Thursday, 9 August 2018

97/104. Piotr Stelmach: "Lżejszy od fotografii"


Nie mieliśmy w domu płyt Republiki.

Mieliśmy za to drugi album Obywatela G.C., na winylu – i utraciliśmy gow Wielkiej Czystce W Wykonaniu Mojego Ojca. Od niedawna znowu cieszę się gramofonem, i powaznie przemyśliwuję ponowny zakup tej płyty.

Tak więc: muzyka Ciechowskiego zawsze istniała gdzieś w tle mojego życia. Kiedy zaczynałam być mniej-więcej „świadomym” słuchaczem, Republika już nie istniała – powróciła z nową mocą po kilku latach. Wchłaniałam zatem twórczość Obywatela, Grzegorza z Ciechowa i Ewy Omernik – oraz muzykę filmową (zgódźmy się bowiem, że w przypadku pewnego Filmiszcza ścieżka dźwiękowa jest jednym z nielicznych plusów dodatnich w oceanie kiczu i masakry [sic!]).

W 2001 roku skończyłam dziewiętnaście lat.

Nie umiem określić, jak bardzo twórczość Grzegorza Ciechowskiego wpłynęła na moje życie. Nie należał do moich Idoli, a mimo to wiadomość o Jego śmierci mocno mną wstrząsnęła – stało się to zdecydowanie za wcześnie, i pozostawiło po sobie głębokie uczucie straty. W późniejszych latach próbowałam poczytać sobie trochę o życiu i twórczości Ciechowskiego, z nadzieją, że „rozpracuję” Go jako człowieka – sztuka ta udała mi się, choć zapewne nie w stu procentach, dopiero przy Lżejszym od fotografii Piotra Stelmacha.

Wbrew tytułowi, książka ta nie należy do lekkich – ani wagowo, ani tematycznie. Historię życia Grzegorza Ciechowskiego poznajemy w niej dzięki wywiadom z Jego rodziną, przyjaciółmi, znajomymi i współpracownikami; opowieść ta ułożona jest w porządku odwrotnej chronologii: książka rozpoczyna się śmiercią, a kończy narodzinami Bohatera. Wpływa to znacząco na wagę emocjonalną całej opowieści: zaczyna się ona bardzo mocnym akcentem emocjonalnym, a kończy zdecydowanie spokojniej, powoli wytracając narracyjny impet. Nie wypływa to bynajmniej na jakość przedstawionego materiału faktograficznego – redaktor Stelmach wykonał tutaj zaiste gargantuiczną pracę, przepytując „na okoliczność Ciechowskiego” wielką rzeszę ludzi – ale z punktu widzenia czytelnika czuję się uprawniona do pomarudzenia, i wzdychania w temacie antyklimaktycznego zakończenia. Niniejszym więc – marudzę, i narzekam. Ale bez specjalnego przekonania.


Z racji swojej formy (kompilacja wywiadów, prezentowanych bez komentarza odredakcyjnego), Lzejszy od fotografii jest biografią neutralną i obiektywną, zawierającą zarówno peany na cześć Bohatera, jak i rzeczową krytykę niektórych jego postaw i zachowań (jak bumerang powraca zwłaszcza określenie: despotyczny). Czytelnik może zatem wyrobić sobie własny pogląda na to, kim tak naprawdę był Grzegorz Ciechowski – dla niego (czytelnika), dla swoich fanów, przyjaciół, rodziny, wreszcie: dla ogólnego kształtu polskiej sceny muzycznej. Jedno jest pewne: po przeczytaniu tego opus magnum nie można po prostu wzruszyć ramionami i pójść dalej. Coś w nas zostaje – jakaś tęsknota, potrzeba wypełnienia pustki w kształcie człowieka pozostawionej przez kogoś, kogo zabrakło zbyt wcześnie.

On będzie milczał – i tak jest martwy. Na szczęście Jego teskty nadal do nas mówią, jeśli tylko chcemy ich słuchać.

--

PS. Lżejszy od fotografii to ostatnia książka przeczytana przeze mnie w lipcu tego roku. Poczułam się zainspirowana jej lekturą, i niniejszym ogłaszam (z pewnym poślizgiem) sierpień miesiącem czytania biografii. Spodziewajcie się zatem kolejnych wpisów o tej tematyce – jak tylko wybrnę szczęśliwie z trzech „zaległych” notek...

Monday, 6 August 2018

96/104. Robert Magariel, "Nasz chłopak"

Trudno się czasem czyta książki do krwi i kości prawdziwe, dotykające rzeczywistych problemów pod przykrywką fabuły powieściowej. Magariel porusza w Naszym chłopaku* kwestię współuzależnienia w rodzinie – alkoholika, hazardzisty, czy – jak w opisywanym przypadku: narkomana, próbującego normalnie wypełniać obowiązki ojca i głowy rodziny. Narrator powieści, młodszy syn uzależnionego, próbuje wkupić się w łaski ojca na przeróżne sposoby, łącznie ze składaniem fałszywych zeznań, w wyniku których zostaje przeniesiony spod opieki matki pod kuratelę ojca (rodzice są po rozwodzie, którego przyczyn można się doszukiwać tak w niedojrzałości obojga małżonków, jak i w licznych wypadkach stosowania przemocy – psychicznej i fizycznej – wobec żony). Narrator i jego starszy brat twardo stoją po stronie ojca, pogardzając „słabą” matką. O tym, na ile ich spojrzenie na relacje między rodzicami pokrywa się lub mija z rzeczywistością, dowiadujemy się z pozycji przerastającej narratora; Autor bardzo przekonująco oddaje bowiem procesy myślowe zachodzące w głowie młodego, łatwo ulegającego wpływom innych chłopca, który chce być przyjęty do „paczki” – klanu dowodzonego przez ojca postrzeganego w kategoriach herosa. Spoglądając zza ramienia młodego bohatera, widzimy więcej (wyraźniej?), i o wiele prędzej zaczynamy się orientować, gdzie leży prawda o motywacjach i pragnieniach poszczególnych postaci. Nie jest to obraz ani piękny, ani radosny – jest za to do bólu prawdziwy, i za takie jego przedstawienie należą się Autorowi wielkie brawa.

Nasz chłopak jest debiutem ostrym, skoncentrowanym, „bijącym po oczach” i uderzającym czytelnika w splot słoneczny trafnością opisu i diagnozy problemu uzależnienia jednej osoby rozkładającego się na całą rodzinę. Jest to również bardzo przenikliwa analiza metod manipulacji stosowanych przez osoby, które znają nas najlepiej, i w związku z tym potrafią zranić najmocniej. To nie jest najlepsza lektura na pogodne, słoneczne popołudnie – a w takie właśnie ją czytałam – ale z całą pewnością jest to książka, którą przeczytać warto. Bez względu na pogodę. Chociażby po to, żeby spróbować wyciągnąć wnioski z sytuacji życiowej bohatera – i sprawdzić, na ile możemy się z nim utożsamiać.

Bo być może przyszedł czas, żeby z naszego stać się swoim własnym.
* Tytuł oryginału brzmi „One of the Boys”, i wydaje mi się, że w tej formie znacznie lepiej oddaje problematykę powieści.

Friday, 3 August 2018

Lipcowo-ebookowo


Jedną trzecią lipca spędziłam na pracującym urlopie, czytając głównie ebooki. Zaczęłam od Carole Nelson Douglas, i jej powieści z Irene Adler – bohaterką, którą darzę ogromną sympatią od czasów mojego pierwszego spotkania z „kanonicznym” Sherlockiem Holmesem; uczucie to umocniło się we mnie kilka lat temu, dzięki wydatnej pomocy Rachel McAdams i Lary Pulver. Irene z serii książkowej wyobrażam sobie mniej-więcej tak, jak została zagrana w filmie Guya Ritchie – z dodatkiem w postaci sięgających pierwowzoru literackiego zdolności wokalnych, oraz słabości do papierosów. W wersji pani Douglas, Irene (po mężu: Norton) prowadzi „pół-oficjalną” działalność detektywistyczną, wskutek czego dość często „wpada” na Sherlocka Holmesa: ich wzajemny stosunek (sic!) objawia się szczególnie w nowelce The Private Wife of Sherlock Holmes – chronologicznie ostatniej części cyklu, którą przeczytałam poza kolejnością, nie mogąc się już doczekać. Another Scandal in Bohemia powraca do oryginalnej historii z udziałem Irene, i zabiera naszych bohaterów w podróż do Pragi, gdzie dzieją się rzeczy mocno niepokojące – bez względu na to, czy należy je przypisać działaniom irracjonalnego króla (niegdysiejszego ukochanego Irene), czy... praskiego Golema. Historię wchłonęłam jak gąbką, a pseudonim, jaki Irene przybrała na potrzeby występów incognito na czeskim dworze, przyprawił mnie o paroksyzmy śmiechu. Polecam serdecznie: dwa tomy otwierające serię (Dobranoc, panie Holmes oraz Dzień dobry, Irene!) zostały wydane kilka lat temu przez Bukowy Las, i stanowią znakomite wprowadzenie do historii pani Norton, nee Adler.

Niezwykłą historię Marvel Comics Seana Howe czytało mi się nieco dłużej, zapewne z uwagi na nagromadzenie dat, nazwisk, oraz tytułów komiksów, z którymi nie jestem przesadnie emocjonalnie związana. Będąc jednakowoż bezapelacyjnie kibicme Drużyny Marvela (w opozycji do Drużyny DC), znalazłam sporą przyjemność w śledzeniu losów moich ulubionych bohaterów (Jean Grey!), i tylko trochę smutno mi się zrobiło przy opisach machlojek i nieuczciwości wydawnictwa względem grafików i scenarzystów. Not cool, gentlemen. Definitely not cool.

Na pocieszenie (czy aby skuteczne?) zaserwowałam sobie opowieść o jednej porze roku z życia pewnej pisarki: Sylvię Plath w Nowym Jorku Elizabeth Wilder. Ten zbeletryzowany wyjątek z biografii, odnoszący się do okresu życia Sylvii opisanego w Szklanym kloszu, przybliża czytelnikowi pracę Sylvii w charakterze redaktorki-stażystki magazynu „Mademoiselle” – i podejmuje próbę wyjaśnienia, dlaczego po pięknym, intensywnie przeżytym lecie Sylvia nałykała się tabletek i ukryła w piwnicy własnego domu rodzinnego, gdzie odnaleziono ją dopiero po trzech dniach. Interesująca perspektywa, pozycja cenna dla miłośników twórczości Plath: mnie zmęczyły jednak bogate opisy strojów, fryzur i makijażu. Chyba nie jestem prawdziwie kobiecą kobietą... ;)

Dobrego weekendu! Co będziecie czytać?

Sunday, 15 July 2018

Miłość, religia, historia? O „Rozwiązłej” Jarosława Kamińskiego


Tylko Lola Jarosława Kamińskiego była dla mnie jednym z największym objawieniem czytelniczym ostatnich miesięcy - nic więc dziwnego, że rzuciłam się na Rozwiązłą, debiut powieściowy Autora sprzed pięciu lat, wznowiony ostatnio przez Wydawnictwo W.A.B., jak pelikan na świeżą rybę. W materiałach prasowych pojawiał się motyw powieści obyczajowej o związku starszej kobiety ze sporo młodszym mężczyzną, oraz reperkusji związanych z ujawnieniem tego związku przed rodziną partnera, natomiast sam Autor oświadczył na okładce książki, że „lubi bawić się myślą, że Rozwiązła to w gruncie rzeczy powieść religijna”. Ja tymczasem uważam, że jest to przede wszystkim rozliczenie z historią.

Już po lekturze Loli rzuciła mi się w oczy skłonność Jarosława Kamińskiego do przeprowadzania prób rozliczania się z historią najnowszą – dokładniej rzecz ujmując, z wydarzeniami roku 1968 oraz podejściem do (brzydko mówiąc) kwestii żydowskiej w powojennej Polsce. W Rozwiązłej położył podstawy pod historię z Tylko Loli, wychodząc od bardzo osobistej sytuacji (niestatystycznego związku dwojga ludzi) do rozważań natury ogólnej.

Na pierwszy rzut oka wydaje się, że mamy do czynienia z powieścią obyczajowej. Oto Zofia, lat około czterdziestu, udaje się na pierwsze spotkanie z rodziną swojego partnera, Adama – lat około dwudziestu dwóch. Nie spodziewa się kwiatów, czekolady i akceptacji – i słusznie, ponieważ rodzice i dziadek Adama reagują na wiadomość o tożsamości Zofii absolutną agresją i odrzuceniem. Zaczynają się awantury, pretensje i szantaże emocjonalne. O ile Zofia zagryza zęby i podejmuje decyzję o stawieniu czoła sytuacji, o tyle Adam kończy w szpitalu, z płukaniem żołądka po nieudanej próbie samobójczej. Zaczyna unikać Zofii, zachowywać się nieracjonalnie, robić awantury – a wszystko dlatego, że podejrzewa ukochaną o związek z… no właśnie, z kim właściwie?



Rozpoczynając lekturę debiutu Kamińskiego miałam przykre podejrzenia, że tytuł odnosi się do „rozwiązłości” Zofii, która zdecydowała się na znaczy od siebie młodszego kochanka. W trakcie lektury okazało się jednak, że, po pierwsze: można go interpretować zupełnie inaczej, a po drugie – że opowieść o związku Zofii i Adama to zaledwie wstęp do właściwej historii.

W poszukiwaniu odpowiedzi na nieracjonalne zachowanie ukochanego, Zofia rozpoczyna podróż w głąb swojego życia, którego początek spędziła w domu dziecka. Opowieść w opowieści – historia matki Zofii, kobiety, której odebrano prawa rodzicielskie wkrótce po przyjściu na świat naszej opowieści – zajmuje znaczną część powieści, i prowadzi czytelnika do klasztoru na Podlasiu, a stamtąd – na Uniwersytet Warszawski w przeddzień Marca, do willi intelektualisty i współpracownika bezpieki z okresu głębokiego socjalizmu realnego, aresztu na Rakowieckiej, oraz do daczy dziadka Adama. Zofia wkracza do kompletnie obcego sobie świata, próbując rozwikłać tajemnicę zniknięcia swojej matki, jej pochodzenia i przekonań, i wreszcie – tożsamości swojego ojca, którego nazwiska nie wpisano  nawet w jej akcie urodzenia. Nie jest to prosta sprawa, szczególnie gdy w grę zaczynają wchodzić Religia oraz Historia – te pisane wielkimi literami, siły poruszające świat.

Przyznam szczerze, że ta część historii podoba mi się o wiele bardziej, niż „obyczajówka” – dynamika związku Zofii i Adama jest dla mnie zupełnie niezrozumiała, i wynika to raczej z kapryśnych charakterów obojga bohaterów niż z dzielącej ich różnicy wieku. Zdecydowanie więcej emocji wywołała we mnie podróż Zofii – w sensie fizycznym i duchowym – i jej poszukiwania prawdy o swojej tożsamości i o historii swojej nieznanej matki. Odkrycia, w których znaczny udział ma dziadek Adama (bo jest to również opowieść o rodzinie ukochanego Zofii, i trupach trzymanych w jej mieszczańskich szafach), wywracają życie Zofii i Adama do góry nogami, a tajemnica, o ujawnienie której oboje walczą przez większość powieści, może oznaczać koniec ich związku. Czy tak będzie? Musicie przeczytać Rozwiązłą, żeby się przekonać.

Ostatnia uwaga: w powieści Kamińskiego ujęła mnie również, oprócz szufladkowej konstrukcji i niebanalnej treści, forma graficzna: dialogi „wpisane” w poszczególne akapity, przyczyniające się do tworzenia ciągłości akcji i skupiające uwagę czytelnika na treści książki. Nie spotkałam się wcześniej z tego rodzaju zabiegiem literackim, ale jestem jak najbardziej na TAK.

Dziękuję Wydawnictwu W.A.B. za umożliwienie mi przeczytania powieści.

89/104. Cixin Liu, "Problem trzech ciał"

Przez lekturą Problemu trzech ciał nie wiedziałam absolutnie niczego o chińskim SF.

Po przeczytaniu Problemu trzech ciał wiem raczej niewiele.

O co chodzi? Otóż: w mrocznych latach po rewolucji kulturalnej (początek książki opisuje ten okres dość szczegółowo, i raczej niepotrzebnie) w zapomnianym zakątku Chin zbudowano obserwatorium astronomiczne,w którym podejmowano próby skontaktowania się z innymi inteligentnymi mieszkańcami Wszechświata. Próba została uwieńczona sukcesem - o tyle, o ile - i oto zmierza ku nam międzygwiezdna flota z innej planety, a jej zamiary są, łagodnie mówiąc, odbiegające od wyobrażeń mieszkańców Ziemi.

I co, tyle? W zasadzie - tak. Książka ma, oczywiście, bohaterów: ale kompletnie nie zapadli mi oni w pamięć, ani nie przekonali to swoich racji. Pojawia się sporo założeń z dziedziny matematyki i fizyki, na przykład w kontekście prób opisania chaotycznego układu trzech ciał, na przykładzie wzmiankowanej planety w dalekim Kosmosie: otaczają ją trzy gwiazdy, których nieregularne wschody i zachody stanowią poważny problem dla rozwoju cywilizacji skazanej na nieprzewidywalne okresy wiecznej nocy i upiornego gorąca; problem ten udziela tytułu książce oraz grze VR, w którą angażują się bohaterowie. Założenia teoretyczne są początkowo niezrozumiałe, ale później można spokojnie analizować tok myślenia bohaterów oraz Autora, i śledzić model rozwoju trisolarnej planety. Interesujący problem, przyznaję: ale czy to wystarczy - nawet w połączeniu z jakąśtam fabułą - dla zrównoważenia kiepskiego poziomu językowego (powieść przełumaczono najpierw z chińskiego na angielski, a następnie z angielskiego na polski) i dłużyzn, które nie wnoszą niczego ani do historii, ani do budowy świata?

Ja jestem mocno nieprzekonana - aczkolwiek słyszałam o zapalonych entuzjastach Problemu trzech ciał oraz kolejnych powieści Liu (owszem, jest z tego trylogia). Zachęcam zatem, abyście w wolnej chwili sprawdzili, jaki Wy macie stosunek do chińskiego science fiction. Może znajdziecie w nim coś, co mi umknęło?

Thursday, 12 July 2018

87/104. Gillian McCain, Legs McNeil - "Please Kill Me. Punkowa historia punka"

Wbrew temu, co twierdzi(ła) spora część miłośników muzyki punkowej, ten nurt w kulturze zaczął się nie w Anglii (wrazw powstaniem The Sex Pistols czy The Clash) - ale dobrych kilkanaście lat wcześniej w Stanach Zjednoczonych, kiedy działalność rozpoczęli Velveci, The Stooges, The Ramones, The New Yourk Dolls, Television i Patti Smith Group. Legs McNeil i Gillian McCain postawili sobie karkołomne zadanie przybliżenia czytelnikom tych wczesnych lat rozkwitu subkultury punkowej (oraz lat jej największej, jeśli można to tak określic, prosperity) i wykonali gignatyczną robotę reporterską, przeprowadzając dziesątki wywiadów (oraz docierając do archiwalnych zapisów rozmów) z muzykami, artystami, groupies i rodzinami gwiazd ówczesnej sceny punkowej. W rezultacie otrzymujemy reportaż złożony z przeplatających się wypowiedzi o muzyce, twardych narkotykach, rewolucji seksualnej, brutalności i bezwzględności świata, zmianach obyczajowych i kulturowych.

Dowiadujemy się z nich między innymi tego, że Angela Bowie odeszła od swojgo męża z powodu jego fascynacji niemieckim ekspresjonizmem (oraz wykonywania hitlerowskich salutów podczas jazdy odkrytą limuzyną przez ulice Londynu); że rzeczony David, mąż Angeli, wybrał się z Iggym Popem do Berlina "pożyć w cieniu Isherwooda" (urocza wizja); że niektórzy przypisują amerykańskiego rządowi odpowiedzialność za plagę uzależnienia od heroiny wśród kontestujących rzeczywistość artystów; co ludzie myśleli o Jimie Morrisonie; jak wyglądała historia Sida i Nancy - i wreszcie, dlaczego McNeil, jeden z założycieli pisma "Punk!", stracił serce dla ideologii punk po amerykańskiej trasie koncertowej The Sex Pistols.

Dla osób zainteresowanych tematem - i fanów punk rocka - jest to bardzo interesująca pozycja, wszechostronnie opracowane kompendium wiedzy tajemnej i wszelakich informacji. Dla niezainteresowanych - cóż. Zalecam ostrożność (i częste zaglądanie do indeksu nazwisk), aby nie pogubić się natłoku informacji.

Kącik pod patronatem Gordona Ramsaya, czyli What Would I Change: "klimaty ćpuńsko-huligańskie"? Liczne literówki? Zapisywanie śmiechu jako "ha, ha" zamiast "cha, cha", bo angielski jest taki cool? SERIO? Wydawnictwo Czarne też oszczędza na korekcie?... Smuteczek.

Monday, 9 July 2018

90/104. "Opowieści na dobranoc dla młodych buntowniczek"

Można było się tego spodziewać, ale oto jest - ostateczny dowód: nie jestem już młodą buntowniczką.

Albowiem, Drodzy Państwo - o ile popieram całą sobą ideę pisania inspirujących historyjek o dzielnych, mądrych i ambitnych kobietach, po lekturze których dziewczyny i dziewczynki mogą wziąć głęboki oddech i powiedzieć sobie: Ja Też Tak Będę! - o tyle mój bagaż doświadczeń i życiowego cynizmu nie pozwala mi w pełni cieszyć się treścią tychże opowiastek.

A to dlatego, że wiem, jakiego to sposobu używała Eva Duarte, po mężu Peron, żeby wyrwać się ze wsi zabitej dechami - i dlatego, że denerwuje mnie stwierdzenie: "och, Virginia Woolf, miała depresję, to jest normalna choroba, to można leczyć!" oraz "notatki Marii Curie są tak radioaktywne, że do dzisiaj nie można ich tak po prostu dotykać" - bez dokończenia myśli.

Evita zrobiła karierę przez łóżka wpływowych mężczyzn.
Virginia weszła do rzeki z kamieniami w kieszaniach.
Maria zmarła na chorobę popromienną.
Frida Kahlo żyła w związku z mężczyzną, który przypisywał sobie zasługi za jej sukces, i zachowywał się jak udzielny pan i władca absolutny.

Te kobiety zostawiły po sobie wielkie rzeczy, i ani mi w głowie umniejszać ich znaczenie - ale brakuje mi kropki nad "i", końca wieńczącego dzieło. Nie zawsze było i jest pięknie, wzniośle, odważnie i inspirująco.

A mimo to - zawsze budzi się we mnie podziw.

PS. Przy okazji - Opowieści dla chłopców, którzy chcą być wyjątkowi? Dajcie spokój, pełna żenada. Zobaczyłam to-to w księgarni internetowej, i zaplułam się na sam widok tytułu.

86/104. Anthony Doerr - "Światło, którego nie widać"

Przy wyborze tej lektury zainspirowałam się podcastem "Czytu Czytu" (o którym mogłabym tu sporo napisać, ale może innym razem?...). Lwia części powieści rozgrywa się w latach prowadzących do drugiej wojny światowej - w Niemczech i Paryżu - oraz w roku 1944 w Bretanii, gdzie przecinają się ścieżki naszych bohaterów: córki kustosza paryskiego Muzeum Historii Naturalnej, oraz niemieckiego sieroty, speca od naprawiania i kalibracji odbiorników radiowych. Kiedy się spotykają, mają mniej-więcej osiemnaście lat. Ona jest niewidoma od wczesnego dzieciństwa; porusza się po miasteczku dzięki drewnianemu modelowi najbliższej okolicy, który zrobił dla niej ojciec, i pomoga grupom konspiracyjnym. On, wychowanek elitarnej szkoły dla młodzieży hitlerowskiej, znalazł się na froncie jeszcze jako nieletni, aby śledzić miejsca nadawania partyzanckich audycji - ma jednak poważne wątpliwości natury etycznej, tak wobec swojej zadania, jak i wobec całego systemu politycznego Trzeciej Rzeszy. Na skutek skomplikowanego splotu okoliczności, tych dwoje spędza ze sobą jeden dzień w miasteczku ostrzeliwanych przez amerykańskich artylerzystów.

Czy jest to punkt zwrotny w ich historiach? Być może, choć równie dobrze można by określić w ten sposób szereg innych momentów w życiu obojga bohaterów. Doerr pokazuje tych młodych ludzi w sytuacjach moralnie ambiwalentnych, zmusza ich do podejmowania trudnych decyzji - i pokazuje konsekwencje zaniechań, nie starając się koloryzować rzeczywistości lub wmawiać komukolwiek, że wszystko będzie dobrze. Nie będzie - a przynajmniej nie tak, jak wyobrażają to sobie protagoniści oraz czytelnik.

Światło, którego nie widać jest napisane lekko, wdzięcznie i plastycznie, i przypomina nieco drewniany model miasteczka, którego uczy się na pamięć bohaterka powieści: zachwyca, ale również konfunduje, dopóki nie odnajdziemy właściwej drogi poprzez fabułę. Obszerny tom (gruby papier!) przeczytał mi się właściwie sam, i pozostawił mnie z uczuciem głębokiej czytelniczej satysfakcji. Waham się przed próbą określenia, czy jest to powieść z gatunku Young Adult, czy może opowieść historyczna, ewentualnie psychologiczna. Może po prostu należy przyjąć, że jest to dobra książka, którą warto przeczytać?

I tego się trzymajmy.

Kącik pod patronatem Gordona Ramsaya, czyli What Would I Change: Nie bardzo rozumiem, czemu na początkowych stronach powieści bohater ma inaczej na imię w zdaniu otwierającym rozdział, a inaczej w kolejnych? Błąd redaktorski? Niedopatrzenie Autora/tłumacza? Trochę trudno mi w to uwierzyć, ale sytuacja jest wybitnie konfundująca...

Wednesday, 4 July 2018

83/104. Wolfgang Buscher - "Hartland. Pieszo przez Amerykę"

Kiedy myślę o podróży lub wędrówce przez Stany Zjednoczone, w naturalny sposób staje mi przed oczami obraz Route 66, jazdy przez pustynię w samochodzie kupionym na jednym wybrzeżu po to, by go sprzedać na drugim - i ruchu poprzecznego, ze wschodu na zachód lub odwrotnie. Autor Hartland przyjmuje inną strategię - idzie piechotą, z północy na południe: od granicy kanadyjskiej w Dakocie Północnej aż do południowego Teksasu, i dalej ku Meksykowi. Przechodzi przez stany i miasta, o których mniej wiem z narracji kulturowej skierowanej ku przeciętnemu mieszkańcowi Europy: i już samo to tworzy z Hartland niezwykle interesujący obraz kraju, który znamy z licznych perspektyw, ale z tej - akurat nie.

Spodziewałam się odysei prowadzącej mnie przez krajobraz, który jestem w stanie jakoś umiejscowić, skorelować z wcześniejszymi doświadczeniami z pozycji czytelnika i widza: dostałam natomiast wciągającą opowieść o zupełnie innej Ameryce, tej, w której nie ma już bizonów, ale są potomkowie ludów, które na nie polowały; tej, w której wszyscy ostrzegają pieszego wędrowca przed "południowcami", ale nigdy nie spotyka go nic złego.

I tylko pogranicznicy są maksymalnie analnie retentywni. Ci od strony Kanady, nie Meksyku.

82/104. Kakuzo Okakura - "Księga herbaty"

Pierwsza czarka zwilża mi wargi i przełyk, druga wyzwala z osamotnienia, trzecia przenika me jałowe wnętrze, by znaleźć w nim pięć tysięcy zwojów zapisanych przedziwnymi ideogramami. Przy czwartej lekko się pocę - całe zło życia uchodzi ze mnie porami. Przy piątej czuję się oczyszczony, szósta zaprasza mnie do królestwa nieśmiertelnych, siódma - ach! nie zdołam wypić więcej.

- Lu T'ung, poeta z czasów dynastii T'ang

I o tym, Proszę Państwa, jest ta książeczka. Oraz o filozoficznej stronie picia herbaty.