Saturday, 26 May 2018

67/104: J. D. Vance, "Elegia dla bidoków"

Nie byłam pewna, czego powinnam oczekiwać od tej książki. Reportażu, biografii, publicystyki, fikcji? Znalazłam mieszankę, w której fikcji jest zdecydowanie najmniej, a pozostałe formy tworzą interesujący misz-masz opowieści o chłopcu, który chciał wybić się ponad swoje środowisko, nie tracąc równocześnie swojej tożsamości kulturowej.

Jak wybić się ponad poziom definiowany przez patologię, uzależnienia i przemoc domową? Jak "przepracować" to wszystko, żeby nie powielać schematów z przeszłości we własnym życiu? Jak uwierzyć w siebie, i podjąć wyzwania stojące pozornie poza naszym zasięgiem? Autor "Elegii..." nie podaje jednej uniwersalnej recepty - diagnozuje jednak szereg bolączek z jakimi borykają się społeczeństwa przyznające głos nowym konserwatystom, budując podstawy do leczenia tych objawów. Kwestia wprowadzenia propozycji Autora w życie pozostaje otwarta: tak pod rządami Trumpa, jak i Dudy.

Thursday, 24 May 2018

66/104: Andy Weir, "Artemis"

Tak to już jest, że do drugiej książki autora znakomitego debiutu (Marsjanina zaliczam śmiało do grona moich ulubionych książek z ostatniej dekady) podchodzi się "z pewną taką nieśmiałością". Moje obawy zwielokrotniała również perspektywa lektury polskiego tłumaczenia - w przypadku debiutu Weira, który poznałam w oryginale i próbowałam dowartościować polski rynek wydawniczy post factum, była to istna droga przez mękę. Szczęśliwie okazało się, że za spolszczenie Artemis odpowiadał inny, o wiele lepiej radzący sobie z tematem tłumacz.

I to był początek litanii różnic pomiędzy książką o Marsie i książką o Księżycu. O ile w tej pierwszej chodziło przede wszystkim o przeżycie w pozbawionej ludzi oraz infrastruktury pustce Czerwonej Planety - o tyle w drugiej mamy do czynienia z opowieścią o społeczności zadomowionej na Srebrnym Globie, i zajmującej się tym, co ludzkie. A konkretniej: drobnymi malwersacjami, przemytem, grami politycznymi i zabijaniem. Bohater Marsjanina po prostu nie miał z kim uprawiać takich ćwiczeń.

Druga powoeść Andy'ego Weira stanowi zatem próbę ognia nie tylko w postaci prowadzenia narracji przez postać kobiecą - której udaje się nie popaść w stereotypy i klisze zachowań, chwała Autorowi! - ale i żonglowania znacznie większą liczbą postaci. Z próby tej Weir wychodzi zwycięsko: tworzy porywającą historię kryminalną z elementami "naukowości" znanymi z poprzedniej powieści (choć jest ich tutaj odpowiednio mniej), i pokazuje, że opanowanie i ucywilizowanie Księżyca to dopiero początek drogi. Trzeba jeszcze poskromić LUDZI.

Serdecznie Was zachęcam do sprawdzenia, czym Jazz Bashara - wychowana w księżycowym mieście Artemis Arabka, przemytniczka i córka spawacza, różni się od amerykańskiego astronauty Marka Wattneya. Być może dojdziecie do wniosku, że łączy ich więcej, niż można by przypuszczać...

A konkluzja jest taka, że chciałabym poleciec na ten Księżyc. Bez chloroformu.

Monday, 21 May 2018

65/104. Mariusz Sieniewicz, "Plankton"

Nie ma już Polski - jest Polacja, państwo religijne, którego serce bije w Olsztynie, nowej Stolicy Apostolskiej. Krajem rządzą prezydenci-androidy, a niedawny laureat literackiego Nobla nazywa się Olgierd Tokarczuk. Bohater, długowieczny zakonnik od świętego Franciszka, wybiera się na wirtualną wycieczkę z córką, i w ramach kary trafia do zniszczonego przez islamistów Krakowa...

Plankton to duży potencjał i znakomicie przedstawiona wizja alternatywnej (mam nadzieję...) przyszłości Polski - kuleje w nim jednak fabuła, której daleko do dywagacji autorstwa, żeby daleko nie szukać, Jacka Dukaja. Nie jestem również przekonana, czy zrozumiałam motywacje głównego bohatera: rozeszły mi się one w wielokrotnie złożonych zdaniach jąkanych monologów. A szkoda, bo potencjał był. Może kiedyś podejmę ponowną próbę zgłębienia prawdy o tej powieści - na razie jednak zwracam oczy ku innego typu lekturom.

Thursday, 17 May 2018

64/104. Chava Rosenfarb, "Drzewo życia. Tom drugi: 1940-1942".

Czytałam na raty. Biorąc pod uwagę historię i pochodzenie mojej rodziny, wszystko to trafia bardzo blisko "domu", fizycznego i metaforycznego. Wdzięczna jestem Centrum Dialogu oraz tłumaczkom za trud włożony w przygotowanie tej opowieści - losy dziesięciorga bohaterów Drzewa życia stanowią zaledwie wyjątek dziejów łódzkiego getta, ale atmosfera tkana ze wspomnień i przeżyć Autorki tworzy wrażenie kompletności przedstawionego świata. Nastraja mnie to optymistycznie przed lekturą trzeciego, dopiero co wydanego tomu tej opowieści - mimo to jednak dam sobie czas na "przetrawienie" wszystkiego, zanim po niego sięgnę. A sięgnę na pewno.

Monday, 14 May 2018

63/104. Justyna Kopińska, "Z nienawiści do kobiet"

Nie była to lektura ani łatwa, ani lekka, ani tym bardziej - przyjemna. Mimo wszystko jednak wolę ją od czytanych niedawno reportaży o sytuacji japońskich kobiet - chociażby dlatego, że Autorka podejmuje tutaj próbę wysłuchania drugiej strony (sprawców, oprawców, dręczycieli). Ich pokrętne - o ile w ogóle udzielone - wyjaśnienia nie przekonują mnie w żaden sposób o jakiejkolwiek, nawet domniemanej niewinności, ale świadczą pozytywnie o zaangażowaniu Autorki w opisanie każdej sytuacji ze wszystkich perspektyw. I za ten profesjonalizm należą Jej się brawa.

A ludzie - niektórzy ludzie, zwłaszcza ci opisani w Z nienawiści... - są jednak bardzo przerażającym gatunkiem.

Wednesday, 9 May 2018

62/104. Rachel Joyce: "The Unlikely Pilgrimage of Harold Fry"

Harold Fry od pół roku wiedzie spokojny, monotonny żywot emeryta, prawie nie ruszając się z krzesła na werandzie. Jego żona obsesyjnie sprząta dom, szykując się na powrót syna (co prawda nie wiadomo, kiedy on nastąpi, ale na pewno już niedługo), a sąsiad zza płotu wykorzystuje każdą okazję, aby opowiadać Haroldowi o swojej niedawno zmarłej małżonce. Każdy dzień jest łudząco podobny do poprzedniego.

A potem Howard dostaje list, wysłany z drugiego końca Anglii. Nadawcą jest kobieta, którą przed dwudziestu laty (jak sam mówi) zawiódł, obecnie: pacjentka hospicjum, w zaawansowanym stadium raka. Howard próbuje znaleźć odpowiednie słowa, aby odpisać na tę przejmującą wiadomość, ale koniec końców nie jest zadowolony z formy, jaką przybrała jego odpowiedź. Zamiast wrzucić swój list do skrzynki na rogu ulicy, idzie więc dalej, na kolejną pocztę – i kolejną – i jeszcze następną – aż wreszcie, zainspirowany opowieścią przygodnie spotkanej osoby, postanawia przejść dobrze ponad sześćset mil spod własnych drzwi do hospicjum,w którym przebywa jego znajoma.

I robi to: bez telefonu, bez ubrania na zmianę, bez odpowiednich butów czy plecaka. Po drodze spotyka ludzi, którym pomaga, i takich, którzy jemu pomagają; powraca we wspomnieniach do czasów swojej znajomości z kobietą, do której wędruje, oraz odbywa wewnętrzną wędrówkę po historii swojej rodziny. Przy okazji zabiera czytelnika ze sobą, a stosunkowo prosta opowieść o starszym mężczyźnie na drodze okazuje się wspaniałą, wzruszającą podróżą do źródeł człowieczeństwa.

The Unlikely Pilgrimage of Harold Fry Rachel Joyce (wydana po polsku kilka lat temu, ale przebaczcie: nie pamiętam w tej chwili polskiego tytułu) została mi polecona przez znajomą z pracy, znającą moje preferencje czytelnicze: rozpoczynając lekturę nie miałam jednak pojęcia, że tak bardzo mnie ona wzruszy i poruszy. Sama historia jest naprawdę prosta – Howard sam zresztą „upraszcza” swoją wędrówkę w nietypowy sposób, stając się inspiracją dla ludzi, których spotyka na swej drodze. 
A także, przy okazji – dla czytelników. Przynajmniej dla niżej podpisanej czytelniczki.

Nie będę Wam psuć zabawy z poznawania historii Howarda, jego relacji z żoną, synem, oraz nadawcą (nadawczynią?) listu: powiem tylko, że pomimo nieskomplikowania fabuły bynajmniej nie jest to ksiązka banalna. I że cieszę się z jej przeczytania do tego stopnia, że przyznaję powieści pani Joyce Lubego Leniwca Literackiego. O!

Tuesday, 8 May 2018

61/104: Olga Tokarczuk, "Opowiadania bizarne"


Olga Tokarczuk to jedna z pisarek, na dźwięk nazwiska której z miejsca rzucam się ku księgarni – szczególnie gdy w grę wchodzą opowiadania. Najnowszy zbiór krótkich form Autorki, Opowiadania bizarne, czyta się bardzo dobrze i przynosi kilka niespodziewanych zwrotów akcji, mocno mieszając czytelnikowi w głowie. Serdecznie polecam tutaj opowiadania: pierwsze, ostatnie, oraz „słoikowe”. Ach, i stylizowany pamiętnik pewnego królewskiego medyka, który odkrywa, w czym leży siła narodu polskiego. Sama prawda, drogi panie, sama prawda...

Jeżeli miałabym natomiast formułować jakieś zarzuty, zapewne przyczepiłabym się do użycia słowa „stróżka” w miejscu, gdzie ewidentnie chodzi o strUżkę. Z pewnym niepokojem obserwuję coraz częściej występującą w literaturze współczesnej tendencję do kreskowania „o” w zdrobnieniu wyrazu „struga”, i zawsze wyobrażam sobie w takich momentach maleńkie dozorczynie w maciupkich fartuszkach, stojące na straży grup niesfornych łez (lub innych kropli).

Z tej to przyczyny, Opowiadania bizarne oceniam najwyżej na 8/10 (bywam ortograficznym Nazgulem, niezmiernie mi przykro). A szkoda...

Saturday, 5 May 2018

60/104: Karolina Bednarz, "Kwiaty w pudełku. Japonia oczami kobiet"

Oj, strasznym krajem jest ta cała Japonia! Dzieją się tam wyłącznie złe rzeczy, tak złe, że w żadnym innym miejscu na świecie nie mogłyby pewnie mieć miejsca, a kobiety to już w ogóle mają tak przerąbane, że NATO i UNESCO oraz sygnatariusze Konwencji Genewskiej powinni już dawno zrównać ten kraj z ziemią...

A poza tym - napisana na początku XI wieku Genji monogatari jest opowieścią o wojnie Genpei (1180-1185)*, transkrypcja skacze swobodnie między Hepburnem a kokutei (czy mam teraz zacząć pisać "Takaraduka", zamiast "Takarazuka"?), a w słowniczku na końcu mamy sytuację typu: trzy znaki zapisane - transkrypcja tylko do dwóch. Dlaczego?...

Nie jestem zachwycona, Drodzy Państwo. Dowiedziałam się kilku niezwykle ciekawych i pouczających rzeczy (szczególnie z rozdziału opisującego działalność Takafumiego Tsuruty), ale generalnie miałam wrażenie, że jedziemy po bandzie sensacyjności i świętego oburzenia. Jeżeli interesuje Was temat Japonii, oraz spojrzenie na procesy i zjawiska społeczne z perspektywy kobiet, zajrzyjcie do książki Karoliny Bednarz. Radziłabym jednak pamiętać, że nie jest to całościowy obraz sytuacji.

* 正解は「平家物語」だぞ。

Friday, 4 May 2018

58/104: Anna Bikont - "Sendelerowa. W ukryciu"

Chronologia uległa zaburzeniu wskutek zamieszczania recenzji "na bieżąco". Od następnego wpisu wracamy do normalnego trybu krótkich, mocno subiektywnych wpisów o książkach przeczytanych dla siebie samej.

Znając historię życia Ireny Sendlerowej głównie z informacji upublicznionych w prasie, oraz z (tak, tak) filmu produkcji hollywoodzkiej (Michelle Dockery gra córkę Danuty Stenki - wszyscy mogą iść do domu, to jest skończenie dobre połączenie) - zupełnie nie miałam świadomości, jak bardzo wykreowaną postacią była ta skądinąd bohaterska kobieta. Anna Bikont skutecznie odbrązawia jej wizerunek, pokazując, w jaki sposób manipulowano informacjami o życiu i działalności Sendlerowej - i jak robiła to sama zainteresowana - i ja to kupuję, płacę ekstra, i odchodzę usatysfakcjonowana. Nie interesują mnie historie o herosach stąpających po tym łez padole: interesują mnie ludzie, niedoskonali, próżni i oportunistyczni.

I to właśnie można zobaczyć w Życiu w ukryciu, do lektury którego niniejszym serdecznie Was zachęcam.

56/104: Ewa Winnicka, Cezary Łazarewicz - "1968. CZASY NADCHODZĄ NOWE"

Są jeszcze dwie takie "rocznikowe" książki - miałam okazję przeczytać jakiś czas temu "1945" Magdaleny Grzebałkowskiej, i była to lektura tyleż pouczająca, co interesująca. Podobnie z "1968": końcówka lat 60. ubiegłego wieku to ten moment w historii, do którego mogłabym się przenieść terazzaraznatychmiast, i nie żałować tej decyzji ani przez chwilę. Ideowość, kontrkultura, muzyka - to wszystko przemawia do mnie w języku, który znam i rozumiem niemal podświadomie. Opowieści zebrane w książce Ewy Winnickiej i Cezarego Łazarewicza przekonują mnie dobitnie, że był to czas wielkich zrywów, szczytnych idei i rażących niesprawiedliwości.

W sumie - trochę jak czasy współczesne. Tylko bez hejtu w internetach.

Co mogłoby pójść nie tak?...


Saturday, 28 April 2018

Z głębią w tytule. Marta Kisiel - "Toń"

W rodzinie Sternów są trzy kobiety: ruda, blondynka, i brunetka; pedantka, Królowa Śniegu i zwariowana trzpiotka. Mają trzy główne zasady: nie zostawiać domu bez opieki - nie wpuszczać nikogo za próg - nie wspominać, w jaki sposób zginęli ich bliscy.

To jest opowieść o tym, jak jedna z panien Stern łamie te zasady. O tym, co można odnaleźć grzebiąc w przeszłości ukochanych ludzi. I o tym, co z tego wynika - dla trzech kobiet, nietypowego zegarmistrza, jeszcze bardziej niezwykłego antykwariusza, oraz pewnych tkaczek. To również opowieść o czasie, o chciwości i o rodzinie. O kilku rodzinach właściwie, połączonych w przedziwny sposób - nie zawsze więzami krwi.

A także: o poszukiwaniu skarbów, obalaniu mitów o nieomylności dorosłych (zwłaszcza tych nieobecnych, o których w domu Sternów się nie mówi - choć nie tylko ich), ostrożnej, ale głębokiej miłości, stworzeniach nie z tego świata i antykach. W tle przewija się muzyka zespołu Queen, którą polecam Wam jako soundtrack pod lekturę.


Bardzo, bardzo czekałam na nową książkę Marty Kisiel. Połknęłam ją w jedno popołudnie, i mogę powiedzieć tylko jedno: jestem absolutnie zachwycona. Nie tylko znakomitymi opisami Wrocławia w różnych momentach historii, błyskotliwymi, ciętymi dialogami oraz interesującymi bohaterami, do których z miejsca nabieram sympatii. Przede wszystkim - ponieważ pasjami lubię książki, które wciągają czytelnika w grę: podsuwają rozwiązania, ale w taki sposób, że do ostatniej chwili nie wiemy, że wiemy to, co wiemy. Jestem również wielką fanką tytułu książki - nie miałam pojęcia, że aż tyle treści można zmieścić w trzech drobnych literach. To także element gry, być może jeden z najciekawszych. Zagrajcie, nie pożałujecie.

Zwykle nie krzywdzę książek w ten sposób, ale cały koncept okładki jest absolutnie zachwycający.
Elementem gry jest tutaj wszystko: począwszy od tego, kto tak naprawdę jest bohaterem tej opowieści. Zaczęłam ten wpis wzmianką o pannach Stern, wokół których bez wątpienia zawiązuje się cała akcja, ale po drodze ciężar fabularny przesuwa się w kierunku kilkorga innych bohaterów.

Z początku wydaje się również, że mamy do czynienia ze stosunkowo prostą historią: ot, młoda, roztrzepana dziewczyna pozwala, aby obcy mężczyzna zabrał coś z domu jej ciotki. To jednak okazuje się być ostatnią z długiej serii kradzieży, w których nie zawsze giną rzeczy materialne. Czasami traci się spokój ducha - lub wiarę w człowieka. W zasadzie można by stwierdzić, że tylko jeden z bohaterów - niejaki Karolek - wychodzi z całej tej sytuacji bez szwanku, a może nawet z pewnym zyskiem. Karolek to w ogóle jedna z sympatyczniejszych postaci: Autorka mogła teoretycznie zrobić z niego ostatnią ciapę, ale zamiast tego stworzyła interesującego młodzieńca, który przy wszystkich swoich wadach broni się między innymi... genialnymi zdolnościami kulinarnymi. Że zacytuję naprędce dialog dwóch kobiet nad carbonarą: "-Uważaj, ten sos idzie w biodra. - Ja go mogę nawet samochodem podrzucić..."

Czy wspominałam już, jak dobrze to jest napisane? Pewnie tak.

Niebagatelną rolę odgrywa w powieści czas, oraz poruszanie się w jego ramach. Wielokrotnie przerabiałam już w różnych utworach motyw czasu jako rzeki - Marta Kisiel idzie tutaj o krok naprzód, proponując wersję podróży w czasie nie bardzo odległą od H. G. Wellsa, z elementami mechaniki rodem z Harry'ego Pottera. Próba ruszenia po śladach osób bliskich naszych bohaterom pokazuje jednak, że samo podróżowanie w czasie jest akurat najłatwiejszą częścią ich zadania. Nie jesteśmy w stanie naprawić nawet naszych własnych błędów - a co dopiero wpłynąć na decyzje innych, nawet najdroższych nam osób. Przeszłość ma to do siebie, że pozostawia nam w spadku nie tylko zagadki i legendy, ale również prozaiczne konsekwencje, z którymi musimy żyć dalej...

Żywię nieśmiałą nadzieję, że Autorka da nam więcej książek z tego cyklu - co zdaje się sugerować otwarta formuła zakończenia. Jest tutaj jeszcze sporo GŁĘBI do spenetrowania... (Wybaczcie, to było okropne. Toń jest o wiele lepsza, niż moje żarty językowe.)

Marta Kisiel, Toń, Wydawnictwo Uroboros
premiera: 23 maja 2018

Friday, 27 April 2018

Materiał na serial: "Dom Wchodzącego Słońca" Aleksandry Janusz

Miasto Farewell przypomina Chicago z Akt Dresdena, i Londyn Matthew Swifta.

W mieście Farewell panuje chwiejna równowaga, utrzymywana dzięki mocom kilkorga nietypowych magów. (O jednym z nich Autorka pisze, że młodziutka bohaterka nie uważała go za przystojnego - ale gdyby sama była starsza o jakieś dwadzieścia lat, to co innego. Otóż potwierdzam, z perspektywy "wieku docelowego": sama prawda, zero przekłamań.) Żeby zostać przyjętym do magicznego terminu, trzeba rozwiązać szereg zadań z topologii, zaś almanach wiedzy tajemnej i przepowiedni dotyczących przyszłości miasta składa się z brulionów, pergaminów, i przypadkowych skrawków papieru w rodzaju restauracyjnego menu.

W Farewell stoi Dom Wschodzącego Słońca. Eunice Wight, nastoletnia buntowniczka i kontestatorka Systemu, przekracza jego próg i przekonuje się, że nic nie jest do końca takie, jak się nam wydaje.

Zdjęcie, poniekąd, spoilerowo-znaczące. Udało się także uchwycić ciekawie zaprojektowaną okładkę Domu Wschodzącego Słońca.
Jak zwykle ostatnio, mam dziwne skojarzenia. Debiutancka powieść Aleksandry Janusz (wydanie, z którym zapoznałam się dzięki uprzejmości Wydawnictwa Uroboros, to wznowienie książki wydanej pierwotnie w nieodżałowanej pamięci Runie) przywiodła mi na myśl serial o szkatułkowej konstrukcji, coś w rodzaju Netflixowego Orange is the New Black - na początku poznajemy pobieżnie głównych bohaterów opowieści, a później wątki i historie rozgałęziają się, tworząc siatkę powiązań i współzależności. Przy okazji dowiadujemy się nieco więcej o przeszłości magów z Farewell, a także o historii samego miasta - bohatera na własnych prawach - która ujęła mnie chyba najmocniej. Nie obraziłabym się za jej kontynuację - na całe szczęście tom drugi jest w planach, będę go z zaciekawieniem wyglądać.

Aleksandra Janusz, biolog molekularny i doktor neurobiologii (!), przedstawia zaledwie wycinek większego świata, który - jak się spodziewam - ma rozrysowany i rozpisany w najdrobniejszych szczegółach. Po lekturze Domu... pozostało mi wrażenie niedosytu (co oznacza pojawienie się pewnego szczególnej urody kota? Co kryje się w przeszłości naszych bohaterów, szczególnie Timothy'ego? Do czego jeszcze mogą posłużyć szkolne lektury?), i poczucie, że niektóre sceny powieści zostały zakomponowane w bardzo "graficzny" sposób, prawie jak scenopis dla operatora kamery. Czy Dom Wschodzącego Słońca ma tak zwany "potencjał ekranizacyjny"? Na pewno tak, choć niekoniecznie w krajowopolskich realiach. Być może dlatego Autorka umiejscowiła akcję w Ameryce, i czerpała z dziedzictwa wielu kręgów kulturowych. W efekcie uzyskujemy istny kogel-mogel idei, magicznych technik i tradycji, co w sumie bardzo zgrabnie odzwierciedla zglobalizowaną rzeczywistość, w której żyjemy na co dzień.

W Farewell można wybierać - jedni magowie będą rozwijać swoje zdolności za pośrednictwem skomplikowanego interfejsu superkomputera, inni skupią się na kultywowaniu tradycji zgodnych z duchowością Dalekiego Wschodu bądź Kabałą, jeszcze inni roztoczą magię iluzji za pośrednictwem muzyki rockowej. To miasto przygarnia każdego - prawda, jednych mniej chętnie, niż innych, ale jednak. Jaką ścieżkę wybierze Eunice, i czy wyciągnie właściwe wnioski z historii swoich mentorów? O tym musicie przekonać się sami...

Aleksandra Janusz, Dom Wschodzącego Słońca, Wydawnictwo Uroboros
premiera: kwiecień 2018

Thursday, 19 April 2018

Christina Hesselholdt, "Vivian". Rozrzucony album

Chicago, rok 2007. Na licytację trafia zawartość podręcznej skrytki-magazynku, którego właściciel od dawna nie płaci czynszu. Oprócz skrzyń, pudeł i stosów powiązanych w paczki gazet, w skrytce znajdują się dziesiątki, setki, a może nawet tysiące negatywów i niewywołanych klisz.

Oto początek "kariery" jednej z najlepszych "ulicznych fotografek" w historii.

Vivian (Viv, Vivianne) Maier (Meir, Meyer, Smith), autorka zdjęć zapisanych na ponad stu pięćdziesięciu tysiącach klisz, nie ma pojęcia, że jej prace za kilka lat wywołają furorę. Nie dowie się również, w jak wielu krajach zostaną zaprezentowane. Nie obejrzy żadnego z filmów dokumentalnych, których twórcy będą próbowali odtworzyć owiane tajemnicą szczegóły z jej życia. Nieco ponad rok od dnia, w którym jej "skarby" trafiły na licytację, przewróci się na ulicy. Odejdzie po kilku miesiącach, nieświadoma faktu, że nowi właściciele jej klisz i negatywów szukają jej, aby obwieścić światu istnienie nieznanego dotąd geniusza fotografii.

Christina Hesselholdt próbuje w swojej powieści wypełnić białe plamy, z jakich składa się życiorys Vivian Maier. Niewiele o niej wiadomo: urodziła się w 1926 roku jako córka dwojga skomplikowanych, nie radzących sobie z życiem ludzi, część życia spędziła należącym do swojej matki w majątku we Francji; miała brata, który borykał się z uzależnieniem od narkotyków; przez większą część życia pracowała jako niania (chwilami urocza, niekiedy mocno kostyczna wersja Mary Poppins); za pieniądze ze sprzedaży francuskiej posiadłości rodzinnej pojechała w podróż dookoła świata; pod koniec życia utrzymywała się głównie dzięki pomocy byłych wychowanków, łożących na jej mieszkanie. Często przekręcała swoje nazwisko i zatajała szczegóły dotyczące pochodzenia i rodziny. Nie potrafiła pozbywać się niczego, co do niej trafiło.

Przez większość swojego dorosłego życia fotografowała wszystko, co wydawało jej się godne zapamiętania.

Vivian sama kupiła sobie pierwszy aparat: pudełkowy Kodak Brownie. Ja dostałam mój w prezencie od przyjaciela. Bessę, średni format z roku 1938., odziedziczyłam po dziadku.

Do zaledwie kilku potwierdzonych faktów z życia Vivian Maier, duńska pisarka Christina Hesselholdt dopisała opowieść na kilka głosów - samej Vivian, jej matki, kilkorga pracodawców, byłej wychowanki, wreszcie: Narratora, stawiającego niewygodne pytania i drążącego co bardziej nurtujące go kwestie. Skrawki (prawdziwego? wyekstrapolowanego? wyobrażonego?) życia Vivian przypominają rozsypane karty starego albumu: dopiero pod koniec powieści zaczyna się z nich wyłaniać wyraźnie zarysowana chronologia, a odtwarzanie całej historii tej frapującej postaci przypomina sklejanie opowieści z setek zdjęć - niekiedy podartych na drobne kawałki. To fascynująca podróż w głąb umysłu kobiety, o której tak naprawdę nic nam nie wiadomo.

Dlaczego żyła w nędzy, trzymając w skrzyniach nigdy nie zrealizowane czeki na tysiące dolarów? Dlaczego wzbraniała się (brzydziła?) przez jakąkolwiek bliskością fizyczną? Po co prowadziła swoich wychowanków poza bezpieczne przedmieścia klasy średniej, dlaczego upierała się, aby pokazywać im bezwzględną i brutalną stronę życia?

Wyobraźcie sobie, że macie w domu 150 tysięcy zdjęć rodzinnych, i nigdy nikomu ich nie pokazujecie. Ba, większości nawet sami nie oglądacie, bo nigdy nie zdecydowaliście się wywołać klisz...

Christina Hesselholdt udziela czytelnikowi odpowiedzi na te pytania - i nawet jeżeli przedstawiona przez nią wersja wydarzeń ma w sobie więcej z fikcji niż z prawdy, to na pewno nie można jej odmówić wyrazistości formy oraz intrygującej koncepcji. Przez strony powieści płynie się ze szczerą przyjemnością z obcowania ze świetnie skrojoną frazą (tutaj ukłony dla tłumaczki, Justyny Haber-Biały), a wizje kreowane przez autorkę pobudzają wyobraźnię czytającego. W książce nie ma ani jednej ilustracji, a mimo to jestem przekonana, że wędrując przez internetowe zbiory prac Vivian Maier bez trudu rozpoznacie wymienione w tekście fotografie: sposób ich opisu jest precyzyjny, poetycki, i doprawdy zachwycający.

Jeżeli - tak jak ja - interesujecie się twórczością Vivian Maier, koniecznie powinniście przeczytać tę książkę. Jeśli natomiast nie mieliście dotąd pojęcia o istnieniu tej ekscentrycznej fotografki: sięgnijcie po powieść, i wkroczcie w zupełnie nowy świat.

Christina Hesselholdt, VIVIAN, Wydawnictwo W.A.B.
Premiera: 18 kwietnia 2018

Dziękuję Wydawnictwu za umożliwienie mi spotkania się z tak świetnym kawałkiem literatury.