Monday, 27 May 2019

Karma wraca – nakarm (ego) pisarza! Refleksje po WTK '2019.


Powróciłam z Warszawskich Targów Książki: wymięta i wymęczona psychicznie oraz wyzuta z wszelkich pilnie uciułanych zaskórniaków, ale za to naładowana po uszy pozytywną energią i chęcią do działania. I czytania – co tym ważniejsze, że ostatnio wszystko mi jakoś siadło, i jedynie rozgrzebywałam kolejne książki, nie doprowadzając lektury do szczęśliwego końca.

Odczuwam niejaką dumę z faktu, iż udało mi się utrzymać w ryzach nieposkromioną żądzę posiadania wszystkiego, co papierowe i zadrukowane, wskutek czego wróciłam do domu prawie wyłącznie z tym, co planowałam kupić. Wyjątki od reguły objęły:

      1)      Nową Rebekę Solnit, bo czemu nie,
      2)      Piątą porę roku, ponieważ panowie z SQN-u są szczwani jak lisy, i produkują bardzo fascynujące promocje,
      3)      Dwie książki dla dzieci, albowiem posiada się dzieci w rodzinie, i czasami warto o tym pamiętać, szczególnie na Targach,
      4)      Grafiki od Kottera i Jarońskiego, w celu upiększenia przestrzeni życiowej własnej oraz wsparcia działalności artystycznej Twórców.

Nie będę się tu jednak chwalić zakupami – spróbuję zastosować na sobie technikę motywacyjną pt. „najpierw PRZECZYTAJ, potem napisz” – zamiast tego chciałabym się z Wami podzielić przemyśleniami, które spływały na mnie obficie podczas wystawania w kolejkach po podpisy UA (Ulubionych Autorów): oraz w chwilach szczęśliwego dotarcia do tychże kolejek czoła (czół?).

Chodzi, mianowicie, o odpowiedź na pytanie: czy w ogóle warto w takich kolejkach stać, i zawracać Autorom gitarę – dla tych kilku chwil w Ich towarzystwie, i paru linijek dodatkowego tekstu w przytarganych książkach?

Hipoteza robocza brzmi: warto, a być może nawet: trzeba. Spróbujmy to teraz sensownie uzasadnić.

Dowodów na męczenie UA część pierwsza
Fanfiki, czyli instant gratification

Wtręt osobisty: po kilku publikacjach w czasopismach różnej maści, oraz narozpoczynaniu i porzuceniu przeróżnych projektów literackich, ostatnimi laty koncentruję się głównie na pisaniu fanfików, gdyż: po angielsku jakoś mi łatwiej; lubię ten rodzaj ograniczeń, jaki stawia praca z bohaterami których ktoś już kiedyś wymyślił*; a także – co odgrywa tutaj niebagatelną rolę – pasjami przepadam za otrzymywaniem natychmiastowego odzewu od czytelników, i śledzeniem rosnących z dnia na dzień (w sytuacjach ekstremalnych** - z godziny na godzinę) statystyk czytania moich tekstów. Codzienne puka do mnie mail z serwisu, w którym publikuję, i obwieszcza: „Hej, ktoś polubił jeden z twoich tekstów/chyba spędził pół nocy na lekturze, bo polubił wszystkie dwadzieścia opowiadań w tej czy innej kategorii!” Nazywa się to błyskawiczną gratyfikacją (nieładne zapożyczenie) – i dla mnie osobiście jest to znakomity sposób monitorowania tego, jak moją skrobaninę odbierają czytelnicy. Wrzucam tekst do sieci – mija czasu mało-wiele – dowiaduję się, czy tekst się komuś spodobał, i dlaczego – odpowiadam na komentarze – jestem podbudowana, i idę spać, a następnego dnia wstaję z nową energią i motywacją do pisania. Kółko się zamyka, i wszyscy są zadowoleni.

Wtręt targowy, powiązany z osobistym: w sobotę poszłam posłuchać dyskusji z Autorami nominowanymi w tym roku do nagrody Zajdla. Jedno z pierwszych pytań zadanych przez moderatorkę brzmiało: Jak otrzymanie nominacji do Zajdla wpłynęło na Wasze życie/odbiór Waszej twórczości? Wielkie KUDOS należą się tutaj Krystynie Chodorowskiej, która celnie wypunktowała, iż w wypadku nominacji dla powieści wpływ ten będzie znany najwcześniej w kolejnym kwartale: czyli wtedy, kiedy spłyną do wydawnictwa statystyki sprzedażowe.

Widzicie różnicę? Ano właśnie.

Dowodów na męczenie UA część druga.
Wydaje mi się, że ciężko się pisze dla siebie. Składanie słów w mniej-więcej logiczne ciągi znaków jest, oczywiście, bardzo zajmującym hobby, i pozwala na pozbycie się spod czaszki tych wszystkich namolnych głosów, które żyć człowiekowi nie dają – przychodzi jednak taki moment, kiedy zaczyna nam zależeć nie tylko na samozadowoleniu, ale także na opinii osób trzecich – najchętniej spoza kręgu naszej rodziny i przyjaciół, tudzież niebędących naszymi dłużnikami w jakimkolwiek wymiarze. Dobre recenzje i statystyki można, od biedy, nabyć drogą wymiany dóbr i usług: tymczasem bezinteresowne zadowolenie czytelnika znacznie trudniej jest a) uzyskać, oraz b) ocenić.

W tym miejscu powracamy do zasadniczego tematu tej notki, czyli do spotkań autorskich, tudzież dyżurów autografowych.

Sześćset podpisów na godzinę

Duże imprezy w rodzaju WTK to organizacyjne molochy, lewiatany zdolne połknąć i przeżuć ogromne masy ludzkie. W ramach tego gigantycznego przedsięwzięcia, na jednego autora przypada niekiedy zdumiewająco mało czasu – oraz zdumiewająco wielu czytelników pragnących dostąpić spotkania z UA. Większość społecznie świadomych i miłujących bliźniego kolejkowiczów (o osobach i postawach nie pasujących do powyższych kategorii powiemy sobie innym razem) traktuje dyszącą im w kark kolejkę współ-czytelników nie tylko jako okazję do nawiązania interesujących znajomości z podobnie myślącymi jednostkami, ale również – jako przynaglenie do maksymalnego skrócenia swojej wizyty przy stoliczku obleganego przez fanów Pisarza.

Pozwolę sobie mieć na ten temat następujące zdanie:

O ile ktoś nie przynosi ze sobą pełnej bibliografii UA, z prośbą o wpisanie dedykacji w każdym z -nastu lub -dziesięciu egzemplarzy – oraz o ile ktoś nie rozpoczyna piętnastominutowego monologu, do którego UA nie jest nawet zaproszony (stanowi jedynie wymówkę umożliwiającą rzeczone exposé)  - niechże będzie im (Autorowi oraz Czytelnikowi) wolno spędzić w swoim towarzystwie chociaż minutę, i wymienić więcej niż trzy („Dla X, dziękuję!”) słowa.

Dowodów na męczenie UA część trzecia.
Bo może być tak, że na tych akurat Targach do tego akurat Autora ustawiła się długa kolejka czytelników – ale w roku poprzednim Autor siedział był samotnie przy malutkim stoliczku, i nie bardzo miał do kogo usta otworzyć. (W tym miejscu pozdrawiam gorąco Kubę Małeckiego.)

Bo Autor może czuć się skrępowany faktem, że czytelnik wisi nad nim jak wyrzut sumienia, nie siadając na przygotowanym krześle, i zaraz po otrzymaniu upragnionego autografu umyka w dal. (Ukłony dla pana redaktora Michała Rusinka – będę uważać na bagietki! – i wielkie przeprosiny dla Martyny Raduchowskiej, ale byłyśmy z Młodszą Bliźniaczką w komplecie, i usiąść się po ludzku nie dało.)

Bo bywa też, że dyżur twórcy debiutującego zbiega się z dyżurem „starego wyjadacza” (skądinąd zresztą – bardzo zdolnego pisarza), i tak oto autor mocnej, świeżej powieści zostaje wciśnięty w kąt stoiska i przysłonięty kolejką czytelników kompletnie nie zainteresowanych spotkaniem z nim: a pojawienie się czytelnika, który a) zna jego powieść, i b) interesuje się dalszymi planami wydawniczymi Autora, może być dla Niego cokolwiek przyjemne. (Malwina Pająk, pozdrawiam ciepło!)

Konkluzja, z którą Was zostawiam, jest następująca: znajcie proporcją, mocium panie, i nie targajcie ze sobą metrów bieżących książek jednego autora. Zamiast tego, wybierzcie jedną-dwie pozycje tych pisarzy, których cenicie (przy okazji budując sobie prywatny ranking książek danego autora), i powiedzcie Im, dlaczego są dla Was ważni. Streśćcie pokrótce Wasze wrażenia z lektury, zachwyty nad zwrotami akcji i frustracje nad niespodziewanymi zakończeniami środkowych tomów opowieści. Przynieście ze sobą jakiś drobiazg, który sprawił, że przypomnieliście sobie daną postać/książkę/Autora: Młodsza Bliźniaczka namówiła mnie na sprezentowanie Marcie Kisiel stareńkiego, ale pięknie wydanego podręcznika obróbki skrawaniem – wyraz twarzy Ałtorki ucieszył mnie tak samo, jeśli nie bardziej, jak zapowiedź ukazania się Jej kolejnej książki już w październiku. A jeśli Opatrzność nie poskąpiła Wam zdolności artystycznych: idźcie na całość, i sporządźcie obrazek, wydzierankę, pluszaka lub spersonalizowany korkociąg z bohaterami stworzonymi przez Autora.

Nakarmcie Waszego UA dobrym słowem, i dostarczcie pożywki Jego inspiracji.

Możecie na tym tylko zyskać.

Tak dociążało się torby UA w ramach okazywania myłoszczy i fsparcza.
* IMVHO, fanfik nie musi, a czasami wręcz nie powinien, odchodzić zbyt daleko od oryginalnego medium. Wrzucić naszych bohaterów w zupełnie nową sytuację, i zobaczyć, jak sobie w niej poradzą? Naprawić niedoróbki scenariuszowe/zmienić niesatysfakcjonujące zakończenie? – Jak najbardziej. Ale – zmienić zupełnie płeć/charakter/zapatrywania się bohaterów na życie? No, nie wiem…
 ** Avengers: Endgame fix-it story. Nikt się nie dziwi.

Wednesday, 3 April 2019

Gdzie meble odnawiają... - Kasia Sawko: "Wióry lecą", czyli wszystko, co chcieliście wiedzieć o renowacji mebli

Zawsze zazdrościłam ludziom, którzy mieli w domach "meble z duszą" - ewidentnie zasiedziałe, nieco podniszczone, ale nadal zachwycające niebanalnymi formami polskiej szkoły designu, proste i estetyczne w formie. Robiło mi się smutno na widok takich cudeniek stojących przy wiatach śmietnikowych lub na poboczu drogi, ale rozumiałam, że ich właścicielom mogła się zmienić koncepcja wystroju wnętrza domu - lub, po prostu, meble dobrnęły do końca swojego "terminu przydatności", i trzeba było pójść naprzód, robiąc miejsce dla nowych krzeseł, foteli czy stolików.

Na szczęście okazuje się, że nie jest to jedyna droga, jaką mają przed sobą meble nadgryzione zębem czasu. Projekt "Wióry lecą", w ramach którego na przestrzeni ostatnich pięciu lat zorganizowano ponad 1500 spotkań-warsztatów stolarki, renowacji mebli i tapicerki, to nadzieja na nowe życie dla wysłużonych, lecz wciąż zachwycających swoją formą mebli: oraz świetny sposób na zajęcie się renowacją i tapicerstwem miej lub bardziej hobbystycznie, bez względu na stopień doświadczenia, wiek i płeć uczestników. Nie chodzi tutaj o zgłębianie tajników konserwacji mebli zabytkowych: ale o zapoznanie się z technikami, które pomogą nam cieszyć się ulubionymi przedmiotami dłużej, i odkrywać nowe strony ich "osobowości".


Dla tych, którzy nie mają możliwości fizycznego udziału w warsztatach, świetnym sposobem na zapoznanie się z podstawowymi zasadami renowacji mebli jest podręcznik "Wióry lecą" autorstwa Kasi Sawko, wydany w marcu 2019 nakładem Wydawnictwa Buchmann. Czaiłam się na tę pozycję już odkąd pojawiła się wśród zapowiedzi wydawniczych: między innymi dlatego, że miałam nadzieję uzyskać trochę informacji na temat najprostszej metody odświeżenia starego fotela bujanego, który kurzył się od lat na naszym strychu. Próbowałam kiedyś usunąć z niego farbę przy pomocy papieru ściernego, i poległam na całej linii. Jak się okazało - wystarczyło przeczytać 30 stron książki Kasi Sawko, żeby dowiedzieć się, co zrobiłam nie tak - i jak to naprawić...


Fragmenty rozdziału "technicznego", o narzędziach i technikach stosowanych przy renowacji mebli - wraz z rysunkami poglądowymi, oraz praktycznymi ćwiczeniami dla domorosłych stolarzy.
"Wióry lecą" to poradnik kompletny i wyczerpujący, a jego formuła zakłada, że Czytelnik może, lecz nie musi, mieć jakiejkolwiek specjalistycznej wiedzy z zakresu stolarki tudzież czynności renowacyjnych. Książka rozpoczyna się od listy narzędzi oraz preparatów niezbędnych w domowym warsztacie stolarskim; jest to, rzecz jasna, lista otwarta, z której możemy wybrać narzędzia potrzebne przy naszym pierwszym projekcie renowacyjnym, a potem stopniowo rozwijać cały warsztat.

Zanim wpadniemy w progi sklepu z materiałami wykończeniowymi (nie wiem, jak to wygląda u Was, ale ja zachowuję się w takich miejscach jak osa w cukierni), warto jednak zastanowić się, od czego rozpocząć naszą przygodę z przywracaniem meblom ich dawniej świetności. Autorka "Wióry lecą" szczerze i bez zamydlania czytelnikowi oczu tłumaczy, jakie meble oraz przedmioty dobrze rokują w kontekście odnawiania, a jakie mogą jedynie przysporzyć nam frustracji i problemów, jeśli okaże się, że ich stan techniczny zdecydowanie odbiega od zadowalającego. Nie każdy projekt musi być trafiony, nie każdy mebel dobrze zniesie ingerencję w jego konstrukcję - i jest to fakt, z którym musimy się pogodzić.

Wyczerpujące, przystępnie podane informacje na temat typowych czynności wykonywanych w warsztacie stolarskim.

Jeśli mamy już kandydata na odświeżoną ozdobę naszego domu, przystępujemy do pracy. Tutaj także "Wióry lecą" okażą się niezastąpioną pomocą merytoryczną: przedstawią nam rodzaje drewna i sklejki, z którymi może nam się zdarzyć pracować, objaśnią, jakie czynności składają się na "typowy" (oraz nietypowy) proces renowacyjny, a także przeprowadzą nas krok po kroku przez kolejne etapy oczyszczania, naprawy i uzupełniania brakujących elementów konstrukcyjnych, pokrywania mebli nowymi powłokami barwnymi, tapicerowania oraz zdobienia mebli. Wyczerpującym opisom, bazującym na informacjach podanych we wcześniejszych rozdziałach, towarzyszą zdjęcia przedstawiające poszczególne kroki całego procesu: na zakończenie zaś możemy obejrzeć efekty pracy uczestników warsztatów "Wióry lecą", i przeczytać historie autentycznych zmagań z materią meblową.

Inspirujące przykłady renowacji przeprowadzonych w ramach warsztatów "Wióry lecą".
Zakończyłam lekturę zainspirowana do działania, choć również - nie ukrywam - cokolwiek przytłoczona ilością informacji, których dostarczyła mi ta książka. Przekonałam się, że do przeprowadzenia udanej renowacji mebla nie wystarczą jedynie dobre chęci - potrzebna jest także solidna podbudowa teoretyczna, którą, na szczęście, poradnik "Wióry lecą" zapewnia czytelnikowi w obfitości. Mam teraz mnóstwo pomysłów na odnowienie/odświeżenie mebli zalegających na piętrze w domu mojej babci - ale rozpocznę chyba od odratowania fotela bujanego, żeby nie pozostawiać rozgrzebanych projektów bez szczęśliwego końca.

Czego i Wam, potencjalni stolarze i renowatorzy, serdecznie życzę!

Kasia Sawko
Wióry lecą. Renowacja mebli i tapicerka dla początkujących
Wydawnictwo Buchmann
premiera: 13 marca 2019

Bardzo dziękuję Wydawnictwu za możliwość zapoznania się z tą pouczającą pozycją!

Wednesday, 27 March 2019

Hipotetyczne Cząstki Elementarne, czyli pożegnanie z Jeżycjadą

Stało się, Drodzy Moi. Pani Małgorzata Musierowicz ogłosiła - ustami jednej ze swoich bohaterek, żeby było bardziej abstrakcyjnie) koniec Jeżycjady. Nie oznacza to, że Autorka przestanie pisać: seria nazywać się odtąd będzie Bukoliadą, gdyż wszyscy bohaterowie wynieśli się z "brudnego, zakorkowanego i w ogóle okropnego" (parafrazuję) Poznania, i zamieszkali na wsi.

I... to jest chyba ten moment, w którym kończy się mój syndrom sztokholmski, i przestaję czytać o przygodach rodziny Borejków - bo teraz w zasadzie już tylko oni się ostali spośród "klasycznych" bohaterów. Zastanawiam się tylko, co właściwie trzymało mnie przy tej serii? I co składa się na ową "magię", która przyciągnęła mnie, jako młode dziewczę, do twórczości pani MM?

W ramach poszukiwania odpowiedzi na to pytanie, wyznaczyłam sobie na początku tego roku projekt czytelniczy HCE: Hipotetyczne Cząstki Elementarne (to z Szóstej klepki, gdybyście się zastanawiali), i przeczytałam jeszcze raz wszystkie części Jeżycjady, skupiając się nie tyle na samej fabule poszczególnych tomów cyklu, co na analizie tropów i motywów literackich.

Oto, co mi wyszło.


Jak dotąd, w serii zwanej Jeżycjadą ukazały się 23 książki (łącznie z prequelem w postaci Małomównego i rodziny). Podzieliłam je roboczo na trzy etapy:

PRL - 7 książek, 1414 stron;
Kapitalizm - 8 książek, 1580 stron;
XXI wiek - 8 książek, 2027 stron.

W tym miejscu miałabym ewentualnie co nieco do powiedzenia o stosunku ilości do jakości, ale założyłam sobie, że wyciąganie wniosków pozostawię P.T. Czytelnikom niniejszej notki.

Następnie postanowiłam sprawdzić, o czym najczęściej pisała pani MM, każdorazowo skupiając się na "głównej" rodzinie, której przygody stanowiły trzon opowieści. Przypuszczałam, że wysokie miejsce w statystykach zajmą chociażby zimne prysznice, tak ulubione przez Gabrielę (oraz babcię Ptaszkowską) - ale gdzież tam... Najczęściej, bo aż 21 razy, pojawił się motyw rodziny mającej troje lub więcej dzieci; po piętach deptała mu rodzina wielopokoleniowa (20), czyli co najmniej trzy pokolenia mieszkające pod jednym dachem.

Podobnie prezentuje się liczba książek, w których bohaterowie (lub narrator) stwierdzają, że dawniej było lepiej, a teraz jest okropnie (20), ktoś mówi po łacinie (19), lub co najmniej jeden bohater doznaje urazu lub okaleczenia (18) - nie mówię tutaj o chorobach różnego typu, ale o ranach otwartych, złamaniach kończyn, perforacjach wrzodów i tym podobnych przyjemnościach.

Oddalmy się jednak od typowo fizycznych motywów. Odnotowałam 18 wystąpień w szerokiej kategorii WTF społeczny. Zawiera się tutaj zarówno palące pragnienie maturzystki, aby co prędzej wyjść za mąż i nie być porażką, jak i "wakacje od wegetarianizmu" w wykonaniu Idy; zaręczyny osiemnastolatków, którzy rozmawiają ze sobą po raz pierwszy w życiu; anachroniczne zachowania młodych ludzi; anachroniczne zachowania dojrzałych ludzi; absolutna swoboda w gospodarowaniu pieniędzmi, których się nie ma - i tym dalej, i tym podobne.

Jeśli wydawało mi się, że Jeżycjada jest z zasady opowieścią o miłości - to miałam rację, wydawało mi się. W siedemnastu tomach pojawia się motyw niepełnej rodziny; co ciekawe, w przypadku owdowienia jednego z małżonków, tylko raz umiera mężczyzna (zdecydowanie częściej kobieta) - natomiast rozwód jest zawsze winą faceta. 17 razy widzimy, jak dziewczyna lata za facetem, praktycznie się nie szanując. 14 razy dochodzi do rozstania pary głównych bohaterów - co prawda oświadczyny i śluby zdarzają się aż 13 razy, ale statystyka jest nieubłagana. Nawet jeśli uczucie znajduje radosny finał, należy jednak pamiętać, że w 12 przypadkach nie zaczyna się wcale tak różowo - w klasycznym "kto się czubi, ten się lubi".

Po ewentualnym ślubie natomiast stosunkowo rzadko zdarza się, że kobieta pozostaje aktywna zawodowo: w pokoleniu, które poznajemy w "peerelowskim" etapie cyklu, jest to przede wszystkim Ida - "tokeniczny" przykład kobiety pracującej - oraz Gabriela, choć w żadnym przypadku nie jest to praca typu 8-16, w "typowym" zawodzie: trzeba być albo wykładowcą uniwersyteckim, albo lekarzem, ewentualnie - artystą (Aniela), żeby zarabiać na rodzinę. Ewentualnie można pracować w oświacie (Aurelia), ale i tak kończy się na urlopie macierzyńskim...

Co robią bohaterowie (i bohaterki) pani Musierowicz, jeśli nie pracują? Czytają książki, o których niewiele osób słyszało (15 razy), słuchają muzyki - klasycznej, oczywiście (12), narzekają na toksycznych rodziców (13), jedzą mocno kaloryczne potrawy (11), lub wytykają innym... nadwagę (16 razy).

Pomiędzy kaloryczną kolacją i równie kalorycznym śniadankiem, akcja musi się jednak posuwać do przodu. Najczęściej zdarza się to za przyczyną dziecka, które znika z domu (14 razy), lub załamania pogody, prowadzących do sytuacji natury romantycznej. Kiedy zaś wskazówka poziomu romantyzmu osiąga maksymalne wychylenie w prawo, musi się pojawić się księżyc, najlepiej na niebie w gorącą, letnią noc (11 razy).

To są główne motywy występujące statystycznie we wszystkich tomach Jeżycjady: w ostatnich ośmiu książkach, tych po Kalamburce, pojawiają się również: przeprowadzka na wieś (6 razy) oraz listo-, mejlo- lub logorea (5 razy). Jeżeli to nie jest symptom, to już nie wiem, co nim jest...

I wiecie, co? Chyba niezbyt dobrze mi na duchu po przeprowadzeniu powyższej analizy. Nie trzeba było czytać aż tak dokładnie. Może gdybym tego nie zrobiła, nie odnalazłabym zdania skopiowanego żywcem z Pulpecji do Żaby ("Natychmiast dostał w gębę, aż zadzwoniło."), ani nie zorientowałabym się, że począwszy od Czarnej polewki właściwie w żadnym z tomów nie występują bohaterowie, których mogłabym tak po prostu, bez zastanowienia - polubić.

A morał z tego jest następujący: niektóre rzeczy trzeba przyjmować takimi, jakie są: i pozostawiać je tam, gdzie się je znalazło - w tym przypadku, we własnej młodości (żeby nie powiedzieć: dzieciństwie). Tam oto pozostawiam zatem Jeżycjadę, i pewnie będę do niej jeszcze (wyrywkowo) wracać: ale za Bukoliadę podziękuję, niepewna, w którą stronę mógłby się rozwinąć ten nowy cykl...

Oby Wasze ulubione książki z dzieciństwa nie traciły na uroku tudzież aktualności!

Wasza,
Wróżka

Friday, 22 March 2019

Powrót do Nibylandii. "Robin" Dave'a Itzkoffa

Co się Wam kojarzy z nazwiskiem: Robin Williams? Poczucie humoru? Dzień dobry, Wietnamie!, skakanie po biurkach, Fisher King, Ifigenia Doubtfire? Stand-up, ze szczególnym uwzględnieniem obrazowej opowieści o wynalezieniu golfa? Niebieskoskóry dżinn? Ławeczka w parku w Bostonie? Kosmita w czerwonym sweterku?

Depresja, walka z uzależnieniami, poszukiwanie uznania w oczach znajomych i nieznajomych? Niespodziewana śmierć samobójcza?

Wszystkie powyższe odpowiedzi są, oczywiście, prawidłowe – a biografia pióra Dave’a Itzkoffa, zatytułowana po prostu Robin, układa je w porządku logicznym, i pozwala pojąć, jakim cudem odnoszą się do jednego, nieodżałowanej pamięci człowieka o wielkim sercu, pokaźnym ego, i wyjątkowo niskim poczuciu własnej wartości.
 
Książka Itzkoffa - dziennikarza, biografisty, człowieka który współpracował z Robinem Williamsem w ostatnich latach życia aktora - to bogaty zbiór faktów i informacji; rozwija się dość powoli, co początkowo trochę mnie irytowało: w miarę zagłębiania się w lekturę zrozumiałam jednak, że szczegółowa opowieść o rodzinie, dzieciństwie, i początkach aktorsko-kabaretowej kariery Williamsa stanowi ważną podbudowę do obrazu jego charakteru. Dowiadujemy się na przykład, że Williams oscylował między dwoma biegunami: albo milczał jak zaklęty, trzymając się na uboczu towarzyskiego tłumu - albo monologował niestrudzenie, nie dopuszczając nikogo do słowa. Ten syndrom i sposób komunikowania się pozostał jedną z charakterystycznych cech charakteru Williamsa praktycznie do końca jego życia. Jednym z głównych lęków aktora było bycie nielubianym i nieakceptowanym, i starał się nieustannie albo temu zapobiegać, albo powodować, że ludzie go kochali. Źle czuł się jako osoba z boku sceny: czuł, że jego miejsce jest w jej centrum, ale nie zawsze potrafił udźwignąć ciężar ludzkiej uwagi.
 
Stany paranoiczne, mania prześladowcza, depresja i urojenia pojawiały się w życiu Robina Williamsa stosunkowo często, wiążąc się ściśle z przypływami i odpływami jego nałogu alkoholowego i kokainowego. a także z reakcjami Williamsa na jego problemy zdrowotne: miał problemy z zastawką, z powodu których przeszedł operację na otwartym sercu. Kłopoty te nałożyły się na fluktuacje w jego życiu zawodowym - oprócz filmów, które wszyscy znamy i pamiętamy, aktor zagrał w szeregu mocno skrytykowanych filmów wątpliwej jakości - i prywatnym (prowadzące do separacji i rozwodu problemy w małżeństwie).
 
Pod koniec życia u Williamsa zdiagnozowano chorobę Parkinsona; w reakcji na powolną, lecz nieuniknioną utratę funkcji motorycznych, aktor popadł w głęboką depresję: a przynajmniej tak to wyglądało z perspektywy osób postronnych. Dopiero autopsja, przeprowadzona po gwałtownej i niespodziewanej śmierci Williamsa, wykazała, że jej prawdziwą przyczyną była degeneracyjna choroba mózgu, dająca objawy podobne do Parkinsona, a także wywołująca depresję i omamy wzrokowe (na które Williams często się uskarżał). Czy można było zdiagnozować to schorzenie prawidłowo, i zapobiec jego dalszemu rozwojowi? Tego nie sposób ocenić... nie sposób też przestać o tym myśleć, jeszcze na długo po zakończeniu lektury.
 
Krótko i zwięźle - naprawdę warto przeczytać książkę Dave'a Itzkoffa. I niniejszym zostawiam Was, z tą sugestią lektury - oraz z poniższym cytatem, zresztą bardzo symptomatycznym.
 
 
Dobra rada ode mnie dla was: musicie być szaleni. Wiecie, o czym mówię? Być przygłupami na całego. Czymże jest bowiem rzeczywistość? Musicie być szaleni. Musicie! Bo szaleństwo jest jedynym sposobem, by przeżyć. Kiedyś byłem komikiem... Kiedyś, dawno, dawno temu. To prawda. Musicie stać się kompletnymi popaprańcami, bo pozostała wam już tylko ta iskierka szaleństwa. Jeśli ją stracicie, będziecie niczym. Nie róbcie tego. Ode mnie dla was. Nie traćcie tego, bo to trzyma was przy życiu. Bo jeśli ją stracicie - finisz.
To moja jedyna miłość. Szaleństwo.