Friday, 3 August 2018

Lipcowo-ebookowo


Jedną trzecią lipca spędziłam na pracującym urlopie, czytając głównie ebooki. Zaczęłam od Carole Nelson Douglas, i jej powieści z Irene Adler – bohaterką, którą darzę ogromną sympatią od czasów mojego pierwszego spotkania z „kanonicznym” Sherlockiem Holmesem; uczucie to umocniło się we mnie kilka lat temu, dzięki wydatnej pomocy Rachel McAdams i Lary Pulver. Irene z serii książkowej wyobrażam sobie mniej-więcej tak, jak została zagrana w filmie Guya Ritchie – z dodatkiem w postaci sięgających pierwowzoru literackiego zdolności wokalnych, oraz słabości do papierosów. W wersji pani Douglas, Irene (po mężu: Norton) prowadzi „pół-oficjalną” działalność detektywistyczną, wskutek czego dość często „wpada” na Sherlocka Holmesa: ich wzajemny stosunek (sic!) objawia się szczególnie w nowelce The Private Wife of Sherlock Holmes – chronologicznie ostatniej części cyklu, którą przeczytałam poza kolejnością, nie mogąc się już doczekać. Another Scandal in Bohemia powraca do oryginalnej historii z udziałem Irene, i zabiera naszych bohaterów w podróż do Pragi, gdzie dzieją się rzeczy mocno niepokojące – bez względu na to, czy należy je przypisać działaniom irracjonalnego króla (niegdysiejszego ukochanego Irene), czy... praskiego Golema. Historię wchłonęłam jak gąbką, a pseudonim, jaki Irene przybrała na potrzeby występów incognito na czeskim dworze, przyprawił mnie o paroksyzmy śmiechu. Polecam serdecznie: dwa tomy otwierające serię (Dobranoc, panie Holmes oraz Dzień dobry, Irene!) zostały wydane kilka lat temu przez Bukowy Las, i stanowią znakomite wprowadzenie do historii pani Norton, nee Adler.

Niezwykłą historię Marvel Comics Seana Howe czytało mi się nieco dłużej, zapewne z uwagi na nagromadzenie dat, nazwisk, oraz tytułów komiksów, z którymi nie jestem przesadnie emocjonalnie związana. Będąc jednakowoż bezapelacyjnie kibicme Drużyny Marvela (w opozycji do Drużyny DC), znalazłam sporą przyjemność w śledzeniu losów moich ulubionych bohaterów (Jean Grey!), i tylko trochę smutno mi się zrobiło przy opisach machlojek i nieuczciwości wydawnictwa względem grafików i scenarzystów. Not cool, gentlemen. Definitely not cool.

Na pocieszenie (czy aby skuteczne?) zaserwowałam sobie opowieść o jednej porze roku z życia pewnej pisarki: Sylvię Plath w Nowym Jorku Elizabeth Wilder. Ten zbeletryzowany wyjątek z biografii, odnoszący się do okresu życia Sylvii opisanego w Szklanym kloszu, przybliża czytelnikowi pracę Sylvii w charakterze redaktorki-stażystki magazynu „Mademoiselle” – i podejmuje próbę wyjaśnienia, dlaczego po pięknym, intensywnie przeżytym lecie Sylvia nałykała się tabletek i ukryła w piwnicy własnego domu rodzinnego, gdzie odnaleziono ją dopiero po trzech dniach. Interesująca perspektywa, pozycja cenna dla miłośników twórczości Plath: mnie zmęczyły jednak bogate opisy strojów, fryzur i makijażu. Chyba nie jestem prawdziwie kobiecą kobietą... ;)

Dobrego weekendu! Co będziecie czytać?

Sunday, 15 July 2018

Miłość, religia, historia? O „Rozwiązłej” Jarosława Kamińskiego


Tylko Lola Jarosława Kamińskiego była dla mnie jednym z największym objawieniem czytelniczym ostatnich miesięcy - nic więc dziwnego, że rzuciłam się na Rozwiązłą, debiut powieściowy Autora sprzed pięciu lat, wznowiony ostatnio przez Wydawnictwo W.A.B., jak pelikan na świeżą rybę. W materiałach prasowych pojawiał się motyw powieści obyczajowej o związku starszej kobiety ze sporo młodszym mężczyzną, oraz reperkusji związanych z ujawnieniem tego związku przed rodziną partnera, natomiast sam Autor oświadczył na okładce książki, że „lubi bawić się myślą, że Rozwiązła to w gruncie rzeczy powieść religijna”. Ja tymczasem uważam, że jest to przede wszystkim rozliczenie z historią.

Już po lekturze Loli rzuciła mi się w oczy skłonność Jarosława Kamińskiego do przeprowadzania prób rozliczania się z historią najnowszą – dokładniej rzecz ujmując, z wydarzeniami roku 1968 oraz podejściem do (brzydko mówiąc) kwestii żydowskiej w powojennej Polsce. W Rozwiązłej położył podstawy pod historię z Tylko Loli, wychodząc od bardzo osobistej sytuacji (niestatystycznego związku dwojga ludzi) do rozważań natury ogólnej.

Na pierwszy rzut oka wydaje się, że mamy do czynienia z powieścią obyczajowej. Oto Zofia, lat około czterdziestu, udaje się na pierwsze spotkanie z rodziną swojego partnera, Adama – lat około dwudziestu dwóch. Nie spodziewa się kwiatów, czekolady i akceptacji – i słusznie, ponieważ rodzice i dziadek Adama reagują na wiadomość o tożsamości Zofii absolutną agresją i odrzuceniem. Zaczynają się awantury, pretensje i szantaże emocjonalne. O ile Zofia zagryza zęby i podejmuje decyzję o stawieniu czoła sytuacji, o tyle Adam kończy w szpitalu, z płukaniem żołądka po nieudanej próbie samobójczej. Zaczyna unikać Zofii, zachowywać się nieracjonalnie, robić awantury – a wszystko dlatego, że podejrzewa ukochaną o związek z… no właśnie, z kim właściwie?



Rozpoczynając lekturę debiutu Kamińskiego miałam przykre podejrzenia, że tytuł odnosi się do „rozwiązłości” Zofii, która zdecydowała się na znaczy od siebie młodszego kochanka. W trakcie lektury okazało się jednak, że, po pierwsze: można go interpretować zupełnie inaczej, a po drugie – że opowieść o związku Zofii i Adama to zaledwie wstęp do właściwej historii.

W poszukiwaniu odpowiedzi na nieracjonalne zachowanie ukochanego, Zofia rozpoczyna podróż w głąb swojego życia, którego początek spędziła w domu dziecka. Opowieść w opowieści – historia matki Zofii, kobiety, której odebrano prawa rodzicielskie wkrótce po przyjściu na świat naszej opowieści – zajmuje znaczną część powieści, i prowadzi czytelnika do klasztoru na Podlasiu, a stamtąd – na Uniwersytet Warszawski w przeddzień Marca, do willi intelektualisty i współpracownika bezpieki z okresu głębokiego socjalizmu realnego, aresztu na Rakowieckiej, oraz do daczy dziadka Adama. Zofia wkracza do kompletnie obcego sobie świata, próbując rozwikłać tajemnicę zniknięcia swojej matki, jej pochodzenia i przekonań, i wreszcie – tożsamości swojego ojca, którego nazwiska nie wpisano  nawet w jej akcie urodzenia. Nie jest to prosta sprawa, szczególnie gdy w grę zaczynają wchodzić Religia oraz Historia – te pisane wielkimi literami, siły poruszające świat.

Przyznam szczerze, że ta część historii podoba mi się o wiele bardziej, niż „obyczajówka” – dynamika związku Zofii i Adama jest dla mnie zupełnie niezrozumiała, i wynika to raczej z kapryśnych charakterów obojga bohaterów niż z dzielącej ich różnicy wieku. Zdecydowanie więcej emocji wywołała we mnie podróż Zofii – w sensie fizycznym i duchowym – i jej poszukiwania prawdy o swojej tożsamości i o historii swojej nieznanej matki. Odkrycia, w których znaczny udział ma dziadek Adama (bo jest to również opowieść o rodzinie ukochanego Zofii, i trupach trzymanych w jej mieszczańskich szafach), wywracają życie Zofii i Adama do góry nogami, a tajemnica, o ujawnienie której oboje walczą przez większość powieści, może oznaczać koniec ich związku. Czy tak będzie? Musicie przeczytać Rozwiązłą, żeby się przekonać.

Ostatnia uwaga: w powieści Kamińskiego ujęła mnie również, oprócz szufladkowej konstrukcji i niebanalnej treści, forma graficzna: dialogi „wpisane” w poszczególne akapity, przyczyniające się do tworzenia ciągłości akcji i skupiające uwagę czytelnika na treści książki. Nie spotkałam się wcześniej z tego rodzaju zabiegiem literackim, ale jestem jak najbardziej na TAK.

Dziękuję Wydawnictwu W.A.B. za umożliwienie mi przeczytania powieści.

89/104. Cixin Liu, "Problem trzech ciał"

Przez lekturą Problemu trzech ciał nie wiedziałam absolutnie niczego o chińskim SF.

Po przeczytaniu Problemu trzech ciał wiem raczej niewiele.

O co chodzi? Otóż: w mrocznych latach po rewolucji kulturalnej (początek książki opisuje ten okres dość szczegółowo, i raczej niepotrzebnie) w zapomnianym zakątku Chin zbudowano obserwatorium astronomiczne,w którym podejmowano próby skontaktowania się z innymi inteligentnymi mieszkańcami Wszechświata. Próba została uwieńczona sukcesem - o tyle, o ile - i oto zmierza ku nam międzygwiezdna flota z innej planety, a jej zamiary są, łagodnie mówiąc, odbiegające od wyobrażeń mieszkańców Ziemi.

I co, tyle? W zasadzie - tak. Książka ma, oczywiście, bohaterów: ale kompletnie nie zapadli mi oni w pamięć, ani nie przekonali to swoich racji. Pojawia się sporo założeń z dziedziny matematyki i fizyki, na przykład w kontekście prób opisania chaotycznego układu trzech ciał, na przykładzie wzmiankowanej planety w dalekim Kosmosie: otaczają ją trzy gwiazdy, których nieregularne wschody i zachody stanowią poważny problem dla rozwoju cywilizacji skazanej na nieprzewidywalne okresy wiecznej nocy i upiornego gorąca; problem ten udziela tytułu książce oraz grze VR, w którą angażują się bohaterowie. Założenia teoretyczne są początkowo niezrozumiałe, ale później można spokojnie analizować tok myślenia bohaterów oraz Autora, i śledzić model rozwoju trisolarnej planety. Interesujący problem, przyznaję: ale czy to wystarczy - nawet w połączeniu z jakąśtam fabułą - dla zrównoważenia kiepskiego poziomu językowego (powieść przełumaczono najpierw z chińskiego na angielski, a następnie z angielskiego na polski) i dłużyzn, które nie wnoszą niczego ani do historii, ani do budowy świata?

Ja jestem mocno nieprzekonana - aczkolwiek słyszałam o zapalonych entuzjastach Problemu trzech ciał oraz kolejnych powieści Liu (owszem, jest z tego trylogia). Zachęcam zatem, abyście w wolnej chwili sprawdzili, jaki Wy macie stosunek do chińskiego science fiction. Może znajdziecie w nim coś, co mi umknęło?

Thursday, 12 July 2018

87/104. Gillian McCain, Legs McNeil - "Please Kill Me. Punkowa historia punka"

Wbrew temu, co twierdzi(ła) spora część miłośników muzyki punkowej, ten nurt w kulturze zaczął się nie w Anglii (wrazw powstaniem The Sex Pistols czy The Clash) - ale dobrych kilkanaście lat wcześniej w Stanach Zjednoczonych, kiedy działalność rozpoczęli Velveci, The Stooges, The Ramones, The New Yourk Dolls, Television i Patti Smith Group. Legs McNeil i Gillian McCain postawili sobie karkołomne zadanie przybliżenia czytelnikom tych wczesnych lat rozkwitu subkultury punkowej (oraz lat jej największej, jeśli można to tak określic, prosperity) i wykonali gignatyczną robotę reporterską, przeprowadzając dziesątki wywiadów (oraz docierając do archiwalnych zapisów rozmów) z muzykami, artystami, groupies i rodzinami gwiazd ówczesnej sceny punkowej. W rezultacie otrzymujemy reportaż złożony z przeplatających się wypowiedzi o muzyce, twardych narkotykach, rewolucji seksualnej, brutalności i bezwzględności świata, zmianach obyczajowych i kulturowych.

Dowiadujemy się z nich między innymi tego, że Angela Bowie odeszła od swojgo męża z powodu jego fascynacji niemieckim ekspresjonizmem (oraz wykonywania hitlerowskich salutów podczas jazdy odkrytą limuzyną przez ulice Londynu); że rzeczony David, mąż Angeli, wybrał się z Iggym Popem do Berlina "pożyć w cieniu Isherwooda" (urocza wizja); że niektórzy przypisują amerykańskiego rządowi odpowiedzialność za plagę uzależnienia od heroiny wśród kontestujących rzeczywistość artystów; co ludzie myśleli o Jimie Morrisonie; jak wyglądała historia Sida i Nancy - i wreszcie, dlaczego McNeil, jeden z założycieli pisma "Punk!", stracił serce dla ideologii punk po amerykańskiej trasie koncertowej The Sex Pistols.

Dla osób zainteresowanych tematem - i fanów punk rocka - jest to bardzo interesująca pozycja, wszechostronnie opracowane kompendium wiedzy tajemnej i wszelakich informacji. Dla niezainteresowanych - cóż. Zalecam ostrożność (i częste zaglądanie do indeksu nazwisk), aby nie pogubić się natłoku informacji.

Kącik pod patronatem Gordona Ramsaya, czyli What Would I Change: "klimaty ćpuńsko-huligańskie"? Liczne literówki? Zapisywanie śmiechu jako "ha, ha" zamiast "cha, cha", bo angielski jest taki cool? SERIO? Wydawnictwo Czarne też oszczędza na korekcie?... Smuteczek.

Monday, 9 July 2018

90/104. "Opowieści na dobranoc dla młodych buntowniczek"

Można było się tego spodziewać, ale oto jest - ostateczny dowód: nie jestem już młodą buntowniczką.

Albowiem, Drodzy Państwo - o ile popieram całą sobą ideę pisania inspirujących historyjek o dzielnych, mądrych i ambitnych kobietach, po lekturze których dziewczyny i dziewczynki mogą wziąć głęboki oddech i powiedzieć sobie: Ja Też Tak Będę! - o tyle mój bagaż doświadczeń i życiowego cynizmu nie pozwala mi w pełni cieszyć się treścią tychże opowiastek.

A to dlatego, że wiem, jakiego to sposobu używała Eva Duarte, po mężu Peron, żeby wyrwać się ze wsi zabitej dechami - i dlatego, że denerwuje mnie stwierdzenie: "och, Virginia Woolf, miała depresję, to jest normalna choroba, to można leczyć!" oraz "notatki Marii Curie są tak radioaktywne, że do dzisiaj nie można ich tak po prostu dotykać" - bez dokończenia myśli.

Evita zrobiła karierę przez łóżka wpływowych mężczyzn.
Virginia weszła do rzeki z kamieniami w kieszaniach.
Maria zmarła na chorobę popromienną.
Frida Kahlo żyła w związku z mężczyzną, który przypisywał sobie zasługi za jej sukces, i zachowywał się jak udzielny pan i władca absolutny.

Te kobiety zostawiły po sobie wielkie rzeczy, i ani mi w głowie umniejszać ich znaczenie - ale brakuje mi kropki nad "i", końca wieńczącego dzieło. Nie zawsze było i jest pięknie, wzniośle, odważnie i inspirująco.

A mimo to - zawsze budzi się we mnie podziw.

PS. Przy okazji - Opowieści dla chłopców, którzy chcą być wyjątkowi? Dajcie spokój, pełna żenada. Zobaczyłam to-to w księgarni internetowej, i zaplułam się na sam widok tytułu.

86/104. Anthony Doerr - "Światło, którego nie widać"

Przy wyborze tej lektury zainspirowałam się podcastem "Czytu Czytu" (o którym mogłabym tu sporo napisać, ale może innym razem?...). Lwia części powieści rozgrywa się w latach prowadzących do drugiej wojny światowej - w Niemczech i Paryżu - oraz w roku 1944 w Bretanii, gdzie przecinają się ścieżki naszych bohaterów: córki kustosza paryskiego Muzeum Historii Naturalnej, oraz niemieckiego sieroty, speca od naprawiania i kalibracji odbiorników radiowych. Kiedy się spotykają, mają mniej-więcej osiemnaście lat. Ona jest niewidoma od wczesnego dzieciństwa; porusza się po miasteczku dzięki drewnianemu modelowi najbliższej okolicy, który zrobił dla niej ojciec, i pomoga grupom konspiracyjnym. On, wychowanek elitarnej szkoły dla młodzieży hitlerowskiej, znalazł się na froncie jeszcze jako nieletni, aby śledzić miejsca nadawania partyzanckich audycji - ma jednak poważne wątpliwości natury etycznej, tak wobec swojej zadania, jak i wobec całego systemu politycznego Trzeciej Rzeszy. Na skutek skomplikowanego splotu okoliczności, tych dwoje spędza ze sobą jeden dzień w miasteczku ostrzeliwanych przez amerykańskich artylerzystów.

Czy jest to punkt zwrotny w ich historiach? Być może, choć równie dobrze można by określić w ten sposób szereg innych momentów w życiu obojga bohaterów. Doerr pokazuje tych młodych ludzi w sytuacjach moralnie ambiwalentnych, zmusza ich do podejmowania trudnych decyzji - i pokazuje konsekwencje zaniechań, nie starając się koloryzować rzeczywistości lub wmawiać komukolwiek, że wszystko będzie dobrze. Nie będzie - a przynajmniej nie tak, jak wyobrażają to sobie protagoniści oraz czytelnik.

Światło, którego nie widać jest napisane lekko, wdzięcznie i plastycznie, i przypomina nieco drewniany model miasteczka, którego uczy się na pamięć bohaterka powieści: zachwyca, ale również konfunduje, dopóki nie odnajdziemy właściwej drogi poprzez fabułę. Obszerny tom (gruby papier!) przeczytał mi się właściwie sam, i pozostawił mnie z uczuciem głębokiej czytelniczej satysfakcji. Waham się przed próbą określenia, czy jest to powieść z gatunku Young Adult, czy może opowieść historyczna, ewentualnie psychologiczna. Może po prostu należy przyjąć, że jest to dobra książka, którą warto przeczytać?

I tego się trzymajmy.

Kącik pod patronatem Gordona Ramsaya, czyli What Would I Change: Nie bardzo rozumiem, czemu na początkowych stronach powieści bohater ma inaczej na imię w zdaniu otwierającym rozdział, a inaczej w kolejnych? Błąd redaktorski? Niedopatrzenie Autora/tłumacza? Trochę trudno mi w to uwierzyć, ale sytuacja jest wybitnie konfundująca...

Wednesday, 4 July 2018

83/104. Wolfgang Buscher - "Hartland. Pieszo przez Amerykę"

Kiedy myślę o podróży lub wędrówce przez Stany Zjednoczone, w naturalny sposób staje mi przed oczami obraz Route 66, jazdy przez pustynię w samochodzie kupionym na jednym wybrzeżu po to, by go sprzedać na drugim - i ruchu poprzecznego, ze wschodu na zachód lub odwrotnie. Autor Hartland przyjmuje inną strategię - idzie piechotą, z północy na południe: od granicy kanadyjskiej w Dakocie Północnej aż do południowego Teksasu, i dalej ku Meksykowi. Przechodzi przez stany i miasta, o których mniej wiem z narracji kulturowej skierowanej ku przeciętnemu mieszkańcowi Europy: i już samo to tworzy z Hartland niezwykle interesujący obraz kraju, który znamy z licznych perspektyw, ale z tej - akurat nie.

Spodziewałam się odysei prowadzącej mnie przez krajobraz, który jestem w stanie jakoś umiejscowić, skorelować z wcześniejszymi doświadczeniami z pozycji czytelnika i widza: dostałam natomiast wciągającą opowieść o zupełnie innej Ameryce, tej, w której nie ma już bizonów, ale są potomkowie ludów, które na nie polowały; tej, w której wszyscy ostrzegają pieszego wędrowca przed "południowcami", ale nigdy nie spotyka go nic złego.

I tylko pogranicznicy są maksymalnie analnie retentywni. Ci od strony Kanady, nie Meksyku.

82/104. Kakuzo Okakura - "Księga herbaty"

Pierwsza czarka zwilża mi wargi i przełyk, druga wyzwala z osamotnienia, trzecia przenika me jałowe wnętrze, by znaleźć w nim pięć tysięcy zwojów zapisanych przedziwnymi ideogramami. Przy czwartej lekko się pocę - całe zło życia uchodzi ze mnie porami. Przy piątej czuję się oczyszczony, szósta zaprasza mnie do królestwa nieśmiertelnych, siódma - ach! nie zdołam wypić więcej.

- Lu T'ung, poeta z czasów dynastii T'ang

I o tym, Proszę Państwa, jest ta książeczka. Oraz o filozoficznej stronie picia herbaty.

Monday, 25 June 2018

80-81/104. James A. Corey, "Przebudzenie Lewiatana"

Mam nieodparte wrażenie, że ktoś tu kogoś brzydko zrobił w bambuko, jezeli chodzi o przygotowanie polskiego wydania. Ale po kolei.

O serialu The Expanse słyszałam sporo, i dość szybko wpisałam go na moją listę Rzeczy, Które Obejrzę Jak Skończą Mi Się Rzeczy, Które Obecnie Oglądam Oraz Ulubione Powtórki. Zanim jednak dotarłam do tego punktu w życiu, namierzyłam w lokalnej bibliotece Przebudzenie Lewiatana Jamesa S.A. Coreya (seriously, człowieku, ile masz tych imion?) – książkę w dwóch tomach, która posłużyła za kanwę do nakręcenia serialu. W ramach przygotowania do seansu, wypożyczyłam najpierw pierwszy, a zaraz potem drugi tom – i o ile mój apetyt na serial rósł w miarę czytania, o tyle wspierały go mdłości, niedowierzanie i ogólny wkurw – o czym za chwilę, bo muszę sobie dawkować emocje.

O co w ogóle chodzi? O Kosmos, o zasoby, o broń i o kontrolę nad aktualnym kształtem ludzkiej cywilizacji. Wszechświat według Coreya zakłada całkiem zaawansowany etap kolonizacji Układu Słonecznego – zaawansowany do tego stopnia, że część rodzaju ludzkiego wyrasta i ewoluuje w warunkach zmniejszonej grawitacji pasa asternoid między Planetami Wewnętrznymi a gazowymi olbrzymami, wykształcając cechy osobnicze charakterystyczne dla tych warunków życia. O ile jednak obserwujemy szereg zmian w sposobie życia, podróżowania czy konstruowania relacji międzyludzkich, o tyle sprawy fundamentalne nie uległy zmianie od czasów nam współczesnych, i w społeczeństwie nadal funkcjonują zarówno jednostki bardzo dobre, jak i bardzo złe. I to właśnie w ręce tych drugich wpada niezwykła „przesyłka”, wokół której trup ściele się gęsto, a atmosfera suspensu narasta z chwili na chwilę. No dobrze, trochę ironizuję: ale tak naprawdę w Przebudzeniu Lewiatana interesowały mnie ewolucje charakterów poszczególnych postaci, oraz rozój relacji pomiędzy nimi. Akcja akcją, bardzo, owszem, zajmująco się to czytało – ale skupiałam się trochę na czym innym.

Na przykład na tym, żeby nie zauważać drastycznego pogorszenia jakości tłumaczenia w drugim tomie.

Zaprawdę, zaprawdę, powiadam Wam: oba tomy ukazały się w Fabryce Słów, w spójnej szacie graficznej, a sądząc po nazwiskach wymienionych w pozycjach „Tłumacz”, „Korekta” oraz „Redaktor” za oba tomy odpowiadał ten sam zespół ludzki.

Czemu zatem, pytam się grzecznie, tom pierwszy czyta się z wielką przyjemnością, nic nie zgrzyta, a tłumaczenie jest dowcipne i bardzo profesjonalne – a w drugim powiadujemy się, że pisze się dopUki oraz kilka dziesiąt, że w języku polskim istnieją słowa inżektor (= iniektor) oraz genocyd (= ludobójstwo), a składnia zostaje żywcem przeniesiona z tłumacza Google? Po błyskawicznej lekturze tomu pierwszego, zawdzięczającego wysoką jakość zarówno sprawnego prowadzeniu akcji, jak i świetnemu tłumaczeniu, tom drugi czytało mi się jak po grudzie. Ze szkłem pod paznokciami.

Podsumowując: historia świetna, ale kupując prawa do tłumaczenia i ustalając terminy jego wykonania chyba zapomniano, że budżet/czasokres należy podzielić na dwa...

Smuteczek, Szanowni, smuteczek ogromny. I stąd sprzeczne tagi przy tej notce.

Kącik pod patronatem Gordona Ramsaya, czyli What Would I Change?: Tłumacza. Zmieniłabym tłumacza. Albo sposób zarządzania zasobami finansowymi w cyklu produkcyjnym wydania polskiego.

Sunday, 24 June 2018

Mów do mnie wierszem... Antologia "Znowu pragnę ciemnej miłości"

Joanna Lech, redaktor wydanej przez W.A.B. antologii bardziej i mniej znanej polskiej liryki miłosnej Znowu pragnę ciemnej miłości, pisze we wstępie: W szare, zwykłe dni, gdy zmęczenie i pyły wiszą w powietrzu, zaszywam się w domu, obkładam stosami książek, zapalam ciepłe światło i czytam. Dokładnie tak przyszło mi spędzić weekend po wejściu w posiadanie egzemplarza Znowu pragnę ciemnej miłości - ignorując deszczową aurę za oknem, obłożyłam się kotami i kocami, po czym przystąpiłam do lektury.
Leczenie przez czytanie.
Spotkałam się ze stwierdzeniem, że ten wybór wierszy stanowi "odpowiedź na fenomen insta-poetek". Coś w tym chyba jest - Joanna Lech dokonała mądrego wyboru, prezentując szeroki wachlarz polskiej poezji miłosnej i erotycznej, od Miłości Marii Pawlikowskiej-Jasnorzewskiej (Nie widziałam cię już od miesiąca...) czy użyczającego antologii tytułu wiersza Haliny Poświatowskiej, po utwory spod pióra Justyny Bargielskiej, Genowefy Jakubowskiej-Fijałkowskiej, Jakobe Mansztajna czy Julii Fiedorczuk. W efekcie uzyskaliśmy wielogłos, który na rozliczne sposoby mówi o blaskach i cieniach miłości, pasji i pożądania, odwołując się do podstawowej potrzeby kochania i bycia kochanym.

maluję rzęsy
zdejmuję ubranie
obejmuję plecy mężczyzny
kolekcjonuję wizerunki aniołów
i linijki z wierszy o miłości lub śmierci
szukam ludzi, którzy umieją rozmawiać z jeżami
Coś - Julia Fiedorczuk
Przykład delikatnych grafik powiązanych z wierszami poszczególnych poetów (tutaj: dokończenie utworu cytowanego powyżej).
W tej antologii jest zaskakująco dużo przestrzeni, choć nie ma się poczucia, że strony z grafikami zostały dodane na siłę, i tylko w celu zwiększenia objętości tomiku. Wszystko, co weszło w skład Znowu pragnę..., zostało starannie przemyślane i skomponowane, a ciemnogranatowy kolor okładki i czcionki, w połączeniu z matową bielą i opalizującym srebrem, nawiązuje do estetyki nocy, intymności, szeptanych do ucha wyznań oraz miłości we wszystkich jej przejawach. Wielu poetów, których wiersze wybrała Joanna Lech, znałam tylko z nazwiska, lub nie kojarzyłam w ogóle: ich głosy opowiadające o doświadczeniu miłości i pożądania brzmią jednak znajomo, ponieważ odwołują się do doświadczeń bliskich każdemu, kto kiedykolwiek kochał, tracił, tęsknił, odpychał, pragnął i odrzucał.

Jeżeli to z miłości, będzie nam wybaczone,
pozostaną za nami łóżka niepościelone i napoczęte
miasta, rozchylone zasłony, ledwo dotknięte
rzeczy i trochę brudnych naczyń. (...)
Drugi hipotyk - Tomasz Różycki

Wiersz Romana Honeta
Znowu pragnę ciemnej miłości to antologia spójna, przemyślana i znakomicie skomponowana. Celowo unikam tutaj słowa "kompletna" - w nadziei, że pojawią się kolejne tomy o podobnej tematyce; temat z pewnością nie został wyczerpany, pomimo pozornego "zagadania" tematu. Miłość jest sprawą dalece indywidualną: a przecież zdarzają się wiersze uderzające w serca niezliczonych rzesz czytelników, i przemawiające głosem Absolutu. Idę o zakład, że znajdziecie w tym wyborze co najmniej kilka utworów, nad którymi pokiwacie głowami w zadumie.

Czasem mam w sobie taki myślnik, taki szum - pisze w wierszu Zawroty (dizzy, dizzy) czuwająca nad wyborem utworów do antologii Joanna Lech. Sprawdźcie, czy Znowu pragnę ciemnej miłości uciszy szum w Was. Najlepiej w szary, deszczowy dzień, kiedy wydaje się, że nic dobrego już się nie przydarzy...

Kącik pod patronatem Gordona Ramsaya, czyli What would I change: Chętnie zobaczyłabym w antologii biogramy poszczególnych poetów - może przy okazji drugiego wydania? Trzymam kciuki!

Recenzja powstała we współpracy z Wydawnictwem W.A.B.

Saturday, 23 June 2018

79/104. Agnieszka Szpila, "Bardo"

Po pierwsze, pomyślałam sobie, że ta książka sprawia wrażenie napisanej przez faceta - i to takiego, który nie patyczkuje się ze słowami. I to, proszę Państwa, jest plus bardzo dodatni. Bardo trafia w punkt, obnaża szereg naszych małych (maluczkich nawet) narodowych ksenofobicznych traum, polską chęć od pakowania wszystkiego w starannie zaszeregowane szufladki komódek, i wysyłania niektórych takich mebelków prosto w paszczę zimnego Kosmosu. Nie jesteśmy - my, naród pokazany w tej powieści - ani tolerancyjni, ani przesadnie ukulturalnieni, miejscami nawet nie do końca ludzcy, bo o byciu sympatycznymi taktownie nie wspominam. Zdarzyło mi się skrzywić przy lekturze - ale bynajmniej nie dlatego, że odnajdowałam w perypetiach tudzież postawach życiowych bohaterów ślady fałszu i przesady. Przeciwnie. Bardo przełyka się jak gorzką pigułkę prawdy o demonach dręczących Polaków - i wychodzi się z tej kuracji wymiętoszonym psychicznie, ale i ubogaconym. Polecam serdecznie, bez względu na skutki uboczne w postaci tymczasowego napadu niechęci do świata i ludzi.

Wednesday, 20 June 2018

78/104. Martyna Raduchowska: "Czarne światła. Łzy Mai"

Jest to, proszę Państwa, książka niebiorąca jeńców, i skłaniająca czytelników do podejmowania strajku okupacyjnego pod drzwiami Autorki w oczekiwaniu na tom drugi. Wznowienie pierwszego, jakie na się niebawem ukazać, daje nadzieję na rychłą kontynuację. AT LEAST I HOPE SO.

O co chodzi? Chodzi o świat z przyszłości nie tak znów odległej, o rozwój sztucznej inteligencji oraz o cyborgizację/augmentację "żywych" ludzi. Chodzi również o bardzo dobrze przygotowane podłoże naukowe, o dylematy moralne związane z istnieniem androidów i cyborgów - i o pytanie o granicę między człowiekiem i maszyną, nie mówiąc już o cechach różnicujących obie te grupy. Do tego dołóżmy jeszcze odpowiednio pokomplikowaną intrygę kryminalną, zdrową dozę psychoanalizy, i bum: oto najlepsza książka Martyny Raduchowskiej, jaką miałam okazję czytać. A przypominam, że cyklem o Szamance też się ekscytowałam.

Bardzo pięknie, Pani Martyno. Poprosimy o więcej...

Monday, 18 June 2018

77/104. Jacek Leociak, "Młyny Boże"

Na moim instagramowym profilu widnieje bardzo ładne zdjęcie tej książki. To takie trochę odczarowywanie rzeczywistości, albowiem Młyny Boże ładną książką nie są. Ważną, potrzebną, wielowymiarową - owszem. Ale ładną: w życiu.

Musimy sobie, jako naród, pozwolić na "odczarowanie" pewnych mitów. Przyznać, że istniało coś takie jak polskie obozy koncentracyjne: miejsca, których nazwa nie wynika wyłącznie z położenia geograficznego - po szczegóły odsyłam do Małej zbrodni, czytanej przeze mnie na początku tego roku. Musimy również z pokorą przyznać, że - mimo wielkiej odwagi znacznej części społeczeństwa - nie wszyscy Polacy okazali się na tyle szlachetni, odważni, lub zwyczajnie ludzcy, aby ratować Żydów przed zagładą. W Kościele katolickim można natomiast było zaobserwować tak postawy skrajnie heroiczne, jak i skrajnie antysemickie. Jacek Leociak obrał sobie za cel przedstawienie tych drugich, rzadziej wspominanych w dyskursie dotyczącym postawy polskiego duchowieństwa i świeckich wobec okupanta wyżynającego w pień naród żydowski. Postawy, osoby i fakty opisane są w Młynach Bożych w sposób emocjonalnie nacechowany - zaiste, trudno byłoby zachować w tej sytuacji całkowitą bezstronność i zimną krew - ale oparty na faktach, nie na spekulacjach czy osobistych przekonaniach, do których naginana jest rzeczywistość zastana. To jedna z tych książek, które otwierają człowiekowi oczy na dwuznaczność sytuacji przedstawianych zazwyczaj mocno jednoznacznie - i już za sam ten fakt Autorowi należą się wyrazy uznania.

Polecam, uprzedzając zarazem, że nie będzie to łatwa lektura...

Saturday, 16 June 2018

76/104: Jonasz Kofta, "Wiersze"

W ostatni poniedziałek pracowałam z domu, i tak jakoś, między jednym raportem tłumaczeniowym a drugim, zachciało mi się poczytać Koftę. Pojechałam zatem do biblioteki przy lokalnym Skwerze Seniora, padłam na ławeczkę przy tężni, i nie wstałam, dopóki nie przeczytałam całego zbiorku.

Dla porządku dodam, że mając jakieś czternaście (!) lat usłyszałam Popołudnie w wykonaniu Kasi Groniec, i zostałam bezwarunkowo kupiona dla poetyki Autora. Jakoś tak wyszło, że w domu słuchało się głównie tekstów Osieckiej i Młynarskiego - tymczasem Jonasz Kofta to inna wrażliwość, coś, co na swój prywatny użytek nazywam "agresywną Osiecką na sterydach".

Jest w tych tekstach - tych wierszach i piosenkach - wiele wrażliwości i subtelnej łagodności, ale także - niezgoda na świat zastany. Jest wzruszające użycie języka (Ździebełko ciepełka / W codziennych piekiełkach) i zdrowa, soczysta "kurwa" w Szarym poemacie, gdzie Autor bierze się za bary ze światem. Jest refleksja, i jest reakcja na nieciekawą rzeczywistość. I wielka, wszechogarniająca potrzeba powrotu do prostoty, do używania głowy do myślenia i serca do odczuwania, zamiast zrzucania tych funkcji na inne organy.

Wolna, wolna jest myśl
Wielkie, wielki jest strach
Gdy świadomość
Rośnie nad byt
Głowa z dupą
Zrywają pakt
                                  Song o ściętej głowie

Chciało mi się niezobowiązująco poczytać Koftę. Wyszło mi z tego dużo myślenia o świecie i o ludziach. I za to jestem wdzięczna.