Showing posts with label ogłoszenia drobne. Show all posts
Showing posts with label ogłoszenia drobne. Show all posts

Monday, 1 January 2018

1/52. Jeszcze pięć minutek...

Nie wiem, czy wiecie, jakie jest NAJGŁOŚNIEJSZE zwierzę na świecie. Odpowiedź brzmi: płetwal błękitny. Jego zawołania - zawodzenia? - na poziomie 190 decybeli słychać w promieniu 800 metrów.

Dla porównania: startujący samolot generuje około hałasu 120 decybeli.

#Jeszcze5minutek ojca Adama Szustaka to właśnie taki, brzydko mówiąc, content: krótkie anegdotki o przeróżnych rzeczach, z których autor wyciąga wnioski, porady i sugestie o charakterze duchowym: a wszystko w formie pozwalającej na zapoznanie się z jedną historią w czasie nie dłuższym niż 5 minut. Ciekawa forma nienachalnej ewangelizacji/zachęty do poukładania się wewnętrznie i duchowo - a w dodatku sporo o pandach. Pandy dodają każdemu tematowi 5+ do atrakcyjności.

--

Tak sobie pomyślałam, że spróbuję napisać w tym roku kilka słów o każdej przeczytanej przeze mnie książce. W kolumnie po prawej stworzę listę, gdzie będzie można śledzić progres dwóch wyzwań: klasycznego "przeczytam 52 książki..." oraz równolegle realizowanego - tematycznego z LubimyCzytać.pl.

Ponadto spodziewajcie się ogólnego miszmaszu teatralno-trochę-serialowo-dowolnego. Jutro, w ostatnim dniu urlopu (ech...), postaram się opowiedzieć trochę o 124 książkach jakie przeczytałam w roku 2017. Aha, i szykujcie się psychicznie na wpis o Star Treku. Bo mogę.

Live long, and prosper!

Friday, 30 October 2015

Idzie NOWE, czyli po co i dlaczego.

Rok się kończy. Jutro.

Wiccanką nie jestem, czarować potrafię tylko w kuchni - ale mocno do mnie przemawia idea podziału roku na część ciemną i jasną, oczekiwanie na powrót Słońca, dojrzewanie i wschodzenie po osłoną nocy.

Osobiście uważam, że nie ma lepszego sposobu na przetrwanie jesienno-zimowych ciemności niż zaszycie się w cieple (ktokolwiek widział, jak buduję sobie gniazdo z koców i poduszek, wie, o czym mowa) z kubkiem herbaty i czymś do poczytania. A ponieważ z bólem serca stwierdzam, że coraz gorzej pisze mi się po polsku (za dużo się ostatnio uzbierało artykułów/esejów/mikro-opowiadań etc. pisanych pod kątem czytelnika anglojęzycznego): pomyślałam, że zamiast bezrefleksyjnie pożerać kolejne pozycje i zaraz o nich zapominać - równie dobrze mogłabym złapać dwa ptaki za ogon i od czasu do czasu napisać coś dla siebie.

'Ależ, Wróżko! Wszystko ładnie-pięknie, ale na ciężką chorobę ten nowy blog?!'

A, szkoda gadać. Blogowanie prywatne wygląda u mnie ostatnio dwojako: albo nie piszę nic, albo jojczę, jak mi źle na świecie. A tu, proszę: czysto, pusto, nowy początek, brak szalonego archiwum - same plusy. Mam nadzieję.

Z czym startuję? Rozpiskę ilościowo-jakościową pozwolę sobie zamieścić po powrocie z wojaży w rodzinne strony, a tymczasem: przeczytałam już w tym roku lekko ponad 100 książek, większość po raz pierwszy, kilka po raz wtóry. Wyraźna poprawa statystyk wiąże się ściśle z: przeprowadzką do Warszawy (biblioteki! dojazdy do pracy!) oraz oswojeniem czytnika (mój kręgosłup płacze z wdzięczności). Nie uwzględniam tu fanfików - ale od razu zaznaczam, że owszem, czytam ich sporo: miałam szczęście włączyć się ostatnio w życie społeczności obfitującej w GENIALNYCH autorów, których twórczość pochłaniam całościowo i po wielokroć. (Na tej samej zasadzie mogłabym przecież powiedzieć: hej, jestem autorką tłumaczoną na trzy języki, a w tym roku napisałam już jakieś 250 tysięcy słów! ...tak. Zasłona litościwie opada.)
Nawyki i narowy: zwykle mam w czytaniu kilka książek jednocześnie, i dobieram sobie ich fragmenty do nastroju - dopóki któraś nie złapie mnie za gardło i nie zażąda mojej pełnej uwagi. Jeżeli książka mi się nie podoba, odkładam ją bez żalu - lista pozycji do przeczytania i tak stale rośnie. Używam zakładek, niekiedy własnej roboty. Podkreślam, komentuję, nadużywam wykrzykników na marginesach - ołówkiem, ołówkiem... Nie zaginam rogów. Jeszcze mi się nie zdarzało upuścić książki w wannie - choć historia rodzinna sugeruje, że wszystko przede mną.

A zanim przejdę do lektur bieżących, skieruję Waszą uwagę na So You've Been Publicly Shamed Jona Ronsona, którą połknęłam podczas wakacji - i prawie rzuciłam czytnik na tory madryckiego metra, tak wielkie obrzydzenie mię ogarnęło po przeczytaniu pewnych fragmentów. Rzecz dotyczy hejtu internetowego, owszem - ale w szerszym znaczeniu, także ogólnoludzkiego egoizmu, nadwrażliwości i ponadpoprawnej poprawności, której niektórzy brutalnie nadużywają. Bardzo tak, choć bardzo nie.

Wasza Wróżka