Tuesday, 28 August 2018

110/156, Henryk Waniek: "Szalone życie Macieja Z"

Nie bardzo wiem, jak mam tę książkę zakwalifikować. Biografia bez chronologii? Luźny zbiór anegdot, dotyczących w równym stopniu Bohatera co Autora? Blubranie bez ładu i składu? Dziwny eksperyment, w którym zredukowanie nazwiska Bohatera do inicjału miało w zamierzeniu mieć efekt artystyczny, a wygląda... dziwnie, wręcz groteskowo?

Nie mam pojęcia, co przeczytałam, po co zostało napisane to, co przeczytałam, ani jak to zakwalifikować.

Mówiąc krótko - nie polecam, chyba że znacie życie i twórczość Macieja Zembatego na wylot i nie pogubicie się w meandrach zawiłych anegdot. Jeśli jednak, podobnie jak ja, macie ochotę pogłębić swój "podstawowy" zasób wiedzy na temat Bohatera - poszukajcie raczej na Wikipedi...

105/156. Lesley-Ann Jones: “Freddie Mercury. The Definitive Biography”

Freddie był zawsze, odkąd tylko pamiętam swoje "świadome" słuchanie muzyki. Nuciłam jego piosenki, oglądałam koncerty archiwalne (oraz projekty z serii Queen z towarzyszeniem Tu Wstaw Nazwisko), a przy okazji wyjazdu z rodzicami do Londynu odwiedziłam Logan Place w Kensington, żeby sprawdzić, czy fani nadal zostawiają kartki, kwiaty i graffiti na murze domu Freddiego. (Odpowiedź brzmi: tak, choć te oznaki sympatii są regularnie usuwane przez obecnych mieszkańców domu).

Moja "podprogowa" sympatia dla Freddiego i podziw dla Jego dokonań nie może się jednak równać z zaangażowaniem i wiedzą koleżanki Anki K., zajmującej sąsiednie biurko w moim korpoświecie. To od niej pożyczyłam The Definitive Biography, wydaną w drugiej połowie lat 90. książkę autorstwa dziennikarki Lesley-Ann Jones, swego czasu blisko związanej z Queen i dysponującej tak zwanymi "dojściami" do zespołu, przyjaciół oraz rodziny Freddiego.

Autorka wykonała rzeczywiście kawał reporterskiej roboty. W poszukiwaniu prawdy o "korzeniach" Freddiego Mercury'ego - a raczej: Farrokha Bulsary - wybrała się w podróż na Zanzibar (którego władze i mieszkańcy niechętnie przyznają się do "asocjacji" z jedną z największych gwiazd światowego rocka) oraz do Indii. Przeprowadziła szereg wywiadów z bliskimi Freddiego (docierając nawet do przelotnie poznanych osób, niejednokrotnie przedstawiających ciekawą perspektywę mniej znanych epizodów z życia artysty) i przekopała się przez tony materiałów prasowych. A mimo to - coś mi w tej książce nie grało.

Czułam się trochę tak, jakby Autorka co kilkadziesiąt stron przypominała sobie, że dawno nie omawialiśmy zagadnienia tożsamości seksualnej Freddiego, więc proszę: bach!, oto kilka(naście) stron rozważań i opisów, czasami dość dosadnych! Dopuszczam możliwość, że to kwestia osobnicza: nigdy nie miałam specjalnego problemu z akceptowaniem osób o nieheteronormatywnej (lubię to słowo!) orientacji seksualnej, ani nie interesowałam się obsesyjnie tym, co takowe osoby mogą porabiać w łóżku z innymi osobami. Nie uważam, żeby był to jakiś szczególny powód do odczuwania wstydu (wręcz przeciwnie...), toteż przydługie wywody próbujące jednoznacznie określić, czy Freddie był gejem, czy "tylko" bi - skoro wchodził w głęboko emocjonalne, a niekiedy również seksualne, związki z kobietami - wymęczyły mnie i odebrały mi część przyjemności płynącej z lektury.

Ale mimo to: polecam fanom Freddiego i Queen zajrzenie do książki pani Jones, spisanej "na świeżo" (stosunkowo) i wolnej od (większych?...) przekłamań i konfabulacji. Być może nigdy nie dowiemy się prawdy o pewnych aspektach życia Freddiego, ale przynajmniej ustalimy pewne fakty, które radośnie zlekceważył reżyser Bohemian Rhapsody. ;)

Monday, 27 August 2018

104/104: Magdalena Grzebałkowska, "Komeda. Osobiste życie jazzu"


Ryzykując otarcie się o banał, powiem: Komeda Magdaleny Grzebałkowskiej to coś więcej, niż biografia artysty. To raczej opowieść o początkach całego gatunku w polskiej muzyce. Życie Krzysztofa Komedy Trzcińskiego – dyplomowanego lekarza, jazzmana, kompozytora muzyki filmowej – stanowi pretekst do snucia opowieści o historii polskiego jazzu, oraz o ludziach, którzy historię tę tworzyli. Wydarzenia  związane z pierwszymi koncertami i festiwalami jazzowymi, kształtowaniem się poszczególnych formacji i zespołów oraz życiem prywatnym muzyków tychże przedstawione są w kontekście „pojedynczego” życia Komedy-jazzmana, Komedy-człowieka (nieco wycofanego, żyjącego muzyką i dla muzyki, poszukującego i tworzącego), którego biografia jest punktem wyjścia dla opowiadania o jazzie jako o zjawisku i stylu życia.

Jest więc Komeda produktem finalnym (brzydkie słowo!) monumentalnych poszukiwań i badań historii na poziomie człowieka i trendu w muzyce. Jest opowieścią o animozjach i rozczarowaniach, o polityce władz ówczesnych wobec preferowanego przez jazzmanów trybu życia, o problemach z dostępem do „grywalnych” instrumentów, wreszcie – o przyczynach śmierci Komedy, co do których nawet dziś można mieć poważne wątpliwości.

Zgodnie z podtytułem – Osobiste życie jazzu – potraktowałam tę książkę jako opis zjawiska oraz biografię Komedy-Trzcińskiego, i dostałam dokładnie to, co mi obiecano. Jestem kontenta.

Ps. Komeda wieńczy kolejny etap mojego tegorocznego wyzwania czytelniczego. Idziemy na 156!

Friday, 24 August 2018

103/104: Marketa Zahradnikova, "Bóg nie jest automatem do kawy"


Zbigniew Czendlik. Czasami nosi czerwone szpilki, zawsze lubi dobre wino i sery.

Zbigniew Czendlik uważa, że Bóg lubi ateistów.

Zbigniew Czendlik jest polskim księdzem.

Proboszczem w niewielkiej miejscowości w Czechach.

Normalnym, rozsądnym człowiekiem.

Wywiad-rzeka, jaki przeprowadziła z nimi Marketa Zahradnikova, nosi po czesku tytuł Łóżko, gospoda, kościół. Dowody Na Istnienie, polski wydawca książki, zaproponowały w ramach tytułu parafrazę jednego ze stwierdzeń Czendlika: Bóg nie jest automatem do kawy; innymi słowy – nie ma obowiązku spełniania każdej naszej zachcianki. To MY mamy obowiązek dostarczania mu powodów, dla których mógłby chcieć odpowiadać pozytywnie na nasze modlitwy.

Samo powtarzanie formułek nie wystarczy, żeby być dobrym chrześcijaninem. Ksiądz Czendlik dobrze wie, że łatwiej jest spędzić godzinę w kościele, niż u boku starszej, schorowanej osoby – ale to drugie zachowanie ma o wiele większą wagę w oczach Boga, niż najbardziej nawet jaskrawe przejawy dewocji. Po owocach ich poznacie – to akurat nie Czendlik, ale Pismo Święte, które zresztą ksiądz Zbigniew chętnie czytuje i cytuje. Jego preferowana „forma” wiary to przekonania ugruntowane w codzienności, czyny potwierdzające słowne deklaracje przynależności do wiary chrześcijańskiej. Czendlik nie mydli nikomu oczu. Bez ogródek wypowiada się o bieżących problemach Kościoła, oraz słabościach dręczących tak duszpasterzy, jak wiernych. Nie próbuje przy tym stawiać się w pozycji autorytetu, przychodzącego do nas z panaceum na wszystkie bolączki. Wręcz przeciwnie: nie stawia siebie na piedestale, nie wygłasza Mądrości Życiowych Z Perspektywy Oświeconego Człowieka.

Jest normalnym, mocno stąpającym po ziemi facetem, który przy okazji nieźle dogaduje się z Bogiem.

I choćby dlatego warto Go posłuchać.

Thursday, 23 August 2018

102/104: Mirosław Wlekły, "Tu byłem. Tony Halik"


Taki Tony to se pożył. A dziś? W metro i do Mordoru, wysłać maile i brać na cc; kawka jedna,  druga, nerwy, obiadek, nerwy, spotkanie i do domu, bo już ciemno. Jedni jeżdżą po świecie i spełniają marzenia, drugim się wydaje, ze spełniają marzenia. Obudzą się z depresją, kredytem i na siłowni.
 użytkownik makroten, głos w dyskusji pod wywiadem z synem Tony’ego Halika zamieszczonym w [papierowym i] internetowym wydaniu „Dużego Formatu”, 2015.

Pamiętam tylko jeden z programów Tony’ego Halika i Elżbiety Dzikowskiej – Pieprz i wanilię. Był to stały punkt na rzadko zapisanej mapie naszych telewizyjnych seansów (ach, gdzie te czasy, kiedy nie spędzało się każdej wolnej chwili przy włączonym telewizorze?...), odrobina koloru i egzotyki na niedzielne popołudnia późnego PRLu i wczesnej III RP. Będąc podówczas osobą mocno smarkatą, nie zastanawiałam się nad tym, gdzie program ów jest kręcony (w przyziemiu domku Prowadzących, jak się okazuje), ani czy wypowiedzi pana Halika aby na pewno w stu procentach trzymają się reguł logiki, następstwa wydarzeń, gramatyki i tak dalej (podobno – nie do końca). Nie miało to większego znaczenia, nie w obliczu materiałów filmowych i fotograficznych, które płynęły z ekranu do chłonnego, dziecięcego mózgu.

Ciekawa jestem, jak odebrałabym ten program teraz, po przeczytaniu biografii Tony’ego Halika pióra Mirosława Wlekłego. Skrupulatne badania Autora oraz Jego upór w dążeniu do poznania prawdy o jednym z najbardziej znanych polskich dziennikarzy-podróżników (i jednym z perkursorów tego nurtu w polskim reportażu) ujawniły wiele pytań, na które nadal nie ma jednoznacznych odpowiedzi.

Czy Tony Halik był podczas wojny członkiem francuskiego ruchu oporu, najczęściej strącanym pilotem RAFu, żołnierzem armii Andersa, czy... Wermachtu?

Czy niektóre jego książki, między innymi ta o podróży z Argentyny na Alaskę i z powrotem, powstały – mówiąc oględnie – na kanwie artykułów autorstwa jego żony, Pierette (z którą, nawiasem mówiąc, nigdy się nie rozwiódł)?

Jak duża część jego powszechnie znanej biografii była zmyślona, i powstała wskutek skłonności Bohatera do konfabulacji i ubarwiania rzeczywistości?

I czy to wszystko wpływa w jakikolwiek sposób na nasz odbiór reportaży i programów Tony’ego Halika, oraz uzasadnioną zazdrość, którą czujemy na myśl o zarabianiu na życie pisaniem o podróżach?

Jeśli temat ten choć trochę Was interesuje, polecam Wam lekturę Tu byłem. Tony Halik, jako świeżego i odkrywczego spojrzenia na tę postać.