Showing posts with label o tym i o owym. Show all posts
Showing posts with label o tym i o owym. Show all posts

Friday, 7 August 2020

Książki w czasach zarazy, albo: co ja czytam?!

 Należę do ludzi, dla których nie będzie powrotu do normalności. Moje korpo przeszło w permanentny tryb pracy zdalnej, i oto jestem tu, gdzie jestem: przy blacie (bo nawet nie przy biurku) w moim mieszkaniu na strychu, schładzając się klimą założoną przezornie już w ubiegłym roku, mając przed oczyma kojący chaos pocztówek w stylu art deco, a obok siebie: stos książek...

...do których nie mam czasu zajrzeć, albowiem praca zdalna oznacza dla mnie zamianę półtoragodzinnych dojazdów (tam i z powrotem) pociągiem – na dłuższe ślęczenie przed monitorem. I nie, nie należę do osób, które mogą sobie „w międzyczasie” poczytać, pomiąchać zwierza domowego, zrobić porządki i tym podobne. Ciągle coś się dzieje – co ma swoje dobre i złe strony.

Czasami jednak zdarza mi się coś przeczytać, i ucieszyć tąż lekturą: w efekcie czego powstało niniejsze zestawienie, moje „Top 13 (bo więcej nie udało mi się wybrać) książek na (pierwsze) 5 miesięcy pracy z domu”.

Uwaga pierwsza: część pozycji zobaczycie na zdjęciu poniżej – to te, które zalegały na półce „do przeczytania”, lub zostały nabyte podczas kwarantanny – części nie: to ebooki (z okazji niekupowania biletu miesięcznego zainwestowałam w Kindle’a, żegnając się z Pocketbookiem noszącym dumnie dziurę w ekranie), książki biblioteczne oraz „pożyczki” od znajomych.

Uwaga druga: z zestawienia wyłączone są książki, o których już kiedyś pisałam, przy okazji recenzji tudzież wylewania własnych frustracji.

Uwaga trzecia: spora część książek widocznych na zdjęciu nie trafiła do zestawienia. O czym to świadczy? Pozwolę P.T. Czytelnikom wyciągnąć własne wnioski...

I wreszcie, uwaga czwarta: nie spodziewajcie się, proszę, streszczeń fabuły. O większości z tych książek już słyszeliście. Ten wpis to wyjaśnienie, czemu właśnie te pozycje dały mi w ostatnim czasie do myślenia.


A teraz: lecimy.

 

13. Suzanne Collins, The Hunger Games Trilogy

...i już na wstępie, oszukuję: oto trzy książki potraktowane zbiorczo, ponieważ „wchłonęły się” jednym ciągiem. Filmy znałam – któryś chyba nawet widziałam w kinie – do pierwowzorów literackich natomiast podeszłam po raz pierwszy, i wydały mi się o wiele bardziej brutalne, niż ekranizacje: w których przecież nie stroniono od pokazywania przemocy oraz tortur fizycznych i psychicznych. Przy tym – miałam mocne skojarzenia z fanfikowym stylem narracji, skupionym na narratorce i ledwie „prześlizgującym się” po perypetiach pozostałych bohaterów. Teraz przede mną lektura prequelu: zobaczymy, w którą stronę powędruje jakość. (Za to fanfiki są świetne. Polecam się z rekomendacjami.)

12. Trixie & Katya’s Guide to Modern Womanhood

Poradnik dla młodych panien autorstwa dwóch wybitnie popularnych drag queen, z których żadna nie traktuje siebie poważnie – brzmi dobrze, wygląda fenomenalnie (zdjęcia!!), a czyta się jeszcze lepiej. Premierę zapowiadano na luty, potem przesunięto ją na lipiec, ale zdecydowanie warto było poczekać tych kilka dodatkowych miesięcy: chociażby po to, żeby się zdrowo pośmiać, i powzdychać na temat własnej nieudolności w wykonywaniu makijażu...

Najpiękniejsze wizualne przedstawienie (dowolnego) związku międzyludzkiego, jakie ostatnio widziałam.

11. Karina Bonowicz, Księżyc jest pierwszym umarłym

Czytadło z kategorii YA; historia osadzona w miasteczku przypominającym trochę Greendale, a trochę Hemlock Grove. Grupa nastolatków - wiedźma, wilkołak, strzygoń, nocnica; wiecie, typowa klika licealna - poszukuje tajemniczego naczynia, dzięki któremu będzie można albo zakląć i obezwładnić diabła, albo… wprost przeciwnie. Dość schematyczne, acz przyjemne czytadełko, z mocnym klifozwisem (właśnie wymyśliłam to określenie, może być?) na koniec - kolejny tom jest już dostępny, pewnie i za nim się rozejrzę w ramach wakacyjnego odmóżdżania.

10. Aoko Matsuda, Układ(a)ne

Prawdopodobnie najbardziej mi odpowiadająca książka z wydawnictwa Tajfuny (tak, czytałam Ulubione równanie profesora, i nie, nie wbiło mnie w podłogę): zbiór opowiadań o kobietach niebanalnych, nie wpisujących się w schematy społeczne, i nie dających sobie dmuchać w przysłowiową kaszę. A wszystko to świetnie przetłumaczone, do tego stopnia, że pożądam oryginału jak kania dżdżu.

9. Paweł P. Reszka, Płuczki

Ja wiem, że ludzie to okrutne stworzenia (generalizuję, wiem, ale - popatrzcie tylko na ten gatunek…): ale czasami dostaję w twarz kolejnym dowodem na ich dziką bezwzględność oraz perfekcyjnie dopracowaną umiejętność relatywizowania każdego wyboru moralnego (przecież to nie był cmentarz, tylko śmietnisko - parafrazując - z ludzkimi kośćmi, to czemu mieliśmy tam nie kopać?), i mdli mnie przepotwornie. Mimo wszystko, polecam.

8. Esther Newton, Margaret Mead Made Me Gay

Przykład książki wyleżanej - wyciągnęłam ją z drzewa bibliotecznego na pewnym mokotowskim skwerze jakieś dwa, może nawet trzy lata temu, czyli w czasach, kiedy moje zainteresowanie tematem dragu i campu ograniczało się (ha!) do Takarazuki i Dziewczyny żołnierza (który to film zawsze i każdemu polecam). Eseje Esther Newton, osoby queer o mocno męskim wyglądzie, dotyczą dokładnie tej tematyki, i stały się dla mnie źródłem wielu cennych informacji na temat praktyki i teorii budowania własnej tożsamości płciowej i społecznej. Polecam zatem lekturę Esther Newton jako wstęp do, powiedzmy, Judith Butler.

7. David Rieff, Swimming in the Sea of Death

Krótko i węzłowato: to jest opowieść syna, który obserwuje umieranie swojej matki - Susan Sontag -  kobiety, której ciało bezwzględnie odmawia posłuszeństwa, a duch wciąż rwie się do życia. To zapis żałoby przeżywanej zawczasu, przez zaciśnięte zęby, kiedy powtarza się frazesy o rychłym wyzdrowieniu, i o wszystkim, które na pewno będzie dobre. Trudne do przeczytania, ale bardzo potrzebne.

6. Anna Kamińska, Białowieża szeptem

Opowieść o mieście, którą czytałam podczas wyjazdu do tego miasta. Dzięki temu mogłam na bieżąco weryfikować pewne fakty, prowadzić współtowarzyszy podróży do miejsc, których inaczej byśmy nie odwiedzili, i umiejscawiać fragmenty dwuwymiarowej opowieści w trójwymiarowej przestrzeni. Będę powtarzać to doświadczenie z innymi książkami, w innych miejscach. Oby tylko można było swobodnie podróżować...

5. Naomi Alderman, The Liars’ Gospel

Historia proroka z Nazaretu opowiedziana z perspektywy Miriam, żony Józefa, Jehudy z Kariotu, Kajfasza oraz Bar Rabana. Nie spotkałam jeszcze książki Naomi Alderman, której bym nie polubiła - Ewangelia kłamców trzyma poziom Siły oraz Disobedience. Polecam, zarówno fanom tej pisarki, jak i tym, którzy jeszcze nie mieli z nią przyjemności.

4. Ursula K. LeGuin, Lewa ręka ciemności

Czy ja w ogóle muszę to tłumaczyć? To absolutna klasyka SF, a jednocześnie - nadal niesamowicie nowatorskie ujęcie tematu płci (biologicznej i społecznej) i tożsamości jednostki. Wstyd mi, że tak późno się za nią zabrałam - ale być może musiałam doczekać właśnie do tego  momentu w historii - mojej prywatnej, oraz publicznej.

3. Karel Capek, Fabryka absolutu

Dwudziestolecie międzywojenne. W piwnicy pewnej fabryki w Czechach pracuje silnik idealny, produkujący ogromne ilości energii z minimalnych ilości surowców. Problem w tym, że oprócz energii silnik ów wytwarza również… absolut. Ideę boskości, zarażającą sobą każdego, kto znajdzie się w bliskim sąsiedztwie maszyny. Pewien przedsiębiorca wyczuwa szansę na wzbogacenie się, i rozpoczyna masową produkcję silników wszelkiego typu i rozmiaru, co prowadzi do rozsiewania absolutu na coraz większym obszarze. I jeśli wydaje Wam się, że wielkoduszność, miłość bliźniego i bezinteresowność powinny prowadzić do powszechnego dobra, to… powinniście przeczytać tę książkę, wyprzedzającą swój czas o dobrych kilkadziesiąt lat.

2. Dominika Słowik, Zimowla

To jest, proszę szanpaństwa, wysoce niesprawiedliwe, że osoby tak młode jak Dominika Słowik potrafią popełnić tak piękną literaturę, magicznie realną i realnie magiczną. Niniejszym polecam Wam serdecznie moją ulubioną spośród ostatnio nagrodzonych (czymkolwiek) polskich książek. A o fabule nie będzie mowy, żeby nie zepsuć Wam przyjemności z odkrywania jej.

1. Rebecca Makkai, The Great Believers

Nie pamiętam, kiedy ostatnio tak bardzo się spłakałam nad książką - a było to jeszcze zanim policja w tym kraju zaczęła wyciągać z tłumu spokojnie protestujące osoby nieheteronormatywne, i powielać historię chicagowskiej społeczności queer sprzed ponad trzydziestu lat. Wychodzi na to, że w gruncie rzeczy nic się nie zmieniło: lubujemy się w wyszukiwaniu sobie wrogów, w spychaniu tych, którzy są inni, na margines, i bagatelizowaniu ich znaczenia. Boimy się tego, czego nie znamy - ale zamiast próbować poszerzać własne horyzonty, budujemy granice, i szufladkujemy ludzi.


Na szczęście książki nie dają się zamknąć ani uciszyć - dopóki nikt ich nie pali. Czytajmy zatem, póki możemy. I pamiętajmy, że to różnorodność jest kluczem do przetrwania.

Be brave, be bold, be beautiful - be YOU.

Monday, 27 May 2019

Karma wraca – nakarm (ego) pisarza! Refleksje po WTK '2019.


Powróciłam z Warszawskich Targów Książki: wymięta i wymęczona psychicznie oraz wyzuta z wszelkich pilnie uciułanych zaskórniaków, ale za to naładowana po uszy pozytywną energią i chęcią do działania. I czytania – co tym ważniejsze, że ostatnio wszystko mi jakoś siadło, i jedynie rozgrzebywałam kolejne książki, nie doprowadzając lektury do szczęśliwego końca.

Odczuwam niejaką dumę z faktu, iż udało mi się utrzymać w ryzach nieposkromioną żądzę posiadania wszystkiego, co papierowe i zadrukowane, wskutek czego wróciłam do domu prawie wyłącznie z tym, co planowałam kupić. Wyjątki od reguły objęły:

      1)      Nową Rebekę Solnit, bo czemu nie,
      2)      Piątą porę roku, ponieważ panowie z SQN-u są szczwani jak lisy, i produkują bardzo fascynujące promocje,
      3)      Dwie książki dla dzieci, albowiem posiada się dzieci w rodzinie, i czasami warto o tym pamiętać, szczególnie na Targach,
      4)      Grafiki od Kottera i Jarońskiego, w celu upiększenia przestrzeni życiowej własnej oraz wsparcia działalności artystycznej Twórców.

Nie będę się tu jednak chwalić zakupami – spróbuję zastosować na sobie technikę motywacyjną pt. „najpierw PRZECZYTAJ, potem napisz” – zamiast tego chciałabym się z Wami podzielić przemyśleniami, które spływały na mnie obficie podczas wystawania w kolejkach po podpisy UA (Ulubionych Autorów): oraz w chwilach szczęśliwego dotarcia do tychże kolejek czoła (czół?).

Chodzi, mianowicie, o odpowiedź na pytanie: czy w ogóle warto w takich kolejkach stać, i zawracać Autorom gitarę – dla tych kilku chwil w Ich towarzystwie, i paru linijek dodatkowego tekstu w przytarganych książkach?

Hipoteza robocza brzmi: warto, a być może nawet: trzeba. Spróbujmy to teraz sensownie uzasadnić.

Dowodów na męczenie UA część pierwsza
Fanfiki, czyli instant gratification

Wtręt osobisty: po kilku publikacjach w czasopismach różnej maści, oraz narozpoczynaniu i porzuceniu przeróżnych projektów literackich, ostatnimi laty koncentruję się głównie na pisaniu fanfików, gdyż: po angielsku jakoś mi łatwiej; lubię ten rodzaj ograniczeń, jaki stawia praca z bohaterami których ktoś już kiedyś wymyślił*; a także – co odgrywa tutaj niebagatelną rolę – pasjami przepadam za otrzymywaniem natychmiastowego odzewu od czytelników, i śledzeniem rosnących z dnia na dzień (w sytuacjach ekstremalnych** - z godziny na godzinę) statystyk czytania moich tekstów. Codzienne puka do mnie mail z serwisu, w którym publikuję, i obwieszcza: „Hej, ktoś polubił jeden z twoich tekstów/chyba spędził pół nocy na lekturze, bo polubił wszystkie dwadzieścia opowiadań w tej czy innej kategorii!” Nazywa się to błyskawiczną gratyfikacją (nieładne zapożyczenie) – i dla mnie osobiście jest to znakomity sposób monitorowania tego, jak moją skrobaninę odbierają czytelnicy. Wrzucam tekst do sieci – mija czasu mało-wiele – dowiaduję się, czy tekst się komuś spodobał, i dlaczego – odpowiadam na komentarze – jestem podbudowana, i idę spać, a następnego dnia wstaję z nową energią i motywacją do pisania. Kółko się zamyka, i wszyscy są zadowoleni.

Wtręt targowy, powiązany z osobistym: w sobotę poszłam posłuchać dyskusji z Autorami nominowanymi w tym roku do nagrody Zajdla. Jedno z pierwszych pytań zadanych przez moderatorkę brzmiało: Jak otrzymanie nominacji do Zajdla wpłynęło na Wasze życie/odbiór Waszej twórczości? Wielkie KUDOS należą się tutaj Krystynie Chodorowskiej, która celnie wypunktowała, iż w wypadku nominacji dla powieści wpływ ten będzie znany najwcześniej w kolejnym kwartale: czyli wtedy, kiedy spłyną do wydawnictwa statystyki sprzedażowe.

Widzicie różnicę? Ano właśnie.

Dowodów na męczenie UA część druga.
Wydaje mi się, że ciężko się pisze dla siebie. Składanie słów w mniej-więcej logiczne ciągi znaków jest, oczywiście, bardzo zajmującym hobby, i pozwala na pozbycie się spod czaszki tych wszystkich namolnych głosów, które żyć człowiekowi nie dają – przychodzi jednak taki moment, kiedy zaczyna nam zależeć nie tylko na samozadowoleniu, ale także na opinii osób trzecich – najchętniej spoza kręgu naszej rodziny i przyjaciół, tudzież niebędących naszymi dłużnikami w jakimkolwiek wymiarze. Dobre recenzje i statystyki można, od biedy, nabyć drogą wymiany dóbr i usług: tymczasem bezinteresowne zadowolenie czytelnika znacznie trudniej jest a) uzyskać, oraz b) ocenić.

W tym miejscu powracamy do zasadniczego tematu tej notki, czyli do spotkań autorskich, tudzież dyżurów autografowych.

Sześćset podpisów na godzinę

Duże imprezy w rodzaju WTK to organizacyjne molochy, lewiatany zdolne połknąć i przeżuć ogromne masy ludzkie. W ramach tego gigantycznego przedsięwzięcia, na jednego autora przypada niekiedy zdumiewająco mało czasu – oraz zdumiewająco wielu czytelników pragnących dostąpić spotkania z UA. Większość społecznie świadomych i miłujących bliźniego kolejkowiczów (o osobach i postawach nie pasujących do powyższych kategorii powiemy sobie innym razem) traktuje dyszącą im w kark kolejkę współ-czytelników nie tylko jako okazję do nawiązania interesujących znajomości z podobnie myślącymi jednostkami, ale również – jako przynaglenie do maksymalnego skrócenia swojej wizyty przy stoliczku obleganego przez fanów Pisarza.

Pozwolę sobie mieć na ten temat następujące zdanie:

O ile ktoś nie przynosi ze sobą pełnej bibliografii UA, z prośbą o wpisanie dedykacji w każdym z -nastu lub -dziesięciu egzemplarzy – oraz o ile ktoś nie rozpoczyna piętnastominutowego monologu, do którego UA nie jest nawet zaproszony (stanowi jedynie wymówkę umożliwiającą rzeczone exposé)  - niechże będzie im (Autorowi oraz Czytelnikowi) wolno spędzić w swoim towarzystwie chociaż minutę, i wymienić więcej niż trzy („Dla X, dziękuję!”) słowa.

Dowodów na męczenie UA część trzecia.
Bo może być tak, że na tych akurat Targach do tego akurat Autora ustawiła się długa kolejka czytelników – ale w roku poprzednim Autor siedział był samotnie przy malutkim stoliczku, i nie bardzo miał do kogo usta otworzyć. (W tym miejscu pozdrawiam gorąco Kubę Małeckiego.)

Bo Autor może czuć się skrępowany faktem, że czytelnik wisi nad nim jak wyrzut sumienia, nie siadając na przygotowanym krześle, i zaraz po otrzymaniu upragnionego autografu umyka w dal. (Ukłony dla pana redaktora Michała Rusinka – będę uważać na bagietki! – i wielkie przeprosiny dla Martyny Raduchowskiej, ale byłyśmy z Młodszą Bliźniaczką w komplecie, i usiąść się po ludzku nie dało.)

Bo bywa też, że dyżur twórcy debiutującego zbiega się z dyżurem „starego wyjadacza” (skądinąd zresztą – bardzo zdolnego pisarza), i tak oto autor mocnej, świeżej powieści zostaje wciśnięty w kąt stoiska i przysłonięty kolejką czytelników kompletnie nie zainteresowanych spotkaniem z nim: a pojawienie się czytelnika, który a) zna jego powieść, i b) interesuje się dalszymi planami wydawniczymi Autora, może być dla Niego cokolwiek przyjemne. (Malwina Pająk, pozdrawiam ciepło!)

Konkluzja, z którą Was zostawiam, jest następująca: znajcie proporcją, mocium panie, i nie targajcie ze sobą metrów bieżących książek jednego autora. Zamiast tego, wybierzcie jedną-dwie pozycje tych pisarzy, których cenicie (przy okazji budując sobie prywatny ranking książek danego autora), i powiedzcie Im, dlaczego są dla Was ważni. Streśćcie pokrótce Wasze wrażenia z lektury, zachwyty nad zwrotami akcji i frustracje nad niespodziewanymi zakończeniami środkowych tomów opowieści. Przynieście ze sobą jakiś drobiazg, który sprawił, że przypomnieliście sobie daną postać/książkę/Autora: Młodsza Bliźniaczka namówiła mnie na sprezentowanie Marcie Kisiel stareńkiego, ale pięknie wydanego podręcznika obróbki skrawaniem – wyraz twarzy Ałtorki ucieszył mnie tak samo, jeśli nie bardziej, jak zapowiedź ukazania się Jej kolejnej książki już w październiku. A jeśli Opatrzność nie poskąpiła Wam zdolności artystycznych: idźcie na całość, i sporządźcie obrazek, wydzierankę, pluszaka lub spersonalizowany korkociąg z bohaterami stworzonymi przez Autora.

Nakarmcie Waszego UA dobrym słowem, i dostarczcie pożywki Jego inspiracji.

Możecie na tym tylko zyskać.

Tak dociążało się torby UA w ramach okazywania myłoszczy i fsparcza.
* IMVHO, fanfik nie musi, a czasami wręcz nie powinien, odchodzić zbyt daleko od oryginalnego medium. Wrzucić naszych bohaterów w zupełnie nową sytuację, i zobaczyć, jak sobie w niej poradzą? Naprawić niedoróbki scenariuszowe/zmienić niesatysfakcjonujące zakończenie? – Jak najbardziej. Ale – zmienić zupełnie płeć/charakter/zapatrywania się bohaterów na życie? No, nie wiem…
 ** Avengers: Endgame fix-it story. Nikt się nie dziwi.