Showing posts with label luby leniwiec literacki. Show all posts
Showing posts with label luby leniwiec literacki. Show all posts

Monday, 24 February 2020

Życie zabiera się ze sobą w głowie. Sally Rooney: „Normalni ludzie”


Sally Rooney – rocznik 1991 – nazywana jest wschodzącą gwiazdą literatury irlandzkiej; Zadie Smith pisuje o niej opowiadania (patrz: zbiór Grand Union), w których samą siebie określa jako zmęczoną życiem starszą pisarkę, Rooney natomiast - jako powiew świeżości, przynoszący zmęczonej życiem literatce nową dawkę inspiracji i energii.

Zabrzmiało ciekawie. Przynabyłam w ebooku debiut powieściowy autorki – Conversations with Friends – ale zanim zdążyłam się w niego na dobre zagłębić, wpadła mi w ręce druga powieść Rooney: Normalni ludzie, wydana przez W.A.B. Mimo wyżej wzmiankowanej ciekawości, podeszłam do sprawy z rezerwą: książka została scharakteryzowana jako YA znakomicie oddające głos millenialsów, a streszczenie promocyjne sugerowało, że będziemy mieć do czynienia z opowiastką z cyklu: popularny chłopak i bogata dziewczyna zaczynają ze sobą chodzić, i cała szkoła robi sobie z nich pośmiewisko. Nic bardziej mylnego… choć z drugiej strony, wszystko, co napisano w tak zwanym blurbie rzeczywiście się w Normalnych ludziach znalazło.

Tak, Connell i Marianne chodzą do jednej klasy w niedużym miasteczku w zachodniej Irlandii. Tak, ona pochodzi z bogatej rodziny i stanowi obiekt żartów i docinek dla wszystkich rówieśników. Tak, on wywodzi się z niższej strefy klasy średniej, a jego matka sprząta w domu Marianne.

Tak, w klasie maturalnej Connell i Marianne zaczynają ze sobą sypiać, i nikomu o tym nie mówią – ze wstydu.

A potem autorka bierze głęboki wdech, i nurkuje w fabułę, od której czytelnikowi trudno jest się oderwać.
Luby Leniwiec Literacki powraca po dłuższej przerwie.
-

Historia opowiedziana w Normalnych ludziach obejmuje niewiele ponad cztery lata: w okresie od stycznia 2011 do lutego 2015 roku Connell i Marianne zachowują się w pewnym sensie jak elektrony jednego atomu, krążąc na synchronicznych – niekiedy: przecinających się – orbitach wokół Idei Prawdziwego, Normalnego Życia. Z pozoru oboje są do niego świetnie przygotowani – w praktyce jednak żadne z nich nie jest gotowe na konfrontację z życiem poza bezpiecznymi ramami szkoły, miasteczka, i stałej grupy znajomych. Marianne, ofiara przemocy domowej (w wymiarze psychicznym oraz fizycznym), szuka spełnienia w uległości i masochizmie (przecież nie oddajemy się komuś tak naprawdę, jeśli godzimy się tylko na rzeczy przyjemne). Connell, niepotrafiący sobie poradzić z oczekiwaniami, jakie mają wobec niego tak zwani „normalni ludzie” (!), popada w ciężką depresję.

Są więc ze sobą – Marianne i Connell, Connel i Marianne – i nie są, wspierają się i ranią, doskonale wiedząc, jaki kij włożyć w szprychy życia drugiej osoby, żeby zmusić ją do zmiany tempa, do zejścia z ustalonej drogi. Z drugiej strony – są dla siebie niezmiernie ważni; Connell wyznaje jednej ze swoich dziewczyn, że tylko przy Marianne potrafi być naprawdę sobą. …czasem się wydaje, że ich związek został schwytany w skomplikowaną sieć wywiadowczą i że ta sieć jest formą inteligencji, zawiera w sobie ich dwoje i ich wzajemne uczucia. – To znakomity cytat, świetnie pokazujący, czym tak naprawdę jest dla siebie tych dwoje. Connell wie, że to wsparciu Marianne zawdzięcza odwagę w wyborze własnej drogi życiowej i wyjazd na studia do Dublina, i bardzo liczy się z jej zdaniem. (Któregoś wieczoru Marianne powiedziała mu, że jej zdaniem „wyrósł na ludzi”. Dodała, że jest miły i że wszyscy go lubią. Łapał się na tym, że często o tym myśli. Przyjemnie było mieć takie wspomnienie. „Jesteś miły i wszyscy cię lubią”.) Sama Marianne, choć studia, stypendia i przywileje podano jej na tacy, nie czuje się godna jakichkolwiek form miłości i dobroci, bo nigdy ich w pełni nie zaznała: nawet jej matka [w]ierzy, że Marianne brakuje „ciepła”, przez co ma na myśli umiejętność błagania o miłość ludzi, którzy jej nie znoszą. Pomimo dzielących ich różnic, nieporozumień i zaszłości, bohaterowie Rooney wciąż do siebie wracają – i, na jakimś poziomie, żywią do siebie autentyczne uczucie miłości, o której nie potrafią mówić wprost – a nawet jeśli jednemu z nich się to udaje, drugie nie bierze takiego wyznania za dobrą monetę, i nieustannie szuka dziury w całym.

-

Czy świat jest tak potwornym miejscem, że nie da się odróżnić miłości od najpodlejszych, najbardziej upokarzających form przemocy?

Być może.
-

Sally Rooney ma niezwykły dar operowania słowem i tworzenia sugestywnych wizji krajobrazów wewnętrznych i zewnętrznych; zręcznie prowadzi narrację, pozwalając się wypowiadać obojgu swoim bohaterom i budując nastrój kolejnych ich spotkań (oddalonych od poprzednich o minuty, dni, tygodnie lub miesiące) za pomocą prostego, acz niezwykle plastycznego języka; absolutnie zachwycił mnie opis wieczoru w ogrodzie, którego fragment niniejszym przytaczam: Wiśnie wiszą dookoła, połyskując jak niezliczone widmowe planety. Powietrze jest lekkie i wonne, zielone jak chlorofil. (...) Nad nimi niebo jest aksamitnie granatowe. Mrugają gwiazdy, nie dając żadnego światła. Całej tej historii nie sposób jednak nazwać sielankową – język narracji może być jasny i klarowny, bohaterowie jednak nie potrafią się w nim porozumieć, przytłoczeni swoimi doświadczeniami i odgrodzeni od świata kokonem z ludzkich oczekiwań, którym – jak im się zdaje – zmuszeni są sprostać. Korzystają w tym celu z używek, kreacji i sztuczności w przedstawianiu własnej osoby (i osobowości), oraz zachowań ze spektrum sadomasochistycznego, częstokroć czerpiąc z tych ostatnich bardzo bezmyślnie, jeśli nie wręcz: nieświadomie. Nie potrafią zrezygnować z siebie nawzajem – czy może to raczej Connell, z pozoru lepiej przystosowany społecznie do „zwykłego” życia, nie umie odejść od Marianne, jedynej osoby, przy której czuje się stuprocentowo SOBĄ. Czy kiedykolwiek to, co czuje do niej, będzie przypominało jego uczucia wobec innych? Część tych emocji stanowiła jednak świadomość straszliwej władzy, jaką nad nią miał i wciąż ma, i nie przewidywał, żeby kiedykolwiek miał ją stracić. Ciężko się odstępuje od osoby, która całkowicie się nam oddała: a przynajmniej tak to sobie wyobrażam.

-

Pod koniec książki pada zdanie (wygłoszone przy okazji rozważań na temat depresji oraz walki z tą chorobą), które zaliczam do najlepszych fragmentów przeczytanych przeze mnie w ostatnich miesiącach: Życie to jest coś, co zabiera się ze sobą we własnej głowie. Connell i Marianne zabierają SIEBIE NAWZAJEM wszędzie tam, dokąd się udają. Ich związek przechodzi przez najdziwniejsze fazy i formy, a koniec książki wcale nie oznacza końca ich pogoni za idealną relacją, pełną miłości, namiętności, i autentycznego zrozumienia. Sally Rooney znakomicie oddaje skomplikowaną naturę ich związku, ani przez chwilę nie pretendując przy tym do miana wszechwiedzącego narratora – przeciwnie, to czytelnik trzyma w dłoniach wszystkie nitki, po których może próbować dążyć do przysłowiowego kłębka. Po pierwszym przeczytaniu Normalnych ludzi jestem jeszcze daleka od rozwiązania zagadki uczuć łączących jej bohaterów – odkładam jednak tę książkę bez rozczarowania, lecz z obietnicą, że jeszcze do niej wrócę, żeby ponownie poobcować z (zaiste, nowatorskim i świeżym) pisarstwem Rooney.

Czego i Wam, P.T. Czytelnicy, serdecznie życzę.


Sally Rooney, Normalni ludzie
Wydawnictwo W.A.B.
premiera: 26 lutego 2020

Dziękuję Wydawnictwu za umożliwienie mi poznania tej książki.

Podczas lektury oraz pisania recenzji towarzyszyły mi: muzyka Tori Amos, dźwięk padającego deszczu, artykuły internetowe pisane z okazji dnia walki z depresją, mleczny Oolong, oraz kawa zbożowa o smaku malinowym.

Wednesday, 18 September 2019

Świat za widnokręgiem. Jakub Małecki - HORYZONT


-Słuchaj, a co do tej twojej książki... (...) ciekawi mnie, dlaczego dałeś bohaterowi swoje nazwisko. Myślisz, że to dobry pomysł?
Wzrusza ramionami i spogląda przed siebie.
-A jakie nazwisko miałem dać komuś, kto jest prawie w stu procentach mną?
-Ale imię dałeś inne.
-No bo nie jest mną w stu procentach.


Pytanie pierwsze: czy w takim razie można przypuszczać, że Mariusz Małecki, bohater Horyzontu, to „prawie w stu procentach” alter ego Jakuba Małeckiego? Odpowiedź Autora, udzielona przy okazji niedawnego spotkania autorskiego, brzmi – nie.

Pytanie drugie: czy wobec tego Mariusz Małecki i Zuza Krawczyk to „w wielu procentach” odbicia tego, co dzieje się w głowach czytelników próbujących „zrobić sens” ze swojego życia, wraz z jego mniej lub bardziej utajonymi traumami? Moja osobista odpowiedź brzmi: zdecydowanie tak.

Bohaterowie Horyzontu – były uczestnik misji w Afganistanie i autorka dialogów do gier komputerowych – spotykają się przy pralce w części wspólnej mieszkania w warszawskim Mordorze, i nawiązują znajomość dzięki współdzielonemu zamiłowaniu do bułgarskiego rapu. On powinien pisać wspomnienia z misji na zamówienie popularnego wydawnictwa, ale w praktyce większość energii życiowej zużywa na nierówną walkę z PTSD w rzeczywistości kompletnie nie przystającej do jego doświadczeń. Ona powinna skupić się na pracy oraz opiece nad zniedołężniałą babcią: zamiast tego pochłania ją jednak grzebanie w przeszłości własnej rodziny, i wydobywanie na światło dzienne starannie ukrywanych tajemnic. Oboje dotrą do granicy, i zredefiniują swoje – nomen omen – życiowe horyzonty. Każdemu z nich coś się uda, i każde z nich w pewnym sensie przeżyje porażkę.

Nowa powieść Jakuba Małeckiego jest układanką (w tym miejscu brawa i ukłony dla autora opracowania graficznego!), z chaosu której wyłaniają się dwie bardzo sugestywnie opowiedziane historie. O ile jednak z opowieścią Zuzy (ukrywanymi przez lata historiami rodzinnymi, wychodzącymi na światło dzienne na skutek pomyłki umysłu w schyłku życia) wiele osób może się z łatwością utożsamić, o tyle historia Mańka – codzienność sapera w rzeczywistości ogarniętego wojną Afganistanu – leży pozornie o wiele dalej od doświadczeń życiowych przeciętnego Polaka. Ile właściwie wiemy na temat misji – oraz życia po misjach, z którym muszą sobie poradzić odesłani do Polski żołnierze? Jak się okazuje, bardzo niewiele. Chwała zatem Autorowi za Jego staranne przygotowanie do tematu (pracę nad książką poprzedziły rozmowy z byłymi uczestnikami polskich misji wojskowych), i opowiedzenie o traumie oraz „psychicznej rehabilitacji” weterana w sugestywnie obrazowy, dający do myślenia sposób. Dużo się ostatnio mówi o triggerowaniu reakcji nerwowych u ludzi, szczególnie w kontekście młodych osób: o wiele rzadziej natomiast pojawia się przy tej okazji temat syndromu stresu pourazowego, oraz braku profesjonalej pomocy psychologicznej dla osób, które doświadczyły życia w strefie wojny. Rozmówcy Jakuba Małeckiego podkreślali, że w sytuacji „frontowej” kształtuje się w człowieku zupełnie nowy standard normalności – ale o ile przyszli członkowie misji wojskowych są zawczasu przygotowywani do życia „na froncie”, o tyle odwrotny proces (wyłączanie wyuczonych reakcji na sytuacje potencjalnie niebezpieczne na wojnie, ale zupełnie normalne w czasie pokoju) już nie zachodzi. W konsekwencji weterani misji w Iraku lub Afganistanie zmuszeni są samodzielnie przepracowywać traumy i przestawiać się na „tryb pokojowy” – co nie zawsze kończy się sukcesem i fajerwerkami, vide – historia Mańka.

Zuza przechodzi podobną drogę: od stanu, który postrzegała jako normalny, do świadomości nowej rzeczywistości, z którą musi sobie sama poradzić; nikt w jej otoczeniu nie jest w stanie spojrzeć jej w oczy i powiedzieć: hej, wiem, że to bez sensu, ale rozumiem przez co przechodzisz, i obiecuję, że bedzie dobrze. Będzie, albo nie będzie, to wszystko zależy w ogromnej mierze od samej Zuzy. Pewnych rzeczy nie da się ani „odzobaczyć”, ani „odwiedzieć”; o ile jednak życie w sztucznym świecie bez wschodów i zachodów słońca może być na dłuższą metę nużące i przytłaczające, o tyle niczym nie ograniczony widok na horyzont (see what I did there?) również niesie ze sobą potencjalne ryzyko przytłoczenia wiedzą i świadomością.

Czy lepiej jest zatem przymykać oczy, przeskakiwać przez płot, odwracać głowę i udawać, że wszystko jest w porządku? Czy może bardziej przysłuży się nam stanięcie twarzą w twarz z naszymi lękami, i powiedzenie im: wiem, że tam jesteście, widzę was i boję się – ale to nie znaczy, że przestaję walczyć?

Myślę, że wiem, jak chciałabym odpowiedzieć na to pytanie. A Wam, P.T. Czytelnicy, polecam lekturę Horyzontu (niekoniecznie przy akompaniamencie bułgarskiego rapu, kadencja pisania Jakuba Małeckiego jest sama w sobie bardzo muzyczna) w ramach inspiracji do poszukiwania własnej odpowiedzi.

Kolejny Luby Leniwiec Literacki przyznany! Dawno go nie było, a tu taka sytuacja...


Jakub Małecki – „Horyzont”
Wydawnictwo SQN
Premiera: 18 września 2019

(Ten post sponsorowany jest wyłącznie przez moje zachłyśnięcie się dobrą książką.)

Sunday, 16 December 2018

156/156. Jakub Małecki: "Nikt nie idzie"

Prawdopodobnie najważniejsza książka, jaką przeczytałam w tym roku.

Kupiłam ją zaraz po premierze, na początku listopada - a przeczytałam niespełna miesiąc później, jako sto pięćdziesiątą szóstą pozycję w roku dwa tysiące osiemnastym. Z perspektywy kilku tygodni, jakie dzielą mnie od zakończenia lektury, mogę powiedzieć, że moje spotkanie z Nikt nie idzie przypadło na końcówkę dwumiesięcznego okresu ciężkiej depresji, apatii i ogólnej degrengolady emocjonalnej, przeplatanej atakami paniki, chroniczną bezsennością, i spowodowaną wyczerpaniem histerią.

Najwyraźniej potrzebowałam tej niespecjalnie wesołej opowieści o stracie, skomplikowanych relacjach rodzinnych, ciastach pieczonych jako odmiana po karierze w korporacji oraz japońskiej poezji (choć nigdy nie należałam do miłośników haiku), żeby pozbierać się do przysłowiowej kupy. Drogi Autorze - dziękuję.

Przełom nastąpił we mnie dzięki jednemu cytatowi: zamieszczam go tutaj, na wypadek, gdyby okazał się potrzebny i Wam.

Czasami podczas podróży ogarniało ją zdziwienie, że tak bardzo potrafi skupić się na drobnym wycinku świata, ignorując całą olbrzymią resztę. Szef, chamski komentarz na Fejsie, krzywe spojrzenie sąsiadki. Nieporozumienie z koleżanką i korek na Marszałkowskiej. Siedziała przy plastikowym stoliku w gruzińskiej knajpie albo na ławce przed Błękitnym Meczetem i patrzyła na ludzi, dla których jej szef, jej profil fejsbukowy i jej sąsiadka nie istniały, bo cała Warszawa, cała Polska była dla nich tylko jednym z kolejnych przystanków na mapie jednej z kolejnych podróży.

Wracała z poczuciem, jakby po bokach i z tyłu głowy wykształciły jej się dodatkowe oczy, a potem wizja powoli z powrotem się zawężała. Inne miejsca i światy oddalały się coraz bardziej, aż do kolejnego urlopu i kolejnego olśnienia w terminalu lotniska Okęcie.

Wednesday, 20 June 2018

78/104. Martyna Raduchowska: "Czarne światła. Łzy Mai"

Jest to, proszę Państwa, książka niebiorąca jeńców, i skłaniająca czytelników do podejmowania strajku okupacyjnego pod drzwiami Autorki w oczekiwaniu na tom drugi. Wznowienie pierwszego, jakie na się niebawem ukazać, daje nadzieję na rychłą kontynuację. AT LEAST I HOPE SO.

O co chodzi? Chodzi o świat z przyszłości nie tak znów odległej, o rozwój sztucznej inteligencji oraz o cyborgizację/augmentację "żywych" ludzi. Chodzi również o bardzo dobrze przygotowane podłoże naukowe, o dylematy moralne związane z istnieniem androidów i cyborgów - i o pytanie o granicę między człowiekiem i maszyną, nie mówiąc już o cechach różnicujących obie te grupy. Do tego dołóżmy jeszcze odpowiednio pokomplikowaną intrygę kryminalną, zdrową dozę psychoanalizy, i bum: oto najlepsza książka Martyny Raduchowskiej, jaką miałam okazję czytać. A przypominam, że cyklem o Szamance też się ekscytowałam.

Bardzo pięknie, Pani Martyno. Poprosimy o więcej...

Wednesday, 9 May 2018

62/104. Rachel Joyce: "The Unlikely Pilgrimage of Harold Fry"

Harold Fry od pół roku wiedzie spokojny, monotonny żywot emeryta, prawie nie ruszając się z krzesła na werandzie. Jego żona obsesyjnie sprząta dom, szykując się na powrót syna (co prawda nie wiadomo, kiedy on nastąpi, ale na pewno już niedługo), a sąsiad zza płotu wykorzystuje każdą okazję, aby opowiadać Haroldowi o swojej niedawno zmarłej małżonce. Każdy dzień jest łudząco podobny do poprzedniego.

A potem Howard dostaje list, wysłany z drugiego końca Anglii. Nadawcą jest kobieta, którą przed dwudziestu laty (jak sam mówi) zawiódł, obecnie: pacjentka hospicjum, w zaawansowanym stadium raka. Howard próbuje znaleźć odpowiednie słowa, aby odpisać na tę przejmującą wiadomość, ale koniec końców nie jest zadowolony z formy, jaką przybrała jego odpowiedź. Zamiast wrzucić swój list do skrzynki na rogu ulicy, idzie więc dalej, na kolejną pocztę – i kolejną – i jeszcze następną – aż wreszcie, zainspirowany opowieścią przygodnie spotkanej osoby, postanawia przejść dobrze ponad sześćset mil spod własnych drzwi do hospicjum,w którym przebywa jego znajoma.

I robi to: bez telefonu, bez ubrania na zmianę, bez odpowiednich butów czy plecaka. Po drodze spotyka ludzi, którym pomaga, i takich, którzy jemu pomagają; powraca we wspomnieniach do czasów swojej znajomości z kobietą, do której wędruje, oraz odbywa wewnętrzną wędrówkę po historii swojej rodziny. Przy okazji zabiera czytelnika ze sobą, a stosunkowo prosta opowieść o starszym mężczyźnie na drodze okazuje się wspaniałą, wzruszającą podróżą do źródeł człowieczeństwa.

The Unlikely Pilgrimage of Harold Fry Rachel Joyce (wydana po polsku kilka lat temu, ale przebaczcie: nie pamiętam w tej chwili polskiego tytułu) została mi polecona przez znajomą z pracy, znającą moje preferencje czytelnicze: rozpoczynając lekturę nie miałam jednak pojęcia, że tak bardzo mnie ona wzruszy i poruszy. Sama historia jest naprawdę prosta – Howard sam zresztą „upraszcza” swoją wędrówkę w nietypowy sposób, stając się inspiracją dla ludzi, których spotyka na swej drodze. 
A także, przy okazji – dla czytelników. Przynajmniej dla niżej podpisanej czytelniczki.

Nie będę Wam psuć zabawy z poznawania historii Howarda, jego relacji z żoną, synem, oraz nadawcą (nadawczynią?) listu: powiem tylko, że pomimo nieskomplikowania fabuły bynajmniej nie jest to ksiązka banalna. I że cieszę się z jej przeczytania do tego stopnia, że przyznaję powieści pani Joyce Lubego Leniwca Literackiego. O!

Saturday, 31 March 2018

38/52. Jakub Żulczyk - "Ślepnąc od świateł"

Nie ze wszystkimi książkami pana Jakuba jest mi po drodze. Nie udało mi się skończyć ani Wzgórza psów, ani Zrób mi jakąś krzywdę, choć bardzo się starałam. Jestem natomiast fanką Instytutu, Radia Armageddon oraz dylogii o Zmorojewie (to jest ten rodzaj literatury YA, który mogłabym wchłaniać przez skórę).

Z powyższej wyliczanki wynika, że Ślepnąc od świateł było jedynym tytułem autorstwa Jakuba Żulczyka, jaki pozostał tej wiosny na mojej liście do przeczytania. Pochłonęłam całość w pewną marcową niedzielę, złożona ostrym przeziębieniem - i przyznaję jej (tej całości) Lubego Leniwca, ponieważ zawłaszczyła mną całkowicie, pozwoliła zapomnieć o wściekłym bólu w rejonie migdałków, oraz o mojej chronicznej niechęci do leżenia w łóżku. (Z gorączką. Bo bez gorączki to nawet lubię.)

Swego czasu pisano o Ślepnąc... wszędzie, więc spróbuję się nie powtarzać: fabułę książki stanowi opowieść o tygodniu z życia człowieka, który miał być artystą-malarzem, a został artystą-dilerem kokainy. Nasz bohater zaczyna jako doskonale ustawiony, finansowo zabezpieczony profesjonalista w swojej branży, szykujący się do rozpoczęcia długo wyczekiwanych wakacji w Argentynie. Po wypełnionym szeregiem niespodzianek o różnym faktorze (nie)przyjemności, skończy w zupełnie innym miejscu - tak materialnie, jak duchowo. Nie podejmuję się oceniać, ile prawdy leży w opisach jego perypetii, czy chociażby działań i motywacji klientów bohatera ("donośnie" przyjmowałam w życiu jedynie aerozole na katar, oraz tabakę - dawno, dawno temu, w okresie licealnych poszukiwań): z punktu widzenia osoby nie znającej się na temacie istotniejszy był dla mnie sprawny warsztat Autora, wartka akcja i nasuwające się przy okazji lektury interesujące refleksje na temat natury ludzkiej. Polecam zatem zwrócenie się ku tej pozycji autorstwa Jakuba Żulczyka - szczególnie jeśli, jak ja, jesteście rozczarowani Wzgórzem psów. I nie, nie musicie czekać z lekturą do najbliższego napadu anginy...

Sunday, 11 February 2018

20/52. Jarosław Kamiński - "Tylko Lola"

Klasyczny przykład tego, jak nieumiejętnie "targetowali" mnie znajomi, którzy polecali mi tę książkę.

Zapewne wzięłabym się za nią o wiele wcześniej, gdybym - zamiast "o, to jest dobra książka!" - usłyszała w pierwszej kolejności: Lenka, to jest powieść o różnych wymiarach miłości na tle historycznym, z nielinearną narracją, której bohaterką jest nieheteroseksualna Żydówka.

Biorąc pod uwagę przekrój moich zainteresowań, potraktowałabym to jako idealny hattrick, i nie zwlekała z zapoznaniem się z "Lolą". A mimo tego - czuję, że moje z nią spotkanie przypadło w bardzo dobrym momencie: wtedy mianowicie, gdy zaczęłam się zastanawiać nad cyklicznością polskiej historii.

Za moment dosłownie minie pół wieku od Marca '68. I chyba niczego się przez te wszystkie lata nie nauczyliśmy. Siedzi w nas ta sama złośliwość, nieufność wobec Obcego i kiepsko skrywana ksenofobia, która wywróciła do góry nogami życie bohaterek "Loli". (Wybaczcie, jeśli w tej chwili dość mocno "jadę bo bandzie", ale ta tematyka dotyczy mnie osobiście, choć w dość ograniczonym zakresie, i trudno mi powstrzymać emocje.) Powieściowy pamiętnik dwóch związanych z Lolą kobiet rzucił mnie na łopatki, i byłby właściwie doskonały - gdyby nie cokolwiek żenujące opisy kobiecej anatomii intymnej. To już jednak wina naszego ubogiego języka, a nie umiejętności Autora (swoją drogą, broszka? No, ja przepraszam...).

Krótko i zwięźle: dołączam niniejszym do fanów "Loli", zaczynam szukać "Rozwiązłej" tegoż autora, i przyznaję drugiego w tym roku Lubego Leniwca Literackiego.

Dobrej niedzieli! Co się u Was czyta?

Thursday, 25 January 2018

11-12/52. Rebecca Solnit, "Men Explain Things to Me" - Olga Gitkiewicz, "Nie hańbi"

Bardzo lubię czytać dobre książki. Taki truizm na dzień dobry.

Dwie takie właśnie połknęłam - szczupłe rozmiarowo, ale naładowane treścią. O esejach Rebekki Solnit od jakiegoś czasu mówiło się "w moim fyrtlu" - spodziewałam się radykalizującego feminizmu, dostałam rzeczowe, podparte dogłębnymi badaniami źródeł teksty o socjologicznym postrzeganiu płci, o tym, dlaczego małżeństwa jednopłciowe naprawdę stanowią zagrożenie dla tradycyjnego modelu "rodziny", o wymazywaniu kobiet z historii, o przemocy w rozlicznych wymiarach i formach - wreszcie o niczym nie uzasadnionej wyższości intelektualnej, jaką [niektórzy] mężczyźni (niesłusznie) odczuwają wobec kobiet. Czytałam z otwartą paszczą, i natychmiast postanowiłam przyznać "Mężczyznom..." pierwszego w tym roku (oraz pierwszego ever) Lubego Leniwca Literackiego.


Leniwiec wziął się z tego, że niektórzy moi przyjaciele zwracają się do mnie per "Leniu", co jest stosunkowo urocze oraz bezbłędnie oddaje moją postawę życiową. W przyznawaniu Leniwców (dla książek, filmów, seriali itepe, które pomogą mi skutecznie oderwać się od codziennych obowiązków i odczuć bezbrzeżną satysfakcję z kulturalnego dolce far niente) będzie mi pomagał wiecznie zrelaksowany zaparzacz Mr. Tea. Pod koniec roku mam nadzieję wyłonić Króla Leniwców, bliskiego krewnego Juliana. Stej tjund.

Wracając do ad remu, jak mawiają pewne osobniki - o wydanej przez Dowody na Istnienie książce "Nie hańbi" słyszałam niejasno stąd i zowąd, ale dopiero kolega z pracy (pokłony, pokłony!) uświadomił mi, że znaczną część tej przekrojowej opowieści o rozlicznych aspektach pracy (jej braku, jej formy, jej częstej bezsensowności) stanowi historia Żyrardowa. Książek o moim mieście nigdy nie mam dosyć (chyba że mówimy o tej, która leży na moim biurku w postaci stosu notatek i materiałów źródłowych...), rzuciłam się więc na reportaże Olgi Gitkiewicz jak mój kot na surową wołowinę. I nie zawiodłam się: oto zbiór rzetelnie przygotowanych opowieści o tym, co dzieje się z człowiekiem chcącym pracować LEGALNIE i ETYCZNIE (choć to akurat słowo chyba nigdzie w książce nie pada), za godziwe wynagrodzenie i w ludzkich warunkach. I o tym, dlaczego nie odeszliśmy zbyt daleko od lat 20. czy 30.-tych ubiegłego stulecia. Niestety.

Polecam Państwu obie wyżej wymienione pozycje - zajęły mi dwa dni, i zostawiły po sobie jak najlepsze wrażenia. Znajomym, którzy utwierdzili mnie w przekonaniu, że warto po nie sięgnąć - niniejszym serdecznie dziękuję.

Dobrego, zaczytanego weekendu! Co planujecie? Ja rzucam się na kolejny zbiór opowiadań wybranych przez Zadie Smith...