Thursday, 9 August 2018

97/104. Piotr Stelmach: "Lżejszy od fotografii"


Nie mieliśmy w domu płyt Republiki.

Mieliśmy za to drugi album Obywatela G.C., na winylu – i utraciliśmy gow Wielkiej Czystce W Wykonaniu Mojego Ojca. Od niedawna znowu cieszę się gramofonem, i powaznie przemyśliwuję ponowny zakup tej płyty.

Tak więc: muzyka Ciechowskiego zawsze istniała gdzieś w tle mojego życia. Kiedy zaczynałam być mniej-więcej „świadomym” słuchaczem, Republika już nie istniała – powróciła z nową mocą po kilku latach. Wchłaniałam zatem twórczość Obywatela, Grzegorza z Ciechowa i Ewy Omernik – oraz muzykę filmową (zgódźmy się bowiem, że w przypadku pewnego Filmiszcza ścieżka dźwiękowa jest jednym z nielicznych plusów dodatnich w oceanie kiczu i masakry [sic!]).

W 2001 roku skończyłam dziewiętnaście lat.

Nie umiem określić, jak bardzo twórczość Grzegorza Ciechowskiego wpłynęła na moje życie. Nie należał do moich Idoli, a mimo to wiadomość o Jego śmierci mocno mną wstrząsnęła – stało się to zdecydowanie za wcześnie, i pozostawiło po sobie głębokie uczucie straty. W późniejszych latach próbowałam poczytać sobie trochę o życiu i twórczości Ciechowskiego, z nadzieją, że „rozpracuję” Go jako człowieka – sztuka ta udała mi się, choć zapewne nie w stu procentach, dopiero przy Lżejszym od fotografii Piotra Stelmacha.

Wbrew tytułowi, książka ta nie należy do lekkich – ani wagowo, ani tematycznie. Historię życia Grzegorza Ciechowskiego poznajemy w niej dzięki wywiadom z Jego rodziną, przyjaciółmi, znajomymi i współpracownikami; opowieść ta ułożona jest w porządku odwrotnej chronologii: książka rozpoczyna się śmiercią, a kończy narodzinami Bohatera. Wpływa to znacząco na wagę emocjonalną całej opowieści: zaczyna się ona bardzo mocnym akcentem emocjonalnym, a kończy zdecydowanie spokojniej, powoli wytracając narracyjny impet. Nie wypływa to bynajmniej na jakość przedstawionego materiału faktograficznego – redaktor Stelmach wykonał tutaj zaiste gargantuiczną pracę, przepytując „na okoliczność Ciechowskiego” wielką rzeszę ludzi – ale z punktu widzenia czytelnika czuję się uprawniona do pomarudzenia, i wzdychania w temacie antyklimaktycznego zakończenia. Niniejszym więc – marudzę, i narzekam. Ale bez specjalnego przekonania.


Z racji swojej formy (kompilacja wywiadów, prezentowanych bez komentarza odredakcyjnego), Lzejszy od fotografii jest biografią neutralną i obiektywną, zawierającą zarówno peany na cześć Bohatera, jak i rzeczową krytykę niektórych jego postaw i zachowań (jak bumerang powraca zwłaszcza określenie: despotyczny). Czytelnik może zatem wyrobić sobie własny pogląda na to, kim tak naprawdę był Grzegorz Ciechowski – dla niego (czytelnika), dla swoich fanów, przyjaciół, rodziny, wreszcie: dla ogólnego kształtu polskiej sceny muzycznej. Jedno jest pewne: po przeczytaniu tego opus magnum nie można po prostu wzruszyć ramionami i pójść dalej. Coś w nas zostaje – jakaś tęsknota, potrzeba wypełnienia pustki w kształcie człowieka pozostawionej przez kogoś, kogo zabrakło zbyt wcześnie.

On będzie milczał – i tak jest martwy. Na szczęście Jego teskty nadal do nas mówią, jeśli tylko chcemy ich słuchać.

--

PS. Lżejszy od fotografii to ostatnia książka przeczytana przeze mnie w lipcu tego roku. Poczułam się zainspirowana jej lekturą, i niniejszym ogłaszam (z pewnym poślizgiem) sierpień miesiącem czytania biografii. Spodziewajcie się zatem kolejnych wpisów o tej tematyce – jak tylko wybrnę szczęśliwie z trzech „zaległych” notek...

Monday, 6 August 2018

96/104. Robert Magariel, "Nasz chłopak"

Trudno się czasem czyta książki do krwi i kości prawdziwe, dotykające rzeczywistych problemów pod przykrywką fabuły powieściowej. Magariel porusza w Naszym chłopaku* kwestię współuzależnienia w rodzinie – alkoholika, hazardzisty, czy – jak w opisywanym przypadku: narkomana, próbującego normalnie wypełniać obowiązki ojca i głowy rodziny. Narrator powieści, młodszy syn uzależnionego, próbuje wkupić się w łaski ojca na przeróżne sposoby, łącznie ze składaniem fałszywych zeznań, w wyniku których zostaje przeniesiony spod opieki matki pod kuratelę ojca (rodzice są po rozwodzie, którego przyczyn można się doszukiwać tak w niedojrzałości obojga małżonków, jak i w licznych wypadkach stosowania przemocy – psychicznej i fizycznej – wobec żony). Narrator i jego starszy brat twardo stoją po stronie ojca, pogardzając „słabą” matką. O tym, na ile ich spojrzenie na relacje między rodzicami pokrywa się lub mija z rzeczywistością, dowiadujemy się z pozycji przerastającej narratora; Autor bardzo przekonująco oddaje bowiem procesy myślowe zachodzące w głowie młodego, łatwo ulegającego wpływom innych chłopca, który chce być przyjęty do „paczki” – klanu dowodzonego przez ojca postrzeganego w kategoriach herosa. Spoglądając zza ramienia młodego bohatera, widzimy więcej (wyraźniej?), i o wiele prędzej zaczynamy się orientować, gdzie leży prawda o motywacjach i pragnieniach poszczególnych postaci. Nie jest to obraz ani piękny, ani radosny – jest za to do bólu prawdziwy, i za takie jego przedstawienie należą się Autorowi wielkie brawa.

Nasz chłopak jest debiutem ostrym, skoncentrowanym, „bijącym po oczach” i uderzającym czytelnika w splot słoneczny trafnością opisu i diagnozy problemu uzależnienia jednej osoby rozkładającego się na całą rodzinę. Jest to również bardzo przenikliwa analiza metod manipulacji stosowanych przez osoby, które znają nas najlepiej, i w związku z tym potrafią zranić najmocniej. To nie jest najlepsza lektura na pogodne, słoneczne popołudnie – a w takie właśnie ją czytałam – ale z całą pewnością jest to książka, którą przeczytać warto. Bez względu na pogodę. Chociażby po to, żeby spróbować wyciągnąć wnioski z sytuacji życiowej bohatera – i sprawdzić, na ile możemy się z nim utożsamiać.

Bo być może przyszedł czas, żeby z naszego stać się swoim własnym.
* Tytuł oryginału brzmi „One of the Boys”, i wydaje mi się, że w tej formie znacznie lepiej oddaje problematykę powieści.

Friday, 3 August 2018

Lipcowo-ebookowo


Jedną trzecią lipca spędziłam na pracującym urlopie, czytając głównie ebooki. Zaczęłam od Carole Nelson Douglas, i jej powieści z Irene Adler – bohaterką, którą darzę ogromną sympatią od czasów mojego pierwszego spotkania z „kanonicznym” Sherlockiem Holmesem; uczucie to umocniło się we mnie kilka lat temu, dzięki wydatnej pomocy Rachel McAdams i Lary Pulver. Irene z serii książkowej wyobrażam sobie mniej-więcej tak, jak została zagrana w filmie Guya Ritchie – z dodatkiem w postaci sięgających pierwowzoru literackiego zdolności wokalnych, oraz słabości do papierosów. W wersji pani Douglas, Irene (po mężu: Norton) prowadzi „pół-oficjalną” działalność detektywistyczną, wskutek czego dość często „wpada” na Sherlocka Holmesa: ich wzajemny stosunek (sic!) objawia się szczególnie w nowelce The Private Wife of Sherlock Holmes – chronologicznie ostatniej części cyklu, którą przeczytałam poza kolejnością, nie mogąc się już doczekać. Another Scandal in Bohemia powraca do oryginalnej historii z udziałem Irene, i zabiera naszych bohaterów w podróż do Pragi, gdzie dzieją się rzeczy mocno niepokojące – bez względu na to, czy należy je przypisać działaniom irracjonalnego króla (niegdysiejszego ukochanego Irene), czy... praskiego Golema. Historię wchłonęłam jak gąbką, a pseudonim, jaki Irene przybrała na potrzeby występów incognito na czeskim dworze, przyprawił mnie o paroksyzmy śmiechu. Polecam serdecznie: dwa tomy otwierające serię (Dobranoc, panie Holmes oraz Dzień dobry, Irene!) zostały wydane kilka lat temu przez Bukowy Las, i stanowią znakomite wprowadzenie do historii pani Norton, nee Adler.

Niezwykłą historię Marvel Comics Seana Howe czytało mi się nieco dłużej, zapewne z uwagi na nagromadzenie dat, nazwisk, oraz tytułów komiksów, z którymi nie jestem przesadnie emocjonalnie związana. Będąc jednakowoż bezapelacyjnie kibicme Drużyny Marvela (w opozycji do Drużyny DC), znalazłam sporą przyjemność w śledzeniu losów moich ulubionych bohaterów (Jean Grey!), i tylko trochę smutno mi się zrobiło przy opisach machlojek i nieuczciwości wydawnictwa względem grafików i scenarzystów. Not cool, gentlemen. Definitely not cool.

Na pocieszenie (czy aby skuteczne?) zaserwowałam sobie opowieść o jednej porze roku z życia pewnej pisarki: Sylvię Plath w Nowym Jorku Elizabeth Wilder. Ten zbeletryzowany wyjątek z biografii, odnoszący się do okresu życia Sylvii opisanego w Szklanym kloszu, przybliża czytelnikowi pracę Sylvii w charakterze redaktorki-stażystki magazynu „Mademoiselle” – i podejmuje próbę wyjaśnienia, dlaczego po pięknym, intensywnie przeżytym lecie Sylvia nałykała się tabletek i ukryła w piwnicy własnego domu rodzinnego, gdzie odnaleziono ją dopiero po trzech dniach. Interesująca perspektywa, pozycja cenna dla miłośników twórczości Plath: mnie zmęczyły jednak bogate opisy strojów, fryzur i makijażu. Chyba nie jestem prawdziwie kobiecą kobietą... ;)

Dobrego weekendu! Co będziecie czytać?