Monday, 24 February 2020

Życie zabiera się ze sobą w głowie. Sally Rooney: „Normalni ludzie”


Sally Rooney – rocznik 1991 – nazywana jest wschodzącą gwiazdą literatury irlandzkiej; Zadie Smith pisuje o niej opowiadania (patrz: zbiór Grand Union), w których samą siebie określa jako zmęczoną życiem starszą pisarkę, Rooney natomiast - jako powiew świeżości, przynoszący zmęczonej życiem literatce nową dawkę inspiracji i energii.

Zabrzmiało ciekawie. Przynabyłam w ebooku debiut powieściowy autorki – Conversations with Friends – ale zanim zdążyłam się w niego na dobre zagłębić, wpadła mi w ręce druga powieść Rooney: Normalni ludzie, wydana przez W.A.B. Mimo wyżej wzmiankowanej ciekawości, podeszłam do sprawy z rezerwą: książka została scharakteryzowana jako YA znakomicie oddające głos millenialsów, a streszczenie promocyjne sugerowało, że będziemy mieć do czynienia z opowiastką z cyklu: popularny chłopak i bogata dziewczyna zaczynają ze sobą chodzić, i cała szkoła robi sobie z nich pośmiewisko. Nic bardziej mylnego… choć z drugiej strony, wszystko, co napisano w tak zwanym blurbie rzeczywiście się w Normalnych ludziach znalazło.

Tak, Connell i Marianne chodzą do jednej klasy w niedużym miasteczku w zachodniej Irlandii. Tak, ona pochodzi z bogatej rodziny i stanowi obiekt żartów i docinek dla wszystkich rówieśników. Tak, on wywodzi się z niższej strefy klasy średniej, a jego matka sprząta w domu Marianne.

Tak, w klasie maturalnej Connell i Marianne zaczynają ze sobą sypiać, i nikomu o tym nie mówią – ze wstydu.

A potem autorka bierze głęboki wdech, i nurkuje w fabułę, od której czytelnikowi trudno jest się oderwać.
Luby Leniwiec Literacki powraca po dłuższej przerwie.
-

Historia opowiedziana w Normalnych ludziach obejmuje niewiele ponad cztery lata: w okresie od stycznia 2011 do lutego 2015 roku Connell i Marianne zachowują się w pewnym sensie jak elektrony jednego atomu, krążąc na synchronicznych – niekiedy: przecinających się – orbitach wokół Idei Prawdziwego, Normalnego Życia. Z pozoru oboje są do niego świetnie przygotowani – w praktyce jednak żadne z nich nie jest gotowe na konfrontację z życiem poza bezpiecznymi ramami szkoły, miasteczka, i stałej grupy znajomych. Marianne, ofiara przemocy domowej (w wymiarze psychicznym oraz fizycznym), szuka spełnienia w uległości i masochizmie (przecież nie oddajemy się komuś tak naprawdę, jeśli godzimy się tylko na rzeczy przyjemne). Connell, niepotrafiący sobie poradzić z oczekiwaniami, jakie mają wobec niego tak zwani „normalni ludzie” (!), popada w ciężką depresję.

Są więc ze sobą – Marianne i Connell, Connel i Marianne – i nie są, wspierają się i ranią, doskonale wiedząc, jaki kij włożyć w szprychy życia drugiej osoby, żeby zmusić ją do zmiany tempa, do zejścia z ustalonej drogi. Z drugiej strony – są dla siebie niezmiernie ważni; Connell wyznaje jednej ze swoich dziewczyn, że tylko przy Marianne potrafi być naprawdę sobą. …czasem się wydaje, że ich związek został schwytany w skomplikowaną sieć wywiadowczą i że ta sieć jest formą inteligencji, zawiera w sobie ich dwoje i ich wzajemne uczucia. – To znakomity cytat, świetnie pokazujący, czym tak naprawdę jest dla siebie tych dwoje. Connell wie, że to wsparciu Marianne zawdzięcza odwagę w wyborze własnej drogi życiowej i wyjazd na studia do Dublina, i bardzo liczy się z jej zdaniem. (Któregoś wieczoru Marianne powiedziała mu, że jej zdaniem „wyrósł na ludzi”. Dodała, że jest miły i że wszyscy go lubią. Łapał się na tym, że często o tym myśli. Przyjemnie było mieć takie wspomnienie. „Jesteś miły i wszyscy cię lubią”.) Sama Marianne, choć studia, stypendia i przywileje podano jej na tacy, nie czuje się godna jakichkolwiek form miłości i dobroci, bo nigdy ich w pełni nie zaznała: nawet jej matka [w]ierzy, że Marianne brakuje „ciepła”, przez co ma na myśli umiejętność błagania o miłość ludzi, którzy jej nie znoszą. Pomimo dzielących ich różnic, nieporozumień i zaszłości, bohaterowie Rooney wciąż do siebie wracają – i, na jakimś poziomie, żywią do siebie autentyczne uczucie miłości, o której nie potrafią mówić wprost – a nawet jeśli jednemu z nich się to udaje, drugie nie bierze takiego wyznania za dobrą monetę, i nieustannie szuka dziury w całym.

-

Czy świat jest tak potwornym miejscem, że nie da się odróżnić miłości od najpodlejszych, najbardziej upokarzających form przemocy?

Być może.
-

Sally Rooney ma niezwykły dar operowania słowem i tworzenia sugestywnych wizji krajobrazów wewnętrznych i zewnętrznych; zręcznie prowadzi narrację, pozwalając się wypowiadać obojgu swoim bohaterom i budując nastrój kolejnych ich spotkań (oddalonych od poprzednich o minuty, dni, tygodnie lub miesiące) za pomocą prostego, acz niezwykle plastycznego języka; absolutnie zachwycił mnie opis wieczoru w ogrodzie, którego fragment niniejszym przytaczam: Wiśnie wiszą dookoła, połyskując jak niezliczone widmowe planety. Powietrze jest lekkie i wonne, zielone jak chlorofil. (...) Nad nimi niebo jest aksamitnie granatowe. Mrugają gwiazdy, nie dając żadnego światła. Całej tej historii nie sposób jednak nazwać sielankową – język narracji może być jasny i klarowny, bohaterowie jednak nie potrafią się w nim porozumieć, przytłoczeni swoimi doświadczeniami i odgrodzeni od świata kokonem z ludzkich oczekiwań, którym – jak im się zdaje – zmuszeni są sprostać. Korzystają w tym celu z używek, kreacji i sztuczności w przedstawianiu własnej osoby (i osobowości), oraz zachowań ze spektrum sadomasochistycznego, częstokroć czerpiąc z tych ostatnich bardzo bezmyślnie, jeśli nie wręcz: nieświadomie. Nie potrafią zrezygnować z siebie nawzajem – czy może to raczej Connell, z pozoru lepiej przystosowany społecznie do „zwykłego” życia, nie umie odejść od Marianne, jedynej osoby, przy której czuje się stuprocentowo SOBĄ. Czy kiedykolwiek to, co czuje do niej, będzie przypominało jego uczucia wobec innych? Część tych emocji stanowiła jednak świadomość straszliwej władzy, jaką nad nią miał i wciąż ma, i nie przewidywał, żeby kiedykolwiek miał ją stracić. Ciężko się odstępuje od osoby, która całkowicie się nam oddała: a przynajmniej tak to sobie wyobrażam.

-

Pod koniec książki pada zdanie (wygłoszone przy okazji rozważań na temat depresji oraz walki z tą chorobą), które zaliczam do najlepszych fragmentów przeczytanych przeze mnie w ostatnich miesiącach: Życie to jest coś, co zabiera się ze sobą we własnej głowie. Connell i Marianne zabierają SIEBIE NAWZAJEM wszędzie tam, dokąd się udają. Ich związek przechodzi przez najdziwniejsze fazy i formy, a koniec książki wcale nie oznacza końca ich pogoni za idealną relacją, pełną miłości, namiętności, i autentycznego zrozumienia. Sally Rooney znakomicie oddaje skomplikowaną naturę ich związku, ani przez chwilę nie pretendując przy tym do miana wszechwiedzącego narratora – przeciwnie, to czytelnik trzyma w dłoniach wszystkie nitki, po których może próbować dążyć do przysłowiowego kłębka. Po pierwszym przeczytaniu Normalnych ludzi jestem jeszcze daleka od rozwiązania zagadki uczuć łączących jej bohaterów – odkładam jednak tę książkę bez rozczarowania, lecz z obietnicą, że jeszcze do niej wrócę, żeby ponownie poobcować z (zaiste, nowatorskim i świeżym) pisarstwem Rooney.

Czego i Wam, P.T. Czytelnicy, serdecznie życzę.


Sally Rooney, Normalni ludzie
Wydawnictwo W.A.B.
premiera: 26 lutego 2020

Dziękuję Wydawnictwu za umożliwienie mi poznania tej książki.

Podczas lektury oraz pisania recenzji towarzyszyły mi: muzyka Tori Amos, dźwięk padającego deszczu, artykuły internetowe pisane z okazji dnia walki z depresją, mleczny Oolong, oraz kawa zbożowa o smaku malinowym.

Saturday, 22 February 2020

Prasłowiańska saga o herosach? Marcin Mortka: "Żółte śłepia"

Gniezno, czasy Bolesława Chrobrego: okres walki starych wierzeń słowiańskich z nową doktryną chrześcijańską; w lasach padają święte dęby, a ludność szemrze przeciwko sojuszowi władcy z Kościołem. Medvid-Kosmacz, woj i doradca księcia, budzi się pewnego poranka w pustym grodzie, z którego nieznani sprawcy porwali wszystkich mieszkańców, zostawiając po sobie przerażające, ptasie ślady – i jednego, nietypowego świadka. Medvid niezwłocznie wyrusza na poszukiwanie zaginionych – a w wyprawie tej towarzyszy mu wyemancypowana wiedźma Gosława, niemiecki rycerz z biskupiej świty, gadający kot-chowaniec o mocno ograniczonym słownictwie, oraz skrzat domowik poszukujący stałej siedziby. Ta połączona więzami przyjaźni i przypadku drużyna napotka na swojej drodze utopce i brzeginki, dosiądzie olbrzymów i zanurzy się w Półmrok: niebezpieczny świat na granicy domeny istot żyjących oraz Nawii – słowiańskich zaświatów. Medvida prowadzi lęk o życie ukochanej kobiety, księcia i jego drużyny: motywacje towarzyszy Kosmacza nie tak łatwo jednak pojąć…
Żółte ślepia to wyprawa w głąb słowiańskiej mitologii, do początków państwowości polskiej, gdzie od zarania biją te same, co współcześnie, źródła konfliktów i nieporozumień: chęć zagarnięcia dla siebie władzy nad ludźmi i ich duszami, zaskorupienie w tradycji i niechęć do zmian, agresywne forsowanie swojej woli bez względu na opinię znacznej części społeczeństwa… brzmi znajomo? No, właśnie. Pod płaszczykiem historycznego fantasy przypominającego o bogatej tradycji rodzimej mitologii, Marcin Mortka „przemyca” kilka uniwersalnych prawd o ludzkości w ogóle: czym się kierujemy, co nas motywuje, oraz ile jesteśmy w stanie poświęcić dla „dobra sprawy”. Podobnie jak wiedźmin Geralt, ikona popkultury (!), Medvid stara się kierować w życiu starannie nakreślonym kodeksem postępowania - co, niestety, nie zawsze się udaje; neutralność oraz próby zachowania status quo w czasie dynamicznych przemian społecznych po prostu się nie sprawdzają. Towarzysze Medvida oczekują, że opowie się on po jednej ze stron: książęcej, dążącej do powiększenia dominium Bolka (nawet za cenę sojuszu z Niemcami, reprezentowanymi przez ziejącego nienawiścią do pierwotnych wierzeń biskupa) - lub „starowiernej”, hołdującej tradycjom przodków. Nie chodzi tutaj wyłącznie o to, któremu bogu należy się kłaniać: w Żółtych ślepiach bohaterowie walczą o zachowanie tożsamości, i prawa do życia na własnych zasadach. Owszem, czytelnikowi trudno jest (z dzisiejszej perspektywy) zaakceptować ideę ofiar z ludzi składanych na przebłaganie bogów, ale z drugiej strony: metody „krzewienia wiary chrześcijańskiej” w dziesiątym wieku tej ery również nie należały do wybitnie łagodnych…

Historia opowiedziana przez Marcina Mortkę zamyka się w ramach jednej książki  – autor wprowadził jednak w Żółtych ślepiach tak wiele różnych wątków, że można by z nich stworzyć cały cykl (luźno?) z sobą powiązanych powieści. Świat wierzeń starosłowiańskich to kopalnia pomysłów, w której Mortka zaledwie naruszył jedną z warstw: zaryzykuję stwierdzenie, że wielu czytelników chętnie poczytałoby o dalszych przygodach Medvida i Gosławy oraz o ich podróżach przez puszcze i bezdroża. Pod względem konstrukcji fabuły, Żółte ślepia są powieścią drogi – a droga, jak pisał klasyk, wiedzie w przód i w przód, i można nią podróżować daleko poza widoczny horyzont. Można również zawrócić, i spróbować zagłębić się w przeszłość Medvida: co przywiodło tego nie-do-końca-człowieka na dwór Bolka? Skąd wziął swój dwuręczny młot, przywodzący na myśl broń Thora? Jak poznał wiedźmę Gosławę (której, swoją drogą, też należałaby się osobna historia, bo to silna i barwna bohaterka, przed którą drżą olbrzymy - nie mówiąc już o przeciętnych mężczyznach)? Skąd wie tak dużo o przedstawicielach słowiańskiego bestiariusza – których część czytelników powieści spotyka po raz pierwszy właśnie na jej kartach? Stoimy w znakomitym punkcie wyjścia do dalszej podróży: pozostaje mieć nadzieję, że autor nas w nią zabierze…

Krótko i węzłowato: możecie potraktować Żółte ślepia zarówno jako zamkniętą historię, jak i jako wstęp do dłuższej opowieści (zbioru opowiadań? Być może, czemu nie?). Jakąkolwiek obierzecie drogę – jeśli poszukujecie nowego głosu w nurcie Slavic fantasy, śmiem twierdzić, że będziecie zadowoleni!

Marcin Mortka: Żółte ślepia
Wydawnictwo Uroboros
premiera: 26 lutego 2020

Dziękuję Wydawnictwu za sposobność zapoznania się z książką! J

Saturday, 15 February 2020

Pomówić ze światem. "Babel" Gastona Dorrena.


Pod względem brutalności ekspansji, język przypomina rolnictwo przemysłowe: większość świata porozumiewa się w bardzo znikomym procencie wszystkich współczesnych narzeczy (ocenia się, że jest ich – nadal, choć wymieranie języków jest równie prawdziwe jak wymieranie gatunków – około sześciu tysięcy). Na czym zasadza się zatem wielkość danego języka – na liczbie użytkowników pierwotnych, terytorium „opanowanym” przez tychże, wadze przywiązywanej przez nich do sposobu, w jaki się porozumiewają? Być może jest to kombinacja wszystkich tych odpowiedzi.

Podręczna półka słownikowa
Gaston Dorren, niderlandzki dziennikarz i entuzjastyczny użytkownik języków wszelakich, skupia się w swojej książce Babel (przepięknie wydanej przez Karakter) na dwudziestu największych językach świata. Już sama ich lista powoduje (u przeciętnego Europejczyka) pewne zdumienie: tamilski? Jawajski? Hindi/urdu, jako dwie odmiany tego samego języka? Skąd się to w ogóle bierze, i jak scharakteryzować każdy z „językowych gigantów”?

Dorren nie idzie tutaj na skróty: nie opiera się na żadnym wypróbowanym schemacie, i ucieka od suchych danych – poza krótką charakterystyką „bohatera” każdego rozdziału (co ciekawe, pierwszy – w układzie graficznym – rozdział oznaczony jest numerem 20; numeracja owa maleje w miarę jak rośnie „zasięg” opisanych języków) pod względem przynależności do rodziny językowej, gramatyki i fonologii, autor skupia się na bardzo różnych aspektach czyniących dany język wyjątkowym. W potoczystym, gawędziarskim stylu, Dorren opisuje wpływ imigrantów na kształtowanie się współczesnej (uproszczonej) wersji starożytnego perskiego, genderlecty japońskiego, znaczenie historyczno-kulturowe tamilskiego, dwudziestowieczne próby „oczyszczania” i reformowania tureckiego, tonalność pendżabskiego (jednego z nielicznych języków indoeuropejskich odznaczających się tą cechą: Autor wskazuje na podobną budowę niektórych języków bałtyckich i skandynawskich, o czym nie miałam bladego pojęcia), i tak dalej, i tym podobne. Dla takiego językowego nerda jak ja, Babel jest lekturą-marzeniem.

Mam to szczęście, że „robię w lokalizacji”: przez ostatnie trzy lata moja praca pozwalała mi na kontakt z prawie setką języków; dziewiętnaście z nich (jedynym wyjątkiem jest jawajski) to bohaterowie książki Dorrena. I mimo że wydawało mi się, że o językach jako takich cokolwiek bądź wiem – Babel skutecznie wybiła mnie z lingwistycznego samozadowolenia. Być może odróżniam (w piśmie) bengalski od tamilskiego, telugu i odii, ale już języki stosujące abdżady (arabski, perski, urdu) to dla mnie kompletna terra incognita. Obserwuję u siebie również europocentryczny sposób myślenia o językach – „nasze” są istotne, nawet jeśli traktujemy je jako dialekty; „indyki” to przedziwne narzecza, do których nie warto przykładać wagi – tymczasem Dorren skutecznie mnie usadza, tłumacząc, że użytkowników ujgurskiego jest dwukrotnie więcej niż katalońskiego, a także podając liczone w setkach milionów liczby osób mówiących po pendżabsku czy malajsku. Z całej książki przebija autentyczna pasja językoznawcza: Autor nie różnicuje opisywanych języków wedle własnego do nich stosunku (owszem, wspomina o swoich zmaganiach przy okazji nauki wietnamskiego), zachowując jednocześnie entuzjazm zaangażowanego badacza i miłośnika tego tematu. Babel czyta się znakomicie – przynajmniej z perspektywy osoby, która o językach (i w językach) może mówić długo i namiętnie.

Ogromne wyrazy uznania kieruję również do tłumaczki, Anny Sak – przepyszne przekłady dowcipów językowych i innych bon motów – oraz do konsultantów językowych dla poszczególnych języków: przypisy ich autorstwa, sporadycznie pojawiające się w treści książki, znakomicie uzupełniają wywód Autora. Dodajmy do tego starannie dopracowaną szatę graficzną (ostatnia strona okładki kompletnie mnie rozbroiła!) oraz obszerną bibliografię, zachęcającą do dalszych studiów we własnym zakresie – i oto otrzymujemy smakowitą mieszankę lingwistycznego musli (patrz: rolnictwo przemysłowe, raz jeszcze), podsypanego odrobiną mądrego humoru i wysokokalorycznymi orzechami wiedzy.

Kot kreskowy. Umarłam z zachwytu!

Mam wrażenie, że wymykają mi się metafory – zostawiam Was zatem ze słowem zachęty do lektury Dorrena, i idę do komory dotleniającej – z kolejną książką, a jakże!

Gaston Dorren, Babel. W dwadzieścia języków dookoła świata
Wydawnictwo Karakter
Data publikacji: 7 sierpnia 2019


Saturday, 26 October 2019

Clarice Lispector: "Opowiadania wszystkie", czyli gramatyka glamour

Uwaga na Clarice. To nie jest literatura. To czarownictwo. – napisał kiedyś przyjaciel Autorki, zwracając się do swoich znajomych kobiet. Czy miał rację? No cóż. Z mojej perspektywy - na pewno tak.


Kim jest Clarice Lispector, i czy można ją do kogoś porównać w kategoriach literatury polskiej? Zastanawiałam się, czy jest jakaś polska autorka, której książki czytałam ja, moja mama i babcia, podobnie nimi zafascynowane? Niestety, nie przyszło mi do głowy ani jedno nazwisko (podrzućcie coś, proszę!) – tymczasem moja dwudziestoparoletnia przyjaciółka, mieszkanka Recife (o którym traktuje wiele opowiadań Lispector), niebywale się zachwyciła i podekscytowała, gdy powiedziałam, że będę czytać książkę tej właśnie autorki. Clarice Lispector jest nadal powszechnie czytana (i uwielbiana!) w Brazylii, mimo że od jej przedwczesnej śmierci minęło już ponad 40 lat.

Urodziła się na Podolu, w rodzinie ukraińskich Żydów. W 1922, jako dwuletnie dziecko, wyjechała z rodziną do Brazylii, i tu zdobyła wykształcenie – jako jedna z trzech kobiet oraz jedyna Żydówka na Wydziale Prawa Universidade do Brasil. Wyszła za mąż za dyplomatę, urodziła dwoje dzieci; przez lata mieszkała na placówkach dyplomatycznych poza Brazylią, wyobcowana, znudzona, otoczona służbą – i wciąż pisząca. Od dwudziestego roku życia aż do przegrania walki z nowotworem w wieku 57 lat, Lispector stworzyła – oprócz powieści oraz form publicystycznych – ponad 80 opowiadań, po raz pierwszy wydanych w jednym tomie dopiero w roku 2015. Polskie tłumaczenie zbioru ukazało się nakładem Wydawnictwa W.A.B. w połowie października 2019.

Czego możecie się spodziewać po lekturze prozy Lispector? Na pewno: przesunięcia ciężaru gatunkowego z konfliktu dramatycznego na atmosferę oraz uczucia prowadzące bohaterów przez kolejne wydarzenia. Fabuły opowiadań są proste, niekiedy akcja ogranicza się do jednego zdarzenia lub sceny: o wiele ważniejsze jest pokazanie tego, co przeżywane jest wewnętrznie, niż zewnętrznie. Całość spisana jest bardzo charakterystycznym językiem, giętkim i nieoczywistym, z częstymi zmianami narratora i punktu widzenia, z którego opisywane są historie protagonistów. Biografowie i znawcy twórczości Lispector nader często używają do jej opisania słowa glamour: chyba niewielu z nas wie, że pochodzi ono od grammar, i odnosi się do „fascynacji kobiecej”. Zdolność czarowania, odkrywania przedmiotów i życia jako „całkowicie innych od rzeczywistości” wyglądu zewnętrznego – ta definicja idealnie pasuje do literatury Lispector.

Od Pierwszych opowiadań do Historii ostatnich, Opowiadania wszystkie to zapis całego życia kobiety – powstający przez… całe życie kobiety. To właśnie kobieta jest osią, wokół której obraca się opisywany przez Autorkę świat, bez względu na to, czy jest nią młoda dziewczyna znudzona życiem wśród komfortu i przywilejów, spełniona w swej roli matka i żona, czy ponad osiemdziesięcioletnia, samotna kobieta, odkrywająca po raz pierwszy sekrety masturbacji. W swoich czytelniczych wędrówkach nie spotkałam się nigdy z tak szerokim przekrojem tematów, sprowadzających się do wspólnego mianownika wymagań i obowiązków stawianych kobiecie, oczekiwań jakie ma wobec niej świat – i oporu, jaki bohaterki Lispector stawiają Agresorowi pod postacią mężczyzny, rodziny lub społeczeństwa.

Skończył się zawrót głowy dobroci, pisze Lispector. W jednym z Jej wczesnych opowiadań widzimy, jak dziewczynka zaczyna być kobietą, i wszyscy natychmiast zmieniają sposób jej postrzegania, poczynają stosować wobec córki, siostry i wnuczki kompletnie inne standardy. W opowieści z życia „wyzwolonych” studentów, mężczyzna potraktowany jak kobieta (porzucony dla lepszego) obraża się śmiertelnie. Kobieta w prozie Lispector nie zadowala się tym, co oczywiste, łatwe, podane na tacy: przeciwnie, ucieka od zwykłego życia, szuka głębokich emocji.

Mama przed ślubem, według ciotki Emilii, była petardą, porywczym rudzielcem z własnymi poglądami na wolność i równość kobiet. Ale pojawił się tata, bardzo poważny i wysoki, także z własnymi poglądami na… wolność i równość kobiet. Zły był ten zbieg okoliczności materii. Nastąpiło zderzenie. I dzisiaj mama szyje i haftuje, i śpiewa przy pianinie, i piecze ciasteczka w sobotę, wszystko jak w zegarku i z radością. Ma własne idee, ciągle, ale sprowadzają się do jednej: kobieta powinna zawsze iść za mężem, jak pomocnictwo idzie za sprawstwem (porównanie jest moje, wynik zajęć na wydziale prawa).

Wstępnie kochała mężczyznę, którego pewnego dnia pokocha.

…zastanowiła się nad okrutną potrzebą kochania. Zastanowiła się nad złem naszego pragnienia bycia szczęśliwym. Zastanowiła się nad dzikością, z jaką chcemy się bawić. I nad tymi wszystkimi chwilami, w których zabilibyśmy dla miłości.

…dopóki będę kochać Boga tylko dlatego, że siebie nie kocham, będę znaczoną kością, i gra mojego większego życia się nie odbędzie. Dopóki będę wymyślać Boga, On nie będzie istniał.

Jeżeli mam być szczera, nie miałam pojęcia, czego powinnam oczekiwać po tej książce. Chciałam poczytać „literaturę kobiecą” (cudzysłów zastosowany jak najbardziej celowo!) z części świata, która kojarzy się głównie z autorami płci męskiej: i nie spodziewałam się, że odnajdę w Opowiadaniach wszystkich tak poruszający, kompleksowy obraz kobiety jako bohaterki - w obu znanych językowi polskiemu znaczeniu tego słowa. Niniejszym, zachęcam Was jak najserdeczniej: zróbcie sobie tę przyjemność, i zatońcie w twórczości Clarice Lispector. Ja tymczasem udaję się na poszukiwanie Jej powieści…

Clarice Lispector: Opowiadania wszystkie
Wydawnictwo W.A.B.
premiera: 16 października 2019
Serdecznie dziękuję Wydawnictwu za egzemplarz recenzencki!