To jest
jedna z tych książek, które powinno się dawać do przeczytania kobietom myślącym
o macierzyństwie – albo, w szerszej perspektywie, ludziom chcącym się wypowiadać na tematy życia poczętego, pro-choice,
prawa kobiety do decydowania o własnym ciele, i tak dalej, i tak dalej. Monolog
bohaterki, skierowany do jej nienarodzonego dziecka, przesycony jest pełnym
spektrum emocji – od afirmacji do całkowitego odrzucenia, od walki z opinią
społeczną sugerującą niedwuznacznie pozbycie się ciąży do ignorowania zaleceń
lekarzy mających na celu utrzymanie dziecka przy życiu. Wszystko rozbija się o
prawo do decydowania o własnym ciele i własnym życiu, oraz o obiekcje natury
moralnej wynikające z faktu, że bohaterka była/jest dzieckiem niechcianym, co
prowokuje ją do rozważań na temat wolnej woli jeszcze nie narodzonego potomka. Mocno
introspektywny i refleksyjny, List do
nienarodzonego dziecka zachęca do stawiania się w pozycji bohaterki i rozważania,
jakie decyzje podjęłoby się w podobnej sytuacji. Nie ukrywam, że książka
Fallaci dała mi sporo do myślenia na tej płaszczyźnie – i choćby daltego
polecam ją serdecznie P.T. Czytelnikom.
Friday, 15 June 2018
Tuesday, 12 June 2018
73/104: J. M. Coetzee, "Dzieciństwo Jezusa"
Nie potrafię powiedzieć, czy bardziej mnie ta książka zmęczyła, czy zachwyciła. Sam pomysł - starszy mężczyzna ląduje w obcym kraju jako uchodźca, mając pod opieką małego chłopca przypadkowo spotkanego na łodzi, i próbuje przystosować się do życia w nowych warunkach - bardzo mnie urzekł; początkowe rozważania Simona o naturze życia na uchodźstwie (dlaczego mamy się wyrzekać marzeń o wyższych uczuciach, gwałtownych emocjach i pełnym życiu, dostając w zamian spokój, pracę, jedzenie i dach nad głową, których znaczenia nie sposób przecenić - a jednak jest tego wszystkiego zdecydowanie za mało?) również - a jednak im dalej w las, tym trudniej było mi zachować odpowiedni poziom skupienia.
Może to dlatego, że brak mi instynktu macierzyńskiego, i nie bardzo mogę sobie wyobrazić, że mogłabym aż tak rozpuścić dziecko, jak czyni to odnaleziona przez Simona "matka" małego Davida - a z drugiej strony, nie potrafię także wczuć się w postać samego Simona, który bez namysłu oddaje małego chłopca pod opiekę kobiecie obcej, niestabilnej emocjonalnie i... skomplikowanej. Sam David, na początku książki czuły, inteligentny i wywołujący u czytelnika sympatyzujący uśmiech, w miarę rozwoju akcji zamienia się w do granic irytującego bachora, czyli po naszemu - dziecko wychowywane bezstresowo. Zakończenie też mi się jakoś rozmyło, i w ogóle nie sprawiało wrażenia kody wieńczącej pierwszy etap nowego życia naszych bohaterów. Trochę szkoda, bo historia miała naprawdę spory potencjał - a potem jakoś się ta drezyna toczyła, toczyła, i w końcu stanęła w szczerym polu...
Nie była to pierwsza książka tego Autora, jaką miałam okazję czytać. Niestety, nie była też pierwszą, która mnie zachwyciła...
Może to dlatego, że brak mi instynktu macierzyńskiego, i nie bardzo mogę sobie wyobrazić, że mogłabym aż tak rozpuścić dziecko, jak czyni to odnaleziona przez Simona "matka" małego Davida - a z drugiej strony, nie potrafię także wczuć się w postać samego Simona, który bez namysłu oddaje małego chłopca pod opiekę kobiecie obcej, niestabilnej emocjonalnie i... skomplikowanej. Sam David, na początku książki czuły, inteligentny i wywołujący u czytelnika sympatyzujący uśmiech, w miarę rozwoju akcji zamienia się w do granic irytującego bachora, czyli po naszemu - dziecko wychowywane bezstresowo. Zakończenie też mi się jakoś rozmyło, i w ogóle nie sprawiało wrażenia kody wieńczącej pierwszy etap nowego życia naszych bohaterów. Trochę szkoda, bo historia miała naprawdę spory potencjał - a potem jakoś się ta drezyna toczyła, toczyła, i w końcu stanęła w szczerym polu...
Nie była to pierwsza książka tego Autora, jaką miałam okazję czytać. Niestety, nie była też pierwszą, która mnie zachwyciła...
Sunday, 10 June 2018
71/104: China Mieville, "Miasto i miasto"
Beszer i Qoma nie leżą w sąsiadujących wymiarach, ani na różnych poziomach rzeczywistości. To miejskie bliźnięta syjamskie, owinięte wokół siebie, przeplatające się na przestrzeni placów, ulic, domów i podwórek. Mają osobne alfabety, inne języki oficjalne, architekturę i kulturę. Ich mieszkańcy codziennie mijają się na ulicach.
Przenoszenie się pomiędzy miastami, a także zauważanie elementów/obywateli miasta, w którym się obecnie nie przebywa, jest równoznaczne z łamaniem prawa, i karane przez tajemniczą, niemalże wszechmocną instytucję - Przekroczeniówkę.
China Mieville buduje historię Tyadora, śledczego z Beszer, wokół morderstwa popełnionego na terenie Qomy, i pokazuje, w jaki sposób dwa społeczeństwa mogą egzystować w tej samej przestrzeni, nie mając praktycznie żadnych punktów stycznych. Niezwykle ciekawie skonstruowane urban fantasy, które niniejszym serdecznie polecam - zarówno fanom Mieville'a (w opisach obu miast pobrzmiewa echo Nowego Crobuzon), jak i tym P.T. Czytelnikom, którzy dotąd jeszcze na niego nie trafili.
Przenoszenie się pomiędzy miastami, a także zauważanie elementów/obywateli miasta, w którym się obecnie nie przebywa, jest równoznaczne z łamaniem prawa, i karane przez tajemniczą, niemalże wszechmocną instytucję - Przekroczeniówkę.
China Mieville buduje historię Tyadora, śledczego z Beszer, wokół morderstwa popełnionego na terenie Qomy, i pokazuje, w jaki sposób dwa społeczeństwa mogą egzystować w tej samej przestrzeni, nie mając praktycznie żadnych punktów stycznych. Niezwykle ciekawie skonstruowane urban fantasy, które niniejszym serdecznie polecam - zarówno fanom Mieville'a (w opisach obu miast pobrzmiewa echo Nowego Crobuzon), jak i tym P.T. Czytelnikom, którzy dotąd jeszcze na niego nie trafili.
Sunday, 3 June 2018
68/104; 72/104 - Gail Carriger - "How to Marry a Werewolf"; Marta Kisiel - "Szaławiła"
Lubię wracać tam, gdzie byłam. Czytelniczo.
Nic więc nie cieszy mnie bardziej od "fanfików" do moich ulubionych serii, pisanych przez Autorów tychże. Miałam ostatnio niewątpliwą przyjemność przeczytać dwie podpadające pod tę kategorię: z uniwersum Protektoratu Parasola oraz z Dożywociem w tle. I choć są to rzeczy z pozoru bardzo różne, łączy je jedna zasadnicza cecha: wszechogarniające poczucie czytelniczej satysfakcji.
How To Marry a Werewolf (in Ten Easy Steps) Gail Carriger przenosi nas ponownie "na łono" Watahy Londyńskiej, z moim najulubieńszym Alphą i jeszcze bardziej ulubionym Betą. Tym razem jednak nie oni są głównymi bohaterami opowieści: akcja koncentruje się wokół osoby majora Channinga Channinga, którego historię mamy po raz pierwszy okazję poznać dogłębnie. Przy tej okazji wychodzi na jaw szereg faktów, które przynajmniej do pewnego stopnia tłumaczą zachowanie tego zimnego, oschłego mężczyzny, do tej pory jawiącego się (czytelnikowi) jako zagadka i (Alexii) utrapienie. W życie Channinga wkracza jednak siła, z którą należy się liczyć: Amerykanka imieniem Faith, obciążona kolekcją próbek minerałów, upodobaniem do męskiego kroju spódnic i kapeluszy, nadmiernie elokwentną kuzynką-hippiczką, oraz rodziną z piekła rodem. Czy będzie z tego romans? Jak zareaguje na modniarskie upodobania Faith właściciel Chapeau du Poupe? I kto jest szpiegiem, szmuglującym do Anglii zakazaną amunicję do zabijania istot nadnaturalnych?...
Odpowiedzi na te pytania szukajcie w przeuroczej nowelce, która - miejmy nadzieję... - nie zamyka definitywnie cyklu opowieści związanych z serią Protektorat Parasola.
Szaławiła Marty Kisiel czekał na swoją kolej stosunkowo długo. Znacie ten syndrom niechęci do rozpoczynania lektury - mimo że bardzo się na nią cieszycie - bo będzie przeczytane, i nie będzie już na co czekać? Tak właśnie wyglądała moja relacja z nawiązującym do Dożywocia oraz Siły niższej Szaławiłą. Dziś rano złamałam się jednak, i - między jajecznicą a spotkaniem z panią od kwiatków na ślub brata - zarykiwałam się radośnie ze śmiechu nad tą jakże przemiłą opowieścią.
Mamy tu do czynienia z bohaterami, którzy są inni: nie spełniają pokładanych w nich oczekiwań rodziców, nie mają warunków koniecznych do zrobienia odpowiedniej kariery, nie traktują poważnie swojego zdrowia, są kimś/czymś zupełnie innym, niż się może wydawać postronnemu obserwatorowi, albo najzupełniej dosłownie - czegoś im brakuje. Wiąże ich miejsce, które wybrali na dom lub bezpieczną przystań u boku rodziny i przyjaciół - zagubione w lesie pogorzelisko. W tym oto zaciszu (skądinąd, nie tak całkiem obcym) stawia swój całoroczny, acz nie korzystający z dobrodziejstw prądu i internetu, dom, Oda - lekarka do niedawna pracująca z akcją Lekarze bez granic, od niedawna zaś - sierota z wąsikiem. Ensemble'u dopełniają: mocno nieszablonowy chłop z kosą, siostra-budowlaniec z upodobaniem do szpilek i kaszmiru, siostrzenica chowana cokolwiek pod kloszem, szczeniak-podrzutek, oraz Bazyl - sepleniący cymbalista, dzięki któremu ponownie pokochałam Żeromskiego. No, pokochałam to może zbyt mocne słowo - ale cytować będę go z pewnością. W bazylowej wersji, rzecz jasna.
Podsumowując: obie nowelki zachwyciły mnie w całej rozciągłości. Każdą z nich dałoby się rozciągnąć do rozmiarów pełnowymiarowej powieści (ach, gdyby marzenia tak łatwo się spełniały...), ale i w swojej "skondensowanej" wersji How to Marry a Werewolf oraz Szaławiła wprowadzają nowych bohaterów w ramy znanych rzeczywistości z wdziękiem i bezpretensjonalnością. Czyta się to-to z przyjemnością porównywalną do picia wyśmienitej herbaty bądź wina, w samotności bądź w towarzystwie Ulubionych Ludzi.
Taki książkowy ekwiwalent czekolady Rittera z migdałami w słonej otoczce. Albo tarty kajmakowej.
Smacznego Wam życzę, Drodzy Moi.
Nic więc nie cieszy mnie bardziej od "fanfików" do moich ulubionych serii, pisanych przez Autorów tychże. Miałam ostatnio niewątpliwą przyjemność przeczytać dwie podpadające pod tę kategorię: z uniwersum Protektoratu Parasola oraz z Dożywociem w tle. I choć są to rzeczy z pozoru bardzo różne, łączy je jedna zasadnicza cecha: wszechogarniające poczucie czytelniczej satysfakcji.
How To Marry a Werewolf (in Ten Easy Steps) Gail Carriger przenosi nas ponownie "na łono" Watahy Londyńskiej, z moim najulubieńszym Alphą i jeszcze bardziej ulubionym Betą. Tym razem jednak nie oni są głównymi bohaterami opowieści: akcja koncentruje się wokół osoby majora Channinga Channinga, którego historię mamy po raz pierwszy okazję poznać dogłębnie. Przy tej okazji wychodzi na jaw szereg faktów, które przynajmniej do pewnego stopnia tłumaczą zachowanie tego zimnego, oschłego mężczyzny, do tej pory jawiącego się (czytelnikowi) jako zagadka i (Alexii) utrapienie. W życie Channinga wkracza jednak siła, z którą należy się liczyć: Amerykanka imieniem Faith, obciążona kolekcją próbek minerałów, upodobaniem do męskiego kroju spódnic i kapeluszy, nadmiernie elokwentną kuzynką-hippiczką, oraz rodziną z piekła rodem. Czy będzie z tego romans? Jak zareaguje na modniarskie upodobania Faith właściciel Chapeau du Poupe? I kto jest szpiegiem, szmuglującym do Anglii zakazaną amunicję do zabijania istot nadnaturalnych?...
Odpowiedzi na te pytania szukajcie w przeuroczej nowelce, która - miejmy nadzieję... - nie zamyka definitywnie cyklu opowieści związanych z serią Protektorat Parasola.
Szaławiła Marty Kisiel czekał na swoją kolej stosunkowo długo. Znacie ten syndrom niechęci do rozpoczynania lektury - mimo że bardzo się na nią cieszycie - bo będzie przeczytane, i nie będzie już na co czekać? Tak właśnie wyglądała moja relacja z nawiązującym do Dożywocia oraz Siły niższej Szaławiłą. Dziś rano złamałam się jednak, i - między jajecznicą a spotkaniem z panią od kwiatków na ślub brata - zarykiwałam się radośnie ze śmiechu nad tą jakże przemiłą opowieścią.
Mamy tu do czynienia z bohaterami, którzy są inni: nie spełniają pokładanych w nich oczekiwań rodziców, nie mają warunków koniecznych do zrobienia odpowiedniej kariery, nie traktują poważnie swojego zdrowia, są kimś/czymś zupełnie innym, niż się może wydawać postronnemu obserwatorowi, albo najzupełniej dosłownie - czegoś im brakuje. Wiąże ich miejsce, które wybrali na dom lub bezpieczną przystań u boku rodziny i przyjaciół - zagubione w lesie pogorzelisko. W tym oto zaciszu (skądinąd, nie tak całkiem obcym) stawia swój całoroczny, acz nie korzystający z dobrodziejstw prądu i internetu, dom, Oda - lekarka do niedawna pracująca z akcją Lekarze bez granic, od niedawna zaś - sierota z wąsikiem. Ensemble'u dopełniają: mocno nieszablonowy chłop z kosą, siostra-budowlaniec z upodobaniem do szpilek i kaszmiru, siostrzenica chowana cokolwiek pod kloszem, szczeniak-podrzutek, oraz Bazyl - sepleniący cymbalista, dzięki któremu ponownie pokochałam Żeromskiego. No, pokochałam to może zbyt mocne słowo - ale cytować będę go z pewnością. W bazylowej wersji, rzecz jasna.
Podsumowując: obie nowelki zachwyciły mnie w całej rozciągłości. Każdą z nich dałoby się rozciągnąć do rozmiarów pełnowymiarowej powieści (ach, gdyby marzenia tak łatwo się spełniały...), ale i w swojej "skondensowanej" wersji How to Marry a Werewolf oraz Szaławiła wprowadzają nowych bohaterów w ramy znanych rzeczywistości z wdziękiem i bezpretensjonalnością. Czyta się to-to z przyjemnością porównywalną do picia wyśmienitej herbaty bądź wina, w samotności bądź w towarzystwie Ulubionych Ludzi.
Taki książkowy ekwiwalent czekolady Rittera z migdałami w słonej otoczce. Albo tarty kajmakowej.
Smacznego Wam życzę, Drodzy Moi.
Saturday, 26 May 2018
67/104: J. D. Vance, "Elegia dla bidoków"
Nie byłam pewna, czego powinnam oczekiwać od tej książki. Reportażu, biografii, publicystyki, fikcji? Znalazłam mieszankę, w której fikcji jest zdecydowanie najmniej, a pozostałe formy tworzą interesujący misz-masz opowieści o chłopcu, który chciał wybić się ponad swoje środowisko, nie tracąc równocześnie swojej tożsamości kulturowej.
Jak wybić się ponad poziom definiowany przez patologię, uzależnienia i przemoc domową? Jak "przepracować" to wszystko, żeby nie powielać schematów z przeszłości we własnym życiu? Jak uwierzyć w siebie, i podjąć wyzwania stojące pozornie poza naszym zasięgiem? Autor "Elegii..." nie podaje jednej uniwersalnej recepty - diagnozuje jednak szereg bolączek z jakimi borykają się społeczeństwa przyznające głos nowym konserwatystom, budując podstawy do leczenia tych objawów. Kwestia wprowadzenia propozycji Autora w życie pozostaje otwarta: tak pod rządami Trumpa, jak i Dudy.
Jak wybić się ponad poziom definiowany przez patologię, uzależnienia i przemoc domową? Jak "przepracować" to wszystko, żeby nie powielać schematów z przeszłości we własnym życiu? Jak uwierzyć w siebie, i podjąć wyzwania stojące pozornie poza naszym zasięgiem? Autor "Elegii..." nie podaje jednej uniwersalnej recepty - diagnozuje jednak szereg bolączek z jakimi borykają się społeczeństwa przyznające głos nowym konserwatystom, budując podstawy do leczenia tych objawów. Kwestia wprowadzenia propozycji Autora w życie pozostaje otwarta: tak pod rządami Trumpa, jak i Dudy.
Thursday, 24 May 2018
66/104: Andy Weir, "Artemis"
Tak to już jest, że do drugiej książki autora znakomitego debiutu (Marsjanina zaliczam śmiało do grona moich ulubionych książek z ostatniej dekady) podchodzi się "z pewną taką nieśmiałością". Moje obawy zwielokrotniała również perspektywa lektury polskiego tłumaczenia - w przypadku debiutu Weira, który poznałam w oryginale i próbowałam dowartościować polski rynek wydawniczy post factum, była to istna droga przez mękę. Szczęśliwie okazało się, że za spolszczenie Artemis odpowiadał inny, o wiele lepiej radzący sobie z tematem tłumacz.
I to był początek litanii różnic pomiędzy książką o Marsie i książką o Księżycu. O ile w tej pierwszej chodziło przede wszystkim o przeżycie w pozbawionej ludzi oraz infrastruktury pustce Czerwonej Planety - o tyle w drugiej mamy do czynienia z opowieścią o społeczności zadomowionej na Srebrnym Globie, i zajmującej się tym, co ludzkie. A konkretniej: drobnymi malwersacjami, przemytem, grami politycznymi i zabijaniem. Bohater Marsjanina po prostu nie miał z kim uprawiać takich ćwiczeń.
Druga powoeść Andy'ego Weira stanowi zatem próbę ognia nie tylko w postaci prowadzenia narracji przez postać kobiecą - której udaje się nie popaść w stereotypy i klisze zachowań, chwała Autorowi! - ale i żonglowania znacznie większą liczbą postaci. Z próby tej Weir wychodzi zwycięsko: tworzy porywającą historię kryminalną z elementami "naukowości" znanymi z poprzedniej powieści (choć jest ich tutaj odpowiednio mniej), i pokazuje, że opanowanie i ucywilizowanie Księżyca to dopiero początek drogi. Trzeba jeszcze poskromić LUDZI.
Serdecznie Was zachęcam do sprawdzenia, czym Jazz Bashara - wychowana w księżycowym mieście Artemis Arabka, przemytniczka i córka spawacza, różni się od amerykańskiego astronauty Marka Wattneya. Być może dojdziecie do wniosku, że łączy ich więcej, niż można by przypuszczać...
A konkluzja jest taka, że chciałabym poleciec na ten Księżyc. Bez chloroformu.
I to był początek litanii różnic pomiędzy książką o Marsie i książką o Księżycu. O ile w tej pierwszej chodziło przede wszystkim o przeżycie w pozbawionej ludzi oraz infrastruktury pustce Czerwonej Planety - o tyle w drugiej mamy do czynienia z opowieścią o społeczności zadomowionej na Srebrnym Globie, i zajmującej się tym, co ludzkie. A konkretniej: drobnymi malwersacjami, przemytem, grami politycznymi i zabijaniem. Bohater Marsjanina po prostu nie miał z kim uprawiać takich ćwiczeń.
Druga powoeść Andy'ego Weira stanowi zatem próbę ognia nie tylko w postaci prowadzenia narracji przez postać kobiecą - której udaje się nie popaść w stereotypy i klisze zachowań, chwała Autorowi! - ale i żonglowania znacznie większą liczbą postaci. Z próby tej Weir wychodzi zwycięsko: tworzy porywającą historię kryminalną z elementami "naukowości" znanymi z poprzedniej powieści (choć jest ich tutaj odpowiednio mniej), i pokazuje, że opanowanie i ucywilizowanie Księżyca to dopiero początek drogi. Trzeba jeszcze poskromić LUDZI.
Serdecznie Was zachęcam do sprawdzenia, czym Jazz Bashara - wychowana w księżycowym mieście Artemis Arabka, przemytniczka i córka spawacza, różni się od amerykańskiego astronauty Marka Wattneya. Być może dojdziecie do wniosku, że łączy ich więcej, niż można by przypuszczać...
A konkluzja jest taka, że chciałabym poleciec na ten Księżyc. Bez chloroformu.
Monday, 21 May 2018
65/104. Mariusz Sieniewicz, "Plankton"
Nie ma już Polski - jest Polacja, państwo religijne, którego serce bije w Olsztynie, nowej Stolicy Apostolskiej. Krajem rządzą prezydenci-androidy, a niedawny laureat literackiego Nobla nazywa się Olgierd Tokarczuk. Bohater, długowieczny zakonnik od świętego Franciszka, wybiera się na wirtualną wycieczkę z córką, i w ramach kary trafia do zniszczonego przez islamistów Krakowa...
Plankton to duży potencjał i znakomicie przedstawiona wizja alternatywnej (mam nadzieję...) przyszłości Polski - kuleje w nim jednak fabuła, której daleko do dywagacji autorstwa, żeby daleko nie szukać, Jacka Dukaja. Nie jestem również przekonana, czy zrozumiałam motywacje głównego bohatera: rozeszły mi się one w wielokrotnie złożonych zdaniach jąkanych monologów. A szkoda, bo potencjał był. Może kiedyś podejmę ponowną próbę zgłębienia prawdy o tej powieści - na razie jednak zwracam oczy ku innego typu lekturom.
Plankton to duży potencjał i znakomicie przedstawiona wizja alternatywnej (mam nadzieję...) przyszłości Polski - kuleje w nim jednak fabuła, której daleko do dywagacji autorstwa, żeby daleko nie szukać, Jacka Dukaja. Nie jestem również przekonana, czy zrozumiałam motywacje głównego bohatera: rozeszły mi się one w wielokrotnie złożonych zdaniach jąkanych monologów. A szkoda, bo potencjał był. Może kiedyś podejmę ponowną próbę zgłębienia prawdy o tej powieści - na razie jednak zwracam oczy ku innego typu lekturom.
Thursday, 17 May 2018
64/104. Chava Rosenfarb, "Drzewo życia. Tom drugi: 1940-1942".
Czytałam na raty. Biorąc pod uwagę historię i pochodzenie mojej rodziny, wszystko to trafia bardzo blisko "domu", fizycznego i metaforycznego. Wdzięczna jestem Centrum Dialogu oraz tłumaczkom za trud włożony w przygotowanie tej opowieści - losy dziesięciorga bohaterów Drzewa życia stanowią zaledwie wyjątek dziejów łódzkiego getta, ale atmosfera tkana ze wspomnień i przeżyć Autorki tworzy wrażenie kompletności przedstawionego świata. Nastraja mnie to optymistycznie przed lekturą trzeciego, dopiero co wydanego tomu tej opowieści - mimo to jednak dam sobie czas na "przetrawienie" wszystkiego, zanim po niego sięgnę. A sięgnę na pewno.
Monday, 14 May 2018
63/104. Justyna Kopińska, "Z nienawiści do kobiet"
Nie była to lektura ani łatwa, ani lekka, ani tym bardziej - przyjemna. Mimo wszystko jednak wolę ją od czytanych niedawno reportaży o sytuacji japońskich kobiet - chociażby dlatego, że Autorka podejmuje tutaj próbę wysłuchania drugiej strony (sprawców, oprawców, dręczycieli). Ich pokrętne - o ile w ogóle udzielone - wyjaśnienia nie przekonują mnie w żaden sposób o jakiejkolwiek, nawet domniemanej niewinności, ale świadczą pozytywnie o zaangażowaniu Autorki w opisanie każdej sytuacji ze wszystkich perspektyw. I za ten profesjonalizm należą Jej się brawa.
A ludzie - niektórzy ludzie, zwłaszcza ci opisani w Z nienawiści... - są jednak bardzo przerażającym gatunkiem.
A ludzie - niektórzy ludzie, zwłaszcza ci opisani w Z nienawiści... - są jednak bardzo przerażającym gatunkiem.
Wednesday, 9 May 2018
62/104. Rachel Joyce: "The Unlikely Pilgrimage of Harold Fry"
Harold Fry od pół roku wiedzie spokojny, monotonny żywot
emeryta, prawie nie ruszając się z krzesła na werandzie. Jego żona obsesyjnie
sprząta dom, szykując się na powrót syna (co prawda nie wiadomo, kiedy on
nastąpi, ale na pewno już niedługo), a sąsiad zza płotu wykorzystuje każdą
okazję, aby opowiadać Haroldowi o swojej niedawno zmarłej małżonce. Każdy dzień
jest łudząco podobny do poprzedniego.
A potem Howard dostaje list, wysłany z drugiego końca
Anglii. Nadawcą jest kobieta, którą przed dwudziestu laty (jak sam mówi) zawiódł, obecnie: pacjentka hospicjum, w
zaawansowanym stadium raka. Howard próbuje znaleźć odpowiednie słowa, aby
odpisać na tę przejmującą wiadomość, ale koniec końców nie jest zadowolony z
formy, jaką przybrała jego odpowiedź. Zamiast wrzucić swój list do skrzynki na
rogu ulicy, idzie więc dalej, na kolejną pocztę – i kolejną – i jeszcze następną
– aż wreszcie, zainspirowany opowieścią przygodnie spotkanej osoby, postanawia
przejść dobrze ponad sześćset mil spod własnych drzwi do hospicjum,w którym
przebywa jego znajoma.
I robi to: bez telefonu, bez ubrania na zmianę, bez
odpowiednich butów czy plecaka. Po drodze spotyka ludzi, którym pomaga, i
takich, którzy jemu pomagają; powraca we wspomnieniach do czasów swojej
znajomości z kobietą, do której wędruje, oraz odbywa wewnętrzną wędrówkę po
historii swojej rodziny. Przy okazji zabiera czytelnika ze sobą, a stosunkowo
prosta opowieść o starszym mężczyźnie na drodze okazuje się wspaniałą,
wzruszającą podróżą do źródeł człowieczeństwa.
The Unlikely
Pilgrimage of Harold Fry Rachel Joyce (wydana po polsku kilka lat temu, ale
przebaczcie: nie pamiętam w tej chwili polskiego tytułu) została mi polecona
przez znajomą z pracy, znającą moje preferencje czytelnicze: rozpoczynając
lekturę nie miałam jednak pojęcia, że tak bardzo mnie ona wzruszy i poruszy. Sama
historia jest naprawdę prosta – Howard sam zresztą „upraszcza” swoją wędrówkę w
nietypowy sposób, stając się inspiracją dla ludzi, których spotyka na swej drodze.
A także, przy okazji – dla czytelników. Przynajmniej dla niżej podpisanej
czytelniczki.
Nie będę Wam psuć zabawy z poznawania historii Howarda, jego
relacji z żoną, synem, oraz nadawcą (nadawczynią?) listu: powiem tylko, że pomimo
nieskomplikowania fabuły bynajmniej nie jest to ksiązka banalna. I że cieszę
się z jej przeczytania do tego stopnia, że przyznaję powieści pani Joyce Lubego
Leniwca Literackiego. O!
Tuesday, 8 May 2018
61/104: Olga Tokarczuk, "Opowiadania bizarne"
Olga Tokarczuk to jedna z pisarek, na dźwięk nazwiska której
z miejsca rzucam się ku księgarni – szczególnie gdy w grę wchodzą opowiadania. Najnowszy
zbiór krótkich form Autorki, Opowiadania
bizarne, czyta się bardzo dobrze i przynosi kilka niespodziewanych zwrotów
akcji, mocno mieszając czytelnikowi w głowie. Serdecznie polecam tutaj
opowiadania: pierwsze, ostatnie, oraz „słoikowe”. Ach, i stylizowany pamiętnik
pewnego królewskiego medyka, który odkrywa, w czym leży siła narodu polskiego. Sama
prawda, drogi panie, sama prawda...
Jeżeli miałabym natomiast formułować jakieś zarzuty, zapewne
przyczepiłabym się do użycia słowa „stróżka” w miejscu, gdzie ewidentnie chodzi
o strUżkę. Z pewnym niepokojem obserwuję coraz częściej występującą w
literaturze współczesnej tendencję do kreskowania „o” w zdrobnieniu wyrazu „struga”,
i zawsze wyobrażam sobie w takich momentach maleńkie dozorczynie w maciupkich
fartuszkach, stojące na straży grup niesfornych łez (lub innych kropli).
Z tej to przyczyny, Opowiadania
bizarne oceniam najwyżej na 8/10 (bywam ortograficznym Nazgulem,
niezmiernie mi przykro). A szkoda...
Saturday, 5 May 2018
60/104: Karolina Bednarz, "Kwiaty w pudełku. Japonia oczami kobiet"
Oj, strasznym krajem jest ta cała Japonia! Dzieją się tam wyłącznie złe rzeczy, tak złe, że w żadnym innym miejscu na świecie nie mogłyby pewnie mieć miejsca, a kobiety to już w ogóle mają tak przerąbane, że NATO i UNESCO oraz sygnatariusze Konwencji Genewskiej powinni już dawno zrównać ten kraj z ziemią...
A poza tym - napisana na początku XI wieku Genji monogatari jest opowieścią o wojnie Genpei (1180-1185)*, transkrypcja skacze swobodnie między Hepburnem a kokutei (czy mam teraz zacząć pisać "Takaraduka", zamiast "Takarazuka"?), a w słowniczku na końcu mamy sytuację typu: trzy znaki zapisane - transkrypcja tylko do dwóch. Dlaczego?...
Nie jestem zachwycona, Drodzy Państwo. Dowiedziałam się kilku niezwykle ciekawych i pouczających rzeczy (szczególnie z rozdziału opisującego działalność Takafumiego Tsuruty), ale generalnie miałam wrażenie, że jedziemy po bandzie sensacyjności i świętego oburzenia. Jeżeli interesuje Was temat Japonii, oraz spojrzenie na procesy i zjawiska społeczne z perspektywy kobiet, zajrzyjcie do książki Karoliny Bednarz. Radziłabym jednak pamiętać, że nie jest to całościowy obraz sytuacji.
* 正解は「平家物語」だぞ。
A poza tym - napisana na początku XI wieku Genji monogatari jest opowieścią o wojnie Genpei (1180-1185)*, transkrypcja skacze swobodnie między Hepburnem a kokutei (czy mam teraz zacząć pisać "Takaraduka", zamiast "Takarazuka"?), a w słowniczku na końcu mamy sytuację typu: trzy znaki zapisane - transkrypcja tylko do dwóch. Dlaczego?...
Nie jestem zachwycona, Drodzy Państwo. Dowiedziałam się kilku niezwykle ciekawych i pouczających rzeczy (szczególnie z rozdziału opisującego działalność Takafumiego Tsuruty), ale generalnie miałam wrażenie, że jedziemy po bandzie sensacyjności i świętego oburzenia. Jeżeli interesuje Was temat Japonii, oraz spojrzenie na procesy i zjawiska społeczne z perspektywy kobiet, zajrzyjcie do książki Karoliny Bednarz. Radziłabym jednak pamiętać, że nie jest to całościowy obraz sytuacji.
* 正解は「平家物語」だぞ。
Friday, 4 May 2018
58/104: Anna Bikont - "Sendelerowa. W ukryciu"
Chronologia uległa zaburzeniu wskutek zamieszczania recenzji "na bieżąco". Od następnego wpisu wracamy do normalnego trybu krótkich, mocno subiektywnych wpisów o książkach przeczytanych dla siebie samej.
Znając historię życia Ireny Sendlerowej głównie z informacji upublicznionych w prasie, oraz z (tak, tak) filmu produkcji hollywoodzkiej (Michelle Dockery gra córkę Danuty Stenki - wszyscy mogą iść do domu, to jest skończenie dobre połączenie) - zupełnie nie miałam świadomości, jak bardzo wykreowaną postacią była ta skądinąd bohaterska kobieta. Anna Bikont skutecznie odbrązawia jej wizerunek, pokazując, w jaki sposób manipulowano informacjami o życiu i działalności Sendlerowej - i jak robiła to sama zainteresowana - i ja to kupuję, płacę ekstra, i odchodzę usatysfakcjonowana. Nie interesują mnie historie o herosach stąpających po tym łez padole: interesują mnie ludzie, niedoskonali, próżni i oportunistyczni.
I to właśnie można zobaczyć w Życiu w ukryciu, do lektury którego niniejszym serdecznie Was zachęcam.
Znając historię życia Ireny Sendlerowej głównie z informacji upublicznionych w prasie, oraz z (tak, tak) filmu produkcji hollywoodzkiej (Michelle Dockery gra córkę Danuty Stenki - wszyscy mogą iść do domu, to jest skończenie dobre połączenie) - zupełnie nie miałam świadomości, jak bardzo wykreowaną postacią była ta skądinąd bohaterska kobieta. Anna Bikont skutecznie odbrązawia jej wizerunek, pokazując, w jaki sposób manipulowano informacjami o życiu i działalności Sendlerowej - i jak robiła to sama zainteresowana - i ja to kupuję, płacę ekstra, i odchodzę usatysfakcjonowana. Nie interesują mnie historie o herosach stąpających po tym łez padole: interesują mnie ludzie, niedoskonali, próżni i oportunistyczni.
I to właśnie można zobaczyć w Życiu w ukryciu, do lektury którego niniejszym serdecznie Was zachęcam.
56/104: Ewa Winnicka, Cezary Łazarewicz - "1968. CZASY NADCHODZĄ NOWE"
Są jeszcze dwie takie "rocznikowe" książki - miałam okazję przeczytać jakiś czas temu "1945" Magdaleny Grzebałkowskiej, i była to lektura tyleż pouczająca, co interesująca. Podobnie z "1968": końcówka lat 60. ubiegłego wieku to ten moment w historii, do którego mogłabym się przenieść terazzaraznatychmiast, i nie żałować tej decyzji ani przez chwilę. Ideowość, kontrkultura, muzyka - to wszystko przemawia do mnie w języku, który znam i rozumiem niemal podświadomie. Opowieści zebrane w książce Ewy Winnickiej i Cezarego Łazarewicza przekonują mnie dobitnie, że był to czas wielkich zrywów, szczytnych idei i rażących niesprawiedliwości.
W sumie - trochę jak czasy współczesne. Tylko bez hejtu w internetach.
Co mogłoby pójść nie tak?...
W sumie - trochę jak czasy współczesne. Tylko bez hejtu w internetach.
Co mogłoby pójść nie tak?...
Subscribe to:
Posts (Atom)