle, nie bierze jeńców.)

Pozostając w oczekiwaniu i niedosycie, kreślę się z szacunkiem,
Klonowa Wróżka

 

Cyberpunk Girls. Antologia opowiadań
Autorki: Martyna Raduchowska, Magdalena Kucenty, Jagna Rolska, Krystyna Chodorowska, Gabriela Panika, Agata Suchocka.
Wydawnictwo Uroboros. Premiera: 12 listopada 2020.

 

Tytuł recenzji zaczerpnięty z mojego tłumaczenia fragmentu piosenki promującej Cyberpunk 2077. Przy pisaniu towarzyszyła mi, zupełnie nie-cyberpunkowa, muzyka Loreeny McKennitt oraz Clannadu.

Dziękuję Wydawnictwu za egzemplarz Antologii, który skutecznie oderwał mnie od ponurości początków drugiego lockdownu.

Sunday, 9 August 2020

Marta Kisiel – „Małe Licho i lato z diabłem”, czyli wakacje z obcymi

Drodzy Państwo – Ałtorka Kisiel „wzięła i znów to zrobiła”.

Trzecia część przygód Bożydara Antoniego Jekiełłka zaczyna się do focha: u progu wakacyjnej mañany Licho stanowczo stwierdza, że życzy sobie zauczestniczyć w przygodzie. I całkiem słusznie – pamiętajmy, że Bożek ma już „na koncie” wyprawy w zaświaty oraz do przednadpiekla (i okolic), w których Licho nie mogło mu towarzyszyć – czas więc byłby najwyższy zabrać anioła na przygodę! Ale skąd wziąć takową, kiedy w perspektywie ma się wyłącznie wakacyjną błogość o smaku truskawek i czereśni?... Na szczęście dorośli podejmują dramatyczną decyzję o rozpoczęciu Wielkiego Remontu (współczuję gorąco), i wysyłają duet chłopięco-anielski pod skrzydła cioci Ody, oraz niezawodnego czorta stróża z tyłoprzodozgryzem. I wszystko mogłoby być absolutnie wspaniałe – Licho i Bazyl! Licho! I!! Bazyl!!! – ale dość szybko okazuje się, że na drodze do sielanki, sielskości, i nieuchronnego przejedzenia racuchami staje nagle Wielki Wróg, z pozoru niewyględny, a jednak: wybitnie trudny do pokonania…

Jest bowiem trzecie „Małe Licho” opowieścią z morałem i przesłaniem, acz bez ciężkostrawnego dydaktycznego smrodku; kto zechce zatrzymać się na warstwie czysto rozrywkowej, na pewno się nie zawiedzie, i przeżyje szereg wzruszeń i uniesień, chociażby przy scenie pierwszego spotkania Licha z Bazylem: nikogo nie powinien dziwić fakt, że nasz ulubiony anioł podszedł do tematu bardzo poważnie, i odpowiednio się do tematu przygotował (pisząca te słowa uważa, że nie sposób nie polubić istoty, która przybywa w nasze progi z tak hojnymi darami), a reakcja Bazyla jest adekwatna do sytuacji.

Na co więc może liczyć osoba czytająca trzecią część opowieści o Bożku i Lichu, z przemile widzianym udziałem Bazyla, Ody et consortes? Och, z całą pewnością na dynamiczne zwroty akcji, na wyzwania, z którymi dziesięcioipółletni chłopcy nie muszą sobie poradzić (ale chyba jednak chcą); na kontrowersyjne acz odważne opinie o powieściach przygodowych, na quizy na tematy mitologiczne, na Ossę w trybie matki-kwoki, oraz na cytat z pewnej popularnej franczyzy, który nabiera CZTERECH dodatkowych wymiarów w interpretacji Bazyla. (Umarłam, i nadal nie żyję.)

A tak się maluje światło, kiedy jest się Pauliną Wyrt, ilustratorką ekstraordynaryjną.

I to, w zasadzie, już by sprzedawało tę książkę starym i nowym czytelnikom, i czyniło z niej wybitnie przyjemną lekturę (po)wakacyjną: ale dochodzi tu do głosu jeszcze jeden aspekt, całkiem niechcący wpasowujący się w dyskurs społeczno-polityczny zapoczątkowany w tym kraju 7 sierpnia 2020.

Oto dwa cytaty, zupełnie bez kontekstu. Po pierwsze:

Ludzie, mój drogi Bożku, mają tę cudowną właściwość, że zawsze widzą wyłącznie to, co chcą. Zdziwiłbyś się, jak wiele potrafi im umknąć przy zaledwie  odrobinie wysiłku.

I po drugie:

Ani ciebie nikt nie zmieni nawet najzłośliwszymi słowami, ani ty nie zmienisz nikogo, powtarzając „wcale że nie” coraz głośniej i głośniej. Trzeba czegoś więcej, dużo więcej. Trzeba żywego przykładu, czynów. Możesz mi wierzyć, Bożku, ludzie nie zmieniają się tylko dlatego, że ktoś na nich nakrzyczał.

Okładka wpasowała się w krajobraz jak fabuła w bieżący dyskurs społeczny, i to jest piękne.

Nie jest tu istotne, o czym lub o kim mówimy: istotna jest absolutna uniwersalność obu tych stwierdzeń. W prostej i zwięzłej formie Bożek dowiaduje się czegoś, co powinno być jasne i zrozumiałe zarówno dla dzieci, jak i dla dorosłych: wielokrotnie stajemy w życiu przed koniecznością skonfrontowania naszych poglądów z kimś, kto myśli, mówi, i czuje inaczej, niż my. Prawdziwą dojrzałość osiąga się w momencie wyjścia poza własne JA, i spojrzenia na coś (lub kogoś), co postrzegamy jako obce i wrogie – z zewnętrznej perspektywy, w sposób, który umożliwia nam poznanie wszystkich punktów widzenia. Nie jest to łatwe – wszyscy chcielibyśmy, żeby słowo „kompromis” oznaczało czyjeś przychylenie się do naszej opinii, niekoniecznie vice versa – ale czytelnik, wraz z Bożkiem, przekonuje się, że opuszczenie naszej strefy komfortu może mieć zaskakująco pozytywne skutki.

Nie musimy przecież od razu lubić wszystkich. Wystarczy, że ich szanujemy – nawet, a może ZWŁASZCZA, jeśli mają inne poglądy niż my.

I za tę myśl bardzo Ałtorce dziękuję. A P.T. Czytelnikom polecam zaznaczenie 2 września w kalendarzu najbardziej brokatowym kolorem, jaki macie pod ręką – w tym roku wakacje zostają oficjalnie przedłużone. Przynajmniej dopóki nie skończycie czytać „Małego Licha i lata z diabłem”… no, powiedzmy, trzeci raz.

Przemiłej lektury, alleluja!

 

Marta Kisiel: „Małe Licho i lato z diabłem”
Wydawnictwo Wilga
premiera: 2 września 2020

 

Dziękuję Wydawnictwu za egzemplarz recenzencki – nie mógł dotrzeć do mnie w lepszym momencie.

Saturday, 29 February 2020

Płyńcie, łzy moje, rzekł recenzent. Marta Kisiel: "Płacz"

Recenzja zawiera odniesienia do POPRZEDNICH tomów cyklu wrocławskiego. Jeżeli jeszcze ich nie czytaliście (ale jak to???), przygotujcie się na spoilery.

Trudno jest napisać trylogię, w której każdy tom trzyma wysoki poziom, a fabuła poszczególnych części tworzy spójną całość. Czasami ta sztuka nie udaje się nawet najlepszym (cykl husycki, kaszl, kaszl). A cała sprawa nabiera rumieńców, kiedy autor popełnia DRUGI tom trylogii na CZTERY LATA przed tomem pierwszym...


Podsumujmy. Chronologicznie, historia zaczyna się od panien Stern, w powieści Toń (data pierwszego wydania: maj 2018). W ostatnich zdaniach tejże Matylda Bolesna i Ramzes obserwują Salkę Przygodę, nową sublokatorkę sióstr Bolesnych i bohaterkę drugiego tomu cyklu wrocławskiego - Nomen Omen (data pierwszego wydania: luty 2014). Czytelnik, który trafił na twórczość Marty Kisiel w ciągu ostatnich dwóch lat, mógł przeczytać Nomen Omen przy okazji wznowienia (z PRZEPIĘKNĄ okładką autorstwa niezawodnego Tomasza Majewskiego) w roku 2019, i zastanowić się: ale hola, jak to, po co te wszystkie kombinacje? Skoro chodziło o znalezienie grobu pradziadka Salki, pogrzebanego potajemnie pod koniec drugiej wojny światowej – czy nie prościej byłoby zwrócić się o pomoc do „moralnie ambiwalentnego” strzygonia, lub jednej ze znajomych psychopompek (właśnie wymyśliłam tę wersję, i jestem dumna!), zamiast biegać bez sensu po wrocławskich nekropoliach?! Ano, Drogi Czytelniku, nie byłoby prościej, albowiem w momencie pisania Nomen Omen ani Ramzes, ani panny Stern nie zaistnieli jeszcze w Kisielversum…

I oto przychodzi Płacz, tom trzeci, spinający całą historię – i trzeba w jakiś sprytny sposób ogarnąć tę nietypową sytuację, tudzież wyjaśnić, czemu kogoś nie było tam, gdzie mógłby być. Czy się udało?

A jak nie, jak tak!

-

To jest ta sytuacja, kiedy okładka Tomasza Majewskiego jest tak dobra, że w zasadzie nie powinno się niczego więcej dodawać do zdjęcia... a jednak, jestem niepoprawna.
Mam grupę przyjaciółek, które na każdy otrzymany przeze mnie egzemplarz recenzencki książki Marty Kisiel reagują zdrową zazdrością, i pytają, jak jest. Tym razem pytanie było nieco inne: Czy Płacz powoduje straty emocjonalne? No cóż… Od wydarzeń opisanych w Toń upłynęło niewiele czasu; od śmierci Mili Bolesnej w Nomen Omen jeszcze mniej: to chyba naturalne, że bohaterowie (a szczególnie bohaterki) muszą przepracować swoje traumy, i nauczyć się żyć w nowej rzeczywistości: z niedawno odkrytymi mocami (Eleonora) tudzież we – względnej – normalności (Jaga i Matylda). Nie jest łatwo, mili moi – szczególnie gdy jedna z panien Stern znika w tajemniczych okolicznościach, po Ramzesie również ginie wszelki ślad, a telefon sióstr Bolesnych ponownie przemawia wielogłosem niewiadomego pochodzenia… W poszukiwaniu odpowiedzi na nowe i stare pytania, nasi bohaterowie wyruszają w zaśnieżone Góry Sowie, aby stanąć oko w oko z historią najnowszą i mniej nową, naprawić dawne błędy i uciszyć zmory: czasami bardzo dosłownie. Czy im się uda, i wyjdą z tej przeprawy bez szwanku? A, to się dopiero okaże…

-

Wiadomo nie od dziś, że Marta Kisiel lubuje się wielce w zgłębianiu historii Wrocławia i Dolnego Śląska (ze szczególnych uwzględnieniem pierwszej połowy ubiegłego wieku): było to widać wyraźnie w poprzednich tomach cyklu wrocławskiego, i nie inaczej jest w przypadku Płacz. Zanurzenie bohaterów w głębiny czasu – dosłownie i w przenośni – pozwala czytelnikowi poznać fakty, o których zazwyczaj nie uczy się w szkole ani nie wspomina w podręcznikach: tu wielkie chapeau bas dla Ałtorki za odważne branie się za bary z tymi aspektami historii narodowej i regionalnej, o której wiele osób chciałoby możliwie jak najszybciej zapomnieć. Tymczasem: trzeba pamiętać, trzeba rozmawiać (prawda, Gerd?), i brać odpowiedzialność za to, co od nas zależy.
I pomagać, jeśli tylko można.

Aby nie zdradzać zbyt wiele z fabuły, powiem krótko: w odciętym od świata pensjonacie w Górach Sowich dzieją się rzeczy dramatyczne i niesamowite. Na jaw wychodzą pilnie strzeżone sekrety – dawne i nowe – miłość nie zawsze triumfuje (chociaż…), a przeznaczenie można oszukać. Panny Stern, Matylda oraz ich kawalerowie (ha!) będą kilkakrotnie stawać przed wyborem: zawrócić, czy przeć naprzód? Odnaleźć zgubę, której poszukuje nowy znajomy Eleonory, czy przyjąć, że sprawa jest przesądzona i nic nie da się zrobić? Zaakceptować zmiany, jakie w nich zachodzą (żadna ze Sternówien nie będzie już taka sama: a największa taka zmiana czeka na... Dżusi, czego zapewne niewielu czytelników Toń mogłoby się spodziewać), czy walczyć przeciw nim do upadłego?
Poświęcić wszystko dla dobra ogółu, czy… wykazać się odrobiną zdrowego egoizmu?

Celowo piszę ogólnikami, ponieważ znaczna część fabuły Płacz rozgrywa się nie w ruinach zamków, starych sztolniach, czy śniegiem zasypanych pensjonatach, ale w sferze psychologicznej (moralnej), i to od Was, P.T. Czytelnicy, zależeć będzie ostateczna interpretacja finału tej historii.

Ja odpowiadam na pytanie moich przyjaciółek: YHY…

-

Dwie rzeczy, o których musicie wiedzieć, zanim przystąpicie do lektury: po pierwsze, powieść składa się z fragmentów oznaczonych jako „Teraz” i „Przedtem”, a sposób, w jaki Ałtorka kończy i rozpoczyna dwie retrospekcje wprawił mnie w drgawki z ekscytacji. Hitchcock? Jaki Hitchcock, panowie! Amator, w ogóle nie umiał w budowanie napięcia… Konkludując: podczas lektury nie będzie Wam potrzebna kawa, przyspieszone tętno i podwyższone ciśnienie – gwarantowane!

A po drugie: nie zgadzam się z Ałtorką w jednej, dość zasadniczej kwestii. Oto zaszyfrowany fragment żywiołowej dyskusji naszych bohaterów:

-No to może X? – zaproponował Karolek.
-Ta, jasne, i co jeszcze? Może Y?!
- A co jest złego w Y?
-WSZYSTKO – odparły jednomyślnie siostry Stern.

Otóż, Ałtorko Droga – mam-ci ja to X o jakieś trzy miesiące dłużej, niż Ałtorka ma Y, i jestem gotowa zamienić się z Ałtorką w dowolnie wybranym przez Ałtorkę momencie, gdyż X to zło wcielone. Rzekłam!

-

Czytać więc Płacz, czy nie czytać? Czytać, a jakże – ale przystępować do lektury ze świadomością, że – nomen omen (ha!) – płacz może stać się częścią Waszego doświadczenia tej książki.

Ale i tak warto.


Marta Kisiel: Płacz
Wydawnictwo Uroboros
premiera: 11 marca 2020

Dzięki serdeczne dla Wydawnictwa, które nie odmówiło mi egzemplarza autorskiego!

Przy składaniu recenzji towarzyszyły mi: chimeryczne koty, taka oto muzyka, i herbata Matsu Kyo (ujicha z matchą).

Saturday, 22 February 2020

Prasłowiańska saga o herosach? Marcin Mortka: "Żółte śłepia"

Gniezno, czasy Bolesława Chrobrego: okres walki starych wierzeń słowiańskich z nową doktryną chrześcijańską; w lasach padają święte dęby, a ludność szemrze przeciwko sojuszowi władcy z Kościołem. Medvid-Kosmacz, woj i doradca księcia, budzi się pewnego poranka w pustym grodzie, z którego nieznani sprawcy porwali wszystkich mieszkańców, zostawiając po sobie przerażające, ptasie ślady – i jednego, nietypowego świadka. Medvid niezwłocznie wyrusza na poszukiwanie zaginionych – a w wyprawie tej towarzyszy mu wyemancypowana wiedźma Gosława, niemiecki rycerz z biskupiej świty, gadający kot-chowaniec o mocno ograniczonym słownictwie, oraz skrzat domowik poszukujący stałej siedziby. Ta połączona więzami przyjaźni i przypadku drużyna napotka na swojej drodze utopce i brzeginki, dosiądzie olbrzymów i zanurzy się w Półmrok: niebezpieczny świat na granicy domeny istot żyjących oraz Nawii – słowiańskich zaświatów. Medvida prowadzi lęk o życie ukochanej kobiety, księcia i jego drużyny: motywacje towarzyszy Kosmacza nie tak łatwo jednak pojąć…
Żółte ślepia to wyprawa w głąb słowiańskiej mitologii, do początków państwowości polskiej, gdzie od zarania biją te same, co współcześnie, źródła konfliktów i nieporozumień: chęć zagarnięcia dla siebie władzy nad ludźmi i ich duszami, zaskorupienie w tradycji i niechęć do zmian, agresywne forsowanie swojej woli bez względu na opinię znacznej części społeczeństwa… brzmi znajomo? No, właśnie. Pod płaszczykiem historycznego fantasy przypominającego o bogatej tradycji rodzimej mitologii, Marcin Mortka „przemyca” kilka uniwersalnych prawd o ludzkości w ogóle: czym się kierujemy, co nas motywuje, oraz ile jesteśmy w stanie poświęcić dla „dobra sprawy”. Podobnie jak wiedźmin Geralt, ikona popkultury (!), Medvid stara się kierować w życiu starannie nakreślonym kodeksem postępowania - co, niestety, nie zawsze się udaje; neutralność oraz próby zachowania status quo w czasie dynamicznych przemian społecznych po prostu się nie sprawdzają. Towarzysze Medvida oczekują, że opowie się on po jednej ze stron: książęcej, dążącej do powiększenia dominium Bolka (nawet za cenę sojuszu z Niemcami, reprezentowanymi przez ziejącego nienawiścią do pierwotnych wierzeń biskupa) - lub „starowiernej”, hołdującej tradycjom przodków. Nie chodzi tutaj wyłącznie o to, któremu bogu należy się kłaniać: w Żółtych ślepiach bohaterowie walczą o zachowanie tożsamości, i prawa do życia na własnych zasadach. Owszem, czytelnikowi trudno jest (z dzisiejszej perspektywy) zaakceptować ideę ofiar z ludzi składanych na przebłaganie bogów, ale z drugiej strony: metody „krzewienia wiary chrześcijańskiej” w dziesiątym wieku tej ery również nie należały do wybitnie łagodnych…

Historia opowiedziana przez Marcina Mortkę zamyka się w ramach jednej książki  – autor wprowadził jednak w Żółtych ślepiach tak wiele różnych wątków, że można by z nich stworzyć cały cykl (luźno?) z sobą powiązanych powieści. Świat wierzeń starosłowiańskich to kopalnia pomysłów, w której Mortka zaledwie naruszył jedną z warstw: zaryzykuję stwierdzenie, że wielu czytelników chętnie poczytałoby o dalszych przygodach Medvida i Gosławy oraz o ich podróżach przez puszcze i bezdroża. Pod względem konstrukcji fabuły, Żółte ślepia są powieścią drogi – a droga, jak pisał klasyk, wiedzie w przód i w przód, i można nią podróżować daleko poza widoczny horyzont. Można również zawrócić, i spróbować zagłębić się w przeszłość Medvida: co przywiodło tego nie-do-końca-człowieka na dwór Bolka? Skąd wziął swój dwuręczny młot, przywodzący na myśl broń Thora? Jak poznał wiedźmę Gosławę (której, swoją drogą, też należałaby się osobna historia, bo to silna i barwna bohaterka, przed którą drżą olbrzymy - nie mówiąc już o przeciętnych mężczyznach)? Skąd wie tak dużo o przedstawicielach słowiańskiego bestiariusza – których część czytelników powieści spotyka po raz pierwszy właśnie na jej kartach? Stoimy w znakomitym punkcie wyjścia do dalszej podróży: pozostaje mieć nadzieję, że autor nas w nią zabierze…

Krótko i węzłowato: możecie potraktować Żółte ślepia zarówno jako zamkniętą historię, jak i jako wstęp do dłuższej opowieści (zbioru opowiadań? Być może, czemu nie?). Jakąkolwiek obierzecie drogę – jeśli poszukujecie nowego głosu w nurcie Slavic fantasy, śmiem twierdzić, że będziecie zadowoleni!

Marcin Mortka: Żółte ślepia
Wydawnictwo Uroboros
premiera: 26 lutego 2020

Dziękuję Wydawnictwu za sposobność zapoznania się z książką! J

Saturday, 27 July 2019

Krystyna Chodorowska: "Triskel. Gwardia", czyli irlandzcy X-Meni

Poranek miał kolor bólu głowy, napisała Krystyna Chodorowska - i miliony czytelników westchnęły ze zrozumieniem.

Nominowany do Zajdla za rok 2018 Triskel. Gwardia nie jest po prostu oczywistym i prostolinijnym nawiązaniem do historii, kultury i tradycji Irlandii (choć pije się w nim piwo i nadużywa spółgłosek w nazwach własnych). Nie jest to również jednoznaczna opowieść o Niezwykłej Młodzieży, która wykorzystuje swoje Fantastyczne Zdolności do Walki Ze Złem i Czynienia Dobra. Zaczynamy od morderstwa na zlecenie - oto w jaki sposób obywatele Sidheanii, państwa o bogatej tradycji i kulturze, walczą o sprawiedliwość pod butem uciskającego obywateli Imperium - oglądanego oczyma rewolucjonisty (i cyngla) Duncana: a potem przenosimy się z miejsca zbrodni w zupełnie inny fragment opisywanego świata, do Scyld City - aby poczekać tam na kolejne rozkazy... oraz odnaleźć Sinead, przyjaciółkę Duncana z czasów szkolnych, obecnie studiującą na prestiżowej uczelni z dala od politycznych machinacji i napięć społecznych Starego Kraju. Zmiana scenografii nie oznacza jednak, że pozbywamy się problemów: Scyld City korzysta bowiem z pomocy Gwardii - grupy obdarzonych niezwykłymi zdolnościami młodych ludzi - aby utrzymać porządek w mieście, powstrzymać ataki ze strony Niepożądanych Elementów, oraz zapewnić obywateli, że wszystko przebiega zgodnie z planem. Podobno. Prawie na pewno. Zdecydowanie tak.


Trzon Gwardii tworzą Burza, Kret, oraz Mayday - alter ego Sinead, przybyłej z Sidheanii przyjaciółki Duncana. Każde z tej trójki dysponuje zupełnie innym zestawem mocy, pochodzi z innego kręgu etnicznego i kulturowego, i zmaga się z własnymi demonami (wewnętrznymi i zewnętrznymi). Nie mają nad sobą żadnego mitycznego Profesora Xaviera - a mimo to automatycznie narzuciło mi się skojarzenie z moją ulubioną grupą superbohaterów (SPOILER: mam wrażenie, że Mayday może się w przyszłości okazać być jakąś wersją Jean Grey dla Nowej Mocy, podobnej lub nie podobnej do Feniks...), szczególnie kiedy pod opiekę Gwardii trafiła czwórka "młodocianych przestępców", również obdarzonych szczególnymi zdolnościami, lecz wykorzystujących je do zupełnie innych celów. Trzon akcji książki stanowi bowiem poszukiwanie równowagi pomiędzy wykorzystywaniem własnych mocy i kontrolowaniem ich - wsparte pytaniem o to, jak daleko można się posunąć w kompromisie wobec własnych ideałów, mając na celu i uwadze Większe Dobro i Mniejsze Zło.

Wracamy tutaj do nawiązań irlandzkich: spróbujcie sobie wyobrazić ichniejszych bojowników o wolność i niepodległość, którzy ochraniają brytyjskich urzędników (odpowiedzialnych za masakrę miejscowej ludności) przed spodziewanym atakiem terrorystycznym. Czy mogą, albo wręcz: powinni to robić, zamiast po prostu pozwolić mu zginąć i spłacić tym samym część krwawego długu? Mayday znajduje nadspodziewanie dobrą odpowiedź na to pytanie: "Ta śmierć niczego nie załatwi. (...) Nie zapomną nam tego. (...) Znowu będą artykuły w gazetach i komentarze o brudasach, którzy powinni wynosić się do siebie, i wyrzucanie z pracy, szykany i pobicia, i dopiski przy ogłoszeniach, że Sidheańczycy mogą się nie zgłaszać."...Brzmi znajomo? Bardzo. A czy ta wypowiedź dała Duncanowi do myślenia? Ha, tego już Wam nie powiem.

Brzmi poważnie, ale tak chyba powinno być (szczególnie w dzisiejszym świecie): Triskel. Gwardia to więcej, niż "typowe" urban fantasy, smakowicie ubarwione dobrze skonstruowaną rzeczywistością (każde państwo/plemię ma dobrze przemyślaną podbudowę etniczną i kulturową, a nawiązania i puszczanie oka do czytelnika - Athla-An! - znakomicie budują klimat całości) i doprawione solidną porcją walk, tajemnic i niebezpieczeństwa. Owszem, można czytać tę powieść jako historię o młodych bohaterach, próbujących pogodzić życie z supermocami z życiem w akademiku ("Z tego, co mi mówili, ty nie jesteś silna, raczej szybka, a to nie przysparza aż takich problemów. Chyba że chciałabyś się nauczyć, jak można coś robić bardzo wolno. Z tym ci nie pomogę, chyba że chodzi o pisanie pracy."), i sprawiedliwość na poziomie globalnym z własnym bólem.

W większej skali rzeczy - Triskel. Gwardia jest natomiast historią o tym, jak być przyzwoitym człowiekiem, i nie stracić przy tym własnej indywidualności oraz szacunku dla samego siebie. Proste? A, gdzie tam. Zapytajcie Mayday...

Zastrzeżenia? Jedno. Tytułowy triskel pojawia się dopiero przy końcu książki (czy ja tu widzę Boudiccę?!), i otwiera drzwi do zupełnie nowej historii - i gdzie, ja się pytam, jest kolejny tom?? Uprzejmie proszę o odpowiedź...


Niniejszym kończę recenzowanie Zajdlowskiej Triady Uroborosa: o Spektrum i Toń możecie przeczytać w dawniejszych notkach - i zadziwić się, jak różne są to książki - i jak bardzo zasługiwały na nominację.

A ja się cieszę, że nie pojadę na Polcon, i nie wezmę na siebie odpowiedzialności zagłosowania na jedną kosztem dwóch pozostałych, o. Zdejmijcie ze mnie ten ciężar, dobrzy ludzie z fandomu. A przede wszystkim: przeczytajcie wszystkie trzy pozycje (i inne też, jeśli zdążycie), bo to po prostu dobra literatura, i szkoda byłoby je przegapić. Rzekłam!

Krystyna Chodorowska: Triskel. Gwardia
Wydawnictwo Uroboros
premiera: 2018

Tuesday, 9 October 2018

Marta Kisiel: „Pierwsze słowo”. Niech się stanie...!

Powiedzieć, że słowa mają moc, to nic nie powiedzieć. Ilekroć słowa objawiają się w wielkiej masie, zaczynają stwarzać i przekształcać rzeczywistość, budując ją na nowo z elementów wyobraźni piszącego. W mnogości siła – tym bardziej należy zatem podziwiać umiejętność tworzenia form krótkich, objawiających te same właściwości.

Czy Marta Kisiel umie tworzyć formy krótkie – a mówiąc wprost: pisać opowiadania? Sama Autorka twierdzi, że niekoniecznie. Ja mam nieskrywaną przyjemność nie zgodzić się z Nią, przedstawiając w formie dowodu wydany przez Uroboros zbiór Pierwsze słowo, który trafi na półki księgarń 17. października (czyli, z perspektywy mnie piszącej, za tydzień z małym haczykiem). Na przestrzeni jedenastu opowiadań, zarówno nawiązujących do stylistyki znanej z dłuższych form pióra Au/łtorki, jak i niespodziewanych wycieczek w kierunku innych odmian gatunku zwanego roboczo fantastyką, z pewnością uda Wam się ocenić, jak też przemawiają do Was te krótsze, bardziej skondensowane formy.


Mnie się podobają piosenki, które już kiedyś słyszałam, albo: kogo my tu mamy?

Dla tych, którzy niechętnie wychodzą z raz zagarniętej strefy komfortu, mam znakomite wieści: Pierwsze słowo zawiera zarówno Dożywocie (opowiadanie, od którego tak wiele się zaczęło…), jak i nagrodzoną Zajdlem (Ałtorka nie umie w opowiadania, tak?...) Szaławiłę, pierwotnie dołączoną do drugiego wydania powieściowego Dożywocia: oto odpowiedź na bolączki tych, którzy, nabywszy ongiś wydanie pierwsze, nie planowali kupować drugiego – a Szaławiłę mieć w wersji papierowej pragnęli.

Dla tych, którzy strefę komfortu opuszczają raczej chętnie, poszukując nowych doznań i bodźców, mam równie wspaniałe wieści: w Pierwszym słowie czekają na Was opowiadania spod znaku (między innymi) horroru, wiktoriańskiej opowieści grozy, pastiszu gatunkowego, przetwarzania motywów znanych z mitologii – a przypominam, że to wszystko w ramach zaledwie jedenastu utworów, szczupłych objętościowo, acz pojemnych znaczeniowo.

Nie będę Wam polecać konkretnie któregoś z opowiadań, ponieważ rozpiętość gatunkowa między nimi jest, jako się rzekło, znaczna - a ilu czytelników, tyle opinii, i najlepiej będzie, jeśli sięgniecie po Pierwsze słowo i wyrobicie sobie na jego temat własne zdanie. Natomiast gdybym miała wybrać subiektywną Świętą Piątkę (nie dało się zawęzić do trzech, nie i już) spośród zawartych w zbiorze opowiadań (czytanych przeze mnie premierowo...), wyglądałaby ona mniej więcej tak:

Tytułowe Pierwsze słowo - o którym myślałam, że (krótkim będąc) niczym mnie nie zaskoczy, a skończyłam lekturę cała roztelepana, ze szczęką spoczywającą miękko na podołku. Przeżycie Stanisława Kozika - w ramach autorefleksji, i próby uchronienia się przed podobnym losem. W zamku tej nocy... - ponieważ Ałtorka znakomicie bawi się tutaj konwencją, a Jej upodobanie do romantyzmu owocuje tu w sposób piękny i perfidnie złośliwy zarazem. Miasto motyli i mgły - najpierw nie wiedziałam, o co chodzi, a potem żałowałam, że nie zrobiła się z tego pełnowymiarowa powieść, i że nie dane mi było dowiedzieć się więcej o przedstawionym tutaj świecie i ramach, w jakich funkcjonuje. Rozmowa dyskwalifikacyjna, podstawowy tekst, jaki powinno się dawać do przeczytania początkującym autorom fantastyki. I wreszcie - Nawiedziny, za pewne nawiązanie popkulturowe, które wyraźnie pokazuje, żeśmy są z Ałtorką z jednego rocznika, i wyrastałyśmy na tych samych serialach. Ot, rzekłam.


Kocia starszyzna, w postaci Jej Wysokości, obwąchała książkę z dużym zainteresowaniem.
I co jeszcze mogę rzec? Na pewno znacznie poszerzyłam swój sposób myślenia o Marcie Kisiel oraz uprawianej przez Nią literaturze. Ucieszyłam się ze spotkania z ulubionymi bohaterami, i poznałam nowych, z którymi chętnie spędziłabym więcej czasu. Wreszcie - ostatecznie i nieodwołalnie nie zgodziłam się z Autorką-Ałtorką: Marta Kisiel opowiadania pisać potrafi, i oby robiła to jak najczęściej.

Z poważaniem, oczekując na kolejny zbiorek - Wróżka Klonowa.

Jak zwykle kłaniam się Wydawnictwu Uroboros, dziękując za owocną współpracę!

Saturday, 28 April 2018

Z głębią w tytule. Marta Kisiel - "Toń"

W rodzinie Sternów są trzy kobiety: ruda, blondynka, i brunetka; pedantka, Królowa Śniegu i zwariowana trzpiotka. Mają trzy główne zasady: nie zostawiać domu bez opieki - nie wpuszczać nikogo za próg - nie wspominać, w jaki sposób zginęli ich bliscy.

To jest opowieść o tym, jak jedna z panien Stern łamie te zasady. O tym, co można odnaleźć grzebiąc w przeszłości ukochanych ludzi. I o tym, co z tego wynika - dla trzech kobiet, nietypowego zegarmistrza, jeszcze bardziej niezwykłego antykwariusza, oraz pewnych tkaczek. To również opowieść o czasie, o chciwości i o rodzinie. O kilku rodzinach właściwie, połączonych w przedziwny sposób - nie zawsze więzami krwi.

A także: o poszukiwaniu skarbów, obalaniu mitów o nieomylności dorosłych (zwłaszcza tych nieobecnych, o których w domu Sternów się nie mówi - choć nie tylko ich), ostrożnej, ale głębokiej miłości, stworzeniach nie z tego świata i antykach. W tle przewija się muzyka zespołu Queen, którą polecam Wam jako soundtrack pod lekturę.


Bardzo, bardzo czekałam na nową książkę Marty Kisiel. Połknęłam ją w jedno popołudnie, i mogę powiedzieć tylko jedno: jestem absolutnie zachwycona. Nie tylko znakomitymi opisami Wrocławia w różnych momentach historii, błyskotliwymi, ciętymi dialogami oraz interesującymi bohaterami, do których z miejsca nabieram sympatii. Przede wszystkim - ponieważ pasjami lubię książki, które wciągają czytelnika w grę: podsuwają rozwiązania, ale w taki sposób, że do ostatniej chwili nie wiemy, że wiemy to, co wiemy. Jestem również wielką fanką tytułu książki - nie miałam pojęcia, że aż tyle treści można zmieścić w trzech drobnych literach. To także element gry, być może jeden z najciekawszych. Zagrajcie, nie pożałujecie.

Zwykle nie krzywdzę książek w ten sposób, ale cały koncept okładki jest absolutnie zachwycający.
Elementem gry jest tutaj wszystko: począwszy od tego, kto tak naprawdę jest bohaterem tej opowieści. Zaczęłam ten wpis wzmianką o pannach Stern, wokół których bez wątpienia zawiązuje się cała akcja, ale po drodze ciężar fabularny przesuwa się w kierunku kilkorga innych bohaterów.

Z początku wydaje się również, że mamy do czynienia ze stosunkowo prostą historią: ot, młoda, roztrzepana dziewczyna pozwala, aby obcy mężczyzna zabrał coś z domu jej ciotki. To jednak okazuje się być ostatnią z długiej serii kradzieży, w których nie zawsze giną rzeczy materialne. Czasami traci się spokój ducha - lub wiarę w człowieka. W zasadzie można by stwierdzić, że tylko jeden z bohaterów - niejaki Karolek - wychodzi z całej tej sytuacji bez szwanku, a może nawet z pewnym zyskiem. Karolek to w ogóle jedna z sympatyczniejszych postaci: Autorka mogła teoretycznie zrobić z niego ostatnią ciapę, ale zamiast tego stworzyła interesującego młodzieńca, który przy wszystkich swoich wadach broni się między innymi... genialnymi zdolnościami kulinarnymi. Że zacytuję naprędce dialog dwóch kobiet nad carbonarą: "-Uważaj, ten sos idzie w biodra. - Ja go mogę nawet samochodem podrzucić..."

Czy wspominałam już, jak dobrze to jest napisane? Pewnie tak.

Niebagatelną rolę odgrywa w powieści czas, oraz poruszanie się w jego ramach. Wielokrotnie przerabiałam już w różnych utworach motyw czasu jako rzeki - Marta Kisiel idzie tutaj o krok naprzód, proponując wersję podróży w czasie nie bardzo odległą od H. G. Wellsa, z elementami mechaniki rodem z Harry'ego Pottera. Próba ruszenia po śladach osób bliskich naszych bohaterom pokazuje jednak, że samo podróżowanie w czasie jest akurat najłatwiejszą częścią ich zadania. Nie jesteśmy w stanie naprawić nawet naszych własnych błędów - a co dopiero wpłynąć na decyzje innych, nawet najdroższych nam osób. Przeszłość ma to do siebie, że pozostawia nam w spadku nie tylko zagadki i legendy, ale również prozaiczne konsekwencje, z którymi musimy żyć dalej...

Żywię nieśmiałą nadzieję, że Autorka da nam więcej książek z tego cyklu - co zdaje się sugerować otwarta formuła zakończenia. Jest tutaj jeszcze sporo GŁĘBI do spenetrowania... (Wybaczcie, to było okropne. Toń jest o wiele lepsza, niż moje żarty językowe.)

Marta Kisiel, Toń, Wydawnictwo Uroboros
premiera: 23 maja 2018

Monday, 16 April 2018

Wolę umbrelki od budyniu, czyli o książkach Gail Carriger


Alexia Tarabotti uważa, że jest stara (ponieważ skończyła 26 lat, i nadal nie wyszła za mąż), brzydka (ponieważ odziedziczyła odcień karnacji oraz rysy twarzy po swoim śp. ojcu, Włochu) oraz zbudowana zupełnie wbrew aktualnie panującym kanonom urody (ponieważ, o zgrozo, posiada biust). Jakby tego było mało, jest jeszcze jedna cecha, która wyróżnia Alexię spośród typowych mieszkanek Londynu epoki wiktoriańskiej.

Alexia Tarabotti nie posiada duszy.

Czyni ją to przedstawicielką rasy (gatunku?) preternatural, czyli dosłownie – „nieludzkich”. Brak duszy nieszczególnie przeszkadza Alexii w życiu codziennym: objawia się bowiem zwiększonym zamiłowaniem do logiki i niechęcią do wszelkiego typu „waporów”: postawa ta dodaje naszej bohaterce ekscentrycznego rysu w oczach opinii publicznej, ale bynajmniej nie komplikuje życia samej zainteresowanej.

Niejakich komplikacji nastręcza jednakże fakt, że Alexia posiada umiejętność „odbierania” nadnaturalnych zdolności wampirom i wilkołakom, jeżeli tylko znajduje się z nim w bezpośrednim (skóra-do-skóry) kontakcie. Biorąc pod uwagę daleko idące zakorzenienie osobników futrzastych i uzębionych w steampunkowej rzeczywistości stworzonej przez Geil Carriger na potrzeby pięciotomowego cyklu Protektorat Parasola (po polsku ukazały się tylko 4 tomy, bo czemu nie...), można przewidywać, że prędzej czy później dojdzie na tym tle do konfliktu dramatycznego.

Na łamach pięciu kolejnych tomów (w oryginale: Soulless, Changeless, Blameless, Heartless oraz Timeless; polskie ich tłumaczenia pominiemy wymownym milczeniem) Alexia dowie się nieco więcej o ograniczeniach związanych ze swoim „nieludzkim” stanem, pozna biografię dawno zmarłego ojca w szczegółach, których Los mógłby jej był oszczędzić (doprawdy!), zasugeruje czytelnikom, że może należeć do grupy określanej przez wtajemniczoną młodzież mianem bi-romantic, przekona się, że nie wszyscy uważają wydatny biust za odrażający, oraz wstrząśnie posadami znanego porządku w relacjach pomiędzy śmiertelnikami, wampirami, oraz wilkołakami. Poza tym skonsumuje znaczne ilości tarty kajmakowej, zaopatrzy się w nieprzeciętnej urody parasol, oraz zostanie miłośniczką pesto. A to dopiero początek...

Nie jestem w stanie przypomnieć sobie, w jakich okolicznościach dowiedziałam się po raz pierwszy o istnieniu książek Gail Carriger (być może z Tumblra, ale głowy nie dam): wiem tylko, że mój egzemplarz Soulless zdobią liczne podkreślenia i komentarze, i że nie spotkałam jeszcze wśród moich znajomych osoby, która odniosłaby się do perypetii Alexii nieentuzjastycznie: a ja sama co jakiś czas odczuwam palącą potrzebę powtórnego zanurzenia się w pięcioksiąg z jej przygodami.

Cóż mogę rzec? Podoba mi się przepięknie stylizowany język powieści, oraz wątki bi- i homoerotyczne poprowadzone z dużym wdziękiem i wyrafinowaniem. I świetnie skonstruowana steampunkowa rzeczywistość. I bohaterka, która nie daj sobie dmuchać w kaszę, a mimo to zachowuje (na tyle, na ile możliwe przy braku duszy) swoją niewątpliwą kobiecość.

Tym razem rozpoczęłam powtórkę w okresie wielkanocnego lenistwa, i wszystko było idealne jak zwykle – dopóki nie przebrnęłam przez ostatni tom Protektoratu... i nie przeszłam płynnie do serii sequelowej: dwóch książek wydanych pod zbiorczym tytułem Protokołu Budyniowego.

I tutaj oto skończyło się dobre, a budyń uległ gwałtownemu przypaleniu. Przynajmniej przy pierwszej porcji.

Tutaj następują spoilery, jak stąd do Zamku Kingair.

Friday, 13 April 2018

42/52. Anna Kańtoch, "Niepełnia"

Taką Anneke lubię najbardziej: z nielinearną, zupełnie szaloną narracją, z niedopowiedzeniami i świetnie zbudowanym klimatem opowieści. Niepełnia jest historią nieoczywistą, dotykającą tematu tożsamości w ogóle oraz tożsamości płciowej w szczególe - w rzeczy samej, mój konik, jak by na to nie patrzeć. Książka przeczytała mi się właściwie "sama", ale żałuję trochę, że z braku czasu nie ogłam sobie pozwolić na powtórną lekturę, żeby prześledzić wszystkie nitki w tej makatce (czy może wręcz: w tym gobelinie) historii i losów.

Bardzo, bardzo porządny kawałek literatury, z nieoczywistymi bohaterami i niesamowitym (tu się powtarzam) klimatem. Się poleca się.

Saturday, 17 March 2018

"Demon Luster", czyli: co może pójść nie tak?...

Po lekturze drugiej tomu przygód Idy Brzezińskiej – szamanki od umarlaków – nie mogę się pozbyć wrażenia, że jest to jedna z najlepiej osadzonych w rzeczywistości historii z nurtu polskiego fantasy. I mówię to z całą odpowiedzialnością, pomimo że w Demonie Luster aż roi się od nadnaturalnych istot, równoległych wymiarów i obrazowania rodem z japońskiej popkultury (czy tylko mi lektura powieści Martyny Raduchowskiej stawia przez oczyma klatki z demonicznych anime? Już Gryzak wydawał mi się niezwykle podobny do japońskiego lisa, a wrażenie czerpania przez Autorkę z estetyki japońskiej nasiliło się w miarę rozwoju akcji – za co serdecznie Jej dziękuję).



Gwoli przypomnienia: Ida Brzezińska, potomkini znamienitego magicznego rodu, przeznaczona była do wielkich celów - a konkretnie, do poślubienia mężczyzny o znakomitych koneksjach oraz do wielkiej kariery politycznej. Na przekór tym planom stanął kompletny brak uzdolnień magicznych u Idy - a także marzenia samej zainteresowanej, która o wiele cieplej myślała o karierze psychologa, niż o upolitycznionych gierkach w kuluarach magicznego parlamentu. Dopięła swego o tyle, że - uciekłszy z domu - dostała się na psychologię na Uniwersytecie Wrocławskim. Później wszystkie plany wzięły koncertowo w łeb.

Ida została szamanką od umarlaków: osobą łączącą w sobie zdolności medium i banshee, a zajmującą się przeprowadzaniem dusz ludzi, których śmierć zobaczyła w proroczej wizji, na przysłowiową "drugą stronę". Pech (co ważne dla akcji - pojmowany jak najbardziej materialnie) chciał, że pierwszym "delikwentem", jaki trafił pod jej profesjonalną opiekę, okazał się czarodziej zaangażowany w czarnomagiczne eksperymenty. Jego dusza zaginęła w lustrzanym piekle, wymiarze stworzonym przez niejakiego Kusiciela: a Ida, która niebacznie złożyła żonie zmarłego wieczną przysięgę, stanęła przed niewesołą alternatywą - albo odnajdzie i przeprowadzi zagubioną duszę maga... albo utraci własną, i pogrąży się w niebycie.

Demon luster to opowieść o przygotowaniach do "akcji ratowniczej" dla zagubionej duszy maga Mikołaja. I tutaj pojawia się pierwszy zdecydowany plus dla Autorki: naszej bohaterce nic nie przychodzi łatwo (jak to miewa miejsce w wypadku heroin z kategorii 'Mary Sue'), ale także nie odnosimy wrażenia, że Autorka znęca się niepomiernie nad stworzonymi przez siebie postaciami (kaszl, Małe życie, kaszl). Ot, po prostu: Ida ma przed sobą wyjątkowo trudne oraz potencjalnie niebezpieczne zadanie, więc stara się przygotować do niego możliwie jak najlepiej. Przygotowania te zajmują znaczną część książki, ale bynajmniej się nie dłużą - Autorka wprowadza nowe postacie drugoplanowe (Skittles!) i rzuca nowe światło na skomplikowaną przeszłość bohaterów, których poznaliśmy w Szamance. Sama konfrontacja z Kusicielem zajmuje stosunkowo niewielką (objętościowo) część książki, ale stanowi znakomite zwieńczenie wysiłków bohaterów.

Jestem zagorzałą fanką ilustracji do książek Martyny Raduchowskiej.


Ci zaś (bohaterowie, znaczy) dalecy są od ideału. Niektórzy postępują wybitnie małostkowo i nieprzyjemnie. Nie wszyscy lubią Idę - kolejny ważki argument na korzyść książki: za dużo przyszło mi w życiu przeczytać o pięknych, uzdolnionych bohaterkach, Ulubienicach Wszystkich - i nie wszyscy chcą, aby jej plan się powiódł. Sama Ida również ma wątpliwości co do sensu podejmowanych przez siebie działań - i nie jest przekonana, czy proponowana jej dalsza... ścieżka kariery... to aby najlepszy z możliwych planów działania.

Bardzo pozytywną, orzeźwiającą odmianą był również brak wątku natury romantycznej pomiędzy Idą a Chrup--tfu, Kruchym! Być może ta sytuacja ulegnie zmianie w kolejnych (bo będą, PRAWDA?...) tomach cyklu - ale, po pierwsze: nie jestem pewna, czy bym sobie tego tak do końca życzyła, i po drugie: bardzo przyjemnie obserwuje się ich relację na poziomie czysto przyjacielskim. Ciekawam bardzo, dokąd to wszystko doprowadzi...

I więcej Skittlesa poproszę! Ze Skittlesem utożsamiam się w każdym calu.

Do przeczytania "Demona luster" zachęcam we współpracy z wydawnictwem Uroboros, częścią Grupy Wydawniczej Foksal.

Wednesday, 21 February 2018

Totenwald i dusza ludzka - "Tajemnica Nawiedzonego Lasu" Anny Kańtoch



W peerelowskiej rzeczywiści zaludnionej przez przybyłe nie wiadomo skąd anioły, w tajemniczym Instytucie Totenwald ukrytym w mateczniku Puszczy Białowieskiej, pośród tajemnic i zagrożeń, „[Nina Pankiewicz] zastanowiła się przelotnie, jakim cudem ze zwyczajnej trzynastolatki czytającej książki przygodowe i chodzącej z koleżankami do kina nagle stała się trzynastolatką, (...) która w prezencie dostaje zdjęcia z miejsca zbrodni...”
Okładka zachęca do wkroczenia do Lasu...
Ninę poznaliśmy w powieści Tajemnica Diabelskiego Kręgu: dla przypomnienia, nasza bohaterka dołączyła wówczas do grupy dzieci i młodzieży zebranej przez anioła w dawnym klasztorze w miejscowości Markoty. Na skutek skomplikowanego splotu okoliczności, Nina i jej przyjaciele obdarowani zostali przymiotami zarezerwowanymi dotąd dla dziecka zwanego Wybrańcem: odwagą, bystrością umysłu, zręcznością itp. - a ponadto odkryli u siebie magiczne zdolności. Mimo to nie sposób byłoby nazwać ich pobytu w Markotach przyjemnymi wakacjami: potencjalni Wybrańcy zostali wciągnięci w walkę „aniołów” (cudzysłów jak najbardziej uzasadniony!) z bestią nie z tego świata, i nie wszyscy wyszli z niej bez szwanku.

Ninie udało się wrócić do domu w mniej-więcej nienaruszonym stanie - przynajmniej pod względem fizycznym. Bardzo szybko jednak dociera do niej, że tak zwane zwykłe życie już jej nie wystarcza - i pomimo klasycznych objawów traumy i stresu pourazowego zaczyna nieśmiało tęsknić do przygód i zagadek rodem z jej ukochanych książek. Po kilku miesiącach względnego spokoju coś się w końcu wydarza: Nina trafia w kolejne odosobnione i podejrzane miejsce, w którym oczekuje się wielkich rzeczy od „potencjalnie niezwykłych” dzieci. Mimo podobnego schematu budowy historii, Tajemnica Nawiedzonego Lasu różni się jednak znacząco od pierwszego tomu cyklu autorstwa Anny Kańtoch.

Pierwsza przygoda Niny, miała swoje źródła w mitologii oraz działalności istot nadprzyrodzonych („aniołów”) - druga wynika w dużej mierze z działań podjętych przez ludzi, przy o wiele mniejszym zaangażowaniu pierwiastka nadnaturalnego. Nina dość szybko dochodzi do wniosku, że chętniej stawiłaby czoła kolejnej bestii z zaświatów, niż grupie komunistów - trudno jej się dziwić, ponieważ w porównaniu z „prostolinijnym” potworem ludzie wypadają dość negatywnie. Nie wiadomo, komu można, a komu absolutnie nie powinno się wierzyć: zresztą, Nina oraz jej przyjaciele z Markotów są o wiele sceptyczniej nastawieni do swoich nowych „opiekunów”. Jeżeli przygoda z aniołem i bestią w klasztorze czegoś ich nauczyła, to przede wszystkim tego, że nikomu nie powinno się ufać bezkrytycznie. Nawet, o czym Nina przekonuje się szczególnie boleśnie - samemu sobie.

Ilustracje sugestywnie oddają nastrój obu części przygód Niny.

To wielka sztuka: pokazać wzrost duchowy oraz rozwój emocjonalny bohaterów na przestrzeni krótkiego czasu, i przy użyciu stosunkowo podobnych tropów fabularnych. Autorce Tajemnicy Nawiedzonego Lasu sztuka ta udała się znakomicie. Nina nie straciła zbyt wiele ze swojej bujnej wyobraźni oraz egzaltacji - ale w przypadku tej przygody jest w stanie zrobić dobry użytek z tych cech charakteru, i osiągnąć wyznaczony cel. Nie oznacza to bynajmniej, że dziewczyna nie popełnia przy tym żadnych błędów: owszem, skutki pewnych decyzji podjętych w jak najlepszej wierze pozostaną z nią jeszcze na długo, i na zawsze zmienią jej życie. Swoją drogą, jest to naprawdę znakomity plot twist, otwierający przed bohaterką nowe możliwości rozwoju - a czytelnika wprowadzający w przyjemny nastrój oczekiwania na dalsze przygody Niny i jej przyjaciół.

Podobnie jak po zakończeniu lektury Diabelskiego Kręgu, i tym razem nie jestem w stanie wyobrazić sobie, co jeszcze mogłoby się wydarzyć w tym ponurym świecie rodem z Poego i Jamesa. Jestem pewna, że Autorka po raz kolejny wywróci moje wyobrażenia o Ninie do góry nogami - i wcale nie jest mi z tego powodu przykro!