Monday, 22 February 2016

Carrie Fisher - Księżniczka na płatku kwasu

(Wpis dedykowany pewnej Sepulce.)

Zaczynam słowem obcym: disclaimer.

Gwiezdne wojny obejrzałam po raz pierwszy (w kolejności powstawania, żeby nie było) w grudniu 2015. Nie, to nie jest błąd w zapisie - po prostu Enterprise i Voyager od zawsze fascynowały mnie daleko bardziej, niż (zgodnie z inwencją pewnego tłumacza) Tysiącletni Sokół.

Słowo obce pojawia się ponownie: disclaimer nr dwa.

Nie pamiętam, kiedy dokładnie stałam się "świadoma" istnienia kobiety nazwiskiem Carrie Fisher, ale było to bliżej, powiedzmy, grudnia 1995 - w każdym razie po obejrzeniu Pocztówek znad krawędzi. Potem byli Blues Brothers, króciutki epizod z Seksu w wielkim mieście (Carrie Fisher bardzo często gra Carrie Fisher - jej obecność skłoniła mnie niedawno do obejrzenia odcinka The Big Bang Theory, na którym to serialu już dawno temu położyłam przysłowiową kreskę) oraz szacunek i poważanie, jakim otaczają Carrie użytkownicy mojego ulubionego serwisu mikroblogowego... Dość powiedzieć, że kojarzyłam ją z pisarstwem, poczuciem humoru na własny temat, i skomplikowaną historią życiową - a nie z metalowym bikini, blasterem i Harrisonem Fordem.

Teraz obydwie 'persony' nałożyły mi się w głowie, ale na hasło "Carrie" nadal widzę kobietę bez bajgli podczepionych nad uszami. Księżniczkę po przejściach - z Leią na okładce - nabyłam jeszcze przed obejrzeniem GW, żeby ułatwić sobie przejście z jednego 'stanu świadomości' w drugi. Jedyną rzeczą, jaka mi się w tej książce nie podoba, jest mocno kulejące, oparte na kalkach językowych tłumaczenie ("mieć flirt"?! Seriously?). Problem zaczyna się już przy tytule - polska "Księżniczka po przejściach" to odpowiednik angielskiego... Wishful drinking, które o wiele lepiej oddaje przesłanie całości.

Carrie Fisher napisała Wishful drinking na potrzeby swojego "one woman show" (wersję nagraną przez HBO można odszukać w otchłaniach internetów - gorąco polecam!), w którym z polotem i rozbrajającą autoironią opowiada o swoim życiu w kontekście niedawnej utraty części krótkotrwałych wspomnień. Ot, taki drobny skutek uboczny leczenia choroby dwubiegunowej elektrowstrząsami...

Tak Wishful drinking, jak i powracająca do tematu EST (Electro-Shock Therapy) Shockaholic, której wysłuchałam w formie czytanego przez autorkę audiobooka, to dla mnie swoistego rodzaju objawienie. Jest nadzieja, i nie trzeba się bać. Ze wszystkim można sobie poradzić - z byciem córką pary celebrytów nie do końca przygotowanych do roli rodziców; z nałogiem alkoholowo-narkotykowym; z rozpadem dwóch małżeństw (pierwszego - z Paulem Simonem, drugiego - z panem Lourdem, który "stał się gejem, ponieważ Carrie brała za dużo kodeiny"); wreszcie - z egzystencją w cieniu dwóch nastrojów:

Nazwałam je Roy i Pam. (...) Jedno z nich to wspaniała życiowa uczta, drugie - rachunek za tę ucztę.

Kto nigdy tak się nie czuł, niech pierwszy rzuci kamieniem...

Jak dorosnę, chcę być Carrie Fisher. Kobietą, która sporo przeszła i swoje wie, ma szalonego psa i lubi chodzić na bosaka. Kimś, kto wyrósł ponad probierz męskiej wytrzymałości ("Myślałem o pani codziennie od dwunastego do dwudziestego drugiego roku życia!" - Naprawdę, codziennie? - "Tak! Cztery razy dziennie!...") i stał się wzorem dla wielu spośród tych, którzy (jak niżej podpisana) nie radzą sobie z otaczającą ich rzeczywistością.

Podsumowując: przeczytajcie którąś z książek Carrie Fisher - najlepiej w oryginale - jeśli tylko będziecie mieli po temu okazję. Wishful drinking znajduje się chwilowo na szczycie mojego prywatnego rankingu jej powieści - ale już ostrzę sobie zęby na The Princess Diarist, której premierę przewidziano na kwiecień. Proszę mi coś opowiedzieć o Harrisonie Fordzie, pani Fisher... dziękuję, i polecam się na przyszłość.

A teraz idę czytać o fazerach i polach siłowych. Do następnego!

Tuesday, 16 February 2016

Deska, maska, i Alfa Centauri

Tym razem będzie o książce, która nie figuruje jeszcze na liście przeczytanych - ale już mam na jej temat opinię. Postawa bardzo na miejscu w dzisiejszych czasach, nieprawdaż?...

Będzie bez nazwisk i tytułów, bo tak. A zacznę od stwierdzenia pozornie bez związku.

Mój szwagier, obecnie specjalista od IT, studiował ongiś astronomię. Przypadło to na czas, kiedy chodziłam do liceum, a wówczas-jeszcze-nie-szwagier dopiero od niedawna umawiał się "na poważnie" z moją siostrą stryjeczną. Wpadli do nas kiedyś na półoficjalną prezentację absztyfikanta, i po tradycyjnej kawie z ciastem spłynęli w głąb mieszkania, do mojego - przeładowanego książkami - pokoju.

Nad udającym łóżko materacem miałam przypiętą mapę nieba z wczesnego numeru polskiej edycji National Geographic - a jedno z pierwszych zdań, jakie wypowiedziałam do szwagra in spe, brzmiało:

-Czy możesz mi pokazać, gdzie jest Alfa Centauri?

Nie miałam pojęcia o astronomii. Teraz, po latach samoedukacji zainspirowanej maratonami Star Treka, wiem nieco więcej na temat wszechświata, ale w żadnym razie nie uważam się za eksperta w tej dziedzinie. Nie męczę już szwagra pytaniami o współrzędne na mapie nieba, ale nadal szukam odpowiedzi, podanych w sposób zrozumiały dla laika. Na pewno spora część z tego, co czytam w internetach i innych mediach, to spekulacje i tania sensacja. Takie jest życie: jak się nie sprzedajesz, to ciebie nie ma (copyright by Agata i Maryna Miklaszewskie). Wiedza w postaci nie rozwodnionej nie zawsze niesie za sobą zachwyt tłumów - a to, co takową euforię wywołuje, nie powinno być traktowane inaczej, niż z przymrużeniem oka. Interesuje cię nietypowy temat? Poczytaj trochę tu, trochę tam w "lżejszej" postaci, sprawdź, czy nadal czujesz pociąg do wiedzy - jeśli tak, gratulacje, przechodzisz na kolejny level i możesz zacząć weryfikować swoją wiedzę poprzez lekturę prac naukowych i innych poważnych publikacji. Jeśli będziesz miał szczęście, człowieku z misją poszukiwania prawdy, trafisz na specjalistów, którzy poinformują cię, jakich pozycji i autorów unikać, i co jest w nich nie tak: a także, co ważniejsze, jaka jest ta ulotna, nieuchwytna prawda.

Ostatecznie przecież specjalistom w danej dziedzinie powinno chodzić o to, żeby prostować ścieżki tych, którzy ulegają stereotypom i wybierają drogę "na skróty" - dla lepszej percepcji tematu przez tzw. masy. Prawda?...

Niekoniecznie.

To teraz - o książce.

Na stosiku lektur bieżących trzymam od przeszło pół roku pozycję z dziedziny, w której się kształciłam, robiłam magistra, i - poniekąd - pracuję. Dziedzina ta jest, jak na rodzime warunki, cokolwiek egzotyczna - prawdopodobnie słyszę pytania o moje doświadczenie, wrażenia i tak zwane "umiejętności" częściej, niż na przykład przeciętna pani z okienka w banku. Pytania bywają tendencyjne i powierzchowne, a także powtarzają się z upartą regularnością: ale staram się nie boczyć, nie przewracać oczyma, i tłumaczyć, o co cho z tą "deską", bo w końcu sama pytałam kiedyś głupio o gwiazdę tylko dlatego, której nazwa obiła mi się gdzieś o uszy i byłam ciekawa. Żyj i pozwól żyć, najwyżej wypijesz wieczorem kieliszek wina w intencji wzrostu globalnego IQ.

Kariery naukowej nie robiłam, bo mnie na to nie stać (w tym miejscu ukłony dla Pana Profesora, który dał mi to wprost do zrozumienia i oszczędził rozczarowań), na co dzień zajmuję się wieloma rzeczami spoza "kanonu", więc za eksperta nie zwykłam się uważać. Tym chętniej nabyłam drogą kupna pozycję, która obiecywała rozprawienie się z mitami tudzież popularnymi "dziełami literackimi", których główną osią jest mitologizowanie mojego obszaru studiów (w sensie geograficznym i kulturowym). Autorem pozycji jest osoba znana mi osobiście - dodatkowy argument na plus. Wyśledziłam jeden z kanałów sprzedaży "dla wtajemniczonych", i dokonałam zakupu.

Jak dotąd, udało mi się podjąć dwie próby zgłębienia treści rzeczonej książki. Przeczytałam około połowy, i aktualnie - odreagowywuję.

Może jestem nadwrażliwa. (Może?!) Na pewno nie przepadam za sytuacjami konfliktowymi. Może brak mi dystansu do tematu. Ale, na litość Demiurga: czy trzeba koniecznie wylewać na ludzi gary pomyj? Patrzeć z góry, sypać bon motami i specjalistycznymi pojęciami ze swojej dziedziny wiedzy, i sprowadzać tak skonstruowaną treść do przekazu: "Wy się nie znacie, idźcie do kąta i pomyślcie o własnej głupocie"?

I czemu, skoro jest miejsce na tak brutalną dekonstrukcję, nie znaleźć także miejsca na wyjaśnienie: 'autor przytaczanego tekstu popełnił błędy; mogły one wynikać z..., albo z..., albo po prostu z braku wiedzy; nie bądźmy jak ten autor, edukujmy się, najlepiej za pomocą...'? Czy to naprawdę zbyt wysokie oczekiwania?

Ponadto mam wrażenie, że stężenie jadu było tak wysokie, że uszkodziło szpalty drukarskie. Albo narząd wzroku pani korektor, której niniejszym serdecznie współczuję.

Jeśli tylko możemy: bądźmy dla siebie mili, Drodzy Czytelnicy i Szanowni Autorzy. Albowiem mam wrażenie, że i tak otacza nas sporo nieprzyjemności.

Co ciekawego - i niejadowitego - przeczytaliście ostatnio?

K. W.

Friday, 15 January 2016

Kaznodziejo, ulecz samego siebie - czyli o "Księdze Dziwnych Nowych Rzeczy".

Peter jest byłym narkomanem i alkoholikiem - obecnie nawróconym chrześcijaninem, pastorem niewielkiej kongregacji oraz mężem Beatrice, za przyczyną której odwrócił się od dawnego życia w pohańbieniu i grzechu. Jest szczęśliwy i spełniony, owszem: ale czegoś mu jednak brakuje.
Kiedy megakorporacja USIC występuje z propozycją wyjazdu pastora na misję ewangelizacyjną, i szerzenia Dobrej Nowiny poza granicami znanej mu społeczności, Peter nie waha się długo i mężnie wstępuje na pokład statku, który powiezie go ku (potencjalnie spragnionym Słowa) barbarzyńcom.

Warto być może zaznaczyć, że słowo "statek" oznacza pojazd mający o wiele więcej wspólnego z Sokołem Millenium, niż z Mayflower. Tak jest. Peter Leigh będzie odtąd głównym ojcem duchowym Oazy, niedawno skolonizowanej planety "gdzieś daleko od Ziemi". Przepełnia go poczucie dumy i potrzeba wypełnienia wyruszenia z Wielką Misją Ewangelizacyjną, która wypełni tę dziwną, niedookreśloną pustkę w jego życiu.

Aha. Na pewno.

W powieści ostatecznie nie chodzi o to, że "krajowcy" wrzucają Petera do kotła lub zakopują w mrowisku. Przeciwnie - mieszkańcy Oazy okazują się daleko bardziej otwarci na Słowo, niż ich nowy (słowo, jak się okazuje, kluczowe) pastor miał podstawy przypuszczać. Sedno dramatu leży w innym aspekcie opowieści: żona Petera przysyła mu regularnie wiadomości z Ziemi, pełne informacji o serii katastrof w skali globalnej i lokalnej, do których adresat podchodzi z - delikatnie mówiąc - niechęcią, koncentrując swoje wysiłki na Misji. Im bardziej spektakularne sukcesy odnosi jako duszpasterz, tym gorszym okazuje się mężem, przyjacielem, czy członkiem społeczności, w której przyszło mu żyć. Otwarte zakończenie pozostawia pewną nadzieję na uporządkowanie bałaganu, któremu Peter pozwolił wokół siebie "narosnąć" - ale osobiście nie żywię co do tego większych nadziei...

Cóż poza tym? Bardzo ciekawie rozwiązany problem komunikacji z "obcymi", oryginalne znaki graficzne i trafnie postawione pytania o sens "przystosowywania" Biblii do potrzeb specyficznie ukształtowanego aparatu mowy (nie mówiąc już o zupełnie abstrakcyjnym kontekście kulturowym). Najmocniej uderza relacja Petera z Beatrice - dla mnie szczególnie znacząca po lekturze wywiadu z Faberem, który pisał Księgę... u boku umierającej na raka żony. Polecam - szczególnie w dobie rozluźnienia relacji międzyludzkich i wzmożonej aktywności religijnych ekstremistów - i zachęcam abyście zapytali samych siebie o to, czy USIC zaproponowałoby Wam wyjazd na Oazę.
Mam cichą nadzieję, że mnie - .............

Friday, 13 November 2015

Feblik do wnuczki, wnuczka do feblika - czyli syndrom sztokholmski.*

Na początku był "Kwiat kalafiora", bodajże pierwsze wydanie, jeszcze w twardej oprawie. Potem "Kłamczucha", z czerwoną okładką (kto pamięta?): a potem poszło już z górki. "Brulion..." dostałam od własnego-osobistego wychowawcy ze szkoły podstawowej, ponieważ w pewnym momencie (bodajże wtedy, gdy ukazało się "Dziecko piątku") był to jedyny tom, którego mi brakowało.

Do czasu egzaminów na studia, cała moja wiedza o topografii Poznania opierała się na informacjach z Jeżycjady.

Byłam na pierwszym roku - studiując w tymże Poznaniu - kiedy ukazała się "Kalamburka". Popłakałam trochę przy lekturze, i pomyślałam: szkoda, że to już koniec, ale za to jak ładnie się wszystko powiązało i zebrało w całość.

A potem pojawił się "Język Trolli", i zawiązanie poszło w las.

Smutno się jakoś zrobiło na Jeżycach. Ja wiem, i rozumiem: są takie rzeczy we współczesnym świecie, które mnie także wyprowadzają z równowagi, ale to jeszcze nie powód, żeby polewać je jadem i na każdym kroku dawać wyraz swojemu niezadowoleniu - czy może się mylę? Trend ponurego krytykanctwa utrzymuje się w kolejnych tomach: a próby rozproszenia ciemności w najnowszych częściach cyklu trafiają w drzewo.

Przeczytałam "Wnuczkę do orzechów" powtórnie w tygodniu przed premierą "Feblika" - nie dało się inaczej, ponieważ akcja obu książek rozgrywa się mniej więcej w tym samym czasie - i pewnie powinnam teraz zagłębić się w szczegóły i opowiedzieć, kto z kim, po co i dlaczego: ale prawda jest taka, że usilnie staram się zapomnieć o większości tego, co przeczytałam, i co prędzej wrócić do Dostojewskiego (albo do nowej Rudnickiej. Nie jestem wybredna). Zostawiam Was zatem z moimi pobieżnymi notatkami z lektury: sami zadecydujecie, czy dać pani M. M. kolejną szansę...

Wnuczka do orzechów
1. Czemu Ida, wybierając się na przebieżkę do lasu (w bardzo profesjonalnym stroju, dodajmy) maluje usta na czerwono? Drobna sprawa, ale cokolwiek mię irytuje.
2. Szesnastoletnie dziewczynki znające nazwy łacińskie wszystkich okolicznych roślin i zwierząt, oraz swobodnie posługujące się słowami typu "atawizm", to absolutny standard w IV Rzeczpospolitej, prawda?...
3. Zauważmy jednak, z jakim obrzydzeniem i lekceważeniem podchodzi taka dziewczynka do nadużywającego tanich alkoholi sąsiada. Jednocześnie w ogóle nie przeszkadza jej to korzystać z uprzejmości rzeczonego sąsiada w kwestii nabywania mleka, transportu samochodowego etc.
4. Interpunkcja jest ważna?????! Jest ważna!!!! Ponieważ!!!! Pomaga nam wyrażać emocje!!!!? (Nie, nie przesadzam.)
5. Mama szesnastoletniej dziewczynki, zawiedziona przez niedobrego mężczyznę i wciąż jeszcze zgorzkniała z tego powodu, ostrzega córeczkę przed uleganiem "instynktowi rozrodczemu" (tak, to jest cytat), i poucza, aby "najpierw była człowiekiem, a dopiero potem kobietą". Albowiem, jak wszyscy wiemy, jest to dualizm, którego nie sposób pokonać.
6. Napuszony, sztuczny język (witamy z powrotem, IGS) - a jednak Ida, tak oczytana, światła i kulturalna, nie zna słowa "szałaput"? Zdziwienie. (Tak, porozumiewam się skrótowcami emocjonalnymi jak zwierzęta z drugiego tomu "Mrocznych Materii Pullmana).
7. Aaaby usprawiedliwić istnienie instynktu rozrodczego, należy zaręczyć się z chłopcem dziewiętnastoletnim, spotkanym po raz trzeci w życiu, z którym dopiero teraz zamieniliśmy trzy słowa. Wszystkiego najlepszego na nowej drodze życia.
8. Tytuł książki ma związek z jednym. Ulotnym. Bon motem. Idy. Tak jeszcze nie było.
9. Poznań w lecie jest straszny! Remont Kaponiery jest okropny! Jeżyce tak bardzo się zmieniły...  Wyprowadźmy się na wieś!
(Ale to cały czas JEŻYCJADA, prawda...?)

Feblik
1. IGS, zwany Miągwą, ogląda obraz z wymalowanym półksiężycem. I nagle dociera do niego, że teraz półksiężyce są DWA, ponieważ odbijają się w jego źrenicach. Poprawcie mnie, albowiem z matematyką u mnie krucho, ale chyba powinny być TRZY? Nic to. W dalszej części książki dowiemy się, że słów należy używać z wyczuciem, szacunkiem i uwagą. I tego się trzymajmy.
2. IGS jest miły i uroczy. Te dwa określenia pojawiają się w opisie bohatera cztery razy na jednej stronie tekstu. Dobrze, pojęliśmy. Idziemy dalej.
3. Nie: Józef, nie: Józinek. JÓŹWA. Tak się nazywa bohatera, za którym protagonista nie przepada. Smooth.
4. Triumfalny powrót interpunkcji!!!!?
5. Trzy strony "dowcipnego", "intelektualnego" dialogu, którego celem jest podanie przepisu na sałatkę z puńczyka (tuńczyk z puszki, kapujecie?) z selerem.
6. Wuj poucza siostrzeńca, jak się modlić.
7. "Tyle osób lubi moje przepisy w internecie!" - Idziemy z duchem czasu, czyż nie?
8. W historii IGS oraz jego koleżanki Agi pojawia się motyw nielubienia poezji (przez Agę) i pisania sonetu (przez Miągwę), który nigdy nie zostaje do końca wyjaśniony (chyba że coś mnie ominęło?). Nasuwa się pytanie, po co wobec tego ciągle o tym mówić...
9. Cokolwiek było w tym sonecie, i jakikolwiek nie byłby stosunek Agi do poezji, coś jednak musi być na rzeczy. Przemyślcie proszę następującą sytuację: IGS zapomina, że Aga, którą właśnie odwiózł był samochodem (nielegalnie pożyczonym od ojca - za co, notabene, nigdy nie spotyka go żadna kara, ponieważ tak pięknie sobie radzi, i może jednak cel uświęca środki?) do domu w środku nocy, ma w torebce jego klucze od mieszkania. Długo jeździli nocą po bezdrożach, komentując widoki za oknem jak z obrazów Fałata (że słucham?!), to i zapomnieć miał prawo. Puka w parapet. Okno się otwiera, za oknem dziewczyna, którą IGS od dłuższego już czasu trzyma na dystans. Dziewczyna wyciska na ustach IGSa płomienny pocałunek - a w scenie kolejnej IGS stoi już po wewnętrznej stronie parapetu, wygląda na świat opromieniony porannym słonkiem, i czuje, że przybyło mu pewności siebie, siły i wigoru. TAK BEZ ŚLUBU?! (Bo ja to chyba dobrze interpretuję, prawda?)
10. Poznań w lecie jest straszny! Remont Kaponiery jest okropny! Jeżyce tak bardzo się zmieniły...  Wyprowadźmy się na wieś!
(Ale to cały czas JEŻYCJADA, prawda...?)

Ano, zobaczymy, czy prawda. Ciotka Zgryzotka, tom kolejny, podobno już się pisze...
Idę poszukać lekarza-specjalisty od syndromu sztokholmskiego. A potem jadę do Trójmiasta.

Wasza, cokolwiek zasmucona,
Wróżka.

* Pojęcie syndromu sztokholmskiego w kontekście twórczości M.M. zapożyczam od pewnej Joasi. Dziękuję!

Thursday, 5 November 2015

Najseksowniejszy organ płci obojga.

Dzień dobry, niekoniecznie z Kobry!

O Kobrze za chwilę - obiecałam ciut tegorocznych statystyk, zatem - proszę uprzejmie:
Jak dotąd, udało mi się w tym roku dokończyć lektury 109 książek: 57 z literatury rodzimej, i 52 zagranicznych (z czego 24 przeczytałam w języku oryginału). Ponadto - odświeżyłam sobie 18 pozycji, równo podzielonych na polskie i obce (4 w lengdłydżu), a 34 książkom nie dałam rady, bo i Herkules dupa, kiedy fabuły brak a wydawnictwo poskąpiło na redaktora. Nie jestem masochistką, dla idei męczyć się nie zamierzam.
Tyle liczb wszelakich. Mam nadzieję, że nie bolało?

Pięćdziesiątą szóstą polską książkę czytaną AD 2015 kończyłam w pociągu uwożącym mnie w rodzinne strony w ostatni piątek. Drogę miałam krótką, a przedział dzieliłam wyłącznie z pewnym młodym człowiekiem, który - zajęty rozmową telefoniczną - z pokorą znosił moje wybuchy śmiechu. Teraz będzie cytat symptomatyczny:

Pierwszy raz pojechałam [do Kazimierza nad Wisłą] z siostrą, która jest młodsza o dwanaście lat. Wzięłam ją niechętnie, bo bardzo jej nie lubię, ale wiedziałam, że ona zaraz się w kimś zakocha i będę miała ją z głowy.
- Maria Czubaszek, Dzień dobry, jestem z Kobry

Pani Maria poucza czytelników - na swój niepowtarzalny sposób - wielu niezwykle pożytecznych rzeczy: jak nie pić wódki; jak pożyczać pieniądze, by stracić źródełko; jak się zakochać w alkoholiku i jak płacić wysoki czynsz. Dodajmy do tego mocne przemyślenia w temacie eutanazji, chłopstwa w polityce oraz diet: i anty-poradnik jak ta lala; zresztą - powiedzmy sobie szczerze i otwarcie: w ten sposób to ja mogę się edukować w dziedzinie życia prywatnego i społecznego, więc może i owo "anty-" powinno się wykreślić? Bardzo być może.

Stwierdzenie o najseksowniejszym organie męskim - którym jest, oczywiście, mózg - również pochodzi od pani Marii, a ja, jako wdzięczna (za lekturę, nie "niesłychanie") czytelniczka, rozciągam je także na płeć piękną, bo na co jednej z drugą uroda, jeśli jej między uszami chlupie? Otóż pani Marii nie chlupie. A jeśli już miałoby się tam coś kotłować i przelewać, to z pewnością ani woda, ani żaden cienki rosołek (disclaimer: pasjami nie lubię rosołu), ale raczej takie cuś, czego ja też porcyjkę poproszę. Z górką.
I zasmażka.

Nie, nie jestem głodna. Chyba że słońca i ciepła.

Ciekawam bardzo, co Państwo czytają w listopadzie?...

Dobroci wszelkiej,
K.W.

Friday, 30 October 2015

Idzie NOWE, czyli po co i dlaczego.

Rok się kończy. Jutro.

Wiccanką nie jestem, czarować potrafię tylko w kuchni - ale mocno do mnie przemawia idea podziału roku na część ciemną i jasną, oczekiwanie na powrót Słońca, dojrzewanie i wschodzenie po osłoną nocy.

Osobiście uważam, że nie ma lepszego sposobu na przetrwanie jesienno-zimowych ciemności niż zaszycie się w cieple (ktokolwiek widział, jak buduję sobie gniazdo z koców i poduszek, wie, o czym mowa) z kubkiem herbaty i czymś do poczytania. A ponieważ z bólem serca stwierdzam, że coraz gorzej pisze mi się po polsku (za dużo się ostatnio uzbierało artykułów/esejów/mikro-opowiadań etc. pisanych pod kątem czytelnika anglojęzycznego): pomyślałam, że zamiast bezrefleksyjnie pożerać kolejne pozycje i zaraz o nich zapominać - równie dobrze mogłabym złapać dwa ptaki za ogon i od czasu do czasu napisać coś dla siebie.

'Ależ, Wróżko! Wszystko ładnie-pięknie, ale na ciężką chorobę ten nowy blog?!'

A, szkoda gadać. Blogowanie prywatne wygląda u mnie ostatnio dwojako: albo nie piszę nic, albo jojczę, jak mi źle na świecie. A tu, proszę: czysto, pusto, nowy początek, brak szalonego archiwum - same plusy. Mam nadzieję.

Z czym startuję? Rozpiskę ilościowo-jakościową pozwolę sobie zamieścić po powrocie z wojaży w rodzinne strony, a tymczasem: przeczytałam już w tym roku lekko ponad 100 książek, większość po raz pierwszy, kilka po raz wtóry. Wyraźna poprawa statystyk wiąże się ściśle z: przeprowadzką do Warszawy (biblioteki! dojazdy do pracy!) oraz oswojeniem czytnika (mój kręgosłup płacze z wdzięczności). Nie uwzględniam tu fanfików - ale od razu zaznaczam, że owszem, czytam ich sporo: miałam szczęście włączyć się ostatnio w życie społeczności obfitującej w GENIALNYCH autorów, których twórczość pochłaniam całościowo i po wielokroć. (Na tej samej zasadzie mogłabym przecież powiedzieć: hej, jestem autorką tłumaczoną na trzy języki, a w tym roku napisałam już jakieś 250 tysięcy słów! ...tak. Zasłona litościwie opada.)
Nawyki i narowy: zwykle mam w czytaniu kilka książek jednocześnie, i dobieram sobie ich fragmenty do nastroju - dopóki któraś nie złapie mnie za gardło i nie zażąda mojej pełnej uwagi. Jeżeli książka mi się nie podoba, odkładam ją bez żalu - lista pozycji do przeczytania i tak stale rośnie. Używam zakładek, niekiedy własnej roboty. Podkreślam, komentuję, nadużywam wykrzykników na marginesach - ołówkiem, ołówkiem... Nie zaginam rogów. Jeszcze mi się nie zdarzało upuścić książki w wannie - choć historia rodzinna sugeruje, że wszystko przede mną.

A zanim przejdę do lektur bieżących, skieruję Waszą uwagę na So You've Been Publicly Shamed Jona Ronsona, którą połknęłam podczas wakacji - i prawie rzuciłam czytnik na tory madryckiego metra, tak wielkie obrzydzenie mię ogarnęło po przeczytaniu pewnych fragmentów. Rzecz dotyczy hejtu internetowego, owszem - ale w szerszym znaczeniu, także ogólnoludzkiego egoizmu, nadwrażliwości i ponadpoprawnej poprawności, której niektórzy brutalnie nadużywają. Bardzo tak, choć bardzo nie.

Wasza Wróżka