Thursday, 19 January 2017

Prezes i piekarz na wywczasach, czyli Kamieniczne SPA



Stanisław Kamiński poznaje Stanisława Kawińskiego w Zakopanem, kiedy okazuje się, że na skutek pomyłki p.o. recepcjonisty Józefa (górala, który doskonale zna cenę profesjonalnych usług hotelarskich oraz… dyskretnego milczenia) panowie muszą dzielić pokój – przestronny apartament o wiele mówiącym numerze 13. Oprócz ewidentnej zbieżności nazwisk, dwaj Stanisławowie nie mają ze sobą zbyt wiele wspólnego: jeden z nich jest prezesem Polskiej Izby Hotelarskiej, odpowiada za przyznawanie gwiazdek nowym hotelom, i przyjeżdża do Zakopanego służbowo – drugi to piekarz z Rybnika, aktualnie przebywający na wakacjach z żoną. Z pozoru niewinna pomyłka recepcjonisty urasta wkrótce do rozmiarów prawdziwej katastrofy – a wszystko to za sprawą zagubionego radzieckiego pierścionka, niespodziewanych wizyt żony i kochanki jednego z panów, mokrych spodni oraz… cieknącego kaloryfera.

Po popularnym „ZUS-ie, czyli Zalotnym Uśmiechu Słonia”, w repertuarze Teatru Kamienica pojawia się kolejny spektakl o akronimicznym tytule: „SPA – czyli Salon Ponętnych Alternatyw” (scenariusz i reżyseria: Emilian Kamiński). Miałam przyjemność obserwować "z pierwszej ręki" reakcje pierwszych widzów tej świeżo upieczonej, pogodnej farsy z górami w tle, i wnioski są jednoznaczne: publiczność to kupiła, i prosi o więcej!

                              
źródło: Teatr Kamienica

Premiera „SPA” przewidziana jest dopiero na jutro – 20 stycznia 2017 – więc nie będę się zanadto rozwodzić nad samą fabułą sztuki, a zamiast tego opowiem, czego możecie się po niej spodziewać. Oczekujcie zatem śpiewającego i tańczącego kierownika hotelu (w tej roli Piotr Ligienza) oraz góralskich mądrości życiowych, pięknie podanych gwarą przez Piotra Skargę. Oczekujcie nowych twarzy – po raz pierwszy możemy oglądać na scenie Teatru Kamienica Paulinę Holtz, Joannę Opozdę, Annę Powierzę i Jacka Rozenka – i dobrych znajomych (ukłony dla Arkadiusza Janiczka, brawurowo odtwarzającego rolę Stanisława-piekarza). Spodziewajcie się informacji o nowinkach z dziedziny wellness&spa (niektórych wolałabym jednak nie testować osobiście, ale każdemu, co mu się podoba), i celnych komentarzy na temat wpływu pracy w korporacji na kondycję psychofizyczną współczesnego mężczyzny oraz… ścieżek kariery w show-businessie.

Nastawcie się zatem na przyjemne odprężenie i – tak, tak! – swoiste SPA dla zmęczonego codziennością umysłu. Pokiwajcie głową nad wyrafinowanymi sposobami, w jaki bohaterowie najnowszej propozycji Teatru Kamienica komplikują sobie życie: a potem spakujcie manatki, i wyjedźcie do Zakopanego! Kto wie, może i Wam przydarzy się spotkanie z „miłością od pierwszego zaśpiewania”, lub „nadgościnnym” góralem cytującym księdza Tischnera?...

Twórcy spektaklu:
Autor: Emilian Kamiński
Reżyseria: Emilian Kamiński
Scenografia i kostiumy: Andrzej Lewczuk
Obsada: Paulina Holtz, Joanna Opozda, Anna Powierza, Arkadiusz Janiczek, Piotr Ligienza, Jacek Rozenek, Piotr Skarga




źródło: Teatr Kamienica

Serdecznie dziękuję Teatrowi za zaproszenie na spektakl!

Wednesday, 18 January 2017

Siedziałam i czytałam - podsumowanie roku 2016.



Styczeń ma się już wyraźnie ku końcowi, a ja milczę i milczę, zamiast robić podsumowania i ogarniać rzeczywistość. Odpowiedzialność za taki stan rzeczy postanowiłam zrzucić beztrosko na karb stresu związanego ze zmianą pracy, oraz ogólnej „niebieskości” tego miesiąca, nie ograniczającej się wyłącznie do jednego poniedziałku. Kiedyś trzeba się było jednak zdecydować: oswobodzić wychodek, czy wprost przeciwnie – i oto krótkie podsumowanie moich przygód czytelniczych A.D. 2016 staje się faktem.

Z moich (nie bardzo wiarygodnych…) zapisków na marginesach kalendarzy wynika, że w ubiegłym roku przeczytałam 132 książki (z tego 11 po raz n-ty). Wśród „premierowych” lektur znalazło się 69 pozycji polskich oraz 52 zagraniczne (w tym 18 w języku oryginału). Niech żyją biblioteki i czytniki e-booków!

Z listy szczegółowej wynika, że wśród polskich autorów najczęściej pojawiały się nazwiska Klunder (4 razy), Kisiel (3 razy), Ciszewski oraz Tischner (po 2 razy). O ile serię o pp. Niziołkach przebrnęłam niejako „z rozpędu”, o tyle „pogodowe” kryminały Ciszewskiego wciągnęły mnie z butami: czego się nie spodziewałam, więc niniejszym dzielę się z Wami moją radością – i czekam na kolejną część, tym razem o deszczu. (Dla porządku dodam tylko, że serii pod hasłem „komandosi rzuceni w środek Powstania Warszawskiego – co może pójść nie tak?” nie czytałam, i pewnie po nią nie sięgnę: chyba że wystąpią jakieś zazębienia się akcji, przed czym uchowaj nas, Dobre Mzimu.)
Wielką atencją obdarzyłam w roku minionym zarekomendowaną przez Młodszą Bliźniaczkę Martę Kisiel, oraz jej opowieści o zablokowanym pisarzu, aniele z alergią na pierze, widmie romantycznego poety i potworze z głębin (wyborowym cukierniku). Kto jeszcze nie zna, niech zrobi sobie tę przyjemność, i pozna co rychlej.

In plus wymieniam ponadto: Dygot Małeckiego, za przepiękny język; Nic zwyczajnego Michała Rusinka, za opowieść o szacunku i przyjaźni; Kościół kobiet Zuzanny Radzik, za solidne przygotowanie merytoryczne do ugryzienia mało popularnego, acz bardzo istotnego tematu, oraz reportaże: Zakonnice odchodzą po cichu, 13 pięter, Diabeł i tabliczka czekolady oraz Ganbare! Warsztaty z umierania.

(Właśnie zdałam sobie sprawę, że czytałam sporo rzeczy wydanych przez Krytykę Polityczną. To pewnie o czymś świadczy.)

In minus, czyli ‘miało być pięknie, a wyszło jak zwykle’. Tomek Beksiński. Portret prawdziwy – nie ujmując niczego Autorowi, który dotarł do ogromnej rzeszy ludzi i starannie zebrał materiały, jest to w dużej części książka-usprawiedliwienie – i nie chodzi tutaj nawet o wytłumaczenie pewnych zachowań i motywacji bohatera, ale o powtórzenie (po wielokroć, i przez różne osoby): „Gdybyśmy wiedzieli, na pewno byśmy go uratowali”. Nie tędy droga. Neponset i Excentrycy: nie zanotowałam absolutnie żadnej zwyżki faktora wow podczas lektury (a szkoda…). I wreszcie: Dwóch panów z branży, czyli książka, w której nie udało mi się doszukać fabuły – aczkolwiek poznałam wiele interesujących faktów z historii kin warszawskich. Trochę, jednakowoż, przymało przyjemności z lektury IMVHO.

Wśród autorów zagranicznych prym wiedli: Carrie Fisher (grudzień 2015 kończyłam lekturą Księżniczki po przejściach, a przez większą część roku czekałam na The Princess Diarist, przeczytane jeszcze PRZED wiadomo czym—złotą gwiazdkę dostają jednak Pocztówki znad krawędzi), Margaret Atwood (cztery pozycje, w tym fenomenalne The Heart Goes Last – lubimy dystopie w każdej postaci – i Hag-Seed, czyli szekspirowska Burza w nowym wydaniu), Ben Aaronovitch (nadrobiłam cztery tomy cyklu o rzekach Londynu, i była to zdecydowanie moja ulubiona seria urban fantasy w ostatnim roku) oraz Tess Gerritsen, czyli kryminały do czytania na łożu boleści.

Rok zaczął się bardzo pozytywnie, Księgą Dziwnych Nowych Rzeczy Fabera, a trend oczarowań literackich kontynuowały (oprócz pozycji wymienionych powyżej) Przepaść czasu Jeanette Winterson (także z Projektu Szekspir) oraz Ćwiczenia stylistyczne Queneau, które pokochałam miłością wielką, szaloną i namiętną.

Rozczarowania: Małe życie, albowiem strasznie nie lubię autorów, którzy w nieskończoność gnębią swoich bohaterów; Harry Potter and the Cursed Child, albowiem czytałam o niebo lepsze fanfiki potterowskie (a za najlepsze dzieło JKR z okresu ostatnich 12 miesięcy uważam scenariusz do Fantastycznych zwierząt…), oraz You’re Never Weird on the Internet (Almost) – czyli jak Felicia Day, dziewczyna sympatyczna, charyzmatyczna i o wybitnie ciekawej ścieżce kariery, napisała autobiografię nudną jak flaki z olejem. Nie polecam tego Allegrowicza…


Tyle o lekturach zaległych – w tej chwili mam na tapecie Króla Twardocha, i – pomimo kiepskich doświadczeń z tym autorem – przyssałam się do niego (Króla, nie autora…) jak glonojad. Szczegóły, miejmy nadzieję, wkrótce…

A dziś wieczorem wybieramy się przedpremierowo do teatru: oczekujcie recenzji!

Thursday, 22 December 2016

Romans Księżniczki, naziści w USA i mpreg z "Wicked", oraz czemu na blogu panuje cisza.

Jest sprawa, Drodzy Moi: dopadają mnie w tym sezonie dość poważne spadki nastroju, owocujące potrzebą zakopania się w koc i zerwania kontaktu ze światem. Być może chodzi o smog. (Przy okazji pozdrawiam Ratusz: nie przedłużałam sieciówki na ostatni tydzień pracy w tym roku, i ot, przydarzył się dzień darmowej jazdy komunikacją. Cuda jakieś, panie...)

Rzutem na taśmę postanowiłam więc wspomnieć o trzech książkach, którym udało się ostatnio wytrącić mnie ze stuporu. Spoilery postaram się ograniczyć do minimum, ale jak zwykle: nie ręczę za siebie.

Na The Princess Diarist Carrie Fisher czekałam prawie rok. Serio - złożyłam zamówienie, gdy tylko pojawiła się w przedsprzedaży... w lutym tego roku. Premierę przesuwano, a ja zgrzytałam zębami: między innymi dlatego, że (a obejrzałam - całe - Gwiezdne Wojny po raz pierwszy w życiu tuż przed premierą Przebudzenia Mocy) chemia między panną Fisher a panem Fordem uderza po oczach, a ja lubię wiedzieć, czy coś jest lub było na rzeczy. Pamiętnik, który Carrie Fisher pisała podczas kręcenia Gwiezdnych Wojen (które nie miały wtedy nic wspólnego z nadzieją), na pytanie to odpowiada, dość wyczerpująco, lecz raczej smutno: przynajmniej jeżeli czytelnik żywił jakieś tam nadzieje (sic!) na romantyczną historię sercowych porywów i zakazanych uczuć. Z góry należy też zaznaczyć, że opowieść o zjawisku noszącym w tumblrosferze miano Carrison stanowi główną oś książki, i jeśli spodziewacie się po niej powodzi anegdot z planu filmowego - cóż.. odsyłam Was do miejsca, w którym znajdziecie je w znacznie większej obfitości. Z mojego, fangirlowego punktu widzenia, książka jest dobra (choć czytałam już lepsze rzeczy Carrie - mówię tutaj o współcześnie pisanych komentarzach do pamiętników, nie próbując oceniać stylu młodej, rozedrganej emocjonalnie dziewczyny): Wy, Czytelnicy in spe, musicie ocenić, czy opowieść o romansie trwającym tyle, co przeciętna pora roku, wystarczy, aby zachęcić Was do lektury.

O Spisku przeciwko Ameryce Philipa Rotha usłyszałam w (polskich!) mediach społecznościowych chwilę po ogłoszeniu wyników wyborów prezydenckich w USA - i z miejsca ruszyłam na poszukiwania biblioteczne. Historia alternatywna, w której wybory w 1942 roku wygrywa młody, bohaterski pilot-antysemita, otwarcie sympatyzujący z nazistami, odznaczony orderem przez Hitlera i twardo protestujący przeciwko przystąpieniu Ameryki do drugiej wojny światowej, widziana oczami młodego żydowskiego chłopca, nie różni się wielce od tego, o czym opowiadają mi znajomi ze Stanów - i to jest najbardziej przygnębiające. Mimo niewesołych wniosków, powieść Rotha (mocno opartą na dokumentach i wydarzeniach z lat 40.) przeczytać warto: chociażby po to, aby obserwować rozwój sytuacji i porównywać współczesne wydarzenia z fikcją literacką.

I jeszcze jeden tytuł - wypatrzony na wystawie dworcowej księgarni, szybko obadany w internetach i niezwłocznie potem nabyty drogą kupna. Fanfik Natalii Osińskiej (wtajemniczeni wiedzą już, co mnie tutaj zainteresowało) znajdziecie w kategorii książek młodzieżowych - oprawa graficzna nawiązuje do pewnej znanej serii, której akcja rozgrywa się wokół jednej z poznańskich dzielnic - ale nie należy się obawiać, że dla osób 20+ będzie to książka niestrawna, infantylna i do bólu przewidywalna. Wręcz przeciwnie - takiej tematyki w polskiej literaturze młodzieżowej jeszcze nie było (proszę mnie poprawić, jeśli się mylę), i dobrze, że w końcu ktoś się za nią zabrał: w dodatku w oprawie sprawnego, potoczystego języka, i bez przesadnej egzaltacji. Emocje oczywiście są, bo być powinny - ale w bardzo strawnej formie.

I tak mniej-więcej prezentują się moje grudniowe odkrycia literackie: okres przedświąteczny znajduje mnie pogrążoną w lekturze "Kwartalnika Przekrój", ale jeszcze kilka pozycji czeka w kolejce do przeczytania, więc na książkowe podsumowanie roku musimy jeszcze trochę poczekać. Tymczasem życzę Wam, P.T. Czytelnicy, wielu inspirujących lektur pod choinką - i jak najwięcej czasu, aby się w nie spokojnie zagłębić. Weźmy przykład z Islandczyków, i spędźmy choć jeden świąteczny wieczór pod kołdrą w towarzystwie książek i czekolady - co Wy na to?... ;) Wróżka odmeldowuje się do kuchni.

Tuesday, 29 November 2016

Supermenka, czyli przewrót kopernikański i holajza

Zacznijmy wyznaniem umiejscawiającym nas, z Bożej łaski Wróżkę Klonową, w czasie i przestrzeni.

Jak spora część mojego pokolenia, dorastałam razem z Martą, graną przez Jowitę Budnik w "pierwszej polskiej telenoweli": W labiryncie. Kilka lat później Plac Zbawiciela uderzył mnie jak rozpędzony wóz opancerzony - i wtedy też pomyślałam, że bardzo chciałabym zobaczyć tę aktorkę na scenie. Dzięki Teatrowi Kamienica udało mi się zrealizować to maleńkie marzenie: w doskonałym stylu zresztą.

--

Monika Szymańska, czyli Supermenka Doroty Maciei (w reżyserii Jerzego Gudejki), jest menedżerką w mediach: kobietą, która nie krzyczy - ma tylko dobrą dykcję, i uważa, że jednym z najgorszych posunięć w karierze zawodowej byłaby praca w tym samym środowisku, ale na niższym szczeblu hierarchii zawodowej. Już raczej poszłabym na kasę do Tesco - żartuje z przekąsem, nie zdając sobie sprawy, jak szybko przyjdzie jej zweryfikować to stwierdzenie.

Po krótkim prologu, prezentującym barwną, dynamiczną osobowość Moniki, następuje błyskawiczna zmiana dekoracji - świetna scenografia, autorstwa Krzysztofa Kelma - i przenosimy się do domu naszej bohaterki, dumnie obnoszącej po scenie rolkę papieru toaletowego i zbolały wyraz twarzy. Może jest w ciąży?, zastanawiam się - i szybko poznaję odpowiedź. Niegdysiejsza tygrysica biznesu złapała rotawirusa, ale nie narzeka na swój stan zdrowia: okazuje się, że chwilę wcześniej straciła pracę, więc "brak apetytu jest raczej wskazany". Nie jestem beznadziejna, tylko chora - powtarza, opowiadając o gwałtownie kurczącej się liście znajomych - nikt nie chce mieć wśród przyjaciół bezrobotnego - i kompletnym braku oparcia w kimkolwiek. Dalsza część sztuki to opowieść o radzeniu sobie z drastyczną zmianą stopy życiowej, i próbach zachowania status quo. Bardzo szybko okaże się, że o wiele łatwiej jest przeskoczyć bariery finansowe, niż psychiczne...

Jest w Supermence wiele momentów, w których publiczność - w tym niżej podpisana - wybucha szczerym, serdecznym śmiechem. Jowita Budnik ma naturalny talent do parodii - bez względu na to, czy udaje hydraulika (konkurs bez nagród: co to jest HOLAJZA?), hostessę witającą klientów w progu klubu dla panów (nie nienawidzę mężczyzn, ale szacunku za dużego dla nich nie mam), czy właścicielkę podupadającego wydawnictwa. Kolejne odkrycie: aktorka świetnie śpiewa, radząc sobie swobodnie z repertuarem Michała Bajora (sic!), Republiki, Lecha Janerki (to po spożyciu napojów wyskokowych...) czy... Ewy Demarczyk (SIC!). Tańczy na rurze (do ABBY), zamienia zepsutą zmywarkę w pół-automat, uczy się cieszyć z ładnego zapachu tanich kremów do twarzy i ciała (jedyne 6 złotych!) - ale nie zmienia to faktu, że cierpi, nie radzi sobie z życiem, i nie potrafi odnaleźć się w nowej rzeczywistości.

Jestem beznadziejna; leżę w łóżeczku, ptaszki śpiewają - no, bajka! Życie bez pracy może być przyjemne. bez pieniędzy - już nie. Szczególnie gdy nie chce się być niczyją utrzymanką, uczyć dzieci, ani rezygnować z narzuconych sobie standardów. "Nadczłowieczeństwo" naszej Supermenki nie jest wcale cechą pozytywną: kobieta, która przez całe życie radziła sobie sama ze wszystkimi problemami, zostaje sama w obliczu poważnego kryzysu, i nie potrafi (nie chce!) poprosić o pomoc. Z pozoru prosta, może nawet schematyczna historia kobiety sukcesu goniącej za kiepsko płatnymi zleceniami i pożyczającej pieniądze od matki-emerytki, ma bardzo mocne, dobitnie postawione przesłanie: możemy robić z siebie ofiary losu i "podwarszawskich Hiobów", ale niczego to w naszym życiu nie zmieni.

Potrzebujemy prawdziwego przewrotu kopernikańskiego, żeby zmienić proporcje między kreatywnością a posłuszeństwem, i zacząć nad sobą pracować. Dla bohaterki Supermenki oświecenie zamyka się w sześciu prostych słowach, i kompletnie zmienia jej podejście do życia. Jakie to słowa? Tego nie zdradzę: idźcie lepiej do Kamienicy, pośmiejcie się, posłuchajcie monologów zdesperowanej kobiety, i pomyślcie, jak wiele z jej sytuacji możecie odnieść do siebie...

Ja osobiście doszłam do wniosku, że muszę natychmiast zafundować sobie identyczny "przewrót kopernikański" - czego i Wam, Drodzy Teatromani, życzę z całego serca.

(A w takich oto warunkach pisałam tę, mocno już spóźnioną, recenzję...)





Dziękuję Teatrowi Kamienica za zaproszenie na spektakl.

Wednesday, 23 November 2016

Pomieszanie miłości z życiem - "Sceny z życia małżeńskiego" w Teatrze Kamienica

Kiedy zapala się światło, siedzą obok siebie na kanapie, on - zrelaksowany i swobodny, ona - wyraźnie spięta i poważna, wyprostowana, stopy i kolana razem. Nerwowo porusza głową. Uśmiecha się sztucznie. Gra - całym ciałem.

Zanim skończą wprowadzający widzów w sztukę pół-dialog, ich język ciała zupełnie się odmieni: prawie jakby zamienili się miejscami. (To właśnie drobiazgi takie jak układ dłoni, tembr głosu czy przebieg ruchu budują nastrój całej sztuki, zaświadczając o kunszcie obojga aktorów.) Być może dlatego, że - niespodziewanie dla samych siebie - przestaną kłamać, chociaż na chwilę.

źródło: TeatrKamienica.pl
"Sceny z życia małżeńskiego" Ingmara Bergmana, w poruszającej, głęboko emocjonalnej reżyserii Barbary Sass, to opowieść o ludziach, którzy wiedzą o sobie zbyt wiele, żeby nadal się kochać - i zbyt mało, żeby się rozumieć. Marianna i Jan (Justyna Sieńczyłło i Piotr Grabowski) opisują siebie i swoje małżeństwo - przechodząc od afirmacji harmonii i miłości do gorliwego zaprzeczania, jakoby coś takiego w ogóle istniało - w ciągu pierwszych kilku minut sztuki. Dopóki w dalszym ciągu akcji nie okaże się, że udzielali wywiadu dziennikarce popularnego magazynu, wygląda to jak... sesja u psychoterapeuty. I to wrażenie nie odbiega zbytnio od rzeczywistości.

Nasi bohaterowie są małżeństwem od lat, i szczycą się tym, że w ogóle się nie kłócą - co być może jest prawdą, ale jedynie powierzchowną. Jest w nich mnóstwo zaszłości, mniejszych i większych złośliwości, urazów i nieporozumień, ponieważ oboje za wszelką cenę unikają konfrontacji. Przechodzą przez życie zmęczeni i spętani konwenansami, dusząc się w małżeństwie, z którego zniknęła wszelka namiętność. "Lubimy się pod każdym względem - poza seksem...", mówią, i widzowie nie mają żadnych powodów, żeby im nie ufać.

Coś wisi w powietrzu. Marianna i Jan miotają się w sieci powinności i konwenansów, a publiczność tylko czeka na koniec "małżeńskiej sielanki". Muzyka narasta złowieszczo (Michał Lorenc wykorzystał w swojej pracy instrumenty perkusyjne i zimne, metaliczne brzmienia, co znakomicie podkreśliło napięcie miedzy bohaterami). Nie musimy długo czekać na odpowiedź: Jan wyznaje żonie, że ma kochankę - młodą, seksualnie wyzwoloną dziewczynę, która błyskawicznie owinęła go sobie wokół palca.

W tym miejscu powinny nastąpić wzajemne wyrzuty, łzy i groźby - a po nich przykre rozstanie, zamykające wspólną część życia Jana i Marianny. Okazuje się jednak, że rozpad małżeństwa to dopiero początek ich drogi: żadne z nich nie jest zadowolone z nagłej zmiany dynamiki, i na swój  sposób próbuje zachować status quo. Co znamienne, to Marianna o wiele szybciej poradzi sobie z szokiem spowodowanym odejściem męża, i zacznie układać sobie życie na nowo. Jan nie ma aż tyle szczęścia: po roku w nowym związku ma dosyć kłótni i scen, których nigdy nie doświadczył u boku Marianny; z drugiej strony sprawia wrażenie, jakby w ogóle nie interesowało go nic poza nim samym, a kobieta u jego boku stanowiła wyłącznie ozdobnik i źródło przyjemności.

A propos źródła: po rozwodzie Marianna i Jan odkrywają, że łączy ich nadal ogromny pociąg seksualny, mimo że nadal "nie jest im dobrze razem". Próbują odnaleźć się jakoś w konieczności współegzystowania (dla dobra dzieci), i walczą o zachowanie pozorów równowagi i spokoju - przy użyciu wszystkich dostępnych środków. Jak się okazuje: tych dwoje musi zranić się do żywego, żeby przestać MYŚLEĆ, a zacząć MIEĆ UCZUCIA. Muzyka, jakby przedrzeźniając bohaterów, cichnie i łagodnieje.

Puenta "Scen z życia..." jest mocno niespodziewana, szczególnie jeżeli zasugerowaliśmy się "poprawnym", nieco konserwatywnym początkiem. Marianna i Jan odnajdą w końcu taki rodzaj dynamiki i współczłowieczeństwa, w ramach którego będą mogli mówić sobie prawdę (choć nie uciekną od życia w kłamstwie) i czerpać prawdziwą przyjemność z bycia razem (choć nic w ich relacji nie będzie proste ani oczywiste). Ich historia mieści się co prawda w ramach tak zwanej "skandynawskiej joie de vivre", czyli terapii par według Bergmana - ale warto się w nią zagłębić i spróbować wyciągnąć własne wnioski z cudzego... nieszczęścia? Doświadczenia? A może po prostu: życia?

Zobaczcie więc "Sceny z życia małżeńskiego", i sprawdźcie, czy nie dostrzegacie podobnych objawów w swoich związkach: oraz dokąd mogą Was one zaprowadzić. Pomyślnych wiatrów i/lub połamania nóg!...


Dziękuję Teatrowi Kamienica za zaproszenie mnie do obejrzenia spektaklu.

Monday, 10 October 2016

Weź mnie do nieba, Mario Klarencjusz - czyli o tym, jak sama się zaprosiłam do Teatru Muzycznego w Poznaniu.

Na widowni były zakonnice. Poważnie, prawdziwe. Pani Matka żałowała, że nie wskoczyły na scenę w którejś ze zbiorówek - z drugiej jednak strony, mogłyby się czuć nieco nieswojo bez cekinów i czerwonych serc na szkaplerzach. Może lepiej więc, że pozostały na miejscach, rozchichotane i promieniejące: podobnie jak reszta publiki.


Wyruszyłyśmy do Poznania - Pani Matka i ja, Pan Ojciec nie wyraził chęci i teraz żałuje - w ponury, sobotni poranek. Pobożne życzenia zakładały, że w składzie obsady znajdą się Olga Szomańska i Barbara Melzer, i że nie będziemy kręcić nosami ani porównywać wersji scenicznej z filmem. Z przyjemnością ogłaszam pełen sukces na obu frontach.

Film "Zakonnica w przebraniu" - Pani Matka deklaruje, że może go oglądać w kółko i bez przerwy - z roku 1992 był soulowy i wspaniały. Musical miał premierę w Kalifornii, 24 lata po powstaniu wersji filmowej: a muzyka Alana Menkena (to jest człowiek, któremu zawdzięczamy "Go the Distance", "Be Our Guest", "When Will My Life Begin" i szereg innych przebojów ze stajni Disneya) buja w rytmie disco. Fabuła, generalnie, bez zmian: w bonusie mamy za to kule dyskotekowe, habity z cekinami i trzech gangsterów niebywale podobnych do braci Gibb. Jest moc, proszę państwa. O wiele więcej mocy, niż myślałam.

Może się mylę, ale dajcie mi zachować złudzenia - to chyba kwestia zebrania bardzo dobrej ekipy do pracy przy bardzo dobrym materiale. Reżyserem (i autorem świetnego tłumaczenia libretta) jest Jacek Mikołajczyk, znawca historii teatru muzycznego ("Musical nad Wisłą" kupię za każde pieniądze), który w ubiegłym roku wystawił w Gliwicach "Rodzinę Addamsów" (chyba muszę zajrzeć w internety...), człowiek z wizją - spójną, autentyczną wizją, przekładającą się na pogodny, mądry musical w świetnym wykonaniu. Nie wiem, jak to możliwe (wyrazy uznania dla autorki kostiumów, Ilony Binarsch), ale Matka Barbara Przełożona Melzer wygląda jak młodsza siostra Maggie Smith, nie wspominając o Edycie Krzemień i Marcie Burdynowicz jako (odpowiednio) Marii Robert i Marii Patryk: nie sposób mi oceniać pozostałych składów obsady, ale przy tym "układzie" czułam się jak w domu (pomimo cekinów). Nie brakowało mi piosenek z filmu - przeciwnie, od dwóch dni mam w głowie "Take Me To Heaven" zamiast "I Will Follow Him", co chyba stanowi wystarczającą rekomendację. Krótka wersja recenzji zamyka się w słowach: było przeuroczo, proszę państwa.

Jesień sprzyja wyjazdom do Poznania (rogale marcińskie!!): może warto przy okazji nakarmić i ducha? Serdecznie polecam #SisterPower w formie musicalowej, i wyczekuję wydania płyty z piosenkami ze spektaklu.

(Przy sporządzeniu recenzji nie ucierpiała żadna zakonnica, a notka nie powstała we współpracy z nikim. No, może tylko z Siłą Wyższą.)

Tuesday, 4 October 2016

Odtrucie poksiążkowe, czyli o nienawiści autora do bohatera

Przeczytałam Małe życie. Będą spoilery.

Jak zapewne wiecie - nie takie ono znowu małe (ponad 1600 stron w wersji na mój mini-czytnik).

Jak być może słyszeliście - jest to rzecz "fenomenalna", i gorąco polecana wszędzie, gdzie się da.

Zauważyliście cudzysłów? No właśnie.

Nie wiem, doprawdy, co tak genialnego odkryli w powieści Yanagihary P.T. recenzenci, ale ja chyba to przegapiłam. Być może ów sekretny szczegół znajdował się na jednej ze stron, które przerzuciłam bez czytania, nie mogąc znieść co bardziej "mięsistych" opisów okaleczania się przez jednego z bohaterów. Przykro mi - wnikanie w temat cięcia się żyletką, infekcji rozwijającej się w tak zadanych ranach oraz podpalania sobie oliwy na przedramieniu (po co? żeby nie trzeba było się tak często ciąć, to przecież oczywiste!...) nie należy do moich ulubionych hobby. Tym bardziej, kiedy osobą fundującą sobie powyższe rozrywki jest mężczyzna, którego za młodu molestowano, bito, dręczono na wiele wyrafinowanych sposobów, i z którego zrobiono męską prostytutkę przez ukończeniem lat dziesięciu. Znaczną część pokaźnej objętości Małego życia zajmują opisy tychże faktów. Innymi słowy - miła, pogodna lektura, w sam raz na początek jesieni...

Nie znajduję pisania/czytania o ludzkim cierpieniu ani odkrywczym, ani fenomenalnym. Nie zaobserwowałam także wspaniałości wychwalanego przez wielu języka powieści (ale może winę ponosi tutaj tłumaczenie - bo będę się czepiać kalek językowych typu "Zaparkowałem siedem bloków stąd" oraz "donacja [sic!] organów"), nie ujął mnie także sposób pokazania relacji czterech przyjaciół poprzez kilka dekad ich życia - rozciągnięcie akcji w czasie odebrałam przede wszystkim jako zabieg umożliwiający autorce zrzucanie na barki najbardziej udręczonego spośród bohaterów kolejnych plag i nieszczęść. Dziękuję, postoję.

Reasumując: dawno nie zmęczyłam się aż tak bardzo przy lekturze - a zdarzyło mi się w tym roku trafić na kilka autentycznych potworków. Być może się mylę. Być może nie rozumiem geniuszu autorki, być może nie trafia do mnie jej przesłanie (którego, przypomnijmy, nie znalazłam). Być może.

Aczkolwiek przypuszczam, że wątpię. ;)

Czytaliście? Macie zamiar przeczytać? Właśnie obrzydziłam Wam lekturę? Dajcie znać, proszę.
A ja wracam do powtórki Bridget Jones, którą obecnie - w wieku lat 34 - rozumiem o wiele lepiej, niż kiedy czytałam ją po raz pierwszy - osiemnaście lat temu... :)

Sunday, 25 September 2016

Kartoflany talent i leszcze po gdańsku, czyli "Kolacja na cztery ręce" w Kamienicy.

-Czy z tego fortepianu się dymi? - pyta konspiracyjnym tonem moja towarzyszka. Owszem, spod klapy instrumentu unosi się gęsty, białawy opar - i nie jest to wyłącznie metafora ogromnego zaangażowania Jana Sebastiana Bacha (Olaf Lubaszenko) w wykonywany utwór, ale także... para niosąca zapach ukrytej w pudle rezonansowym zupy.

Metafora jest mocna i czytelna: dla kogoś, kto para się muzyką, fortepian stanowi źródło utrzymania, bez względu na "mitologię", jaką artysta dorabia do tego faktu. W istocie, na pierwszy rzut oka trudno o dwie bardziej odmienne osobowości niż Bach i Haendel (Emilian Kamiński), spotykający się na - wymyślonej przez Paula Barza na potrzeby sztuki - kolacji w lipskim Hotelu Turyńskim. Bach, geniusz swoich czasów, skromny kantor w dwukrotnie nicowanym surducie, wielokrotnie już zabiegał o możliwość spotkania z Haendlem - barwnym, wyfiokowanym światowcem, "Czarującym Potworem", którego każda londyńska premiera spotyka się z gorącym (co nie zawsze znaczy: entuzjastycznym...) przyjęciem. Między ostrygami a zupą z tymiankiem każdy z panów próbuje - mniej lub bardziej świadomie - pokazać swoją wyższość (moralną, finansową, artystyczną) nad interlokutorem: a ocena, czy któryś z nich wychodzi z tej konfrontacji zwycięsko, należy do publiczności.

Historia opowiedziana przez Barza i zinterpretowana przez trzech aktorów (tutaj głęboki ukłon w kierunku Macieja Miecznikowskiego w roli Schmidta, kontrapunktującego ogromne osobowości obu kompozytorów, którego nie wyobrażałam sobie wcześniej w roli komediowej - jak się okazuje, niesłusznie) mogłaby z łatwością przeistoczyć się w zalatujący dydaktycznym smrodkiem moralitet o tym, jak to "źli emigranci" wybierają pogoń za pieniądzem, a "praworządni obywatele" pozostają w ojczyźnie, pracując "dla zaszczytu", za symboliczne wynagrodzenie. Tak się, na szczęście, nie dzieje - mimo licznych nawiązań do współczesnej polityki polskiej i światowej, podanych w formie zgrabnych, ironicznych bon motów, sztuka nie narzuca widzom żadnej nachalnej ideologii. Panowie Haendel i Bach - czy też, jak się nawzajem tytułują, Handel i Pach - przedstawiają sobą dwie graniczne postawy z bardzo szerokiego spektrum, a mimo tego pokazują raczej uniwersalizm ludzkich lęków i pragnień, niż jednoznaczną definicję sukcesu i receptę na jego osiągnięcie. Tajemnica tak udanej inscenizacji "Kolacji..." leży, być może, w doskonale dobranej "grupie sprawczej": dla reżysera, Krzysztofa Jasińskiego, jest to już drugie spotkanie z tekstem Barza; grający Bacha Olaf Lubaszenko także ma za sobą przygodę z reżyserowaniem "Kolacji..." w poznańskim Teatrze Nowym, zaś odtwarzający rolę Haendla Emilian Kamiński z pewnością lepiej niż ktokolwiek inny rozumie bolączki swojego bohatera - dyrektora autorskiego teatru w Londynie. Aktorzy wciągają publiczność w swoisty dialog, prowokując do głębokich rozważań na temat ludzkiej kondycji - i warunków, w jakich się ona rozwija.

"W muzyce pana Haendla jest wiele dźwięków do niego niepodobnych" - mówi Bach, i jest to być może najlepsze podsumowanie wątku przewodniego: życie artysty, a może po prostu: życie w ogóle, to gra - ciągłe pozowanie, kreowanie siebie na nowo i robienie dobrej miny do złej gry. Pytanie, z którym twórcy pozostawiają widza po opadnięciu kurtyny, brzmi: czy na pewno warto zasiadać do tej rozgrywki?...

Jeżeli wynieśliście z powyższego tekstu wrażenie, jakoby "Kolacja na cztery ręce" była sztuką ciężką i monumentalnie poważną, spieszę Was zapewnić, że wcale tak nie jest: poważny temat podany jest w sposób uroczo komediowy (Maciejowi Miecznikowskiego dziękuję niniejszym za podzielenie się z publicznością jego "świeżo skomponowanym" utworem muzycznym...), sama kolacja podana i zaprezentowana została przepięknie (kiedy zaprezentowano przystawki, na widowni dało się tęskne westchnienie), a charakter inscenizacji podtrzymywano także w czasie przerwy: dyskretnie sącząca się z głośników w foyer muzyka barokowa znakomicie "trzymała klimat". Spędziłam przemiły wieczór, i z czystym sumieniem polecam P.T. Czytelnikom wybranie się na "Kolację..." w ramach zwalczania jesiennego spleenu.



Zaproszenie na spektakl "Kolacja na cztery ręce" otrzymałam dzięki uprzejmości Teatru Kamienica, którego włodarzom serdecznie dziękuję.

Tuesday, 20 September 2016

Portret rodzinny, czyli zapowiedź nowego.

Za dni parę zakończy się Festiwal Filmowy w Gdyni, i okaże się, co Szanowne Jury myśli o Ostatniej rodzinie - pomyślałam więc, że wtrącę kilka słów (bez spoilerów!) na temat moich wrażeń z filmu, w porównaniu z biografią panów Beksińskich pióra Magdaleny Grzebałkowskiej.

Po Portrecie podwójnym miałam coś na kształt kaca - mdliło mnie, cierpiałam na zawroty głowy i tym podobne przyjemności. Obraz tej rodziny - kochającej się, lecz absolutnie dysfunkcyjnej - nałożony na niewątpliwe talenty tak ojca, jak i syna, przyprawiał o ból głowy i ponure refleksje. A przecież było rzetelnie, z polotem i niezmiernie wciągająco. Z Ostatnią rodziną jest poniekąd podobnie, plus przy kilku scenach zmuszona byłam zamknąć oczy - a przy innych zamyślić się głęboko nad kondycją świata i ludzkości.

Co nie zmienia faktu, że jest to jeden z tych filmów, które zobaczyć trzeba, bezwarunkowo. Może nie po to, żeby od razu rzucać się na scenarzystę z krzykiem i zębami (pozdrawiamy uczestniczkę pokazu przedpremierowego w warszawskim kinie Atlantic): ale po to, żeby zrozumieć, że pomimo przekopania się przez hałdy pozostawionych przez rodzinę Beksińskich materiałów audiowizualnych pozostaje jeszcze wiele niewiadomych, bez znajomości których nie sposób wyrokować o prawdziwej naturze łączących ich uczuć. Dodanie do męskiego duetu Zdzisława i Tomasza postaci Zofii Beksińskiej (tu drobny wtręt: bez względu na to, ile - w pełni zasłużonych - pochwał usłyszycie na temat kreacji Andrzeja Seweryna i Dawida Ogrodnika, w moich oczach to Aleksandra Konieczna jest prawdziwą gwiazdą tego filmu) wprowadza dodatkową głębię i pokazuje rodzinę Beksińskich z perspektywy, o której być może dotąd nie pomyśleliście.

Innymi słowy: idźcie, zobaczcie, podyskutujcie. Warto.

W tym miejscu chciałabym również polecić Wam śledzenie programu artystycznego Pałacu w Radziejowicach na sezon letni 2017. Temat poniekąd powiązany z poprzednim - miesiąc temu miałam niekłamaną przyjemność oglądać plenerowe przedstawienie Trylogii Tebańskiej Sofoklesa - podsumowanie kursu mistrzowskiego prowadzonego przez pana Seweryna. Kurs jest pozycją cykliczną w kalendarium Pałacu: a sądząc po jakości tegorocznego spektaklu, kolejnych edycji nie powinno się przegapić.

Powyższa rekomendacja stanowi wprowadzenie do nowego rozdziału w dziejach Klonowych Książek: będę pisywać również o spektaklach teatralnych - a szczegóły, i post pierwszy (poniekąd - muzyczny...) już wkrótce. Stej tjund, i tak dalej. Pozdrowienia!

Friday, 26 August 2016

Święci patroni, focus i target - o "Niziołkowej" serii M. Klunder

Rodzicielka zadzwoniła do mnie, gdy miałam - dosłownie i w przenośni - pełne ręce, żeby zdać relację z aktualnie czytanej książki. Na pierwszy rzut ucha, brzmiało dobrze (aczkolwiek, przegięta w kierunku jednego ramienia, z komórką zakleszczoną między uchem a barkiem, przerwałam Jej, zanim przeszła do cytowania ulubionych fragmentów): oddałam się więc poszukiwaniom sieciowym, namierzyłam stosowną księgarnię z ebookami, i spokojnie wróciłam do lektur bieżących (to jest, wielce fascynującej biografii Meryl Streep - niniejszym, serdecznie polecam).

A potem pojechałam na weekend do rodziców, i podebrałam Macierzy tom pierwszy serii Niziołkowie z ulicy Pamiątkowej. Robert i Róża, szczęśliwym trafem świeżo wypożyczony z biblioteki. Tak się bowiem złożyło, że Macierz rozpoczęła lekturę od tomu trzeciego. Bywa.

Całość zaczyna się obiecująco - serię otwiera snuta ze swadą opowieść o tym, jak mocno nieletni chłopiec (imię: Robert, nazwisko: Niziołek) dostaje od mamy do czytania świeżo wydane tłumaczenie Władcy Pierścieni, i wsiąka w temat po uszy. Kilkanaście lat później, jako świeżo upieczony student anglistyki w rodzinnym Poznaniu, spotyka na zajęciach wuefu matematyczkę in spe nazwiskiem Róża Koton, to jest, pardon, Kotoń - zaś rok później jest już mężem tejże ("Ożeniłeś się ze mną dla nazwiska! - Dla nazwiska i imienia, kochanie!"), rozprowadzająca książki w drugim obiegu, śpiewa Kaczmarskiego, nadal czyta na potęgę (miłością do Tolkiena zaraził również żonę, która będzie w przyszłości zaliczać swoim uczniom matematykę na podstawie znajomości kanonu literatury polskiej - to tak na marginesie), i - zostaje ojcem. Na przestrzeni lat kilku, za to - trzykrotnie.

Pierworodna miała być Galadriela, ale ochrzczono ją w trybie pilnym imieniem Małgorzaty - czyli 'Perełki', więc nie było najgorzej. Krótko po niej rodzi się Jan Peregryn, i w końcu: Elanora Pulcheria. Wszyscy troje pożerają książki, dyskutują z rodzicami o stosunek wizji Jacksona do oryginału literackiego, mają bystre umysły i ciekawe zainteresowania, a ich perypetie w wieku młodym okraszone są zgrabnymi nawiązaniami do literatury polskiej i obcej. Z reguły jest zabawnie, czasami wzruszająco: pomimo smrodku dydaktycznego okraszonego szczyptą religijnej agitki. Agitkę, około-dominikańsko-ojco-Górową, przełknęłam raczej gładko - i z dobrymi przeczuciami zakupiłam kolejne tomy cyklu. Chciałam się dowiedzieć, co dalej: z Gośką i jej rodziną (wyszła za niejakiego Podgórnego - pewnie też dla nazwiska - i śpiesznie urodziła... Jagodę Aurelię, prawdopodobnie najpiękniejsze tolkienowskie imię w klanie Niziołków), ze świeżo wyświęconym na księdza Jaśkiem, ze zmagającą się z niedosłuchem Elanor, z ich kuzynostwem i przyjaciółmi. Wolno mi chcieć, prawda?

Autorce, jednakowoż, wolno zmienić focus i target (że tak zabełkocę) kolejnych części cyklu.

Począwszy od tomu drugiego - Droga do Achtoty, które to miejsce pojawia się... na przedostatniej stronie książki, i pomimo starań Autorki nie wzbudza we mnie praktycznie żadnych cieplejszych emocji, kiedy wracamy do niego [jedynie w opisach!] w tomie trzecim - głównym bohaterem zostaje Jan Peregryn, obecnie wikary: a także jego proboszcz, typowy polski ksiądz diecezjalny - to znaczy, oczytany w Tolkienie i JKR, dzielący się pieniędzmi z wiernymi, mądry i łagodny. (Ironizuję? Przepraszam. Miałam szczęście spotkać w życiu kilku wspaniałych duszpasterzy, ale żaden się nie umywał do skończonej doskonałości P.T. Proboszcza.) O pozostałych członkach klanu Niziołków słyszymy o wiele rzadziej, i cośkolwiek chaotycznie: choć może to i lepiej, bo Mama Róża Niziołek, swego czasu robiąca awanturę nauczycielowi młodszej córki, który śmiał wyzwać małą od bezbożnic za... czytanie Harry'ego Pottera, zostaje nagle wyautowana jako czytelniczka "Do Rzeczy". Aha.

Lepiej już ucz się magii w Hogwarcie, niebożę,
niżbyś miała oglądać TVN w telewizorze.

Przepraszam za nieścisłości rytmiczne, leciałam na tzw. żywioł.

Ano, tak - jak powiedział Włóczykij do Małej Mi.* Przy lekturze Achtoty i Wschodu Słońca zrobiło mi się nagle jakoby mdło, i żadną miarą nie mogłam się wczuć w klimat opowieści. To nie jest tak, że nie jestem "kościołowa" - jestem, ale bardziej pod Tischnera i cokolwiek obsmarowany w Achtocie "TP", a mniej pod Lednicę i "W drodze"**. Za dużo się dla mnie nagle zrobiło nawróceń (z prezbiterianizmu i Church of Scotland na rzymski katolicyzm) i mszy w rycie przedsoborowym - a za mało smakowitych nawiązań do literatury, humoru nie związanego z Kościołem i... realistycznych opisów świata zewnętrznego. (Innymi słowy: nie zawsze musi być tak, że dziewczyna zachodzi w ciążę w noc poślubną, parę minut po utracie dziewictwa zresztą. Nie każdy zdolny muzyk, przy okazji praktykujący katolik, musi od razu zostawać organistą. Nie wszyscy młodzi ludzie biorą ślub jeszcze nie studiach lub tuż po, i z miejsca biorą się do pomnażania gatunku. Nie wszystkich młodych ludzi ze zdania powyższego stać na to, aby młoda matka nie wracała już do pracy zarobkowej. I tak dalej, i tak dalej.)

A poza tym - Jasiek Peregryn wznosi w pewnym momencie okrzyk "święci patroni!", od którego zęby mi dzwonią.***

Szkoda...

Z niejakim żalem zatem polecam Państwu część pierwszą - Robert i Róża - praktycznie bez zastrzeżeń; natomiast Drogę do Achtoty oraz Każdy wschód Słońca: raczej pasjonatom tematu.

Uff. Muszę jakoś zaleczyć polekturowego kaca. Może Małym życiem?...

Dobrej końcówki wakacji!
--------------
* Sierpień się kończy, a ja nie dopełniłam corocznego zwyczaju czytania Lata Muminków! Wstyd.
** W tym miejscu disclaimer: mieszkając w stolicy, uprawiam churching i jeżdżę na Freta. Czasami wracam z prasą. Także tak.
*** Pozdrawiam Pana Nietoperza, który oduczył mnie skutecznie używania krótkich form rzeczowników. Ave!

Saturday, 6 August 2016

Harry Potter i Przeklęte Dziecko, czyli – nie wszystkie podróże kształcą. [SPOILERS AHOY!]

Sztukę otwierają dwie sceny pokrywające się treściowo z epilogiem „Deathly Hallows”, a zaraz po nich zdarza się coś, czego mogliśmy się poniekąd spodziewać przy takim otwarciu: Albus Severus Potter zostaje przydzielony do Slytherinu. Ponadto dowiadujemy się, że – o ile Scorpius Malfoy zdecydowanie nie jest (czy tylko w sensie metaforycznym?...) synem swojego ojca, o tyle Rose Granger-Weasley stanowi zbiór najgorszych cech obojga swoich rodziców. Czemu mnie to nie dziwi?...


Akcja dramatyczna koncentruje się na Harrym i Albusie, którzy nie potrafią sobie poradzić z prostą prawdą, że syn nie zawsze musi być lustrzanym odbiciem ojca. Wchodząc w okres młodzieńczego buntu, Albus dochodzi do wniosku, że wszystkie jego problemy biorą początek ze… śmierci Cedrika Diggory’ego. Postanawia zatem ukraść jedyny istniejący zmieniacz czasu z gabinetu Minister Magii (znanej także jako ciocia Hermiona), i naprawić tę rażącą niesprawiedliwość dziejową. W misji mającej zbawić świat (i Albusa) bierze także udział najlepszy przyjaciel naszego herosa: Scorpius Malfoy, podejrzewany przez ogół magicznego społeczeństwa o bycie (dla niektórych: absolutnie legendarnym) synem Voldemorta (szanowna mamusia, zmarła na przewlekłą chorobę, miałaby rzekomo cofnąć się w czasie przy użyciu – wait for it – kolejnego zmieniacza, i uwieść Czarnego Pana: teraz już chyba wszyscy rozumiemy, dlaczego praktycznie wszystkie gadżety tego typu zostały rytualnie zniszczone). Co może pójść nie tak?...

Zastanawiam się – na gorąco, tuż po zakończeniu lektury – czy „Przeklęte dziecko” mi się podoba - i dochodzę do wniosku, że nie bardzo. Na pewno są tutaj momenty „robiące” klimat (Ginny odzyskująca kręgosłup, Draco wykazujący podobieństwo charakterologiczne do Narcissy, konfrontacja Harry’ego z problematycznym mistrzem i nauczycielem oraz – klękajcie, narody! – jedna scena z moim ulubionym shipem*): pomiędzy nimi pałęta się jednak sporo patetycznych przemów, Profetycznych Snów Harry’ego oraz uprzedzeń na tle społecznym. Ciekawie wypadają wizje alternatywnych rzeczywistości stworzonych przez machlojki Albusa i Scorpiusa (brzmi to jak kiepska nazwa boysbandu, nie sądzicie?), którzy zdecydowanie powinni zostawić podróże w czasie osobom wyposażonym w TARDIS, oraz powroty kilkorga (nie zawsze) ulubionych bohaterów, sama tajemnica otaczająca tożsamość tytułowego Przeklętego Dziecka okazuje się jednak bardzo mocno naciągana – i możliwa do rozwiązania na długo przed finałem sztuki, jeżeli osoba ją czytająca robi sobie przerwy, w międzyczasie oglądając Potterowskie filmy. Dla dociekliwych: skupcie się na drobiazgach i szczególikach w tekście, a odpowiedź znajdziecie, poniekąd, pod koniec pierwszej godziny Komnaty Tajemnic, i będziecie się dziwili, że nie wpadliście na to wcześniej.

O co w ogóle chodzi w tej sztuce? O „trudną miłość”, i rozliczenie z przeszłością – której, pomimo najszczerszych chęci, nie sposób zmienić. Taki morał płynie z przygód naszych bohaterów: nie sposób więc nie zastanawiać się, dlaczego JKR nie poszła po rozum do głowy, i spróbowała zrobić coś kompletnie przeciwstawnego. Och, ja wiem, względy ekonomiczne… które jednakowoż nie pomogły ukryć wymuszonego humoru, truizmów i mocno przegadanych scen. Cieszyłam się na myśl o powrocie do świata Harry’ego, o nowych wątkach i spotkaniu z dawno nie widzianymi przyjaciółmi: szkoda tylko, że w pakiecie dostałam również „głębokie” przemowy, i próby usprawiedliwiania przez autorkę kilku jej decyzji fabularnych.
Nie mówię zatem, żebyście nie czytali/nie oglądali „Przeklętego Dziecka”: ale załóżcie pewien margines błędu dla Waszych oczekiwań. I dajcie znać, jakie są Wasze wrażenia!


* Po szczegóły odsyłam do genialnego fanfika The Fire and the Rose.

Thursday, 7 July 2016

Ekspresowe nadrabianie zaległości.

To już chyba ten wiek, kiedy nic się nie chce, i zwala winę na pogodę - myślę sobie od paru dni kilka razy dziennie, zbierając się do napisania choć kilku słów o książkach, z którymi się ostatnio zaprzyjaźniałam. Wcześniej miałam wymówkę w postaci działań kreatywnych (mieszałam pewien serial SF z pewnym musicalem w opcji 10-rozdziałowej, i lepiłam brokatowy Order z Ziemniaka dla Młodszej Bliźniaczki): ale odkąd wrzuciłam w sieć ostatni odcinek fanfika, i wręczyłam prezent współjubilatce, jedynym usprawiedliwieniem dla mojego milczenia musi być meteopatia.
Albo nieuleczalne lenistwo.
Lub oba razem, jak w Drodze do Eldorado.
NIC TO. Wynurzam się z otchłani powtarzania sobie Trylogii Husyckiej, i ogłaszam, że ostatnimi czasy urzekły mnie:

The Heart Goes Last Margaret Atwood.
Wydane u nas (na dniach niemalże) jako Serce umiera ostatnie. Dystopia, czyli to, co M.A. - moja osobista, jedyna i niezaprzeczalna kandydatka do Nobla z literatury - pokazuje najcudowniej. I jej sposób pokazywania coraz to nowych aspektów charakteru bohaterów: myślisz, że wiesz już o danej postaci absolutnie wszystko, i nagle otwierają się kolejne drzwi, wszystko zostaje wywrócone do góry nogami, a ty masz ochotę wrócić na pierwszą stronę i przeczytać całość jeszcze raz, żeby zobaczyć, czy coś ci nie umknęło.
I ab ovo, i na nowo, że tak polecę Przyborą.
To jest opowieść o małżeństwie. O wprowadzaniu zmian w swoim życiu, i o tym, że wystarczy jedna drobna rzecz, żeby odebrać nam poczucie zadowolenia i satysfakcji.
To jest książka, która złapie Was za gardło, i nie puści. Warto bardzo.

Ganbare! Warsztaty z umierania Katarzyny Boni.
Czyli moment refleksji: na cholerę poszłam byłam na takie, a nie inne studia?!
Przeczytana głównie na balkonie, z kotem, papierosem i winem/herbatą pod ręką. Bez "wspomagania" się nie dało: tu chodzi o Fukushimę, i całe pokłosie tamtego tsunami. Zostało mi po niej dojmujące uczucie zimna i wewnętrznego dygotu.
Ale chyba dobrze, że taka książka jest, i nadaje pewnym lękom i marudzeniom właściwej perspektywy.
Muszę sobie zrobić własne warsztaty umierania.
Nie mam pojęcia, jakie będą efekty.

Książka o czytaniu Justyny Sobolewskiej.
Biłam z nią rekord Guinnessa w zbiorowym czytaniu na świeżym powietrzu, podczas tegorocznego Big Book Festivalu. Pierwsze, bardzo trafne skojarzenie: to jest taki rodzaj zbioru esejów (felietonów?), który śmiało można nazywać "polskim Ex librisem". Czytaliście Anne Fadiman? Jeżeli tak, wiecie, o czym mówię; a jeżeli nie: zróbcie sobie tę przyjemność, i łyknijcie obie. Dwudaniowa uczta dla bibliofilów, mniam!

Zakonnice odchodzą po cichu Marty Abramowicz.
Miałam w życiu chwilę fascynacji życiem zakonnym (zapewne zainspirowaną podziwem dla sióstr z parafii, do której sporadycznie uczęszczam do dziś): ale szybko mi ona przeszła. Jak wynika z opowieści autorki: na całe szczęście.
Jeśli chcecie się smutno zadumać nad kondycją kobiety w ogóle, i kobiety w Kościele w szczególe - to może być dobry punkt wyjścia do takich rozważań.
A na dokładkę proponuję Kościół kobiet Zuzanny Radzik.

Nic zwyczajnego Michała Rusinka.
Podobnie jak Ganbare!, Książkę o czytaniu, Neponset, Historię pszczół i ładnych parę innych rzeczy, kupiłam ją (a raczej: dostałam gratis, za pieczątki) w Księgarni Autorskiej, oddział w Sanoku (choć zazwyczaj odwiedzam ten warszawski). Książki z Autorskiej zazwyczaj okazują się dobre, albo bardzo dobre: a wspomnienie Sekretarza o Poetce wzruszyło mnie, rozbawiło, i skłoniło do refleksji. I przypomniało mi o istnieniu Jeszcze, znanego także jako Wiersz, Przy Lekturze Którego Wróżka Płacze Łzami. Polecam, jako obraz relacji pełnej sympatii, szacunku i ironicznego poczucia humoru.

Tyle mojego. A co czytają tego lata P.T. Czytelnicy?