Monday, 29 January 2018

13/52. Zadie Smith przedstawia: "Poparzone dzieci Ameryki".

Pierwszym moim punktem kontaktu z antologiami opowiadań wybranych przez Zadie Smith była Księga innych ludzi - jedyne, co mogłam jej zarzucić, to niefortunny lapsus we wstępie (dlaczego ludzie upierają się, żeby tłumaczyć angielskie słowo character - bohater - jako "charakter"? Zdziwniej i zdziwniej...). W Poparzonych dzieciach Ameryki lapsusów nie stwierdzono. Jest dobrze, a nawet bardzo dobrze.

Mam dziwne wrażenie, że niektóre ze składających się na antologię opowiadań już gdzieś czytałam (na pewno Ale lalę A.M. Homes) - delikatne drapanie w podświadomości nie przeszkodziło mi jednak w zachwycaniu się nimi na nowo. Jestem natomiast stuprocentowo pewna, że nigdy dotąd nie miałam przyjemności czytać Inkarnacji poparzonych dzieci Davida Fostera Wallace'a, która to króciutka, jedną scenę opisująca etiuda powinna wejść do kanonu lektur obowiązkowych - tak w Stanach, jak i u nas. Tak chciałabym pisać: prosto, spokojnie, z pozoru bez emocji, ale gryząco, do krwi. Podobne uczucia wywołały u mnie ponadto Chlust Judy Budnitz oraz Faith, albo wskazówki dla młodych panien  Amandy Davis. W kategorii "Metafora" srebrny medal (po Inkarnacjach...) przypada Snowi Shelley Jackson; złoto w kategorii "Literatura koncepcyjna" zdobywa w cuglach Jonathan Safran Foer za Schemat interpunkcyjny choroby serca (chyba się od tego pana uzależnię na dłużej). Za kreację alternatywnej rzeczywistości wyróżniam natomiast Dostęp mniemany Jonathan Lethema: na poziomie klimatu i stworzonej przez autora atmosfery kojarzy mi się mocno z opowiadaniem Toma Hanksa o Wystawie Światowej. Prócz tego dostajemy w pakiecie jeszcze dwanaście opowiadań, z których - śmiem twierdzić - na pewno wybierzecie coś dla siebie. Zachęcam, polecam, rekomenduję :)

Dobrego tygodnia - nie dajcie się zimie!

Thursday, 25 January 2018

11-12/52. Rebecca Solnit, "Men Explain Things to Me" - Olga Gitkiewicz, "Nie hańbi"

Bardzo lubię czytać dobre książki. Taki truizm na dzień dobry.

Dwie takie właśnie połknęłam - szczupłe rozmiarowo, ale naładowane treścią. O esejach Rebekki Solnit od jakiegoś czasu mówiło się "w moim fyrtlu" - spodziewałam się radykalizującego feminizmu, dostałam rzeczowe, podparte dogłębnymi badaniami źródeł teksty o socjologicznym postrzeganiu płci, o tym, dlaczego małżeństwa jednopłciowe naprawdę stanowią zagrożenie dla tradycyjnego modelu "rodziny", o wymazywaniu kobiet z historii, o przemocy w rozlicznych wymiarach i formach - wreszcie o niczym nie uzasadnionej wyższości intelektualnej, jaką [niektórzy] mężczyźni (niesłusznie) odczuwają wobec kobiet. Czytałam z otwartą paszczą, i natychmiast postanowiłam przyznać "Mężczyznom..." pierwszego w tym roku (oraz pierwszego ever) Lubego Leniwca Literackiego.


Leniwiec wziął się z tego, że niektórzy moi przyjaciele zwracają się do mnie per "Leniu", co jest stosunkowo urocze oraz bezbłędnie oddaje moją postawę życiową. W przyznawaniu Leniwców (dla książek, filmów, seriali itepe, które pomogą mi skutecznie oderwać się od codziennych obowiązków i odczuć bezbrzeżną satysfakcję z kulturalnego dolce far niente) będzie mi pomagał wiecznie zrelaksowany zaparzacz Mr. Tea. Pod koniec roku mam nadzieję wyłonić Króla Leniwców, bliskiego krewnego Juliana. Stej tjund.

Wracając do ad remu, jak mawiają pewne osobniki - o wydanej przez Dowody na Istnienie książce "Nie hańbi" słyszałam niejasno stąd i zowąd, ale dopiero kolega z pracy (pokłony, pokłony!) uświadomił mi, że znaczną część tej przekrojowej opowieści o rozlicznych aspektach pracy (jej braku, jej formy, jej częstej bezsensowności) stanowi historia Żyrardowa. Książek o moim mieście nigdy nie mam dosyć (chyba że mówimy o tej, która leży na moim biurku w postaci stosu notatek i materiałów źródłowych...), rzuciłam się więc na reportaże Olgi Gitkiewicz jak mój kot na surową wołowinę. I nie zawiodłam się: oto zbiór rzetelnie przygotowanych opowieści o tym, co dzieje się z człowiekiem chcącym pracować LEGALNIE i ETYCZNIE (choć to akurat słowo chyba nigdzie w książce nie pada), za godziwe wynagrodzenie i w ludzkich warunkach. I o tym, dlaczego nie odeszliśmy zbyt daleko od lat 20. czy 30.-tych ubiegłego stulecia. Niestety.

Polecam Państwu obie wyżej wymienione pozycje - zajęły mi dwa dni, i zostawiły po sobie jak najlepsze wrażenia. Znajomym, którzy utwierdzili mnie w przekonaniu, że warto po nie sięgnąć - niniejszym serdecznie dziękuję.

Dobrego, zaczytanego weekendu! Co planujecie? Ja rzucam się na kolejny zbiór opowiadań wybranych przez Zadie Smith...

Wednesday, 24 January 2018

10/52. Remigiusz Mróz - "Większość bezwzględna"

Na początek - tak zwany disclaimer: to druga książka pana R.M., jaką przeczytałam w życiu. Pierwszą było Wotum nieufności, rozpoczynające cykl "W kręgach władzy". W skrócie: chodzi o to, co się stanie z krajem, którego prezydent złoży rezygnację (ze względów zdrowotnych), a jego następczynię, panią marszałek sejmu, będzie trzymał w garści premier - szef partii rządzącej. Brzmi znajomo? No cóż...

Za planowany dopiero trzeci tom cyklu, Władzę absolutną, jak i za inne książki Autora, brać się nie mam chwilowo zamiaru. Nie, wcale nie dlatego, że podobny cyrk mam na co dzień w telewizji, której programowo staram się nie oglądać. Po pierwsze dlatego, że nie przepadam za kryminałami (ze zdumiewającym nawet mnie wyjątkiem w postaci Jo Nesbo) - po drugie dlatego, że "posiadanie wiedzy", "prezydent powiedziała" czy "Milena zgadzała się z Arendt" to nie są moje ulubione konstrukcje językowe - a po trzecie dlatego, że [SPOILER] zmaltretowano moją ulubioną bohaterkę tego jedynego cyklu, którego lekturę podjęłam. O tejże bohaterce Autor wyraża się dość ciepło, ale mówi o niej po nazwisku. Przypadek? Nie sądzę...

Pozostaje jeszcze jedna kwestia, która mnie absolutnie zadziwia.

Jest nią, prezentowany przez Autora, znaczący brak znajomości kobiecej anatomii oraz zasad metabolizmu. Teraz też będzie spoiler, ale nie bardzo straszny.

Otóż: pani prezydent spędza wieczór (wieczór!) w towarzystwie butelki wina. (Wino. Rozumie.) Wstaje rano, po czym zostaje gwałtownie "zreanimowana" przez współpracowników przy pomocy soku z cytryny, kropli do oczu i licznych termosów z kawą - a mimo to podczas konferencji prasowej o godzinie dziewiątej rano jest nadal... nie, nie skacowana. Pijana.

....okej? Nie, nie okej.

Nie wiem, ile pani prezydent waży. Jest fanką sportów typu futbol amerykański (czy inny hokej, bez bicia przyznaję, że nie znam się na ichniejszych drużynach) oraz kanapek ze stekiem i grillowanym serem, śmiem więc przypuszczać, że a) jednakowoż wskazówka na jej wadze łazienkowej wskazuje więcej niż 40 kilogramów, oraz b) nie piła tego wina na czczo.

Uprzejmie donoszę - z perspektywy kobiety z lekką nadwagą, posiadającej jednakowoż przyjaciółki o prawidłowym BMI - że przeciętna, lubiąca wino kobieta (nie dotknięta nałogiem alkoholowym), po wypiciu butelki tegoż trunku wstaje rano, otrzepuje się, robi normalny mejkap i leci do pracy na ósmą. I daje radę w tej pracy: bez soku z cytryny, choć zapewne przy wsparciu kofeiny - nie wzbudzając większych podejrzeń u przełożonych i współpracowników.

Równie uprzejmie proszę zatem o destygmatyzację literackiego obrazu kobiet pijących wino w ilościach większych niż jedna lampka. Albowiem imię nasze Legion.

Wasze zdrowie, Kobiety!

Sunday, 21 January 2018

8/52. Charles Bukowski - "O kotach"

Bardzo przyjemnie czytało się impresje Bukowskiego o jego licznych (w szczytowym momencie - dziewięciu) kotach: po pierwsze z uwagi na wdzięczny temat, a po drugie: dzięki tłumaczeniu Michała Kłobukowskiego, którego przekład "Wszystko jest iluminacją" Foera zachwycił mnie pod koniec ubiegłego roku. Na co dzień brakuje mi pozytywnych relacji mężczyzn z kotami (ojciec jest pod tym względem absolutnie niereformowany), Bukowski tymczasem okazuje swoim podopiecznym - znajdom z przeszłością - wielką czułość, wyrozumiałość i troskę, wyrażaną w krótkich, dosadnich słowach, ale absolutnie rozczulającą i niezaprzeczalną. Dla miłośników kotów - pozycja może nie obowiązkowa, choć z pewnością warta przeczytania.

Saturday, 20 January 2018

7/52. Mieko Kawakami - "Chichi to ran"

Strasznie się rozleniwiłam w kwestii czytania po japońsku. Tym przyjemniej wróciło mi się do tej zabawy przy okazji książki napisanej w dialekcie, i obfitującej w długie, strumienioświadomościowe frazy.

Chichi to ran (nazwałam ją sobie roboczo: "Mleczko, jajeczko"; nie pytajcie...) ma w gruncie rzeczy bardzo prostą fabułę. Główną bohaterkę, od kilku lat mieszkającą w Tokio, odwiedza siostra z córką. Siostra chce operacyjnie powiększyć sobie piersi. Córka porozumiewa się z matką (i z ciotką) wyłącznie za pomocą pisemnych komunikatów, oraz prowadzi coś w rodzaju dziennika, opisując swoje obawy, lęki i ogólną niechęć do dorastania - w szczególności do fizjologicznych przejawów dojrzewającej kobiecości. Bohaterka idzie z siostrą do łaźni, spędza z siostrzenicą leniwy dzień na kanapie, i dostaje okres. Ot, i (prawie) wszystko.

Gdzieś między wierszami, między płynnie przelewającym się ze strony na stronę dialektem z Osaki, zawierają się jednak dalekie od wyświechtanych frazesów prawdy o naturze kobiecości - w sensie tak fizycznym, jak i duchowym - o tym wściekle szarpiącym za duszę związku między matką i córką, którego doświadczyła pewnie większość kobiet (z tej czy innej perspektywy), o lęku przed odpowiedzialnością i chęci powrotu do tego, co było: bez konieczności pozbywania się tego, co jest.

I to, proszę Szanownych, nie jest ani odrobinę proste czy nieskomplikowane.

Tak sobie myślę, że może warto by było przełożyć tę książeczkę (są to w gruncie rzeczy dwa niedługie opowiadania, skupiłam się głównie na tytułowym). Wyzwanie na rok 2018? Zobaczymy...

Dobrego weekendu!

--

PS. Doszłam do wniosku, że nie będę pisać na bieżąco o czytelniczych powtórkach: impresje z drugiego czytania dzienników Susan Sontag (6/52) pojawią się więc zapewne przy okazji zbiorczego wpisu bliżej połowy roku.

Wednesday, 10 January 2018

5/52. Piotr Milewski, DZIENNIKI JAPOŃSKIE

Nie dowiedziałam się z tej książki niczego nowego.

No, może poza tym, że cytujący tradycyjną poezję japońską Autor nie może pojąć, że partykułę tematu zapisujemy w sylabariuszu jako ha, ale czytamy i transliterujemy jako wa. Ot, smuteczek, i gryzienie w oczy.

Dla japonisty, szczególnie takiego, który zwiedził większość opisywanych przez Autora miejsc (choć niekoniecznie autostopem, powiedzmy to sobie wprost), nie są więc "Dzienniki japońskie" niczym odkrywczym: przeciwnie, wszechobecna, neoficka egzaltacja działa cokolwiek odstraszająco. Ale pewnie gdybym nie miała za sobą pięciu lat studiów i dziesięciu lat pracy w japońskich korpo - gdybym była mężczyzną doceniającym urodę Azjatek, lub kobietą doceniającą urodę Azjatów* - gdybym dopiero snuła plany o wyjeździe do Japonii - odebrałabym tę książkę jako interesujące połączenie dziennika z pamiętnikiem, i byłabym zadowolona.

Oceńcie sami, czy zabierać się za lekturę :)

* Tymczasem jestem kobietą, doceniającą urodę Azjatek. Dwa słowa: Amami Yūki.

Monday, 8 January 2018

4/52. Olga Tokarczuk, OSTATNIE HISTORIE

Chyba dobrze utrafiłam z tą książką: styczeń jest dla mnie miesiącem wspominania bardzo bliskiego mi człowieka - odszedł na zawsze dziewięć lat temu - a do tego jeszcze kończyłam czytanie w pierwszy prawdziwie mroźny dzień tej zimy.

"Ostatnie historie" to opowieść o rodzinie, zimnie i umieraniu: niekoniecznie w tej kolejności. Trzy kobiety - matka, babka i córka/wnuczka spotykają śmierć w najbardziej nieoczekiwanych miejscach, formach i wcieleniach, przy okazji dowiadując się dużo o samych sobie, oraz o ludziach, których kochają. Lub nie.

Zimno jest w tych opowieściach wszechobecne, nawet kiedy akcja zabiera nas na tropikalną wyspę. To jest coś, co zawsze ceniłam w pisarstwie Olgi Tokarczuk - od czasu, gdy przeczytałam "Dom dzienny, dom nocny", ówczesną nowosć wydawniczą (do książki dołączona była zakładka z przepisem na potrawę z muchomorów. Genialne w swej prostocie.) - i wsiąkłam po uszy. Jest się w środku tego wszystkiego, o czym ona pisze. I nie zawsze bywa to przyjemne - ale zawsze JEST ważne.

Zdecydowanie najlepsza z przeczytanych w tym roku (ha!) książek. Zobaczymy, gdzie znajdzie się w podsumowaniu...

Friday, 5 January 2018

3/52. Tilman. Bunz: Kraina zimnolubów. Skamdymawia dla początkujących

Pozwólcie, że zacznę od prywaty. Otóż: należę do ludzi, którzy najlepiej czują się w temperaturach powyżej dwudziestu pięciu, lub poniżej minus pięciu stopni. Tak już mam. Z pewnej zimy na Kujawach, gdy przy przystankach autobusowych ustawiono regularne koksowniki, najprzyjemniej wspominam spacery do kina w słoneczne dni. Termometr wskazywał wówczas minus piętnaście. Uważam, że lepsze to, niż kilka kresek na plusie i chlapa, howgh. Z drugiej strony - wszyscy mamy swoją skalę wytrzymałości na zimno, więc nie upieram się przy najmojszości tego poglądu.

Oprócz zim z gatunku, jakiego od kilku lat nie sposób uświadczyć, bardzo lubię również subtropikalne lata - i dlatego nie mogłabym mieszkać na stałe w okolicach koła podbiegunowego. Fascynuje mnie jednak idea nie kończących się dni i nocy (w ubiegłym roku spędziłam Noc Świętojańską w Norwegii - przedziwne to uczucie, gdy dzień nie chce się skończyć), dlatego z upodobaniem czytuję reportaże z miejsc ciemnych i zimnych (i nie chodzi tu o niektóre rodzime budynki użyteczności publicznej). Były już grane reportaże bardziej "geograficznie skoncetrowane" (Białe, Teatr ryb): tym razem przyszła kolej na opowieść o szerzej zakreślonym obszarze.

Autor Krainy zimnolubòw, wieloletni korespondent ARD w krajach północnej Europy, opowiada nie tylko o tym, co wyjątkowe i fascynujące (nurkowanie z orkami! Mierzenie niedźwiedzi polarnych! Głupota ludzi chcących nadal polować na wieloryby!), pisze także o sprawach codziennych, ale bynajmniej nie prostych. Jak pogodzić bycie żoną i matką z pracą na platformie wiertnicznej? Jak nie zwariować zimą, kiedy w ogóle nie dociera do nas światło dnia? Co zrobić, żeby polubili nas - południowców - Skandynawowie?

I wreszcie: czy życie na szkierach przypomina choć trochę klimat z książki My na wyspie Såltkratan - mojej prawie ulubionej Astrid Lindgren?

Odpowiedź na to ostatnie pytanie brzmi: owszem, i to bardzo. Może więc zacznę moją Wielką Skandynawską Przygodę od lata na Bałtyku?...

Jest to jakiś pomysł. A Wam zaproponuję lekturę pana Bünza. Może zainspirujecie się na okoliczność wakacyjnych wojaży?

Wednesday, 3 January 2018

2/52. Jerzy Pilch: ZUZA, ALBO CZAS ODDALENIA

Dziś będzie krótko: nie rozumiem się na opowieściach o "mężczyźnie w pewnym wieku", którego zajmuje znacznie młodsza partnerka (uprawiająca najstarszy zawód świata) oraz choroba Parkinsona - w tej właśnie kolejności.

Może gdyby kolejność tę odwrócić, byłoby bardziej interesująco? Albo - gdyby zdecydować, czy idziemy w voyeuryzm, czy tylko snujemy niczym nie podparte dywagacje?

Ja nie wiem. Kto mi objaśni?...

Tuesday, 2 January 2018

Gdzie jest polska powieść?! - czytelnicze podsumowanie roku 2017.

Wychodzi mi na to, Mili Moi, że w minionym roku przeczytałam 124 książki* - nie licząc dwudziestu jeden tomów, które zaczęłam, ale z wielu względów nie dotrwałam do końca. Dochodzę bowiem do wniosku, że wszystkich interesujących [mnie] książek i tak w tym życiu nie przeczytam, a na te nieinteresujące szkoda tracić czasu. Howgh.

20 książek znalazło się na mojej liście po raz n-ty (przypominam, że w warunkach choroby obłożnej najlepiej toleruję Sapkowskiego). Spośród 104 nowości, 55 to literatura polska, a 49 zagraniczna - z czego 8 przeczytanych w języku oryginału.

Powtarzające się nazwiska autorów: Nesbo (rekordowe 10 - Pragnienie leży na półce i czeka na swoją kolej), Atwood (4), Bryson (3), Jansson (2), Pratchett (2), Gaiman (2), Krall (2), Knabit (2).

Z mniej lub bardziej dokładnych list wynika, że co najmniej 31 z 55. przeczytanych przeze mnie polskich książek to a) eseje, b) biografie, c) reportaże i d) felietony. Tego się po sobie nie spodziewałam... ale jeżeli alternatywą dla tychże są, na ten przykład, Szpony i kły, trudno mi jest mieć do siebie pretensję.

Do rozczarowań roku zaliczam, oprócz wyżej wzmiankowanego tomu kiepskich fanfików, Księcia Lestata Anne Rice. Być może cały sekret polega na tym, żeby nie wracać na siłę do dawno lubionych serii? Po cichu wyrażam nadzieję, że w tym roku żadna książka nie wpędzi mnie w podobnie przykre uczucie niesmaku.

Rozczarował mnie również gorzki, zgryźliwy i mocno nieprzyjemny Japoński misz-masz: w felietonach/artykułach opisujących typowe błędy popełniane przez domorosłych "ekspertów" od Japonii zabrakło mi choć minimalnego wtrętu w postaci próby wyjaśnienia, dlaczego dany pogląd/opis sytuacyjny jest błędny, i jak należy do zinterpretować. Najwyraźniej P.T. Autor skupił się na wypunktowywaniu niedociągnięć (uwagi te były zresztą, o zgrozo, jak najbardziej uzasadnione) - przepraszam, ale samo wylewanie pomyj nie bardzo mnie kręci. Preferuję podejmowanie prób sprzątnięcia obejścia, a nie jedynie warczenie na niekompetentną służbę. W sensie, rzecz jasna, bardzo metaforycznym.

Nie porwała mnie również Inwazja młodszego pana Miłoszewskiego: czepiam się, wiem, ale trudno jest mi pojąć, jakim cudem ani Autor, ani Redaktor książki nie zauważyli błędów merytorycznych w rodzaju błyskawicznej zmiany starszego brata w młodszego, czy trzykrotnej fluktuacji imienia bohaterki na przestrzeni jednej strony tekstu. Wot, psykrość. No i bardzo niedobre dialogi były, ten, teges.

Na drugim biegunie: książki cudowne, w przypadkowej kolejności:
Wagiel. Jeszcze wszystko będzie możliwe - przeuroczo się czytająca rozmowa panów Bonowicza i Waglewskiego. Tu przyznaję się do pewnej stronniczości - spotkanie z redaktorem Bonowiczem było dla mnie jednym z najjaśniejszych punktów ostatnich Targów Książki - ale zachowuję całkowicie czysta sumienie, polecając tę pozycję większym i mniejszym fanom Voo Voo.
Międzymorze - no, lubię, jak pisze Ziemowit Szczerek, i nie zawaham się o tym mówić.
Duszny kraj - w zestawie z płytą "Dylan.pl" - czyli językowo wysmakowany kontakt z noblistą.
New Boy Tracy Chevalier, już wydany po polsku w ramach Projektu Szekspir: pomysł przeniesienia akcji Otella do gimnazjum w Waszyngtonie w latach 60. ubiegłego wieku, i ściśnięcia jej w czasie od poranka do ostatniej lekcji, uważam za absolutnie genialny, i chylę czoła przed geniuszem Autorki.
Drzewo życia Chany Rozenfarb (tom pierwszy): znaczna część mojej rodziny pochodzi z Łodzi, czytało mi się więc ten opis życia społeczności żydowskiej w przededniu wojny trochę jak przewodnik po mieście mojego dzieciństwa.
Kolekcja nietypowych zdarzeń Toma Hanksa: wszystkim aktorom życzę, żeby tak pisali, a autorom - żeby tak grali.
Wszystko jest iluminacją J. S. Foera: skończyłam ją razem ze starym rokiem; językowo (tłumaczeniowo!) jest to prawdopodobnie moje największe odkrycie A.D. 2017.
Ścieżki północy Richarda Flanagana - jeszcze jeden mój konik, i zdecydowanie najlepsza (w moim subiektywnych odczuciu) powieść tego autora, w jakiej miałam okazję zatopić zęby.

Czyli jednak: pozytywów jest więcej - czego i Wam życzę, tak przy podsumowaniach czytelniczych, jak i przy lekturze kolejnych pozycji w roku bieżącym :)

Proszę w tym miejscu o Wasze rekomendacje czegoś do poczytania, z kategorii: nowa polska literatura piękna (w tym genre), bo czuję, że temat ten mocno u mnie kuleje ostatnio...

Do siego, zaczytanego roku!
Wasza Wróżka


* Do wniosku tego doszłam po przeanalizowaniu osobistych zapisków "analogowych" - lista zamieszczona na blogu zawiera poważne luki; stąd wspomniany w poprzednim wpisie pomysł zamieszczania mini-recenzji każdej książki przeczytanej w 2018.

Monday, 1 January 2018

1/52. Jeszcze pięć minutek...

Nie wiem, czy wiecie, jakie jest NAJGŁOŚNIEJSZE zwierzę na świecie. Odpowiedź brzmi: płetwal błękitny. Jego zawołania - zawodzenia? - na poziomie 190 decybeli słychać w promieniu 800 metrów.

Dla porównania: startujący samolot generuje około hałasu 120 decybeli.

#Jeszcze5minutek ojca Adama Szustaka to właśnie taki, brzydko mówiąc, content: krótkie anegdotki o przeróżnych rzeczach, z których autor wyciąga wnioski, porady i sugestie o charakterze duchowym: a wszystko w formie pozwalającej na zapoznanie się z jedną historią w czasie nie dłuższym niż 5 minut. Ciekawa forma nienachalnej ewangelizacji/zachęty do poukładania się wewnętrznie i duchowo - a w dodatku sporo o pandach. Pandy dodają każdemu tematowi 5+ do atrakcyjności.

--

Tak sobie pomyślałam, że spróbuję napisać w tym roku kilka słów o każdej przeczytanej przeze mnie książce. W kolumnie po prawej stworzę listę, gdzie będzie można śledzić progres dwóch wyzwań: klasycznego "przeczytam 52 książki..." oraz równolegle realizowanego - tematycznego z LubimyCzytać.pl.

Ponadto spodziewajcie się ogólnego miszmaszu teatralno-trochę-serialowo-dowolnego. Jutro, w ostatnim dniu urlopu (ech...), postaram się opowiedzieć trochę o 124 książkach jakie przeczytałam w roku 2017. Aha, i szykujcie się psychicznie na wpis o Star Treku. Bo mogę.

Live long, and prosper!

Sunday, 31 December 2017

Wiedźmin śpiewa w Gdyni



Bilet kupiłam w czerwcu. Na listopad. Bo czemu nie. Wtedy jeszcze nie miałam na głowie kredytu.
Nie bardzo wiedziałam, czego się spodziewać. Kilka dni przed wyjazdem do Trójmiasta skończyłam lekturę pokłosia konkursu literackiego na ten sam temat, która przyprawiła mnie o  niestrawność i mdłości: musicale zaś mają to do siebie, że oddziałują na więcej zmysłów, niż goły tekst, od którego w ostateczności można odwrócić oczy. Nie oszukujmy się: mimo entuzjastycznych recenzji autorstwa znajomej, która Zna Się na kwestiach muzycznych, miałam dojmującą świadomość tego, ile rzeczy mogło pójść nie tak.

I co?

I nie spodobał mi się pomysł reżysera na Yennefer.

Poza tym – nie mam pytań, i chcę jeszcze raz.

Albowiem, P.T. Czytelnicy, musical „Wiedźmin” jest wybitnie, zaskakująco i kompleksowo, dobry.

A teraz będą spoilery. Niejakie.

Gros libretta stanowi nie zmieniony tekst Sapkowskiego, a wszelkie treści dodane trzymają się klimatu oryginału. Wszystko zaczyna się od walki Geralta w obronie Yurgi z opowiadania Coś więcej, a następnie, gdy nasz bohater majaczy w gorączce, przenosimy się wraz z nim w czasie i przestrzeni, śledząc rozwój relacji wiedźmina z Ciri i Yennefer na podstawie scen z pięciu opowiadań: Kwestia ceny, Ostatnie życzenie, Okruch lodu, Miecz przeznaczenia oraz spinające całość jak klamra Coś więcej. Jest zabawnie, jest pieprznie (Jaskier Jakuba Bandurki pełni przez większą część sztuki rolę narratora, odciskając na całości piętno swego, khem, khem, charakteru), jest czasami również lirycznie i… sensownie. Muzyka i teksty piosenek – zaskakująco dobre (wiele rzeczy zaskoczyło mnie tutaj in plus), nic nie szeleści nieznośnie ani nie lekceważy reguł językowych. Geralt (w „moim” przedstawieniu grany przez Modesta [jejku, jej] Rucińskiego) śpiewa wszystkiego dwa razy, nie przeżywamy więc dysonansu poznawczego pod tytułem: ło matko, wiedźmin, a śpiwo…! A, nie, wróć – bajkę o kocie i lisie również opowiada się śpiewająco. I żałuję niezmiernie, że nie została ona zamieszczona na płycie, albowiem zrobiona jest zgrabnie oraz z polotem. W tym miejscu – kudos dla tancerzy. Rośnijcie duzi, chłopcy.

Za choreografię – skoro już przy tancerzach jesteśmy – odpowiadały Liwia Bargieł i Mirosława Kister-Okoń: ta druga jako specjalistka od akrobatyki. Jest bowiem „Wiedźmin” musicalem skierowanym wyraźnie do widza z wyobraźnią (trudno jej zresztą nie znaleźć u czytelników Sapkowskiego, methinks), w którym ruch sceniczny, animacje naścienne oraz świetne przemyślane rozwiązania inscenizacyjne (dżinn, proszę państwa, to jakiś przebłysk geniuszu [sic!] jest) tworzą klimat przedstawienia, współgrając z ascetyczną, acz świetnie przemyślaną scenografią, i bardzo dobrą grą aktorską.

Nie bardzo podoba mi się wizja Yennefer według pana reżysera Wojciecha Kościelniaka, więc o niej nie będzie tutaj mowy. Nie i nie, szczególnie że aktorce chwilami tchu brakło, a tego nie lubimy. Porozmawiajmy za to o Calanthe, bo i jest o czym. Pomimo wielkiego szacunku dla Ewy Wiśniewskiej, nie byłam swego czasu w stanie strawić przedstawienia Lwicy z Cintry w filmiszczu i szczerbialu. Można przypuszczać, że – zgodnie z typową polityką dynastyczną – Calanthe nie wyszła za mąż jakoś specjalnie późno, zaś jej jedyna córka ma dopiero piętnaście lat: królowa nie powinna zatem wyglądać jak kniahini Kuncewiczowa, zgadzacie się? W wersji Kościelniaka mamy zatem Calanthe, której kostium przywodzi na myśl inną królową, Matkę Smoków – zaś wygląd i „oddziaływanie” władczyni Cintry możemy śmiało opisać skrótem… MILF. Nie bójmy się tego skrótu. Nieoczekiwanie bowiem – nie tylko pasuje, ale i stanowi pewnego rodzaju komplement. Serio, serio.
Ach, i Płotka, Płotka jest cudna. To trzeba zobaczyć.

Można już kupić płytę z piosenkami z musicalu: studyjną, nagraną pewnikiem jeszcze przed premierą – żywię nieśmiało nadzieję na DVD ze spektaklu, ponieważ na żywo artyści brzmią jeszcze lepiej, a w dwa miesiące po premierze byli o wiele bardziej „rozkręceni” na scenie, niż w studiu nagraniowym. Ponadto nie ukrywam, że pragnę i pożądam posiadania wizualnego świadectwa istnienia Ballady o umarłych, gdyż chwilami nadal nie mogę uwierzyć, że coś tak genialnego powstało w polskim teatrze muzycznym.

Za rękę go wzięłam, przez łąkę powiodłam
W mgłę zimną i w mokrą mgłę.

Powtórzę się: to trzeba zobaczyć.

Zróbcie sobie zatem przyjemność, Drodzy, i wybierzcie się na „Wiedźmina” w gdyńskim Teatrze Muzycznym. Nawet na dalekie (paradoksalnie – stamtąd chyba najlepiej wszystko widać), boczne miejsca. Dawno bowiem nie widziałam w rodzimym teatrze muzycznym czegoś tak dobrego – a przypomnę, że jestem z pokolenia wychowanego na pierwszej obsadzie „Metra” – a jako miłośniczka Sagi nie mam (prawie) żadnych zastrzeżeń.

To tyle, jeśli chodzi o Geralta z Rivii A.D. 2017. W lutym Fonopolis zamierza (WRESZCIE) zaprezentować nam „Chrzest ognia”. Zaczynamy zatem odliczanie – do Regisa…

Wednesday, 6 December 2017

Kwestionariusz Wellman, czyli kilka słów o przyzwoitości

Zawsze lubiłam odpowiadać na pytania z ankiet, złotych myśli, "dokańczanek" w Kalendarzu Szalonego Małolata (o mamo, jakaż jestem stara) i tak dalej. Najczęściej bawiłam się w kwestionariusz Prousta - swoją drogą, może przyjdzie mi kiedyś do głowy wrzucić tutaj uaktualnione odpowiedzi? - tym razem natomiast pozwalam sobie sklecić kilka odpowiedzi na pytania zadawane osobom publicznym z różnych opcji polityczno-religijno-światopoglądowych, z którymi Dorota Wellman porozmawiała na potrzeby książki Jak być przyzwoitym człowiekiem.

Serdecznie zachęcam - tak do lektury, jak i do przemyśleń w tym temacie. Chyba warto.

Co to znaczy: być przyzwoitym człowiekiem?
Nie przyzwalać na podłość i niegodziwość pod żadną postacią. Myśleć o innych równie często - i równie ciepło - jak o sobie.

Czy warto być przyzwoitym człowiekiem?
W kategoriach czysto materialnych -  nie zawsze. W kategoriach czysto niematerialnych - bezwzględnie tak.

Sytuacja, w której zachowałam się przyzwoicie, to...
W pierwszym odruchu przychodzi mi na myśl przyznanie się do współudziału w zdarzeniu, które - choć wynikające z jak najlepszych pobudek, i nikomu nie robiące krzywdy - ściągnęło na mnie irracjonalny gniew pewnej niestabilnej emocjonalnie osoby. Trochę mi się przez to pokomplikowało w życiu, ale ostatecznie wyszłam z tej próby zwycięsko, i nie zostawiłam przyjaciół na lodzie.

Kto jest dla mnie wzorem przyzwoitości? Dlaczego?
Za bardzo przyzwoitego człowieka uważam Roberta Biedronia, którego zawód (wykonywany) nie zachęca automatycznie do bycia przyzwoitym.

Co zrobić, kiedy nie da się zachować przyzwoicie?
Miałabym nadzieję, że zawsze się da, ale życie niekoniecznie jest zero-jedynkowe. Tak więc: jeśli już nie ma innego wyjścia, zachować się tak, aby na skutek naszej nieprzyzwoitości ucierpiało możliwie jak najmniej osób.

Kiedy się nie opłaca być przyzwoitym?
Raz jeszcze, sytuacja w kategoriach 0-1. Być może wtedy - i tylko wtedy - gdy "przyzwoistość" bardziej krzywdzi ludzi, niż im pomaga.

Przyzwoitość - w kraju katolickim - czy to powinna być cecha każdego Polaka?
Polska nie jest krajem katolickim, tylko takim, w którym gros ludzi deklaruje, że są katolikami - a to zaiste wielka różnica. Przyzwoitość powinna natomiast być cechą każdego człowieka, bez względu na wyznawane przez niego poglądy. Wszyscy winniśmy mieć sumienia, i zdrowy ogląd rzeczywistości. Jak jest w praktyce - wiadomo.

Uczyć tego w szkole, wynieść z domu?
Szkoła może (powinna) propagować odpowiednie wzorce, ale bez podstaw wykształconych w domu nie na wiele się to zda.

Czy przyzwoitość to wierność poglądom?
Raczej: umiejętność obiektywnego spojrzenia na wyznawane poglądy oraz ich weryfikacji, gdy czujemy, że znosi nas z kursu.

Kiedy nie da się już podać ręki drugiemu człowiekowi?
Kiedy jego nieprzyzwoitość - lub zwykłe skurwysyństwo - zagraża dobru/zdrowiu/życiu moich bliskich. Z przykrością stwierdzam, że trafiły mi się w żyiu dwie takie osoby.

Nieprzyzwoitość: co to jest?
Pomijając aspekt czysto seksualny: kompletna niewrażliwość na uczucia i poglądy innych ludzi.

Po co nam w ogóle wartości?
Żebyśmy wiedzieli, do czego dążymy w życiu - w perspektywie szerszej niż kolejna wypłata.

Sunday, 26 November 2017

W roli pisarza: Tom Hanks. Kolekcja nietypowych zdarzeń.



Nie pamiętam, jakiej marki była ta pierwsza. Miała wysokie klawisze, w które trzeba było uderzać z zajadłością tak wielką, że trzęsły się długopisy w szufladce szafki, na której stała. Bardzo szybko odpadło „Y”; nie działało też przewijanie taśmy w obie strony – jedną z pierwszych rzeczy, jakie nauczyłam się przy niej robić, była zamiana szpulek.

Nie nauczono mnie ustawiania marginesów ani interlinii. Pisałam drobniutkim maczkiem, od brzegu do brzegu kartek z nagłówkiem „Orbis”, lub cieniutkiego papieru do drukarki igłowej.

Zaczęłam na początku lat dziewięćdziesiątych, kiedy sporą część wakacji spędzałam u dziadków, i trzeba mnie było czymś zająć. Miałam osiem, może dziewięć lat. Szczęśliwie – niewiele się z tamtym czasów zachowało.

Mam zatem słabość do maszyn do pisania – i tym przyjemniej czytało mi się zbiór opowiadań Toma Hanksa, połączonych wspólnym motywem tego właśnie urządzenia. Uncommon Type, przetłumaczona jako Kolekcja nietypowych zdarzeń, jest zaiste smakowita: napisana z polotem, sprawnie skonstruowana (podziwiam ludzi, którzy tak sprawnie poruszają się w strukturze krótkich form literackich) i – co również bardzo doceniam – świetnie przetłumaczona przez Patryka Gołębiowskiego, w którym wyczuwam pokrewną duszę Barańczakofila. O treści samych opowiadań wiele tu pisać nie będę, żeby nie psuć Wam przyjemności z ewentualnej lektury: uprzejmie donoszę jednak, że ich bohaterowie są nad podziw zręcznie opisani, puenty bywają mocno zaskakujące, a język, choć oszczędny, buduje plastyczny i barwny świat – bez względu na to, w której dekadzie osadzone są opisywane wydarzenia. Trochę ich – dekad – znajdziemy, podzielonych pomiędzy siedemnaście opowiadań zbioru.

Jako świeżo upieczona fanka felietonów Hanka Fiseta (do przeczytania w Kolekcji…), życzyłabym sobie bardzo przeczytać kolejnych siedemnaście. Albo nawet – trzydzieści cztery.

Pisz, Tom, pisz.

PS. W ramach dodatkowych przyjemności czytelniczych serdecznie polecam Państwu autobiografię Piotra Bukartyka Fatalny przykład dla młodzieży, którą nabyłam w ramach prezentu gwiazdkowego dla Pani Matki. Dla mnie, nie znającej twórczości Pana Piotra poza ramami PR III, była to wielce pouczająca i zajmująca lektura. Czego i Wam życzę. K. W.

Sunday, 12 November 2017

Jakowaś dziwna inwersja, czyli "Wiedźmin. Szpony i kły"



Z wiedźminem, Drodzy Czytelnicy, było tak, że w liceum miałam paczkę głównie męską, grającą w erpegi i czytającą sporo fantastyki. Wspomnę, że były to czasy, gdy wraz z najlepszą przyjaciółką śliniłyśmy się nad Christopherem Lambertem w roli Raydena. Taki lajf.

W każdym razie: kolega, do którego po dziś dzień mam sentyment oraz wielkie miejsce w sercu, pożyczył mi Ostatnie życzenie, i wsiąkłam. Dostawszy na gwiazdkę roku 1998 zastrzyk gotówki, kupiłam wszystko, co było w naszej prowincjonalnej księgarni: Miecz przeznaczenia, Krew elfów, Chrzest ognia i Wieżę Jaskółki. Czas pogardy pożyczył mi wyżej wymieniony kolega: dzięki serdeczne, Piotrze! – później uzupełniłam kolekcję o wydanie na tańszym, makulaturowym papierze, co do dziś mocno mnie boli.

Na Panią Jeziora musiałam czekać aż do klasy maturalnej: najpierw przeczytałam egzemplarz pożyczony od kogoś, kto mnie podówczas emablował, a potem wygrałam własny w konkursie Warszawskiego Informatora Kulturalnego (yay!). Podpisałam go, przeczytałam raz jeszcze, pożyczyłam znajomemu – dostałam z powrotem egzemplarz bez podpisu. WTF?; no cóż, książka jest książką…

A potem myślałam, że nie będzie już nic oprócz fanfików. Albowiem o filmiszczu i szczerbialu wspominać się tu nie będzie.

Jeszcze później był Sezon burz, który czytanym przeze mnie fanfikom do pięt nie dorastał.
A później, nagle i niespodziewanie, pojawiła się w sieci książka z mocno mylącą okładką, i napisem: „Andrzej Sapkowski przedstawia”. Mam syndrom sztokholmski, więc rzuciłam się na nią co rychlej. I tak sobie myślę – ja, autorka fanfików tłumaczonych z angielskiego na włoski i chiński – skoro zawarte w antologii Szpony i kły opowiadania to gloryfikowane (od angielskiego: glorified) fanfiki, to chyba mogę na nich wykonać tak zwany beta-reading, prawda?...

Szczególnie że nie do końca rozumiem wydawcę: mógł nie chcieć ingerować w treść opowiadań przysłanych na konkurs, ale, do kroćset, do wersji książkowej MINIMALNA korekta gramatyczna by się przydała... Nie mówiąc już o tym, że spora część zawartych w antologii opowiadań przeczy wszelkim założeniom sztuki literackiej.

W antologii Szpony i kły możemy przeczytać jedenaście opowiadań, z których IMVHO (w mojej niezmiernie skromnej opinii) trzy spełniają wymogi logicznej, sprawnej narracji, poprawności ortograficzno-gramatycznej i płynności językowej. Innymi słowy – czytając większość z tych opowieści, nie byłam w stanie wyrozumieć, jakie były motywacje bohaterów, ani co zyskiwali na działaniu w określony sposób – a to mnie, mówiąc oględnie, wkurza, bez względu na „profesjonalizm” (czyli: bycie fanfikiem lub nie) danego dzieła literackiego.

Nie będę wymieniać nazwisk ani tytułów, z wyjątkiem tych oto: tytułowe Szpony i kły, Nie będzie śladu oraz Lekcja samotności, które serdeczne Państwu polecam. Względem pozostałych tworów literackich, zalecam daleko posuniętą ostrożność. Prawdą jest bowiem, że zastosowana w zdaniu inwersja nie zawsze skutkuje przyjemną dla oka i ucha staropolszczyzną; że nawet niezły pomysł na opowiadanie niewiele znaczy, jeśli konstrukcja fabuły oraz język kuleją boleśnie. W ogóle sporo problemów sprawiało mi skakanie między rejestrami językowymi, które u Sapkowskiego odbywa się miękko i niezauważalnie, a u autorów konkursowych opowiadań okupione jest o niebo większym bólem. Czytelnika.

Czytelnikowi smutno jest również, gdy zdecydowanie zbyt często uważa się go za idiotę, który nie pojmie wielce tajemnej sztuki tworzenia i odczytywania zdań wielokrotnie złożonych. Czytelnik również nie wie, czym jest „miejsce reprezentatywne”, i o co w ogóle kaman. Brak logiki (po kiego czorta koń wzywanego na zamek królewski bohatera zostaje w bramie miejskiej, miast iść do zamkowej stajni?!); zdania zaczynające się od „więc”, degradujące kobiety opisy w opowiadaniach autorstwa mężczyzn, oraz przesadne skupianie się na opisach strojów w utworach autorstwa kobiet – wszystko to razem tworzy amalgamat, który dla kogoś emocjonalnie zaangażowanego w twórczość Andrzeja Sapkowskiego okazuje się mocno niestrawnym.

Mimo zadowolenia z lektur trzech wyżej wspomnianych opowiadań: serdecznie nie polecam…
Idźcie lepiej na AO3.

Post scriptum.

Wyżalam się oto znajomej z pracy, że kompletnie nie rozumiem motywacji bohaterów w jednym z opowiadań. Geralt sobie pociupciał, i tyle.

Znajoma: Może o to chodziło? Takie PWP? („Fabuła, na c..j ci fabuła?")

Ja: Niestety, cytrusów („obrazowych opisów współżycia płciowego”) nie było.

Znajoma: NO TO PO CO PISAĆ COŚ TAKIEGO?!?

Kurtyna, miłosiernie i litościwie, opada.