Wednesday, 12 June 2019

Wojny Cieniowe. Kroniki Kaitanu, tom I: Cień

Qole Uvgamut ma siedemnaście lat, i należy do najmłodszych (i najlepszych) kapitanów na Alaxaku – lodowej planecie, wokół której rozciągają się złoża cienia: tajemniczej substancji, która dla jednych stanowi używkę prowadzącą do halucynacji i obłędu, a dla innych – niestabilne, ale potencjalnie obiecujące źródło energii. Qole pracuje jako poławiaczka tej tajemniczej substancji. Aby nadążyć z dostawami, przyjmuje do załogi nowego ładowacza, Neva; chłopak pracuje pilnie, ale przy okazji zadaje sporo niewygodnych pytań, i próbuje wkraść się w łaski pozostałych załogantów. Wkrótce okazuje się, że nie tylko on pragnie dowiedzieć się czegoś więcej o młodej pani kapitan i jej rodzinie: Qole wpada w wir walki między najważniejszymi rodami galaktyki, które próbują zagarnąć dla siebie nie tylko jak najwięcej cienia: ale również wykorzystać Qole, oraz jej wiedzę o tej substancji, dla celów, które tylko z pozoru wydają się szlachetne. Młoda pani kapitan oraz jej przyjaciele zostają wciągnięci w niebezpieczną grę, której stawka jest o wiele wyższa, niż mogliby się spodziewać... Zanim okaże się, jacy gracze naprawdę zasiedli do walki o władzę nad cieniem, Qole i Nev będą musieli zawrzeć niechętne przymierze - a także poddać w wątpliwość wszystko, co wydaje im się, że wiedzą o świecie: wliczając w to najbliższą rodzinę i przyjaciół.


Cień, pierwszy tom Kronik Kaitanu autorstwa AdriAnne Strickland i Michaela Millera – przyjaciół i sąsiadów z Alaski – ma duże szanse przypaść do gustu przede wszystkim młodszym czytelnikom, którzy dopiero poszukują swojej literackiej niszy. Nie oznacza to, że bardziej „zaawansowani” fani gatunku poczują się zawiedzeni lekturą: w swoim debiucie powieściowym Strickland i Miller przetworzyli szereg motywów znanych z klasycznych sag fantasy i S-F (miecze energetyczne jako broń zarezerwowana dla „zakonu wybrańców”; pościgi w nadprzestrzeni; walka o wpływy ekonomiczne w galaktyce), i przydali im nowego wydźwięku oraz świeżości. Akcja powieści, choć prowadzona jednotorowo – jako czytelnicy cały czas śledzimy linearnie losy załogi statku „Dziedzictwo Kaitanu” – obfituje w niespodziewane zwroty, a prowadzona jest wartko i dynamicznie, wciągając czytelnika i prowadząc go naprzód. Pewnych rzeczy można się domyślać – jak chociażby tego, że Nev nie jest jedynie prostym ładowaczem cienia – inne natomiast zaskakują czytającego i prowokują do refleksji.

Jakkolwiek dziwnie by to nie brzmiało w odniesieniu do powieści YA, duet pisarski Strickland-Miller podejmuje tematy z pogranicza fantastyki i współczesnego dyskursu socjo-ekonomicznego: oprócz aspektu czysto rozrywkowego (romantycznego napięcia między bohaterami, którzy początkowo nie mogą ze sobą wytrzymać, pościgów w przestrzeni kosmicznej oraz strzelania z broni laserowej), czytelnik odnajdzie w Cieniu przyczynek do poważnych rozważań o granicach ludzkiej bezwzględności, przywilejach i nadużyciach władzy, oraz walki o dominację ekonomiczną. Arystokratyczne rody, dzielące pomiędzy siebie wpływy w galaktyce, pragną wykorzystywać Qole i jej bliskich do własnych celów, i nie liczą się przy tym z negatywnymi skutkami swoich działań. Nie chodzi tu już o enigmatyczną MOC, ale o bardzo realne środki oddziaływania: pieniądze, zasoby naturalne, i wizerunek publiczny. Jasna i Ciemna strona Mocy zostały zastąpione Bogactwem i Nędzą, siłami nie mniej potężnymi od tych, jakimi władają Rycerze Jedi.

Zarówno Qole, jak i Nev, będą musieli zdecydować, po której stronie konfliktu się opowiedzą - i nie będzie to prosta decyzja w rodzaju „jeść albo nie jeść”. Ich lojalność - wobec własnej rodziny, klasy społecznej, czy miejsca pochodzenia - zostanie wystawiona na ciężką próbę, z której nie wszyscy wyjdą zwycięsko.
Leia poleca i aprobuje!
Cień bardzo trafnie pokazuje, jak szczytne ideały w rodzaju dobroczynności, rozwoju nauki czy ekonomicznego wsparcia dla lokalnych społeczności mogą zostać wykrzywione i spaczone. Między ciekawością badacza a nieetycznymi eksperymentami na ludziach stoi tylko cienka bariera, którą nadspodziewanie łatwo jest obalić w imię „wyższych wartości”: a przekonanie o własnej nieomylności zbyt często prowadzi do ksenofobii, zadufania w sobie i pogardy dla Innego. Strickland i Miller bardzo zręcznie manewrują między rafami ludzkich wad i przyzwyczajeń, a dodatkowo prezentują czytelnikowi niejednoznaczny obraz świata, w którym punkt widzenia bardzo mocno zależy od przysłowiowego punktu siedzenia. W tym wszystkim musi się odnaleźć załoga „Dziedzictwa Kaitanu”: grupa młodych ludzi, którzy pragną po prostu przeżyć w niegościnnym klimacie skutej lodem planety Alaxak.

Śmiało mogę polecić Cień wszystkim miłośnikom space opery - ze szczególnym naciskiem na nastolatków i młodych dorosłych, choć i dla "starych wyjadaczy" znajdzie się tutaj coś ciekawego (kiedy ostatnio czytaliście powieść, której bohater swobodnie "przepływa" od jednej płci do drugiej?). Płynny język i lekkie pióro obojga pisarzy, w połączeniu z dynamiczną akcją i ciekawą intrygą, zapewnią Wam ładnych kilka godzin bezpretensjonalnej rozrywki: czego bardzo Wam życzę, czekając na kolejne tomy cyklu...



AdriAnne Strickland, Michael Miller: Cień. Kroniki Kaitanu, tom I
Wydawnictwo Uroboros
premiera: 5 czerwca 2019

Monday, 27 May 2019

Karma wraca – nakarm (ego) pisarza! Refleksje po WTK '2019.


Powróciłam z Warszawskich Targów Książki: wymięta i wymęczona psychicznie oraz wyzuta z wszelkich pilnie uciułanych zaskórniaków, ale za to naładowana po uszy pozytywną energią i chęcią do działania. I czytania – co tym ważniejsze, że ostatnio wszystko mi jakoś siadło, i jedynie rozgrzebywałam kolejne książki, nie doprowadzając lektury do szczęśliwego końca.

Odczuwam niejaką dumę z faktu, iż udało mi się utrzymać w ryzach nieposkromioną żądzę posiadania wszystkiego, co papierowe i zadrukowane, wskutek czego wróciłam do domu prawie wyłącznie z tym, co planowałam kupić. Wyjątki od reguły objęły:

      1)      Nową Rebekę Solnit, bo czemu nie,
      2)      Piątą porę roku, ponieważ panowie z SQN-u są szczwani jak lisy, i produkują bardzo fascynujące promocje,
      3)      Dwie książki dla dzieci, albowiem posiada się dzieci w rodzinie, i czasami warto o tym pamiętać, szczególnie na Targach,
      4)      Grafiki od Kottera i Jarońskiego, w celu upiększenia przestrzeni życiowej własnej oraz wsparcia działalności artystycznej Twórców.

Nie będę się tu jednak chwalić zakupami – spróbuję zastosować na sobie technikę motywacyjną pt. „najpierw PRZECZYTAJ, potem napisz” – zamiast tego chciałabym się z Wami podzielić przemyśleniami, które spływały na mnie obficie podczas wystawania w kolejkach po podpisy UA (Ulubionych Autorów): oraz w chwilach szczęśliwego dotarcia do tychże kolejek czoła (czół?).

Chodzi, mianowicie, o odpowiedź na pytanie: czy w ogóle warto w takich kolejkach stać, i zawracać Autorom gitarę – dla tych kilku chwil w Ich towarzystwie, i paru linijek dodatkowego tekstu w przytarganych książkach?

Hipoteza robocza brzmi: warto, a być może nawet: trzeba. Spróbujmy to teraz sensownie uzasadnić.

Dowodów na męczenie UA część pierwsza
Fanfiki, czyli instant gratification

Wtręt osobisty: po kilku publikacjach w czasopismach różnej maści, oraz narozpoczynaniu i porzuceniu przeróżnych projektów literackich, ostatnimi laty koncentruję się głównie na pisaniu fanfików, gdyż: po angielsku jakoś mi łatwiej; lubię ten rodzaj ograniczeń, jaki stawia praca z bohaterami których ktoś już kiedyś wymyślił*; a także – co odgrywa tutaj niebagatelną rolę – pasjami przepadam za otrzymywaniem natychmiastowego odzewu od czytelników, i śledzeniem rosnących z dnia na dzień (w sytuacjach ekstremalnych** - z godziny na godzinę) statystyk czytania moich tekstów. Codzienne puka do mnie mail z serwisu, w którym publikuję, i obwieszcza: „Hej, ktoś polubił jeden z twoich tekstów/chyba spędził pół nocy na lekturze, bo polubił wszystkie dwadzieścia opowiadań w tej czy innej kategorii!” Nazywa się to błyskawiczną gratyfikacją (nieładne zapożyczenie) – i dla mnie osobiście jest to znakomity sposób monitorowania tego, jak moją skrobaninę odbierają czytelnicy. Wrzucam tekst do sieci – mija czasu mało-wiele – dowiaduję się, czy tekst się komuś spodobał, i dlaczego – odpowiadam na komentarze – jestem podbudowana, i idę spać, a następnego dnia wstaję z nową energią i motywacją do pisania. Kółko się zamyka, i wszyscy są zadowoleni.

Wtręt targowy, powiązany z osobistym: w sobotę poszłam posłuchać dyskusji z Autorami nominowanymi w tym roku do nagrody Zajdla. Jedno z pierwszych pytań zadanych przez moderatorkę brzmiało: Jak otrzymanie nominacji do Zajdla wpłynęło na Wasze życie/odbiór Waszej twórczości? Wielkie KUDOS należą się tutaj Krystynie Chodorowskiej, która celnie wypunktowała, iż w wypadku nominacji dla powieści wpływ ten będzie znany najwcześniej w kolejnym kwartale: czyli wtedy, kiedy spłyną do wydawnictwa statystyki sprzedażowe.

Widzicie różnicę? Ano właśnie.

Dowodów na męczenie UA część druga.
Wydaje mi się, że ciężko się pisze dla siebie. Składanie słów w mniej-więcej logiczne ciągi znaków jest, oczywiście, bardzo zajmującym hobby, i pozwala na pozbycie się spod czaszki tych wszystkich namolnych głosów, które żyć człowiekowi nie dają – przychodzi jednak taki moment, kiedy zaczyna nam zależeć nie tylko na samozadowoleniu, ale także na opinii osób trzecich – najchętniej spoza kręgu naszej rodziny i przyjaciół, tudzież niebędących naszymi dłużnikami w jakimkolwiek wymiarze. Dobre recenzje i statystyki można, od biedy, nabyć drogą wymiany dóbr i usług: tymczasem bezinteresowne zadowolenie czytelnika znacznie trudniej jest a) uzyskać, oraz b) ocenić.

W tym miejscu powracamy do zasadniczego tematu tej notki, czyli do spotkań autorskich, tudzież dyżurów autografowych.

Sześćset podpisów na godzinę

Duże imprezy w rodzaju WTK to organizacyjne molochy, lewiatany zdolne połknąć i przeżuć ogromne masy ludzkie. W ramach tego gigantycznego przedsięwzięcia, na jednego autora przypada niekiedy zdumiewająco mało czasu – oraz zdumiewająco wielu czytelników pragnących dostąpić spotkania z UA. Większość społecznie świadomych i miłujących bliźniego kolejkowiczów (o osobach i postawach nie pasujących do powyższych kategorii powiemy sobie innym razem) traktuje dyszącą im w kark kolejkę współ-czytelników nie tylko jako okazję do nawiązania interesujących znajomości z podobnie myślącymi jednostkami, ale również – jako przynaglenie do maksymalnego skrócenia swojej wizyty przy stoliczku obleganego przez fanów Pisarza.

Pozwolę sobie mieć na ten temat następujące zdanie:

O ile ktoś nie przynosi ze sobą pełnej bibliografii UA, z prośbą o wpisanie dedykacji w każdym z -nastu lub -dziesięciu egzemplarzy – oraz o ile ktoś nie rozpoczyna piętnastominutowego monologu, do którego UA nie jest nawet zaproszony (stanowi jedynie wymówkę umożliwiającą rzeczone exposé)  - niechże będzie im (Autorowi oraz Czytelnikowi) wolno spędzić w swoim towarzystwie chociaż minutę, i wymienić więcej niż trzy („Dla X, dziękuję!”) słowa.

Dowodów na męczenie UA część trzecia.
Bo może być tak, że na tych akurat Targach do tego akurat Autora ustawiła się długa kolejka czytelników – ale w roku poprzednim Autor siedział był samotnie przy malutkim stoliczku, i nie bardzo miał do kogo usta otworzyć. (W tym miejscu pozdrawiam gorąco Kubę Małeckiego.)

Bo Autor może czuć się skrępowany faktem, że czytelnik wisi nad nim jak wyrzut sumienia, nie siadając na przygotowanym krześle, i zaraz po otrzymaniu upragnionego autografu umyka w dal. (Ukłony dla pana redaktora Michała Rusinka – będę uważać na bagietki! – i wielkie przeprosiny dla Martyny Raduchowskiej, ale byłyśmy z Młodszą Bliźniaczką w komplecie, i usiąść się po ludzku nie dało.)

Bo bywa też, że dyżur twórcy debiutującego zbiega się z dyżurem „starego wyjadacza” (skądinąd zresztą – bardzo zdolnego pisarza), i tak oto autor mocnej, świeżej powieści zostaje wciśnięty w kąt stoiska i przysłonięty kolejką czytelników kompletnie nie zainteresowanych spotkaniem z nim: a pojawienie się czytelnika, który a) zna jego powieść, i b) interesuje się dalszymi planami wydawniczymi Autora, może być dla Niego cokolwiek przyjemne. (Malwina Pająk, pozdrawiam ciepło!)

Konkluzja, z którą Was zostawiam, jest następująca: znajcie proporcją, mocium panie, i nie targajcie ze sobą metrów bieżących książek jednego autora. Zamiast tego, wybierzcie jedną-dwie pozycje tych pisarzy, których cenicie (przy okazji budując sobie prywatny ranking książek danego autora), i powiedzcie Im, dlaczego są dla Was ważni. Streśćcie pokrótce Wasze wrażenia z lektury, zachwyty nad zwrotami akcji i frustracje nad niespodziewanymi zakończeniami środkowych tomów opowieści. Przynieście ze sobą jakiś drobiazg, który sprawił, że przypomnieliście sobie daną postać/książkę/Autora: Młodsza Bliźniaczka namówiła mnie na sprezentowanie Marcie Kisiel stareńkiego, ale pięknie wydanego podręcznika obróbki skrawaniem – wyraz twarzy Ałtorki ucieszył mnie tak samo, jeśli nie bardziej, jak zapowiedź ukazania się Jej kolejnej książki już w październiku. A jeśli Opatrzność nie poskąpiła Wam zdolności artystycznych: idźcie na całość, i sporządźcie obrazek, wydzierankę, pluszaka lub spersonalizowany korkociąg z bohaterami stworzonymi przez Autora.

Nakarmcie Waszego UA dobrym słowem, i dostarczcie pożywki Jego inspiracji.

Możecie na tym tylko zyskać.

Tak dociążało się torby UA w ramach okazywania myłoszczy i fsparcza.
* IMVHO, fanfik nie musi, a czasami wręcz nie powinien, odchodzić zbyt daleko od oryginalnego medium. Wrzucić naszych bohaterów w zupełnie nową sytuację, i zobaczyć, jak sobie w niej poradzą? Naprawić niedoróbki scenariuszowe/zmienić niesatysfakcjonujące zakończenie? – Jak najbardziej. Ale – zmienić zupełnie płeć/charakter/zapatrywania się bohaterów na życie? No, nie wiem…
 ** Avengers: Endgame fix-it story. Nikt się nie dziwi.

Wednesday, 3 April 2019

Gdzie meble odnawiają... - Kasia Sawko: "Wióry lecą", czyli wszystko, co chcieliście wiedzieć o renowacji mebli

Zawsze zazdrościłam ludziom, którzy mieli w domach "meble z duszą" - ewidentnie zasiedziałe, nieco podniszczone, ale nadal zachwycające niebanalnymi formami polskiej szkoły designu, proste i estetyczne w formie. Robiło mi się smutno na widok takich cudeniek stojących przy wiatach śmietnikowych lub na poboczu drogi, ale rozumiałam, że ich właścicielom mogła się zmienić koncepcja wystroju wnętrza domu - lub, po prostu, meble dobrnęły do końca swojego "terminu przydatności", i trzeba było pójść naprzód, robiąc miejsce dla nowych krzeseł, foteli czy stolików.

Na szczęście okazuje się, że nie jest to jedyna droga, jaką mają przed sobą meble nadgryzione zębem czasu. Projekt "Wióry lecą", w ramach którego na przestrzeni ostatnich pięciu lat zorganizowano ponad 1500 spotkań-warsztatów stolarki, renowacji mebli i tapicerki, to nadzieja na nowe życie dla wysłużonych, lecz wciąż zachwycających swoją formą mebli: oraz świetny sposób na zajęcie się renowacją i tapicerstwem miej lub bardziej hobbystycznie, bez względu na stopień doświadczenia, wiek i płeć uczestników. Nie chodzi tutaj o zgłębianie tajników konserwacji mebli zabytkowych: ale o zapoznanie się z technikami, które pomogą nam cieszyć się ulubionymi przedmiotami dłużej, i odkrywać nowe strony ich "osobowości".


Dla tych, którzy nie mają możliwości fizycznego udziału w warsztatach, świetnym sposobem na zapoznanie się z podstawowymi zasadami renowacji mebli jest podręcznik "Wióry lecą" autorstwa Kasi Sawko, wydany w marcu 2019 nakładem Wydawnictwa Buchmann. Czaiłam się na tę pozycję już odkąd pojawiła się wśród zapowiedzi wydawniczych: między innymi dlatego, że miałam nadzieję uzyskać trochę informacji na temat najprostszej metody odświeżenia starego fotela bujanego, który kurzył się od lat na naszym strychu. Próbowałam kiedyś usunąć z niego farbę przy pomocy papieru ściernego, i poległam na całej linii. Jak się okazało - wystarczyło przeczytać 30 stron książki Kasi Sawko, żeby dowiedzieć się, co zrobiłam nie tak - i jak to naprawić...


Fragmenty rozdziału "technicznego", o narzędziach i technikach stosowanych przy renowacji mebli - wraz z rysunkami poglądowymi, oraz praktycznymi ćwiczeniami dla domorosłych stolarzy.
"Wióry lecą" to poradnik kompletny i wyczerpujący, a jego formuła zakłada, że Czytelnik może, lecz nie musi, mieć jakiejkolwiek specjalistycznej wiedzy z zakresu stolarki tudzież czynności renowacyjnych. Książka rozpoczyna się od listy narzędzi oraz preparatów niezbędnych w domowym warsztacie stolarskim; jest to, rzecz jasna, lista otwarta, z której możemy wybrać narzędzia potrzebne przy naszym pierwszym projekcie renowacyjnym, a potem stopniowo rozwijać cały warsztat.

Zanim wpadniemy w progi sklepu z materiałami wykończeniowymi (nie wiem, jak to wygląda u Was, ale ja zachowuję się w takich miejscach jak osa w cukierni), warto jednak zastanowić się, od czego rozpocząć naszą przygodę z przywracaniem meblom ich dawniej świetności. Autorka "Wióry lecą" szczerze i bez zamydlania czytelnikowi oczu tłumaczy, jakie meble oraz przedmioty dobrze rokują w kontekście odnawiania, a jakie mogą jedynie przysporzyć nam frustracji i problemów, jeśli okaże się, że ich stan techniczny zdecydowanie odbiega od zadowalającego. Nie każdy projekt musi być trafiony, nie każdy mebel dobrze zniesie ingerencję w jego konstrukcję - i jest to fakt, z którym musimy się pogodzić.

Wyczerpujące, przystępnie podane informacje na temat typowych czynności wykonywanych w warsztacie stolarskim.

Jeśli mamy już kandydata na odświeżoną ozdobę naszego domu, przystępujemy do pracy. Tutaj także "Wióry lecą" okażą się niezastąpioną pomocą merytoryczną: przedstawią nam rodzaje drewna i sklejki, z którymi może nam się zdarzyć pracować, objaśnią, jakie czynności składają się na "typowy" (oraz nietypowy) proces renowacyjny, a także przeprowadzą nas krok po kroku przez kolejne etapy oczyszczania, naprawy i uzupełniania brakujących elementów konstrukcyjnych, pokrywania mebli nowymi powłokami barwnymi, tapicerowania oraz zdobienia mebli. Wyczerpującym opisom, bazującym na informacjach podanych we wcześniejszych rozdziałach, towarzyszą zdjęcia przedstawiające poszczególne kroki całego procesu: na zakończenie zaś możemy obejrzeć efekty pracy uczestników warsztatów "Wióry lecą", i przeczytać historie autentycznych zmagań z materią meblową.

Inspirujące przykłady renowacji przeprowadzonych w ramach warsztatów "Wióry lecą".
Zakończyłam lekturę zainspirowana do działania, choć również - nie ukrywam - cokolwiek przytłoczona ilością informacji, których dostarczyła mi ta książka. Przekonałam się, że do przeprowadzenia udanej renowacji mebla nie wystarczą jedynie dobre chęci - potrzebna jest także solidna podbudowa teoretyczna, którą, na szczęście, poradnik "Wióry lecą" zapewnia czytelnikowi w obfitości. Mam teraz mnóstwo pomysłów na odnowienie/odświeżenie mebli zalegających na piętrze w domu mojej babci - ale rozpocznę chyba od odratowania fotela bujanego, żeby nie pozostawiać rozgrzebanych projektów bez szczęśliwego końca.

Czego i Wam, potencjalni stolarze i renowatorzy, serdecznie życzę!

Kasia Sawko
Wióry lecą. Renowacja mebli i tapicerka dla początkujących
Wydawnictwo Buchmann
premiera: 13 marca 2019

Bardzo dziękuję Wydawnictwu za możliwość zapoznania się z tą pouczającą pozycją!