Wednesday, 29 June 2022

Więcej niż przyjaciółka. Karolina Dzimira-Zarzycka: „Samotnica. Dwa życia Marii Dulębianki”.

W moim małym światku, nazwisko Marii Dulębianki pojawia się najczęściej zaraz po Marii Konopnickiej – bardzo rzadko natomiast (jeśli w ogóle): samodzielnie. Karolina Dzimira-Zarzycka udowadnia tymczasem w swojej świeżo wydanej przez Marginesy książce, że (paradoksalnie) warto pomyśleć o obu Mariach osobno.


„Paradoksalnie” – ponieważ Dulębianka i Konopnicka spędziły razem dwadzieścia lat, przenosząc się razem z miejsca na miejsce i tworząc związek, który nazwalibyśmy w ich czasach siostrzeństwem, lub małżeństwem bostońskim, a współcześnie: prawdopodobnie... po prostu rodziną? Do tej kwestii jeszcze wrócimy, ale najpierw ustalmy: kim jest Dulębianka, jeżeli nie towarzyszką, troskliwą opiekunką, i wielką przyjaciółką Konopnickiej?

Przede wszystkim: malarką, bardzo dobrze przyjmowaną przez krytyków portrecistką. (Zdarza jej się również „popełniać” innego rodzaju obrazki: krótkie formy literackie, drukowane w prasie.) Jest również... kandydatką do sejmu Galicji, wystawioną poniekąd „żartem” (choć zdobywa zaskakująco dużo głosów!): żart ten zaś stanowi początek jej zaangażowania w walkę o prawa kobiet i pracy społecznej, którą będzie się zajmowała od czasu zamieszkania w Żarnowcu aż do końca swojego życia: umrze na tyfus, którym zarazi się podczas odwiedzania obozów jenieckich na Ukrainie. W uznaniu jej zasług, lwowianie nazwą imieniem Dulębianki ulicę – niestety, nie dojdzie do powstania domu dla kobiet, który najpierw miał nosić imię Konopnickiej, a potem – tej drugiej, mniej (nam) znanej, Marii.

Troskliwa, opiekuńcza, przejęta losem bliźniego – a przy tym często niezrozumiana i traktowana „po macoszemu” ze względu na swój wygląd i sposób bycia; wiecznie bez grosza, goniąca kolejne zlecenia, i próbująca związać koniec z końcem... istna bohaterka na nasze czasy.

W temacie rzeczonych „naszych czasów”: bardzo dużo mówi się obecnie (na przykład podczas obchodzonych w minioną sobotę w Warszawie Imieninach Jana Kochanowskiego) o tym, jaki naprawdę był charakter związku łączącej Konopnicką i Dulębiankę – oraz, czy sama Dulębianka rzeczywiście wychodziła poza granice binarności płci kulturowej. Próbuje się szukać konkretnych nazw na określenie relacji łączącej obie kobiety, i wpisywać je we współcześnie stosowane kategorie, co widać we fragmencie dyskusji toczonej na facebookowym profilu Miłość Nie Wyklucza:


Pozwolę sobie postawić następującą tezę: jeżeli mielibyśmy opisać tę relację jakąś literą z wiadomego akronimu, powinno to być „Q” – jak queer, zwany też kłirem: jak wychodzenie poza normy (wymagające od kobiety spełnienia w roli żony i matki, zachowywania się w bardzo konkretny sposób, itepe, itede – stosunkowo niewiele się w tej kwestii zmieniło od końca XIX. i początku XX. wieku), jak spędzanie życia z osobą, z którą łączy nas przyjaźń i miłość: nieważne, w jakim wymiarze i na jakiej płaszczyźnie. Zauważa to również Autorka „Samotnicy” – czy naprawdę musimy doszukiwać się jakichś niezbitych dowodów na to, że obie Marie były, lub nie były, kochankami? Czy bliskość, przyjaźń i miłość mogą się dziać poza sferą fizyczności? Teoria queer uważa, że oczywiście, jak najbardziej – i ja się z nią zgadzam. Nie ma lepszego sposobu na określenie związku, w którym obie strony wspierają się (i walczą o wsparcie dla partnerki), pomagają sobie w zdrowiu i w chorobie, tęsknią za sobą i wciąż do siebie wracają, nawet z bardzo daleka – jak tylko nazwać go miłosnym.

W ślad za Konopnicką, pięknie zresztą piszącą w swoich listach o tym, że młode panienki oczekują wielkiego „uderzenia pioruna miłości” – gdy tymczasem miłość rozwija się zupełnie inaczej, czasami – duuużo dłużej, niż trwa przeciętne wyładowanie atmosferyczne – ja także przywiązałam się do Dulębianki – a do tego spodobała mi się również wybitnie jej biografia, świetnie napisana, i bardzo dobrze zredagowana (widać, że Wydawnictwo Marginesy pracuje z dobrym zespołem redaktorskim: rzucił mi się w oczy tylko jeden błąd, na stronach 426/427, gdzie przy okazji wyliczania inicjatyw Lwowskiego Związku Równouprawnienia Kobiet „pomysł piąty” pojawia się dwukrotnie), co, niestety, nie należy ostatnio do tak zwanych złotych standardów. Wielkim zadowoleniem napawa mnie wyłuskana z mediów społecznościowych wiadomość o tym, iż Autorka pisze obecnie biografię Konopnickiej (ze słowem „serce” w tytule): mam nadzieję, że Marginesy przyjmą i tę pozycję, i już zaczynam czekać.

A SzanPaństwu lektury biografii Dulębianki najserdeczniej polecam.

 

Karolina Dzimira-Zarzycka
Samotnica. Dwa życia Marii Dulębianki
Wydawnictwo Marginesy, czerwiec 2022

 

(Recenzja nie była sponsorowana, książkę zakupiłam z własnych funduszy, a przy pisaniu towarzyszyła mi herbata z prażonym ryżem.)

Sunday, 5 June 2022

Jakub Wojtaszczyk: "Cudowne przegięcie. Reportaż o polskim dragu". Przegnij, nagnij, obsyp brokatem i spal.

Dobry jest ten czerwiec dla polskich fanów dragu – zakończymy go premierą Netflixowego serialu „Królowa”, w którym Andrzej Seweryn wcieli się w rolę drag queen Loretty, a rozpoczęliśmy: premierą książki Jakuba Wojtaszczyka „Cudowne przegięcie. Reportaż o polskim dragu”, wydanej nakładem Wydawnictwa Znak.

Na niespełna czterystu stronach znajdziemy tutaj portrety ponad dwudziestu osób performerskich, identyfikujących się jako cis- i transpłciowe, lub kompletnie ignorujące binarne podziały płci kulturowej. Nie wszystkie należą do społeczności nieheteronormatywnej. Przedstawiają w swoich występów postaci kobiece, męskie, albo w żaden sposób nie przystające do tych kategorii hybrydy ludzi, kosmitów, i… roślin. Są obecne na polskiej scenie dragowej od wielu (dziesiątków) lat – Lulla la Polacca! – lub dopiero zaczynają swoją drogę. Główny trzon ich aktywności w dragu może stanowić naśladowanie konkretnych osób z popkultury (Dżaga, Adelon), performance i sztuki wizualne, lub działalność na rzecz społeczności LGBT+ nie mieszcząca się w „klasycznej” definicji performance’u (siostra Mary Read). Łączy je jedna zasadnicza cecha: queerowa wolność od systemu, od normatywnych struktur i wartości, w ramach których (czy na pewno, i czy koniecznie?) operuje większość społeczeństwa.

Opisywani przez Jakuba Wojtaszczyka drag-performerzy (queens, kings, queers) są kolorowi, ekscentryczni, i trudno ich zignorować. Z tego powodu są często krytykowani nie tylko przez heteronormatywnych członków społeczeństwa, ale także – przez tych przedstawicieli społeczności LGBT+, którzy preferują pozostawanie w cieniu, i możliwie najspokojniejszą egzystencję. Wśród tej grupy może pojawiać się przekonanie, że (upraszczając) facet przebierający się za kobietę jest mniej wartościowy, albo że w jakiś sposób siebie umniejsza. Wreszcie – w grupie samych drag-performerów istnieją pewne – wybaczcie mój francuski – poziomy zajebistości: najczęściej mówi się o dragu jako o naśladowaniu (ekstremalnie) kobiecej formy przez homoseksualnych, cispłciowych mężczyzn; wszelkie odstępstwa od tego modelu (AFAB queens, czyli cis-kobiety w kobiecym dragu; drag kings; transpłciowe kobiety po terapii hormonalnej/operacji korekcji płci, nadal występujące jako drag queens) bywają traktowane z wyższością przez niektóre „prawilne” drag queens... i przez niektórych fanów.

Tymczasem, pod pojęciem „drag” (które nie wywodzi się tak do końca od Szekspira, thanks ever so much) kryją się wszelkiego typu działania zmierzające do przełamania tego, co oczywiste i oczekiwane. Płeć kulturowa to konstrukt, tutaj zgadzamy się (bohaterki_owie Wojtaszczyka oraz osoba niżej podpisana) z profesorką Judith Butler. Jesteśmy od dzieciństwa socjalizowani do ekspresji tak zwanego genderu w kierunku jednoznacznie męskim lub żeńskim – podczas gdy, podobnie jak orientacja psychoseksualna, tożsamość płciowa często nie daje się określić poprzez punkt na wyimaginowanej osi: stanowi raczej całe spektrum, i nie zawsze spędza się życie w tym samym miejscu tegoż spektrum, w którym się je zaczęło. A drag znakomicie nadaje się do tego typu subwersji – i dlatego też niepokoi ludzi, wyzwalając w nich szerokie spektrum reakcji, od gorącej fascynacji po równie gorącą agresję.

Bycie osobą o orientacji/tożsamości odmiennej od cisheteronormy, uznawane jest powszechnie – przynajmniej w Polsce A.D. 2022 – za pewnego rodzaju manifestację poglądów, zamiast stanowić po prostu kolejną z cech (takich jak wzrost, rasa, kolor włosów czy oczu) opisujących każdego człowieka. Bohaterki i bohaterowie reportażu Wojtaszczyka podkreślają, że (zaangażowany) drag tym różni się od cross-dressingu (czyli ubierania się w sposób niezgodny z własną płcią biologiczną), że zasadniczy element tego pierwszego stanowi aktywizm, i kompletne rozwalanie systemu. Wychodząc poza własne granice – lub poza to, co wydaje nam się nimi być – drag performerzy przeginają siebie i naginają formy społeczne. I, jak to często bywa: dragowy aktywizm przeszkadza ludziom i drażni ich.

Tło absolutnie nieprzypadkowe.

Ale dragu nie da się schować do żadnego mebla. Zawsze będzie z niego wystawał, lub wyciekał przez szpary: i pokazywał, że przez queerowość rozumiemy kompletnie inny od „normatywnego” system wartości – oraz akceptację tego, że zarówno ja nie żyję tak, jak inni – jak i oni nie żyją tak, jak ja. Akceptacja jest tu zresztą słowem-kluczem: jak mówi siostra Mary Read, jedna z bohaterek „Cudownego przegięcia”: „Tolerancję odbieram jako coś negatywnego. Toleruje się coś, z czym się nie zgadzasz. Powinniśmy walczyć o akceptację.”

A Shady Lady dodaje: „Za każdym razem, kiedy nakładamy szminkę, walczymy.”

I tak trzeba robić. Naginać normy, przeginać „normalność”, dodać brokat - a jeśli komuś to nie pasuje, cóż: przykro nam, i bardzo współczujemy.

Ja natomiast kłaniam się w pas wszystkim polskim dragsom (wiele z opisanych przez Wojtaszczyka osób miałam przyjemność widzieć na żywo) oraz Autorowi, który z wyczuciem i uczuciem opowiedział w „Cudownym przegięciu” ich historie: i za Twoją Starą, życzę im –

„Powodzenia! Wszak macie wiele do s*ierdolenia…”

Kącik pod patronatem Gordona Ramseya, czyli: what would I change?

Wielkiej urody okładka z Twoją Starą wzbudziła we mnie nadzieję na zdjęcia: tych tymczasem w książce nie ma w ogóle. Bardzo miłym akcentem byłaby jedna-dwie wkładki z portretami bohaterek i bohaterów reportażu – może uda się w drugim wydaniu?

Drugie wydanie powinno się bowiem ukazać; w miarę możliwości: z innym zespołem redakcyjnym. Literówki (w słowach polskich i angielskich), znaki przestankowe zamienione miejscami z przyimkami, błędy ortograficzne… przy moim czytelniczym OCD, nie mogłam się całkowicie zatracić w świetnej treści książki, gdyż „forma” nieustannie zbijała mnie z tropu. Trochę tak, jakby wielkiej urody drag queen pojawiła się na scenie z połową szwów, suwaków i taśm klejących na wierzchu. Ech, smuteczek: a lista płac podaje pięć osób redaktorskich. Ogarnijcie się, Drodzy Państwo w Znaku. Nie chcecie iść drogą Wydawnictwa Literackiego, które puszcza błędy ortograficzne u Olgi Tokarczuk.

Mimo wszystko, polecam P.T. Czytelnikom tę opowieść o polskim dragu – bez względu na to, czy już coś o nim wiecie, czy jest to dla Was absolutna terra incognito. A Autorowi dziękuję za świetną pracę reporterską, i liczne odniesienia do materiałów referencyjnych. You did, what needed to be done!

Jakub Wojtaszczyk: Cudowne przegięcie. Reportaż o polskim dragu
Wydawnictwo Znak, 2022

 

Disclaimer końcowy: niniejszy tekst sponsorowało wyłącznie moje zainteresowanie dragiem, a przy pisaniu przygrywał mi takarazukowy musical „Seal of Roses”.

Tuesday, 10 May 2022

Nie wiem, jak Państwu... (kwiecień 2022)

...ale mnie daje ta wiosna odrobinę w kość. Prawie połowa maja, sucho przeraźliwie, człowiek boi się pójść do lasu, żeby nie podpalić ściółki jednym blikiem odbitym od okularów... Masakra.

Wróćmy zatem do kwietnia, zanim zapomnimy całkiem, co nam się wonczas przydarzyło.

Przeczytałam:

...dużo rzeczy po raz kolejny. Jak wnoszę z mojego dziennika lektur na stronie StoryGraph (ciekawa alternatywa dla Goodreads, jeśli nie chcecie wspierać Amazonu), w kwietniu zajmowały mnie głównie powtórki książek ze Świata Dysku - projekt czytelniczy ciągnący się za mną od ubiegłego roku - oraz kolejne tomy Pottera. Dałam sobie spokój z polskim tłumaczeniem, które teraz, po dwudziestu kilku latach od pierwszej lektury, i kilkunastu latach doświadczenia w branży tłumaczeniowo-lokalizacyjnej, brzmi okropnie: a chwilami kompletnie rozmija się z oryginałem. Czytam więc Pottera w oryginale, przeplatając lekturę słuchaniem audiobooków (Stephen Fry zrobił tutaj kawał znakomitej roboty), wkurzam się kalkami, kliszami, i innymi niespecjalnie skrywanymi znakami przekonań i poglądów JKR. Powiedzmy to wprost: gdybyśmy - my, moje pokolenie - dostali te książki do rąk po raz pierwszy w roku 2020, a nie 1998, w literaturze genre'owej byłby tylko jeden popularny i lubiany cykl o czarodzieju imieniem Harry. I byłby to Harry Dresden.

Dużo mogłabym napisać o tym, co jest nie tak z Potterem - niechże P.T. Czytelnicy wypowiedzą się, czy mieliby ochotę na podróż tą ciemną doliną - ale zamiast tego napiszę, że w kwietniu przeczytałam także sporo nowych rzeczy, w tym dwie książki Mileny Wójtowicz: Zaplanuj sobie śmierć oraz Postscriptum, i obie serdecznie Państwu polecam: szczególnie jeżeli, jak niżej podpisana, macie za sobą epizod pracy w fabryce, i wiecie, jak funkcjonuje dział jakości w takim podmiocie gospodarczym. Siedziałam, i wyłam ze śmiechu - może nie ciurkiem, ale stabilnie często.

Przeczytałam również (w oryginale) cztery tomy powieści graficznej Heartstopper, autorstwa Alice Oseman. Do lektury tej zainspirował mnie fakt, iż chwilę wcześniej...

Obejrzałam:

...adaptację tego komiksu, świeżo dodaną przez Netflix. Oto trailer, na wypadek gdyby gdzieś Państwu umknął:


Z całą odpowiedzialnością polecam tych kilka niedługich odcinków opowieści o nienormatywnej młodzieży, która to opowieść kończy się dobrze, i przez chwilę człowiek ma nadzieję, że tak mogłoby być zawsze i wszędzie. Osobiście jestem mocno ciekawa, czy otrzymamy również sezon drugi - sądząc z tematyki komiksu, który również polecam, można by się po nim spodziewać o wiele więcej powagi i dramatyzmu; byłoby wielce interesująco móc zobaczyć, jak młodzi aktorzy Heartstoppera radzą sobie z (jeszcze) poważniejszymi tematami.

Byłam również w kinie, na Tajemnicach Dumbledore'a - po czym popełniłam recenzję, aby przestrzec Państwa przez podobnymi szaleństwami. (Nadal przestrzegam.)

Wysłuchałam:

wszystkich nowych piosenek, którymi Florence Welch zapowiadała swój nowy album. Oraz, z wielkim wzruszeniem, nowej piosenki mojego ulubionego zespołu wszech czasów:


Byłam w podróży:

do Irlandii! Ponapawałam się przyrodą, MORZEM i LASAMI, znowu weszłam w tryb "jestem absolutnie u siebie w obcym mieście, więc będę łazić po ulicach przed północą i słuchać muzyki na cały regulator (przez słuchawki, żeby nie było!)", i poczułam, że powoli wracam do siebie.


 Poznałam:

Trixie Mattel! Koncert był świetny, warto było czekać dwa lata na "lepszy świat".

Oprócz Trixie, poznałam również nowych ludzi, gdyż idąc na imprezę dragową w pojedynkę można wyjść z niej w grupie, quot erat demonstrandum. I dostać w prezencie kostkę do gry na gitarze, z logo trasy koncertowej. To teraz już tylko kupię gitarę, i... taaak.

Ale motywacja, żeby nauczyć się grać, jak wzrosła!

Popełniłam/napisałam:

Poza dziennikiem terapeutycznym - wielkie nic. Chyba dopadło mnie przesilenie wiosenne. Plany majowe (na tę część maja, która jeszcze przede mną, he, he) zakładają zdecydowaną odmianę tej sytuacji.

Czego i Państwu, gnąc się w pas, życzę.

Wasza Wróżka

Sunday, 10 April 2022

Obejrzałam „Tajemnice Dumbledore’a”, żebyście Wy nie musieli. Recenzja ze spoilerami.

Zacznijmy od disclaimera: programowo oglądam filmy z cyklu potterowskiego z napisami, na które to napisy nie zwracam uwagi, więc pewne pojęcia będą i tutaj zostawione po angielsku.

Plus, oczywiście: skoro zdecydowaliście się, P.T. Czytelnicy, kliknąć w łącze opisane powyższym tytułem, możecie się z góry domyślać, jakiego typu będzie to recenzja, i jakie są moje ogólne wrażenia na temat filmu. Potraktujcie, proszę, powyższe jako przestrogę.

Na wypadek, gdyby Państwo nie pamiętali: poprzednia część cyklu o fantastycznych zwierzętach, „Zbrodnie Grindelwalda”, pozostawiła nas z niespodziewaną informacją tyczącą się tożsamości Credence’a, aka. Aureliusa Dumbledore’a, oraz z Albusem chowającym do kieszeni niewielką fiolkę zawierającą mieszaninę krwi Gellerta Grindelwalda i własnej: tak zwany pakt krwi, który nie pozwala żadnemu z panów walczyć otwarcie przeciwko drugiemu. My zaś, ciągnięci przez kamerę, zostawiliśmy na moście wiodącym do Hogwartu wesołą gromadkę w postaci Tezeusza Scamandra, Tiny Goldstein, Jacoba Kowalskiego i Yusufa Kamy (plus ludzi z Ministerstwa Magii, których nazwiska nic Państwu nie powiedzą).

Upływa pewien czas: ciężko powiedzieć, ile konkretnie. Jacob ledwo co zdążył dotrzeć z powrotem do swojej cukierni na Brooklynie, a Credence’owi, w poprzednim filmie krótko ostrzyżonemu, włosy urosły do podbródka. Jacob spotyka w Nowym Jorku Eulalię (Lally) Hicks, nauczycielkę Obrony przed Czarną Magią z Hogwartu (poznaliśmy ją w króciutkiej scenie w „Zbrodniach…”: to z nią Nicolas Flamel rozmawiał przez magiczny, dziewiętnastowieczny ekwiwalent smartphone’a; jeśli nie pamiętacie, o czym mówię, nie martwcie się – musiałam zrobić szybką powtórkę, żeby skojarzyć), i zostaje w te pędy przetransportowany z powrotem do Hogwartu, gdzie zbiera się Zespół Do Spraw Specjalnych, Absolutnie Nie Armia Dumbledore’a (w skrócie: ZDSSANAD). W tym samym czasie Newt udaje się do prawdopodobnych Chin, aby uczestniczyć w narodzinach qilina (kirina, jak powiedzieliby japoniści): alas, Credence, wraz z gromadką sympatyków Grindelwalda, zabija matkę i porywa źrebiątko. (Newtowi ostaje się przegapione przez agresorów drugie źrebię, które trafia do walizki na odchowanie.) Qilin ma zdolność widzenia przyszłości: ZDSSANAD zmuszony jest zatem działać w sposób absolutnie nieprzewidywalny i nielogiczny, aby pokonać złego Gellerta.

Szczęśliwym zbiegiem okoliczności, scenarzyści „Tajemnic Dumbledore’a” również nie siedzieli podczas pisania zbyt blisko złóż logiki i sensu.

[TW: gore, przemoc wobec zwierząt i ludzi, przedmiotowe wykorzystanie tematu osób LGBT, ksenofobia, etc.]

(Źródło)

Zwierzęta opuściły wybieg

Po pierwsze i zasadnicze: nie mam pojęcia, czemu te filmy nadal sprzedawane są pod tytułem „Fantastyczne zwierzęta”: w pierwszym mieliśmy pięknie zróżnicowany zwierzyniec, to prawda, obecność zwierzów stanowiła ważną część fabuły, a poza tym było uciesznie i kolorowo, mimo obecności poważniejszych motywów. Począwszy od drugiej części, ale szczególnie w trzeciej, zwierzęta pojawiają się jakby przypadkiem, a ich udział w przedstawionych wydarzeniach jest… mocno incydentalny. Dowiadujemy się, owszem, że oprócz przewidywania przyszłości qilin posiada zdolność zaglądania w ludzkie dusze, i w związku z tym potrafi dokonać wyboru Przewodniczącego Międzynarodowej Federacji Czarodziejów (one wizard to rule them all): nie sposób jednak oprzeć się wrażeniu, że równie dobrze można by osiągnąć ten efekt przy użyciu, powiedzmy, magicznego szydełka. Oprócz qilinów (sztuk trzy, jedna szybko uśmiercona), w filmie pojawiają się ponadto: na wpół spopielały feniks Credence’a, Teddy the Niffler, Pickett-patyczak, jeden ptakowaty stwór, który ratuje Newta i osierocone źrebiątko qilina z opałów, po czym znika na dobre – oraz gromada maleńkich skorpionopodobnych draństw, skupionych wokół jednego GIGANTYCZNEGO skorpiona. Więcej zwierząt nie stwierdzono.

A skoro już o skorpionach mowa…

Aktualizacja kategorii wiekowej

Ten wielki skorpion? On zjada ludzi, a oślizgłe, okrwawione resztki wypluwa, żeby maluchy mogły się pożywić. Sceny owego pożywiania się mają miejsce w kazamatach niemieckiego więzienia dla czarodziejów (o czym poniżej), są zatem raczej ubogie w światło, choć nadal… obrazowe – ale już scena, w której Grindelwald postawia zabawić się z małym qilinem w rzeźnika halal (aby następnie przywrócić zwierzątko do życia i zaskarbić sobie jego lojalność, patrz powyżej), jest BARDZO DOBRZE oświetlona, i mocno niesmaczna.

Nie wiem, co sobie na ten temat pomyślała obecna na „moim” seansie matka trojga dzieci, z których dwoje musiało przynieść sobie poduszki, żeby dobrze widzieć ekran. Osobiście – nie polecam „Tajemnic…” jako filmu dla całej rodziny, po którym można skoczyć na watę cukrową…

Springtime for Grindelwald

…szczególnie, że Gellert G. przestaje się cackać, i robi wjazd do berlińskiego Ministerstwa Magii, gdzie (przy poparciu tak zwanego ludu, oraz jednego - nie dosłownie - bezkręgowego polityka) zostaje ogłoszony niewinnym wszelkich przypisywanych mu zbrodni, i staje do walki o fotel Przewodniczącego. Są, z grubsza, lata 30. dwudziestego wieku. Estetyka i retoryka towarzysząca scenom berlińskim nie pozostawia wątpliwości co do tego, czym inspirowali się twórcy filmu. Grindelwald wygłasza zresztą kilka zgrabnych mów na temat supremacji czarodziejów i konieczności wyniszczenia osób niemagicznych, co również brzmi… złowieszczo znajomo. Jeżeli cokolwiek dobrego z tego wypływa, to „nawrócenie się” Queenie Goldstein, siostry Tiny i ukochanej Jacoba, którą G.G. zwiódł w poprzednim filmie wizją urzeczywistnienia jej marzeń o małżeństwie z mugolem (cha, cha, cha). Rzeczony mugol pada zresztą ofiarą klątwy Cruciatus. Przykro mi, Jacob - i przykro mi, wszyscy widzowie, którzy musieliście to oglądać.

Do zwolenników Grindelwalda dołącza za to Yusuf Kama (łączny czas na ekranie: +/- 7 minut?), oczywiście – jako szpieg Dumbledore’a, o czym przekonujemy się w ostatnim możliwym momencie. (Znowu brzmi znajomo, tym razem w ramach franczyzy.)

Dumbledore Family Values

Co tymczasem słychać u Dumbledore’a? A w zasadzie, u wszystkich Dumbledore’ów, gdyż oprócz Albusa i „Aureliusa” pojawia się także Aberforth (zamierzony running gag scenarzystów to, powtarzana przez kilka postaci, fraza: „Dumbledore ma brata??”, która ani razu nie brzmi zabawnie). Po kolei: Albus jest tym gejem, którego pierwsze wielka miłość okazała się być Złym Człowiekiem, i to jest w zasadzie cała jego osobowość w filmie (to się nazywa: najgorsza możliwa kalka, pod którą można podciągnąć osobę należącą do jakiejkolwiek mniejszości, i wypada po prostu niesmacznie). „Wymarza sobie” spotkanie z Gellertem przy herbatce (scena otwierająca film), podczas której na pytanie: Czemu za mną szedłeś?, odpowiada śmiało: Because I fell in love with you (jakże progresywnie!); zjada kilka kolacji z Aberforthem, wpatruje się w portret Ariany, i wreszcie – spotyka się z Credence’em, któremu mówi: tak, jesteś z mojej rodziny, ale nie jesteś moim bratem, Gellert cię okłamał, więcej o tym później, cześć. Credence, tymczasem, powoli umiera, podobnie jak niegdyś Ariana: jako obscuriel, przepełniony chaotyczną magią, jest już u kresu życia (stąd częściowe spopielenie feniksa), i w ostatnim momencie próbuje zabić Grindelwalda. (Osobowością Credence’a jest werteryzm.) Ratuje go, między innymi, Aberforth (WIELKI SPOILER): ojciec Credence’a, który wdał się w romans z „lokalną wieśniaczką” mniej-więcej w tym samym czasie, kiedy Albus chodził z Gellertem. Jeśli dobrze kojarzę oś czasu, Aberforth był wtedy jeszcze uczniem: może dlatego rodzice panienki odesłali ją i (potencjalne) dziecko do Ameryki? Samo to nie tłumaczy jeszcze, czemu Aberforth nigdy nie próbował odnaleźć swojego syna: nie oczekujmy jednak logiki, bo się sparzymy i zniesmaczymy. (Osobowością Aberfortha jest mrukliwość.)

O czym będą fanfiki?

O końcowym pojedynku Grindelwalda i Dumbledore’a, w którym nikt nie ginie, fiolka z Paktem Krwi rozpryskuje się na kawałki, a każdy z panów zastyga na długą chwilę z ręką na sercu ukochanego. Zsynchronizowane bicie serc zagłusza na moment ścieżkę dźwiękową. Nikt nie zadaje śmiertelnego ciosu. Grindelwald ucieka, w sposób, który teoretycznie pozwoliłby na definitywne zakończenie tej serii filmowej w tym dokładnie momencie… gdyby, no, wiecie. Film się nie spodobał.

Cha, cha.

A pan to kto?

Przyznajmy jednak otwartym tekstem: zmiana aktora wyszła Grindelwaldowi na bardzo dobre. Mads Mikkelsen w roli dowolnego czarnego charakteru to co prawda brutalny typecasting, ale robi o wiele lepszą robotę, niż jego poprzednik. Jeżeli coś się w „Tajemnicach…” udało, to na pewno sceny AD/GG (będą fanfiki, powiadam Wam), i spokojna, flegmatyczna psychopatyczność Mikkelsena. Kudos dla tego pana.

Kudos również dla mojego przeulubionego Richarda Coyle, aka. Moista von Lipwiga, któremu udało się zrobić z Aberfortha coś więcej, niż tylko naburmuszonego karczmarza. Plus, dostała mu się do wypowiedzenia potencjalnie najbardziej kultowa kwestia w całej franczyzie (Always.), co również nie zabolało, i zbliżyło się poziomem emocji do niezrównanego Alan Rickmana.

Enemies of the TERF, beware!

Mało było o Newcie – Newt… jest, i to chyba w zasadzie wszystko. W poprzednim filmie napędzała go głównie chęć pomocy Dumbledore’owi, i pojednania się z Tiną: tym razem nie musi się często pokazywać, gdyż jest zaledwie częścią ZDSSANAD…

…w którym brakuje Tiny.

Tak, dobrze przeczytaliście: Katherine Waterston pojawia się w dwóch scenach, w tym jednej niemej migawce z trailera (5-10 sekund), sprawiających wrażenie dokręconych naprędce. Nieobecność Tiny wytłumaczona jest jej pracą: jest teraz kierowniczką amerykańskiego biura aurorów, i jest NIEZWYKLE zajęta. Oczywiście, Tezeusz Scamander, zajmujący analogiczne stanowisko w Wielkiej Brytanii, jest pełnoprawnym członkiem ZDSSANAD – ale to jeszcze o niczym nie świadczy, prawda? Podobnie jak wybitnie asymetryczne rozstawienie osób i przedmiotów w kilku scenach, sugerujące, że kogoś lub coś wymazano z ekranu…

Być może snuję tutaj teorię spiskową, ale faktem jest, że Katherine Waterston zdecydowanie przeciwstawia się transfobii w swoich publicznych wystąpieniach, i można się łatwo domyślić, do kogo pije. Przypadek?

Przy tej okazji, uczcijmy również minutą ciszy fakt, że Minerva McGonagall również pojawia się w filmie dwa razy, z czego raz ma coś do powiedzenia (przez uchylone drzwi do pubu Aberfortha, zza których ledwo ją widać). Team: Minerva Deserved Better.

Na koniec:

Nie podchodźcie do „Tajemnic Dumbledore’a” bez powtórki drugiej części serii, i poczytania sobie o rodzeństwie Dumbledore, gdyż sporo może Wam umknąć.

Albo… przemyślcie, czy aby na pewno warto. Jeżeli stwierdzicie, że warto: chętnie popolemizuję!

 

Spokojnej niedzieli! Tutaj się medytuje przy If I Had A Heart Fever Ray. Jakże oldskulowo.

Saturday, 26 March 2022

Nie wiem, jak Państwu... (marzec 2022)

 ...ale mnie ostatni miesiąc minął błyskawicznie, przynosząc wiele olśnień różnej natury: stąd też szybka próba podsumowania tego, co się wydarzyło, i co polecam / czego nie polecam. (Nie-polecajek chyba tym razem zbyt dużo nie będzie, ale spróbujemy zrobić z tego wpis cykliczny).

Zatem:

Przeczytałam:

sporo ciekawych rzeczy, w tym wspomnienia (dziwnie to brzmi w kontekście bardzo młodej Autorki) Evanny Lynch, traktujące o zmaganiach z anoreksją. Polecam gorąco, szczególnie jako nie-dumna właścicielka zaburzeń łaknienia innego rodzaju (o podobnych była mowa na ostatnim kółku literackim, na które nie udało mi się dotrzeć... z perspektywy czasu myślę, że chyba była to sytuacja opatrznościowa, dla mnie). Evanna nie podaje żadnych wartości w kaloriach i kilogramach - żeby, jak mówi, "nie karmić ego swojego problemu" - ale za to podnosi bardzo ważną kwestię: terapia zaburzeń łaknienia nie polega na odkarmieniu i nasyceniu ciała tłuszczem; powinna wnikać w głąb pierwotnego problemu, z którego WYNIKŁO dane zaburzenie, i skupić się na duszy. Niestety, w zatrważająco wielu przypadkach tak się nie dzieje.

Książce przypisuję ostrzeżenie/trigger warning z uwagi na szczery i bezkompromisowy opis przymusowej hospitalizacji. Ale i tak - polecam.


W marcu pożyczyłam też sporo rzeczy z biblioteki i od dobrych ludzi: w tej chwili jestem w "ciągu Foerowskim" (gdyby nie to, że już jakiś czas temu podjęłam decyzję o odejściu od jedzenia mięsa, już przeczytane i oddane Zjadanie zwierząt na pewno by mnie do tego skłoniło; kończę Strasznie głośno, niesamowicie blisko, i jest pięknie). Trochę mnie to spowalnia w kwestii czytania książek posiadanych na własność - Oksana Zabużko! - ale i na nie przyjdzie czas.

Książki nie-własne, w kolejce.


Książki własne, w kolejce.

Obejrzałam:

Kilka pięknych rzeczy, w tym - tick, tick... BOOM!, utwierdzające mnie w przekonaniu, że Lin-Manuel Miranda jest geniuszem (nie mówimy o Encanto, które oglądam regularnie, pomimo wchodzenia właśnie w 40. wiosnę życia), a Andrew Garfield potrafi wszystko. Plus, piosenki Jonathana Larsona: to musiało mnie kupić. Przykład poniżej.


W teatrze natomiast byłam raz jeden (wyjazd do Krakowa poszedł się czołgać za przyczyną wściekłego przeziębienia): w Studiu, na Bowiem w Warszawie. Miałam nadzieję, że inscenizacja będzie lepsza, niż "suchy" tekst sztuki. Rozczarowałam się. Nie wiem, czy polecam. (Ze spektakli inspirowanych/związanych z Bowiem został mi na liście marzeń Lazarus we wrocławskim Capitolu, ostrzę zęby).

Wysłuchałam:

Fenomenalnego koncertu Kasi Groniec (także w Teatrze Studio): ja nie rozumiem, jak można wziąć Diabła Brela, Jesus He Knows Me Genesis, i Who Let the Dogs Out, a potem zrobić z tego genialny, do szpiku kości przejmujący mashup, ale Kasia to potrafi. I radość nam z tego wielką przynosi.

Nie mówimy w ogóle o połączeniu Rodzi się ptak z przepiękną pieśnią ukraińską, bo słowa nie wystarczą.

A na bis był Deszcz, z mojej wielce ukochanej płyty Ach!:


Poznałam:

Sashę Velour! Owszem, trwało to około półtorej minuty, ale podłapana w tym czasie porcja endorfin ma szansę wystarczyć mi na jakieś pół roku. Sam koncert/show Sashy był głęboko przemyślany i świetnie zbudowany, zaś artystka - przemiła, i obdarowująca fanów licznymi komplementami. Poza tym - publiczność złożona z osób queerowych i wspierających zachowuje się bardzo odpowiedzialnie, i stosuje do wymogów bezpieczeństwa (typu maseczki), nawet w tłumie. Go, us!

Z koleżanką A., która dostała od Sashy piękny komplement a propos posiadanych biżutów. <3

(Poznałam też nowych ludzi, albowiem zmieniłam pracę. I to też jest coś, co polecam, jeżeli się wahacie, czy warto. Czasami - bardzo warto.)

Popełniłam/napisałam:

Artykuł do "Zwiastuna Ewangelickiego" - staram się nie wpychać nikomu do gardła mojej religii/mojego wyznania, ale jest to dla mnie temat ważny, i cieszę się, że mogłam coś na ten temat napisać.

Z rzeczy nieopublikowanych: zakup książki, której waga została określona przez wydawcę (Karakter) z dokładnością do setnych części kilograma (1,46), sprowokował mnie do napisania czegoś, co łączy się w mojej głowie z tematem książki, z sytuacją w Ukrainie, i z generalnym dzieleniem ludzi na kategorie.

Prawie półtora kilograma książki.

Jeden wiersz.

(Papier na tę pocztówkę pochodzi z papieru recyklingu: kiedyś był żurawiami, składanymi przez osoby odwiedzające muzeum i Park Pokoju w Hiroshimie. Żurawie są symbolem pokoju.)

I tak oto, w dużym skrócie, wyglądał mój marzec. Przed nami jeszcze kilka dni tego miesiąca: czego się po nich spodziewacie? Czego sobie życzycie? Czego można Wam życzyć?

Coby to nie było - oby się spełniło.

Do przeczytania w kwietniu, a może i wcześniej...?

Sunday, 23 January 2022

Anne, nie Ania: Lucy Maud Montgomery, „Anne z Zielonych Szczytów” – recenzja przekładu

 No i stało się tak, żeśmy są z Panią Matką nastawione mocno krytyczne do naszych wzajemnych przekonań w temacie nowego przekładu Ani z Zielonego Wzgórza. Pani Matce nie podobają się ani Zielone Szczyty, ani w ogóle nic - choć nie czytała świeżutko wypuszczonego przez Wydawnictwo Marginesy przekładu autorstwa pani Anny Bańkowskiej - mnie natomiast, będącej świeżo po lekturze tegoż przekładu, bardzo się on spodobał.

(Dla kontrastu, cytuję i pokazuję fragmenty wydania Ani... z roku 1973 - Nasza Księgarnia - przekład Rozalii Bernsteinowej).

Mysz porównuje dwie wersje pierwszego rozdziału.

Po pierwsze i zasadnicze - oraz, być może, widoczne na powyższym zdjęciu: nowy przekład jest czystszy, świeższy, i łatwiej przyswajalny: nawet przy zachowaniu oryginalnego brzmienia imion oraz nazw geograficznych (uspójnionych do wersji angielskiej) - dla mnie osobiście zanika również dysonans poznawczy książka/film; kiedy pierwszy raz obejrzałam Anię... bez lektora, i dowiedziałam się, że pani Małgorzata ma na imię Rachel, a nie Margaret, prawie spadłam z kanapy.

O zamianie Wzgórza na Szczyty nic nie powiem - można o tym posłuchać we wspomnianym poniżej wywiadzie z tłumaczką, lub przeczytać we wstępie do książki. Mnie przekonało.

W przekładzie pani Bańkowskiej większy nacisk położono również na stylizację języka – widać kwiecistość u Anne i odrobinę szorstkiej „chłopskości” w Marilli i Matthew. (Tutaj dygresja, gdyż dzisiaj rano spłynęło na mnie olśnienie: jeśli pani Bańkowska doprowadzi cykl do końca, pomyślcie tylko, jak ładnie wpasuje się weń RILLA!) Jestem zdecydowanie fanką „nowego brzmienia” Marilli, która wypada raczej szorstko i nieprzyjemnie, przynajmniej na początku – ale widać też, że ma poczucie humoru, i że Anne zaczyna ją powoli „rozbrajać” (rozmrażać?).

Oto przykład, z którym się bardzo utożsamiam, zwłaszcza jako osoba poniekąd dorosła.

Podoba mi się również wyprostowanie kilku rzeczy, na które zaczęłam zwracać uwagę dopiero po lepszym oswojeniu się z angielskim: tea, w sensie posiłku, nie napoju, przetłumaczono jako podwieczorek, i teraz dopiero, mówiąc przewrotną kalką językową, robi to sens. Także samo: przysięga przyjaźni Ani i Diany nazywa się tutaj zaklinaniem, ładnie oddając dwojakie znaczenie angielskiego czasownika swear (przysięgać/przeklinać) i tłumacząc początkową niechęć Diany do jej (przysięgi) składania. Spieszę także donieść, że nie wszystko uległo zmianie: są sformułowania, z utratą których naprawdę nie mogłabym się pogodzić - Jezioro Lśniących Wód, pokrewne dusze, przyjaciółka od serca - wszystkie zachowane w nowej wersji!

Czy możemy też porozmawiać o tym, że w nowym wydaniu dostaliśmy MAPĘ AVONLEA?? (Proszę na mnie nie krzyczeć za jakość tego zdjęcia, sama się sobie dziwię.)

Nie wszystko mnie zachwyciło - przyznaję, że chodzę teraz i szukam usilnie innego pomysłu na spiczastą buzię, i wciąż jeszcze nie oswoiłam się z przymiotnikiem avonleaski (!) - ale zdecydowanie dobrą stroną przekładu Anny Bańkowskiej jest... moje postanowienie  przeczytania oryginału.

Po prostu muszę się dowiedzieć, jak poniższy fragment u Bernsteinowej:

…pani Małgorzata z wielką godnością i szacunkiem dla swojej okrągłej figury podniosła się i powoli ruszyła w drogę…

…zamienił się u Bańkowskiej w:

…pani Rachel wymaszerowała z kuchni – o ile można tak powiedzieć o otyłej osobie, która kołysze się z boku na bok jak kaczka.

Nie wiem, jak Państwo - ja jestem zaintrygowana!

Rzecz jasna, Kordelia pozostaje Cordelią.

Sporo wątpliwości Anne dotyczących sposobu zwracania się dziewczynki do jej nowej opiekunki rozwiązuje się, kiedy w tłumaczeniu odchodzimy od formy „czy Maryla wierzy?”, i zaczynamy mówić w drugiej osobie (Anne początkowo wzdraga się, że jak to tak, bez szacunku?).

Lepiej oddane są również niuanse Anne versus Ann, co widać poniżej:


Z dostępnej na profilu FB Nowego Teatru rozmowy z Anną Bańkowską (polecam, i dziękuję Agnieszce za polecenie!) dowiedziałam się ponadto, że kanoniczne tłumaczenie Rozalii Bernsteinowej, opublikowane po raz pierwszy 110 lat temu, dopiero w roku 2020 zostało zidentyfikowane jako adaptacja przekładu na język SZWEDZKI, nie zaś prawdziwy przekład z oryginału. To może wiele tłumaczyć... i tym bardziej zachęcać pasjonatów do własnych studiów w temacie lokalizacji, oraz oklepanego dylematu: tłumaczenie piękne a wierne.

Mnie osobiście nowy przekład przekonuje, i nie ukrywam, że wiadomość o planach wydawniczych dotyczących serii - w tym roku ukażą się podobno jeszcze dwa tomy, w tym moja ukochana Anne z Wyspy, natomiast Szumiące Topole „się robią” - niezmiernie mnie ucieszyła. Czy to oznacza, że będziemy mieć w rodzinie dwie kolekcje książek, o Ani oraz o Anne? Bardzo być może...

A co do uwspółcześniania przeróżnych rzeczy... nie chcę nikomu niczego wypominać, ale pozwolę sobie wrzucić na koniec zdjęcie z pikniku zorganizowanego w ramach Industriady 2019. Czy osoba na zdjęciu miała przepysznie rude włosy, a moja mama na jej widok ruszyła dziarsko przez trawnik, żeby się z nią sfotografować...?

Zgadnijcie.


Lucy Maud Montgomery
Anne z Zielonych Szczytów
Przekład: Anna Bańkowska
Wydawnictwo Marginesy
premiera: 26 stycznia 2022

Recenzję niniejszą pisałam na własny, prywatny użytek, książkę zakupiłam prawilnie w księgarni, a przy pisaniu dopijałam stygnącą mieszankę Golden Assam i Earl Greya z kardamonem.

Sunday, 24 October 2021

Przez dzikie pastwiska: „Nawia. Szamanki, szeptuchy, demony”.

Nie wiem, co dokładnie ma w sobie październik, ale jest on prawdopodobnie najbardziej ezoterycznym miesiącem roku. Być może dlatego starożytni Celtowie zadecydowali, że będzie on stanowił granicę pomiędzy jasną a ciemną częścią roku (Samhain, obecnie zastąpione przez Halloween), a Słowianie celebrowali w nim łączność z duchami przodków poprzez rytuały pominek czy radecznicy, znane najczęściej pod nazwą dziadów. By może nieprzypadkowym był też wybór października – późnego października, gdy granica między widzialnym a przeczuwalnym jest najcieńsza – jako daty premiery nowej antologii Wydawnictwa Uroboros: zbioru opowiadań czerpiących z wierzeń i tradycji dawnych Słowian. Nawia. Szamanki, szeptuchy, demony to osiem odsłoń świata, w którym starzy bogowie są nadal obecni, a mądrość kobiet biegłych w sztuce uzdrawiania i patrzenia w przyszłość stanowi instancję, do której zwracają się ludzie pozbawieni wiary w działanie środków konwencjonalnych.

nawia szamanki szeptuchy demony
Do takiej książki - tylko zakładka z Fabryki Porcelany Bogucice!

Opowiadania zawarte w Nawii to okazja zarówno do powrotu do światów i bohaterów znanych z wcześniejszych książek Autorek i Autorów (Miszczuk, Krajewska, Raduchowska, Mortka), jak i do zapoznania się z nowymi (Rolska, Dębski, Szumacher, Podlewski). Mamy przy tym do czynienia zarówno z fabułami osadzonymi w czasach pra-Słowian, jak i z historiami dziejącymi się współcześnie, lub wręcz poza rozpoznawalnym czasem. Najczęściej fabuły te „napędzane” są przez silne postacie kobiece – uzdrowicielki, opiekunki, szeptuchy i szamanki, przywracające światu równowagę, a ludziom: nadzieję – choć nie brakuje też protagonistów płci męskiej, czasami bardzo nieoczywistych. Dla mnie osobiście na pierwszy plan wysuwa się tutaj bohater Dziewanny i Księżyca Anny Szumacher, prawdopodobnie mojego ulubionego opowiadania z całej antologii: przyjęłam od niego pewne wyrażenie z kurhanem, co wpłynęło bardzo pozytywnie na ugruntowanie mnie do kulturalnego użytkowania języka ojczystego. Khem, khem.

"Nawia" na łonie natury

Generalnie zauważam, że lepiej czytało mi się te spośród zamieszczonych w Nawii opowiadań, których akcja rozgrywa się współcześnie, w ten czy inny sposób sprowadzając dawnych bogów z powrotem do naszego świata. Oprócz wspomnianej już historii autorstwa Anny Szumacher, polecam tutaj Konsultantkę Marcina Podlewskiego (wychodzącą daleko poza panteon słowiański, i to jakże smakowicie!), Martwą wodę* Martyny Raduchowskiej (chyba muszę się wybrać na wycieczkę turystyczno-krajoznawczą…) i sprytnie zatytułowaną Szpetuchę Jagny Rolskiej (z odrobiną niedosytu, albowiem chętnie zagłębiłabym się w ten akurat świat nieco bardziej).

Nie oznacza to bynajmniej, że oceniam całą antologię jako jedynie połowiczny sukces (trudno byłoby to uczynić, choć z „tradycyjnie słowiańskich” opowiadań zapamiętam głównie propozycję Marty Krajewskiej): zauważam raczej u siebie tendencję do lepszego przyjmowania tych fabuł, w których dawne wierzenia wplatają się w materię współczesnego świata i nasycają go prasłowiańską magią.

Czy mam ochotę porwać tę książkę, i zamieszkać w lesie? BYĆ MOŻE.

Rodzima mitologia przeżywa obecnie swoisty renesans (widać to chociażby to liczbie nowych wydawnictw poruszających tę tematykę), a Nawia świetnie wpisuje się w ten trend. Jeśli chcielibyście poznać bliżej wiarę i obyczaje dawnych Słowian (na przykład po to, żeby zamiast dyni wystawić w tym roku przed dom kraboszkę), lub jeśli już nieźle się w nich orientujecie, i jesteście fanami Autorek/ów zamieszczonych w antologii opowiadań – zapraszam do księgarń! Premiera za pasem, w sam raz by zdążyć na dziady.

 

Antologia: Nawia. Szamanki, szeptuchy, demony
Wydawnictwo Uroboros
Premiera: 27 października 2021.


* Tak, wiem, że to opowiadanie ma inny tytuł. Przysięgam również, że zapamiętałam go inaczej: a Autorka potwierdza, że... wersja, którą tu widzicie, to tytuł ROBOCZY. Weles palce w tym maczał, nie ma innej możliwości...

Dziękuję Wydawnictwu za egzemplarz recenzencki. Darz bór!

Saturday, 16 October 2021

Marta Kisiel: „Małe Licho i babskie sprawki”, albo - Yeszenna błogoszcz fe fnentszu.

 W ramach „rozbiegu” przed czwartym tomem przygód Bożka, Licha, oraz całej gromady postaci mniej lub bardziej ludzkich (ha!), szybciutko przypomniałam sobie tom poprzedni – „Małe Licho i lato z diabłem” – i był to, proszęż Państwa, znakomity pomysł, albowiem mogłam nawłasnoocznie zaobserwować, jak zmienił się styl Ałtorki pomiędzy latem, które Bożek spędził w cioci Ody jako świeżo upieczony absolwent klasy trzeciej, a jesienią, w którą wkracza Bożek-czwartoklasista, bogatszy o nowego przyjaciela (którego nadal czasami nie lubi, i to z wzajemnością!), ale nie całkiem gotowy na ZMIANY, które przyniesie całej jego klasie przeprowadzka na trzecie piętro szkoły, dostarczona w pakiecie z mocno niepokojącym wychowawcą.

Skomplikowana sprawa z tym panem, naprawdę. Nie dość, że uczy matematyki, do której Bożek ma stosunek raczej (trudne słowo) ambiwalentny, to jeszcze wcale udatnie psuje stosunki koleżeńskie w klasie, chyba jest wampirem, i… zamyka tatę-Szczęsnego w szufladzie, narażając go na koncert współczesnych pieśni ludowych!!


Chociaż, tak po prawdzie, temu tacie to się należało: gdy tylko bowiem zwęszył Szczęsny woń potencjalnego romansu (za sprawą nowej koleżanki Bożka, prawie-na-pewno-zwyczajnej Zmyłki), cała jego uwaga skupia się na synu: toć przecie glut z jego gluta! Trzeba na gwałt pomóc chłopięciu, niechybnie cierpiącym męki i katusze pierwszego afektu ku zwiewnej, romantycznej i w kwiecie spowitej niewieście! – Przy czym, sformułowanie „na gwałt” jest jak najbardziej trafne, albowiem Szczęsny nie cofa się przed niczym – ni to przed podsłuchiwaniem, ni inwigilacją, ni używaniem w swobodnej rozmowie słowa JOŁ. No, aż się prosi, żeby go tu i ówdzie zamknąć, a po wypuszczeniu z zamknięcia: przemówić ostro do słuchu!...

Nie wszystko, oczywiście, zmienia się na gorsze; przeciwnie – w domu Bożka zostaje zainstalowana regularna Szuflandia (z przewidywalnymi, acz dalekimi od sztampy mieszkańcami), przyjaciele starzy i nowi wrastają w strukturę rodziny z najdziwniejszą babcią, jaką widzieli, zaś anioły wszelkich rozmiarów odnajdują w sobie pokłady kreatywności i łagodności (tak, nawet Tsadkiel!), o które zapewne wcześniej byśmy ich nie podejrzewali. Nie byłaby zresztą Ałtorka sobą, gdyby nie pozwoliła czytelnikom, po śledzeniu ekscytujących przygód Bożka i jego ferajny, wrócić do domu – bąbelka komfortu – i napić się kakałka. I to jest w serii o Małym Lichu piękne: świadomość, że pomimo jesiennej szarugi i okrutnego wichru, dom się ostoi; że można z niego wyjść w dowolnych emocjach, i wrócić – i zostać przywitanym z radością, nieważne, czy jest się Bożkiem, Tomkiem, Witkiem, czy Zmyłką.

Nie zmienia się również P.T. Ilustratorka, wielce utalentowana Paulina Wyrt - uszanowanie Pani!

Zmyłek jest zresztą w tej opowieści więcej – wynikających z braków w edukacji i znajomości świata współczesnego tudzież demonicznego, lecz ostatecznie: prowadzących bohaterów do Po/Ważnych Konkluzji, których nie przyćmiewa natrętny smrodcus didacticus. I tak ma być: czasami ktoś na kogoś nakrzyczy, i potem żałuje, albo nie; czasami ktoś kompletnie przestrzeli z oczekiwaniami, albo oceni kogoś po pozorach: ale dzięki temu dowie się czegoś nowego o drugim człowieku (lub nie-człowieku), i będzie mądrzejszy. I przeprosi, albo stanie w zdumieniu, albo – pójdzie, i po prostu tego drugiego przytuli. Jednym słowem: się dzięki temu wszystkiemu dorośnie.

Bożek będzie przecież wciąż dorastał, tak, jak dorastają jego czytelnicy, i z każdym kolejnym tomem (piąty się pisze, trzymajmy kciuki za Ałtorkę, niech Jej wena płodną będzie!) uczył się czegoś nowego, bardziej skomplikowanego, ale WAŻNEGO i POTRZEBNEGO. A my, mniejsi i więksi – razem z nim.

Amen, alleluja, apsik!

Czy używałam do zaznaczania ważnych fragmentów karteczek w kształcie śpiącego Totoro? BYĆ MOŻE.

PS. A z dziewczynami to proszę nie zadzierać, i nie pakować ich wszystkich do jednego worka, bo będą gubione okruszki, ot, co!...

 

 

 

Marta Kisiel: „Małe Licho i babskie sprawki”
Wydawnictwo Wilga
premiera: 27 października 2021

Dziękuję Wydawnictwu za możliwość rozsmakowania się w książce jeszcze przed premierą!

 

(Recenzję pisałam przy akompaniamencie Clannadu, ze wspomaganiem w postaci herbaty z prażonym ryżem.)

Sunday, 25 July 2021

Wołanie z dzikiej puszczy. „Gender Queer” Mai Kobabe

(Disclaimer: Od razu uprzedzam P.T. Osoby Czytające, że może mi się omsknąć gramatyka w niniejszym wpisie. Jedynym znanym mi dłuższym tekstem, który mniej więcej konsekwentnie używa czwartego rodzaju gramatycznego, jest Perfekcyjna niedoskonałość Jacka Dukaja, w której samemu Autorowi zdarza się, mówiąc kolokwialnie, popłynąć. Postaram się stawić opór binarnym tendencjom, z którymi rozstałum się na dobre w angielszczyźnie, ale nie wykluczam, że polegnę pod naporem sił wroga. Wybaczcie).

Gender Queer Mai Kobabe to jedna z nielicznych powieści graficznych, które z pełnym rozmysłem nabyłum, przeczytałum, i postawiłum na półce. (Nie dlatego, że nie cenię sobie tej formy literackiej/artystycznej – po prostu rzadko zdarza mi się do nich zaglądać.) Wydana przez Centralę zaledwie kilka miesięcy temu, i znakomicie przełożona przez Huberta Brychczyńskiego i Karolinę Fedyk (osobę konsultującą terminologię antydyskryminacyjną), jest Gender Queer opowieścią autobiograficzną, jakich mało na polskim rynku wydawniczym.

Maia Kobabe urodziłu się w nieszablonowej, nieco szalonej i hippisowskiej rodzinie, w której dzieci wychowywano swobodnie i bez wtłaczania ich w społecznie akceptowalne normy płciowe – co Maia mocno odczułu na własnej skórze, kiedy zinstytucjonalizowany system szkolnictwa zaczął popychać jenu w kierunku przysłowiowego kwadracika z napisem „kobieta”. Maia nigdy nie czułu się jednak ani kobietą, ani – pomimo licznych rozważań na temat ewentualnego posiadania atrybutów płci przeciwnej – mężczyzną. Mając 15 lat, napisału w dzienniku: „Nie chcę być dziewczyną. Ale chłopakiem też nie. Chcę być po prostu sobą.” W Gender Queer śledzimy drogę Mai ku samoświadomości, określania własnego miejsca na spektrum płciowym oraz psychoseksualnym, odnajdowania swojej estetyki, wreszcie: zmagania się z dysforią i z poczuciem nieprzystawania do oczekiwań społecznych. Nie będzie wielkim spoilerem stwierdzenie, że opowieść ta de facto nie została ukończona: Maia nadal zastanawia się, komu i na ile zdradzać swoją tożsamość, i przemyśliwuje efekt jenu ewentualnego coming outu dla młodych uczestników jenu warsztatów z rysowania komiksu. Na jednej z ostatnich stron pisze: „Kiedy dziś rozglądam się po sali warsztatowej, zastanawiam się, czy któreś z tych dzieci są trans lub niebinarne, ale nie potrafią tego jeszcze ująć w słowa? Ile z nich nie miało nigdy okazji poznać dorosłej osoby niebinarnej? Czy moje milczenie im wszystkim nie szkodzi?”

W tym konkretnym kraju – Polsce, w tym konkretnym momencie – lipcu 2021 roku, chciałoby się powiedzieć: Niestety, prawdopodobnie – tak. Ponieważ możliwe jest, że za chwilę nie będzie tu miejsca na nic poza milczeniem.

Ale zaraz dodałubym: A przecież zrobiłuś już bardzo wiele, Maiu. Dałuś już swoim czytelnikom, czytelniczkom, i osobom czytającym sporo do przemyślenia. Pokazałuś, jak może wyglądać niebinarność, aseksualność, i dysforia. Przedstawiłuś narzędzia, za pomocą których (dorośli i) młodzież nie przystająca do norm i szufladek może próbować określać swoją przynależność i tożsamość. To bardzo, bardzo dużo.



W tym konkretnym miejscu i czasie, „gender” nie należy do szczególnie hołubionych słów. „Queer” zapewne też nie znalazłoby się na ich liście, gdyby pewien czteroliterowy akronim rozwijano w dyskursie publicznym do wersji z piątą literą. Tymczasem fakty są następujące: osoby nie spełniające w stu procentach „oczekiwań” związanych z przynależnością do binarnie pojmowanej płci społecznej istniały zawsze. Zmieniał się tylko sposób, w jaki same o sobie mówiły, oraz kategorie, których mogły użyć, aby się opisać.

Orientacja psychoseksualna już dawno przestała być rozumiana zero-jedynkowo. W społeczności międzynarodowej panuje zgoda co do tego, że odczuwanie pociągu (romantycznego i/lub seksualnego) zarówno do osób płci przeciwnej, jak i tej samej (a także do tych, które plasują się poza binarnym rozumieniem płci) nie oznacza ani niezdecydowania, ani nadmiernego promiskuityzmu: w ten sposób, po prostu, pewne osoby postrzegają świat. Podobnie jest, i o tym mówi się coraz więcej, z tożsamością płciową: nie wszyscy wpisujemy się dokładnie w społecznie definiowaną „kobiecość” lub „męskość”. Rozwija się ruch emancypacyjny osób niebinarnych, genderqueer, czy apłciowych. Zainteresowanym zgłębieniem go tematu polecam nie tylko autobiografię Mai, ale także stronę zaimki.pl – moje ulubione źródło wiedzy o tym, jak mówić o osobach niebinarnych i (przede wszystkim): jak z nimi rozmawiać w sposób empatyczny, otwarty, i niedyskryminujący. W tym miejscu składam również wielkie dzięki tłumaczom Gender Queer, którzy w przepięknie konsekwentny sposób pokazali zmianę użycia zaimków (w oryginale: Spivak, w tłumaczeniu: dukaizmy) z żeńskich na niebinarne, od punktu, w którym Maia zaczęłu się nimi posługiwać.


Gender Queer z pewnością nie wyczerpuje tematu niebinarności, nieheteronormatywności, i poszukiwania swojego miejsca na spektrum: to opowieść o konkretnej osobie i jenu dochodzeniu do prawdy o tym, kim jest i jak pragnie się określać. Jest to, jednocześnie, bardzo ważna pozycja wydawnicza na polskim rynku: zaryzykowałubym nawet stwierdzenie, że powinna się znaleźć w kanonie lektur obowiązkowych… dla pedagogów i psychologów szkolnych, jeśli nie dla samych uczniów. Tak, tak, wiem: science fiction piętro wyżej – ale marzyć, póki co, nadal wolno.

I tego się trzymajmy. I bądźmy otwarci na prostą prawdę życiową: nie wszyscy, których mijamy na ulicy, są tacy, jak my. I to jest piękne.

Klonowa Wróżka (z wizytówką na Zaimkach)


 Maia Kobabe: Gender Queer
Centrala. Mądre Komiksy, 2021

Saturday, 26 December 2020

Stephen Fry: „Mythos”. Dzbanek Pandory, strzałeczka Hermesa

Pozwólcie, P.T. Czytelnicy, że zacznę od konkluzji i disclaimera: bardzo serdecznie polecam Mythos, również dla młodszych czytelników – o ile mają oni już za sobą przysłowiową rozmowę o ptaszkach i pszczółkach. Stephen Fry (aktor i autor, którego cenię i poważam od dawna – co najmniej od Przyjaciół Petera, być może najcudowniejszego brytyjskiego filmu świątecznego) postawił bowiem na uwspółcześnienie znanych opowieści o greckich bogach i tytanach (na herosów, mam nadzieję, przyjdzie czas w kolejnej części), i nie krygował się zanadto, gdy przyszło do opisywania sekretów boskich (i nie-boskich) alkówek. Wiedząc co nieco o naturze bogów tradycji hellenistycznej, możemy się więc spodziewać przeróżnych szczegółów dotyczących ich nieśmiertelnego (po)życia – i bynajmniej nie będziemy zawiedzeni. Oprócz afirmacji tego, czemu współcześnie nadaje się miano ideologii, spotkamy tutaj szereg zachowań wybitnie nagannych (Zeusie, patrzę na ciebie!... między innymi), przestrzegam zatem lojalnie, że młodsi czytelnicy Mythosu mogą mieć po jego lekturze liczne pytania i wątpliwości. Rodzice dzieci czytających, pozdrawiam Was!

(Dla równowagi, możecie włączyć pociechom disneyowskiego Herkulesa. Sama obejrzałam go w tym tygodniu ponownie, bo lubię.)

Co jednak, poza boską kroniką towarzyską, przynosi nam Mythos? Przede wszystkim – co ważne dla mnie, chaotycznej entuzjastki mitologii greckiej – porządkuje sprawy związane z początkiem świata, tytanomachią, narodzinami bogów i obejmowaniem przez nich poszczególnych dziedzin: a także, i tu dusza moja kwiczy z zachwytu, opowiada o etymologii pojęć, których greckiego źródłosłowu jesteśmy, być może, świadomi, ale nie zawsze potrafimy go bezbłędnie umiejscowić. Osobiście najbardziej urzekł mnie związek pomiędzy pierwszą śmiertelną (dosłownie) ofiarą kaca, a pewną bakterią: oraz informacja, że Pandora dostała od bogów dzbanek, a nie pudełko, i to przez Erazma z Rotterdamu myślimy inaczej. Miłośnicy SŁOWA uradują się z tej książki niepomiernie.

Tę wielce piękną zakładkę dostałam od mojej ulubionej Pani Mecenas :)

Całość (obejmująca Złoty i Srebrny Wiek świata; czekam na kolejne, proszę Autora!) została przy tym napisana swobodnie i z polotem, uwzględniając odniesienia do (pop)kultury – Kronos jako emo-młodzieniec? Ja to kupuję! – i słownictwo miejscami wybitnie młodzieżowe, acz nie rażące uczuć starszego czytelnika. Ukłony kieruję tutaj do pani Justyny Gardzińskiej, która przetłumaczyła te opowieści ze swadą i smakiem, dodając od siebie kilka uwag dla czytelników nieobeznanych z angielszczyzną (do której, co oczywiste, nawiązuj Fry): nie tyle jednak, aby kompletnie zdusić w czytających chęć dalszych poszukiwań w słownikach i encyklopediach.

A jak wypada Mythos na tle, dla naprzykładu, Mitologii nordyckiej Gaimana? Śmiem twierdzić, że lepiej – Gaiman, owszem, jest wspaniały, ale w jego książce zabrakło mi tak zwanej wartości dodanej, którą w Mythosie stanowiły wycieczki etymologiczne; Mitologia… bawiąc, bawiła – Mythos bawiąc, uczy. Chociaż, subiektywnie, wolę Odyna i spółkę od Zeusa i jego familii…

 

 

Stephen Fry: Mythos
Wydawnictwo MAG
Warszawa, 2020

Przy pisaniu tej, absolutnie niezależnej, refleksji, towarzyszyła mi muzyka duńskiego tria Dreamers’ Circus, i herbatnikowa herbata z Yorkshire.