Sunday, 25 September 2016

Kartoflany talent i leszcze po gdańsku, czyli "Kolacja na cztery ręce" w Kamienicy.

-Czy z tego fortepianu się dymi? - pyta konspiracyjnym tonem moja towarzyszka. Owszem, spod klapy instrumentu unosi się gęsty, białawy opar - i nie jest to wyłącznie metafora ogromnego zaangażowania Jana Sebastiana Bacha (Olaf Lubaszenko) w wykonywany utwór, ale także... para niosąca zapach ukrytej w pudle rezonansowym zupy.

Metafora jest mocna i czytelna: dla kogoś, kto para się muzyką, fortepian stanowi źródło utrzymania, bez względu na "mitologię", jaką artysta dorabia do tego faktu. W istocie, na pierwszy rzut oka trudno o dwie bardziej odmienne osobowości niż Bach i Haendel (Emilian Kamiński), spotykający się na - wymyślonej przez Paula Barza na potrzeby sztuki - kolacji w lipskim Hotelu Turyńskim. Bach, geniusz swoich czasów, skromny kantor w dwukrotnie nicowanym surducie, wielokrotnie już zabiegał o możliwość spotkania z Haendlem - barwnym, wyfiokowanym światowcem, "Czarującym Potworem", którego każda londyńska premiera spotyka się z gorącym (co nie zawsze znaczy: entuzjastycznym...) przyjęciem. Między ostrygami a zupą z tymiankiem każdy z panów próbuje - mniej lub bardziej świadomie - pokazać swoją wyższość (moralną, finansową, artystyczną) nad interlokutorem: a ocena, czy któryś z nich wychodzi z tej konfrontacji zwycięsko, należy do publiczności.

Historia opowiedziana przez Barza i zinterpretowana przez trzech aktorów (tutaj głęboki ukłon w kierunku Macieja Miecznikowskiego w roli Schmidta, kontrapunktującego ogromne osobowości obu kompozytorów, którego nie wyobrażałam sobie wcześniej w roli komediowej - jak się okazuje, niesłusznie) mogłaby z łatwością przeistoczyć się w zalatujący dydaktycznym smrodkiem moralitet o tym, jak to "źli emigranci" wybierają pogoń za pieniądzem, a "praworządni obywatele" pozostają w ojczyźnie, pracując "dla zaszczytu", za symboliczne wynagrodzenie. Tak się, na szczęście, nie dzieje - mimo licznych nawiązań do współczesnej polityki polskiej i światowej, podanych w formie zgrabnych, ironicznych bon motów, sztuka nie narzuca widzom żadnej nachalnej ideologii. Panowie Haendel i Bach - czy też, jak się nawzajem tytułują, Handel i Pach - przedstawiają sobą dwie graniczne postawy z bardzo szerokiego spektrum, a mimo tego pokazują raczej uniwersalizm ludzkich lęków i pragnień, niż jednoznaczną definicję sukcesu i receptę na jego osiągnięcie. Tajemnica tak udanej inscenizacji "Kolacji..." leży, być może, w doskonale dobranej "grupie sprawczej": dla reżysera, Krzysztofa Jasińskiego, jest to już drugie spotkanie z tekstem Barza; grający Bacha Olaf Lubaszenko także ma za sobą przygodę z reżyserowaniem "Kolacji..." w poznańskim Teatrze Nowym, zaś odtwarzający rolę Haendla Emilian Kamiński z pewnością lepiej niż ktokolwiek inny rozumie bolączki swojego bohatera - dyrektora autorskiego teatru w Londynie. Aktorzy wciągają publiczność w swoisty dialog, prowokując do głębokich rozważań na temat ludzkiej kondycji - i warunków, w jakich się ona rozwija.

"W muzyce pana Haendla jest wiele dźwięków do niego niepodobnych" - mówi Bach, i jest to być może najlepsze podsumowanie wątku przewodniego: życie artysty, a może po prostu: życie w ogóle, to gra - ciągłe pozowanie, kreowanie siebie na nowo i robienie dobrej miny do złej gry. Pytanie, z którym twórcy pozostawiają widza po opadnięciu kurtyny, brzmi: czy na pewno warto zasiadać do tej rozgrywki?...

Jeżeli wynieśliście z powyższego tekstu wrażenie, jakoby "Kolacja na cztery ręce" była sztuką ciężką i monumentalnie poważną, spieszę Was zapewnić, że wcale tak nie jest: poważny temat podany jest w sposób uroczo komediowy (Maciejowi Miecznikowskiego dziękuję niniejszym za podzielenie się z publicznością jego "świeżo skomponowanym" utworem muzycznym...), sama kolacja podana i zaprezentowana została przepięknie (kiedy zaprezentowano przystawki, na widowni dało się tęskne westchnienie), a charakter inscenizacji podtrzymywano także w czasie przerwy: dyskretnie sącząca się z głośników w foyer muzyka barokowa znakomicie "trzymała klimat". Spędziłam przemiły wieczór, i z czystym sumieniem polecam P.T. Czytelnikom wybranie się na "Kolację..." w ramach zwalczania jesiennego spleenu.



Zaproszenie na spektakl "Kolacja na cztery ręce" otrzymałam dzięki uprzejmości Teatru Kamienica, którego włodarzom serdecznie dziękuję.

Tuesday, 20 September 2016

Portret rodzinny, czyli zapowiedź nowego.

Za dni parę zakończy się Festiwal Filmowy w Gdyni, i okaże się, co Szanowne Jury myśli o Ostatniej rodzinie - pomyślałam więc, że wtrącę kilka słów (bez spoilerów!) na temat moich wrażeń z filmu, w porównaniu z biografią panów Beksińskich pióra Magdaleny Grzebałkowskiej.

Po Portrecie podwójnym miałam coś na kształt kaca - mdliło mnie, cierpiałam na zawroty głowy i tym podobne przyjemności. Obraz tej rodziny - kochającej się, lecz absolutnie dysfunkcyjnej - nałożony na niewątpliwe talenty tak ojca, jak i syna, przyprawiał o ból głowy i ponure refleksje. A przecież było rzetelnie, z polotem i niezmiernie wciągająco. Z Ostatnią rodziną jest poniekąd podobnie, plus przy kilku scenach zmuszona byłam zamknąć oczy - a przy innych zamyślić się głęboko nad kondycją świata i ludzkości.

Co nie zmienia faktu, że jest to jeden z tych filmów, które zobaczyć trzeba, bezwarunkowo. Może nie po to, żeby od razu rzucać się na scenarzystę z krzykiem i zębami (pozdrawiamy uczestniczkę pokazu przedpremierowego w warszawskim kinie Atlantic): ale po to, żeby zrozumieć, że pomimo przekopania się przez hałdy pozostawionych przez rodzinę Beksińskich materiałów audiowizualnych pozostaje jeszcze wiele niewiadomych, bez znajomości których nie sposób wyrokować o prawdziwej naturze łączących ich uczuć. Dodanie do męskiego duetu Zdzisława i Tomasza postaci Zofii Beksińskiej (tu drobny wtręt: bez względu na to, ile - w pełni zasłużonych - pochwał usłyszycie na temat kreacji Andrzeja Seweryna i Dawida Ogrodnika, w moich oczach to Aleksandra Konieczna jest prawdziwą gwiazdą tego filmu) wprowadza dodatkową głębię i pokazuje rodzinę Beksińskich z perspektywy, o której być może dotąd nie pomyśleliście.

Innymi słowy: idźcie, zobaczcie, podyskutujcie. Warto.

W tym miejscu chciałabym również polecić Wam śledzenie programu artystycznego Pałacu w Radziejowicach na sezon letni 2017. Temat poniekąd powiązany z poprzednim - miesiąc temu miałam niekłamaną przyjemność oglądać plenerowe przedstawienie Trylogii Tebańskiej Sofoklesa - podsumowanie kursu mistrzowskiego prowadzonego przez pana Seweryna. Kurs jest pozycją cykliczną w kalendarium Pałacu: a sądząc po jakości tegorocznego spektaklu, kolejnych edycji nie powinno się przegapić.

Powyższa rekomendacja stanowi wprowadzenie do nowego rozdziału w dziejach Klonowych Książek: będę pisywać również o spektaklach teatralnych - a szczegóły, i post pierwszy (poniekąd - muzyczny...) już wkrótce. Stej tjund, i tak dalej. Pozdrowienia!

Friday, 26 August 2016

Święci patroni, focus i target - o "Niziołkowej" serii M. Klunder

Rodzicielka zadzwoniła do mnie, gdy miałam - dosłownie i w przenośni - pełne ręce, żeby zdać relację z aktualnie czytanej książki. Na pierwszy rzut ucha, brzmiało dobrze (aczkolwiek, przegięta w kierunku jednego ramienia, z komórką zakleszczoną między uchem a barkiem, przerwałam Jej, zanim przeszła do cytowania ulubionych fragmentów): oddałam się więc poszukiwaniom sieciowym, namierzyłam stosowną księgarnię z ebookami, i spokojnie wróciłam do lektur bieżących (to jest, wielce fascynującej biografii Meryl Streep - niniejszym, serdecznie polecam).

A potem pojechałam na weekend do rodziców, i podebrałam Macierzy tom pierwszy serii Niziołkowie z ulicy Pamiątkowej. Robert i Róża, szczęśliwym trafem świeżo wypożyczony z biblioteki. Tak się bowiem złożyło, że Macierz rozpoczęła lekturę od tomu trzeciego. Bywa.

Całość zaczyna się obiecująco - serię otwiera snuta ze swadą opowieść o tym, jak mocno nieletni chłopiec (imię: Robert, nazwisko: Niziołek) dostaje od mamy do czytania świeżo wydane tłumaczenie Władcy Pierścieni, i wsiąka w temat po uszy. Kilkanaście lat później, jako świeżo upieczony student anglistyki w rodzinnym Poznaniu, spotyka na zajęciach wuefu matematyczkę in spe nazwiskiem Róża Koton, to jest, pardon, Kotoń - zaś rok później jest już mężem tejże ("Ożeniłeś się ze mną dla nazwiska! - Dla nazwiska i imienia, kochanie!"), rozprowadzająca książki w drugim obiegu, śpiewa Kaczmarskiego, nadal czyta na potęgę (miłością do Tolkiena zaraził również żonę, która będzie w przyszłości zaliczać swoim uczniom matematykę na podstawie znajomości kanonu literatury polskiej - to tak na marginesie), i - zostaje ojcem. Na przestrzeni lat kilku, za to - trzykrotnie.

Pierworodna miała być Galadriela, ale ochrzczono ją w trybie pilnym imieniem Małgorzaty - czyli 'Perełki', więc nie było najgorzej. Krótko po niej rodzi się Jan Peregryn, i w końcu: Elanora Pulcheria. Wszyscy troje pożerają książki, dyskutują z rodzicami o stosunek wizji Jacksona do oryginału literackiego, mają bystre umysły i ciekawe zainteresowania, a ich perypetie w wieku młodym okraszone są zgrabnymi nawiązaniami do literatury polskiej i obcej. Z reguły jest zabawnie, czasami wzruszająco: pomimo smrodku dydaktycznego okraszonego szczyptą religijnej agitki. Agitkę, około-dominikańsko-ojco-Górową, przełknęłam raczej gładko - i z dobrymi przeczuciami zakupiłam kolejne tomy cyklu. Chciałam się dowiedzieć, co dalej: z Gośką i jej rodziną (wyszła za niejakiego Podgórnego - pewnie też dla nazwiska - i śpiesznie urodziła... Jagodę Aurelię, prawdopodobnie najpiękniejsze tolkienowskie imię w klanie Niziołków), ze świeżo wyświęconym na księdza Jaśkiem, ze zmagającą się z niedosłuchem Elanor, z ich kuzynostwem i przyjaciółmi. Wolno mi chcieć, prawda?

Autorce, jednakowoż, wolno zmienić focus i target (że tak zabełkocę) kolejnych części cyklu.

Począwszy od tomu drugiego - Droga do Achtoty, które to miejsce pojawia się... na przedostatniej stronie książki, i pomimo starań Autorki nie wzbudza we mnie praktycznie żadnych cieplejszych emocji, kiedy wracamy do niego [jedynie w opisach!] w tomie trzecim - głównym bohaterem zostaje Jan Peregryn, obecnie wikary: a także jego proboszcz, typowy polski ksiądz diecezjalny - to znaczy, oczytany w Tolkienie i JKR, dzielący się pieniędzmi z wiernymi, mądry i łagodny. (Ironizuję? Przepraszam. Miałam szczęście spotkać w życiu kilku wspaniałych duszpasterzy, ale żaden się nie umywał do skończonej doskonałości P.T. Proboszcza.) O pozostałych członkach klanu Niziołków słyszymy o wiele rzadziej, i cośkolwiek chaotycznie: choć może to i lepiej, bo Mama Róża Niziołek, swego czasu robiąca awanturę nauczycielowi młodszej córki, który śmiał wyzwać małą od bezbożnic za... czytanie Harry'ego Pottera, zostaje nagle wyautowana jako czytelniczka "Do Rzeczy". Aha.

Lepiej już ucz się magii w Hogwarcie, niebożę,
niżbyś miała oglądać TVN w telewizorze.

Przepraszam za nieścisłości rytmiczne, leciałam na tzw. żywioł.

Ano, tak - jak powiedział Włóczykij do Małej Mi.* Przy lekturze Achtoty i Wschodu Słońca zrobiło mi się nagle jakoby mdło, i żadną miarą nie mogłam się wczuć w klimat opowieści. To nie jest tak, że nie jestem "kościołowa" - jestem, ale bardziej pod Tischnera i cokolwiek obsmarowany w Achtocie "TP", a mniej pod Lednicę i "W drodze"**. Za dużo się dla mnie nagle zrobiło nawróceń (z prezbiterianizmu i Church of Scotland na rzymski katolicyzm) i mszy w rycie przedsoborowym - a za mało smakowitych nawiązań do literatury, humoru nie związanego z Kościołem i... realistycznych opisów świata zewnętrznego. (Innymi słowy: nie zawsze musi być tak, że dziewczyna zachodzi w ciążę w noc poślubną, parę minut po utracie dziewictwa zresztą. Nie każdy zdolny muzyk, przy okazji praktykujący katolik, musi od razu zostawać organistą. Nie wszyscy młodzi ludzie biorą ślub jeszcze nie studiach lub tuż po, i z miejsca biorą się do pomnażania gatunku. Nie wszystkich młodych ludzi ze zdania powyższego stać na to, aby młoda matka nie wracała już do pracy zarobkowej. I tak dalej, i tak dalej.)

A poza tym - Jasiek Peregryn wznosi w pewnym momencie okrzyk "święci patroni!", od którego zęby mi dzwonią.***

Szkoda...

Z niejakim żalem zatem polecam Państwu część pierwszą - Robert i Róża - praktycznie bez zastrzeżeń; natomiast Drogę do Achtoty oraz Każdy wschód Słońca: raczej pasjonatom tematu.

Uff. Muszę jakoś zaleczyć polekturowego kaca. Może Małym życiem?...

Dobrej końcówki wakacji!
--------------
* Sierpień się kończy, a ja nie dopełniłam corocznego zwyczaju czytania Lata Muminków! Wstyd.
** W tym miejscu disclaimer: mieszkając w stolicy, uprawiam churching i jeżdżę na Freta. Czasami wracam z prasą. Także tak.
*** Pozdrawiam Pana Nietoperza, który oduczył mnie skutecznie używania krótkich form rzeczowników. Ave!

Saturday, 6 August 2016

Harry Potter i Przeklęte Dziecko, czyli – nie wszystkie podróże kształcą. [SPOILERS AHOY!]

Sztukę otwierają dwie sceny pokrywające się treściowo z epilogiem „Deathly Hallows”, a zaraz po nich zdarza się coś, czego mogliśmy się poniekąd spodziewać przy takim otwarciu: Albus Severus Potter zostaje przydzielony do Slytherinu. Ponadto dowiadujemy się, że – o ile Scorpius Malfoy zdecydowanie nie jest (czy tylko w sensie metaforycznym?...) synem swojego ojca, o tyle Rose Granger-Weasley stanowi zbiór najgorszych cech obojga swoich rodziców. Czemu mnie to nie dziwi?...


Akcja dramatyczna koncentruje się na Harrym i Albusie, którzy nie potrafią sobie poradzić z prostą prawdą, że syn nie zawsze musi być lustrzanym odbiciem ojca. Wchodząc w okres młodzieńczego buntu, Albus dochodzi do wniosku, że wszystkie jego problemy biorą początek ze… śmierci Cedrika Diggory’ego. Postanawia zatem ukraść jedyny istniejący zmieniacz czasu z gabinetu Minister Magii (znanej także jako ciocia Hermiona), i naprawić tę rażącą niesprawiedliwość dziejową. W misji mającej zbawić świat (i Albusa) bierze także udział najlepszy przyjaciel naszego herosa: Scorpius Malfoy, podejrzewany przez ogół magicznego społeczeństwa o bycie (dla niektórych: absolutnie legendarnym) synem Voldemorta (szanowna mamusia, zmarła na przewlekłą chorobę, miałaby rzekomo cofnąć się w czasie przy użyciu – wait for it – kolejnego zmieniacza, i uwieść Czarnego Pana: teraz już chyba wszyscy rozumiemy, dlaczego praktycznie wszystkie gadżety tego typu zostały rytualnie zniszczone). Co może pójść nie tak?...

Zastanawiam się – na gorąco, tuż po zakończeniu lektury – czy „Przeklęte dziecko” mi się podoba - i dochodzę do wniosku, że nie bardzo. Na pewno są tutaj momenty „robiące” klimat (Ginny odzyskująca kręgosłup, Draco wykazujący podobieństwo charakterologiczne do Narcissy, konfrontacja Harry’ego z problematycznym mistrzem i nauczycielem oraz – klękajcie, narody! – jedna scena z moim ulubionym shipem*): pomiędzy nimi pałęta się jednak sporo patetycznych przemów, Profetycznych Snów Harry’ego oraz uprzedzeń na tle społecznym. Ciekawie wypadają wizje alternatywnych rzeczywistości stworzonych przez machlojki Albusa i Scorpiusa (brzmi to jak kiepska nazwa boysbandu, nie sądzicie?), którzy zdecydowanie powinni zostawić podróże w czasie osobom wyposażonym w TARDIS, oraz powroty kilkorga (nie zawsze) ulubionych bohaterów, sama tajemnica otaczająca tożsamość tytułowego Przeklętego Dziecka okazuje się jednak bardzo mocno naciągana – i możliwa do rozwiązania na długo przed finałem sztuki, jeżeli osoba ją czytająca robi sobie przerwy, w międzyczasie oglądając Potterowskie filmy. Dla dociekliwych: skupcie się na drobiazgach i szczególikach w tekście, a odpowiedź znajdziecie, poniekąd, pod koniec pierwszej godziny Komnaty Tajemnic, i będziecie się dziwili, że nie wpadliście na to wcześniej.

O co w ogóle chodzi w tej sztuce? O „trudną miłość”, i rozliczenie z przeszłością – której, pomimo najszczerszych chęci, nie sposób zmienić. Taki morał płynie z przygód naszych bohaterów: nie sposób więc nie zastanawiać się, dlaczego JKR nie poszła po rozum do głowy, i spróbowała zrobić coś kompletnie przeciwstawnego. Och, ja wiem, względy ekonomiczne… które jednakowoż nie pomogły ukryć wymuszonego humoru, truizmów i mocno przegadanych scen. Cieszyłam się na myśl o powrocie do świata Harry’ego, o nowych wątkach i spotkaniu z dawno nie widzianymi przyjaciółmi: szkoda tylko, że w pakiecie dostałam również „głębokie” przemowy, i próby usprawiedliwiania przez autorkę kilku jej decyzji fabularnych.
Nie mówię zatem, żebyście nie czytali/nie oglądali „Przeklętego Dziecka”: ale załóżcie pewien margines błędu dla Waszych oczekiwań. I dajcie znać, jakie są Wasze wrażenia!


* Po szczegóły odsyłam do genialnego fanfika The Fire and the Rose.

Thursday, 7 July 2016

Ekspresowe nadrabianie zaległości.

To już chyba ten wiek, kiedy nic się nie chce, i zwala winę na pogodę - myślę sobie od paru dni kilka razy dziennie, zbierając się do napisania choć kilku słów o książkach, z którymi się ostatnio zaprzyjaźniałam. Wcześniej miałam wymówkę w postaci działań kreatywnych (mieszałam pewien serial SF z pewnym musicalem w opcji 10-rozdziałowej, i lepiłam brokatowy Order z Ziemniaka dla Młodszej Bliźniaczki): ale odkąd wrzuciłam w sieć ostatni odcinek fanfika, i wręczyłam prezent współjubilatce, jedynym usprawiedliwieniem dla mojego milczenia musi być meteopatia.
Albo nieuleczalne lenistwo.
Lub oba razem, jak w Drodze do Eldorado.
NIC TO. Wynurzam się z otchłani powtarzania sobie Trylogii Husyckiej, i ogłaszam, że ostatnimi czasy urzekły mnie:

The Heart Goes Last Margaret Atwood.
Wydane u nas (na dniach niemalże) jako Serce umiera ostatnie. Dystopia, czyli to, co M.A. - moja osobista, jedyna i niezaprzeczalna kandydatka do Nobla z literatury - pokazuje najcudowniej. I jej sposób pokazywania coraz to nowych aspektów charakteru bohaterów: myślisz, że wiesz już o danej postaci absolutnie wszystko, i nagle otwierają się kolejne drzwi, wszystko zostaje wywrócone do góry nogami, a ty masz ochotę wrócić na pierwszą stronę i przeczytać całość jeszcze raz, żeby zobaczyć, czy coś ci nie umknęło.
I ab ovo, i na nowo, że tak polecę Przyborą.
To jest opowieść o małżeństwie. O wprowadzaniu zmian w swoim życiu, i o tym, że wystarczy jedna drobna rzecz, żeby odebrać nam poczucie zadowolenia i satysfakcji.
To jest książka, która złapie Was za gardło, i nie puści. Warto bardzo.

Ganbare! Warsztaty z umierania Katarzyny Boni.
Czyli moment refleksji: na cholerę poszłam byłam na takie, a nie inne studia?!
Przeczytana głównie na balkonie, z kotem, papierosem i winem/herbatą pod ręką. Bez "wspomagania" się nie dało: tu chodzi o Fukushimę, i całe pokłosie tamtego tsunami. Zostało mi po niej dojmujące uczucie zimna i wewnętrznego dygotu.
Ale chyba dobrze, że taka książka jest, i nadaje pewnym lękom i marudzeniom właściwej perspektywy.
Muszę sobie zrobić własne warsztaty umierania.
Nie mam pojęcia, jakie będą efekty.

Książka o czytaniu Justyny Sobolewskiej.
Biłam z nią rekord Guinnessa w zbiorowym czytaniu na świeżym powietrzu, podczas tegorocznego Big Book Festivalu. Pierwsze, bardzo trafne skojarzenie: to jest taki rodzaj zbioru esejów (felietonów?), który śmiało można nazywać "polskim Ex librisem". Czytaliście Anne Fadiman? Jeżeli tak, wiecie, o czym mówię; a jeżeli nie: zróbcie sobie tę przyjemność, i łyknijcie obie. Dwudaniowa uczta dla bibliofilów, mniam!

Zakonnice odchodzą po cichu Marty Abramowicz.
Miałam w życiu chwilę fascynacji życiem zakonnym (zapewne zainspirowaną podziwem dla sióstr z parafii, do której sporadycznie uczęszczam do dziś): ale szybko mi ona przeszła. Jak wynika z opowieści autorki: na całe szczęście.
Jeśli chcecie się smutno zadumać nad kondycją kobiety w ogóle, i kobiety w Kościele w szczególe - to może być dobry punkt wyjścia do takich rozważań.
A na dokładkę proponuję Kościół kobiet Zuzanny Radzik.

Nic zwyczajnego Michała Rusinka.
Podobnie jak Ganbare!, Książkę o czytaniu, Neponset, Historię pszczół i ładnych parę innych rzeczy, kupiłam ją (a raczej: dostałam gratis, za pieczątki) w Księgarni Autorskiej, oddział w Sanoku (choć zazwyczaj odwiedzam ten warszawski). Książki z Autorskiej zazwyczaj okazują się dobre, albo bardzo dobre: a wspomnienie Sekretarza o Poetce wzruszyło mnie, rozbawiło, i skłoniło do refleksji. I przypomniało mi o istnieniu Jeszcze, znanego także jako Wiersz, Przy Lekturze Którego Wróżka Płacze Łzami. Polecam, jako obraz relacji pełnej sympatii, szacunku i ironicznego poczucia humoru.

Tyle mojego. A co czytają tego lata P.T. Czytelnicy?

Tuesday, 17 May 2016

Książka (i film) o pszczołach. O "Historii pszczół" Mai Lunde.

W niedzielę rano uratowałam pszczołę.

Przebywanie w ogrodzie moich rodziców nie wpływa zbawiennie na kontakty człowieka z owadami - mamy na stanie gniazda os i szerszeni, mnożące się w postępie geometrycznym - ale oprócz tych potworów zdarzają nam się również sympatyczni goście, w postaci trzmieli i pszczół. (Tata planuje budowę hotelu dla owadów wędrownych, ale jakoś niesporo mu to idzie: chyba muszę zakasać rękawy i zwędzić mu młotek.) Jedną taką istotkę znalazłam na podarowanej mi przez Tatę kiści bzu: była przemoczona od rosy, i kompletnie wyczerpana.
Przełożyłam pszczołę na łyżeczkę wody z cukrem, i odłożyłam na beton przy granicy rabatki. Napiła się, otrząsnęła, i zaczęła rozprostowywać skrzydełka. Nie ukrywam, że byłam z siebie cokolwiek dumna.

"Historia pszczół" Mai Lunde mówi o czymś więcej, niż łyżeczka syropu cukrowego. Tutaj ratuje się nie pojedynczego owada, ale gatunek: a z nim świat w takim kształcie, jakim go oglądamy obecnie.

William, biolog z połowy XIX wieku, próbuje przezwyciężyć napad chronicznej melancholii poprzez skupienie się na pracy nad nowym modelem ula. George, hodowca pszczół z początków XXI wieku, walczy z CCD (Colony Collapse Disorder - masowe zniknięcia pszczół z 2008 roku, o wciąż nie do końca jasnej genezie; przy okazji lektury obejrzałam dokument na ten temat: Vanishing of the Bees, bardzo polecam). Tao, Chinka z końca XXI wieku, pamiętająca jeszcze czasy sprzed Zapaści - całkowitego wyginięcia owadów zapylających - pracuje jako "ludzka pszczoła", przez wiele godzin dziennie ręcznie zapylając drzewa owocowe. Dla każdego z nich pszczoły - ich udomowienie, przetrwanie, odrodzenie - stanowi ważną motywację: ale nie tak ważną, jak rodzina.

Nie mogę za dużo mówić o tym, w jaki sposób dzieci bohaterów przyczyniają się do zmian w ich światopoglądzie, lub do ukierunkowania ich działań, żeby nie zepsuć Wam przyjemności z lektury. Wszystko jest ze sobą połączone: rodzice i dzieci, pszczoły i dobrobyt rodzin, a także wiedza zawarta w pewnym rysunku technicznym - i wspomnieniu po nim. W gruncie rzeczy można by pomyśleć, że świat jako taki jest ulem, w którym wszyscy za siebie odpowiadamy.

Autorka kilkakrotnie (choć, trzeba jej oddać, nienachalnie) przypomina czytelnikom, że bez natury jesteśmy niczym, a odwracanie się od niej na rzecz pogłębiania naszego wykształcenia i rozwijania intelektu może mieć mocno nieciekawe skutki. I tak sobie myślę, że jest w tym sporo racji...

Ten wpis daje Wam szkielet - ścianki ula, że tak polecę metaforą - ale w książce jest poza tym mnóstwo innego dobra - nie będę ciągnąć metafory, bo to poniżej naszej wspólnej godności - dla którego warto po nią sięgnąć. I wcale nie chodzi tu o miejsce na liście bestsellerów.

Tymczasem, moi drodzy. Za kilka dni ujeżdżam do Rumunii i Mołdawii - pewnie wrócę z nowym raportem z lektury.
Klonowa Wróżka

Monday, 9 May 2016

Mokre sny i test Bechdel, czyli: co brał scenarzysta „Czarodziejów”?



(Wbrew pozorom, ten wpis dotyczy książek – oraz ekranizacji, która zrobiła z nich zupełnie nową rzecz.)

Pierwszy tom trylogii Grossmana (mam wielką ochotę napisać: Lva Grossmana, chociaż może powinno być Leva? Nie wiem, mam dysonans poznawczy, nie napiszę nic) przeczytałam w ubiegłym roku, i nie spieszyło mi się zbytnio do lektury kolejnych. Owszem, samo założenie było interesujące – ale główny bohater okazał się do tego stopnia irytujący, że miało się ochotę wyrzucić go przez okno w dwimerytowych kajdanach. Dowiedziawszy się jednak, że całość została ujęta w formę serialu, i pokazywana jest oto przez telewizję amerykańską, postanowiłam nadrobić braki i doedukować się w temacie rozwoju akcji dramatycznej. Idzie to tak:

Quentin ma dwoje przyjaciół, Julię i Jamesa. W Julii się podkochuje, platonicznie i smętnie – ona, rzecz jasna, woli „tego drugiego”. Wszyscy troje są genialni, piekielnie uzdolnieni i zabójczo inteligentni. Wybierają się do college’u, a otworem stoją przed nimi takie mało znane, niszowe uczelnie, jak chociażby Harvard. Aha, jeszcze jedna ważna sprawa: Quentin robi sztuczki karciane, i jest wielkim fanem Fillory.

Fillory, proszę P.T. Czytelników, to Grossmanowa Narnia: kraina, do której pewne rodzeństwo z Anglii dostaje się przez portal ukryty w zegarze ich ciotki. Krainą rządzą dwa wielkie barany (to nie jest eufemizm!), a pośród jej rdzennych mieszkańców można spotkać olbrzymów, gadające zwierzęta i lud władające magią. Są także zegarowe drzewa, istotne z punktu widzenia fabuły, ale my damy sobie z nimi chwilowo spokój.

Quentina i jego przyjaciół poznajemy w dniu, gdy nasz heros in spe udaje się na rozmowę kwalifikacyjną mającą zagwarantować mu miejsce na mało znanej, niszowej uczelni typu – bodajże – Yale. Rozmowa zostaje odwołana (na skutek splotu pewnych tragicznych okoliczności), a Quentin trafia na zupełnie inny egzamin: bardzo przedziwny zestaw zadań, którego prawidłowe ukończenie może otworzyć przed nim drzwi Brakebills – takiego Hogwartu stopnia drugiego. Między etapami egzaminu naszemu bohaterowi (który posiada przydługie włosy wiszące wokół smętnej fizjonomii, i nie bardzo łapie, o co be) wydaje się, że widzi pośród zdających swoją przyjaciółkę Julię, ale to przecież niemożliwe, co? Poza tym dziewczyna znika mu z oczu i nie dociera do ostatniego levelu, więc to z pewnością nie była ona, prawda? …taaak.

Uwaga, spoiler: Quentin zdaje egzamin, i zaczyna naukę w Brakebills. Nie obywa się przy tym bez problemów: okazuje się na przykład, że nauczyciele nie są w stanie określić, w jakiego rodzaju magii powinien się specjalizować – a jest to, jakby nie patrzeć, pierwszy krok w kierunku uzyskania dobrze ukierunkowanego wykształcenia. No cóż. Quentin trafia pod skrzydła tak zwanych Fizycznych – zapamiętajmy imiona Eliot, Janet oraz Alice – w towarzystwie których walczy z perfidną Bestią, podróżuje (pod postacią gęsi wędrownej) na „praktyki” na Antarktydę, spożywa znaczne ilości alkoholu oraz kosztuje miłości fizycznej i duchowej w różnych konfiguracjach. Po drodze dowiaduje się, że jego – cokolwiek zapomniana – przyjaciółka Julia rzeczywiście zdawała do Brakebills, i egzamin ten oblała, ale – wbrew zamierzeniom włodarzy szkoły – nie poddała się zaklęciu kasującemu wspomnienia krótkoterminowe, i obecnie robi wszystko, aby przekonać władze uczelni do przyjęcia jej w poczet studentów. Po drodze okazuje się, że Bestia nie jest tym, kim/czym się wydaje, bohaterowie odkrywają sposób na podróżowanie między światami i lądują w Fillory, gdzie Quentin et consortes zostają ukoronowani na królów i królowe, ktoś umiera, ktoś przechodzi w inną formę bytu, cykl nabiera niejakiego rozpędu i skupia się (w drugim tomie) bardziej na losach Julii i jej pogoni za magią nieinstytucjonalną, a także na wielkim queście dla ocalenia Fillory… Schemat jakoby znany.

Książki skierowane są do czytelników, którzy wyrośli na JKR, i chcieliby jeszcze – jest więc w nich i seks, i żarty z popkultury, i brzydkie wyrazy, i substancje, których spożycie dozwolone jest dopiero po ukończeniu lat osiemnastu. Quentin stroi fochy, wyobraża sobie niestworzone rzeczy na swój temat, i nie zjednuje sobie po drodze mojej sympatii. Akcja obfituje w spotkania z dziwnymi stworzeniami, wiarygodnie opisane procedury uczenia się zaklęć, i sporo ciętego humoru. Poza tym dowiadujemy się, że w Canale Grande mieszka smok, co samo w sobie pogłębia zainteresowanie opowieścią. Prawdopodobnie dlatego ktoś zdecydował, że świetnie byłoby zekranizować cały cykl.

I tutaj, P.T. Czytelnicy, faktor WTF wzrasta wykładniczo.

Gdybyście planowali obejrzenie pierwszego sezonu „The Magicians” przed przeczytaniem pierwowzoru książkowego – lub po przeczytaniu tylko jednej lub dwóch części trylogii – upraszam Was serdecznie o wyrozumiałość, i pamiętanie, że:

1) Eliot i Majakowski są niesamowici, genialni i wspaniali, i nic tego nie zmieni.

2) W książkach nikogo nie trzeba wyciągać z psychiatryka istniejącego tylko w delirycznym śnie delikwenta.

3) W książkach Julia nie pomaga psychotycznej wiedźmie w napadzie na Brakebills. Psychotycznej wiedźmy po prostu nie ma w pierwowzorze (dlaczego zatem jej wątek ciągnie się aż do 10. odcinka serialu?)

4) W książkach Margo ma na imię Janet. Autor uważa – raczej słusznie – że czytelnikowi nie pomyli się ona z Jane, postacią poboczną, acz łatwo zapadającą w pamięć.

5) W książkach Alice i Quentin nie muszą się bawić w MarvinaGaye celem uratowania kogokolwiek skądkolwiek.

6) W książkach wiemy, że Eliot jest nieheteronormatywnej orientacji seksualnej bez konieczności wprowadzania nowego bohatera, który nic nie wnosi do fabuły, a jedynie zapycha czas antenowy swoją osobą, i usta aktora swoim językiem.

7) Co więcej, w książkach udaje się przemycić aluzję do pedofilskich zachowań jednej z postaci BEZ konieczności pokazywania tego, co DOKŁADNIE kazała robić pewnemu małemu chłopcu.

8) W książkach Quentinowi nie śni się, że Julia-w-której-się-był-podkochiwał, ubrana w bikini Lei Organy, całuje z języczkiem Alice-aktualną-dziewczynę-Q, ubraną w białą sukienkę Daenerys Targaryen, po czym obie każą podmiotowi śniącemu stulić dziób, gdyż jego fantazja właśnie zdała test Bechdel i w związku z tym życie jest piękne.

9) W książkach bohaterowie nie rzucają słowem na „f” w co drugim zdaniu. Swoją drogą, ciekawa decyzja zespołu kreatywnego: zdecydować się na „dopieprzenie” języka bohaterów, gdy wiadomo, że stacja WYCISZY KAŻDEGO FUCKA, KTÓRY PRZEJDZIE IM PRZEZ GARDŁO. (Raz jeszcze: to nie jest eufemizm!)

10) Książki, mówiąc kalką językową, robią sens.

Konkluzja: cykl Grossmana warto przeczytać, jeśli się szuka przyjemnej, lekkiej i sympatycznej lektury w klimacie Pottera dla młodych dorosłych. Od serialu „The Magicians” (przedłużonego na kolejny sezon! Gasp!) należy się natomiast trzymać z daleka, dla własnego zdrowia psychicznego.
No dobrze, tyle mojej pisaniny: a co Wy ostatnio czytaliście?...

(W ramach peesu – obraz obsesji, czyli zdjęcia książek – własnych i pożyczonych – które czekają na przeczytanie na moich półkach i szafkach. Niech mnie ktoś powstrzyma, proszę.)


Tuesday, 22 March 2016

Miejsce bezpieczne, czyli Wróżka i fanfiki

(Albo: tłumaczę, czemu ostatnio tak niewiele nowych tytułów pojawia się na mojej liście przeczytanych książek.)



Dzisiaj będzie sporo prywaty. Co wrażliwsze osoby proszone są o oddanie się hobby innemu niż czytanie poniższych wypocin.

Od dwóch dni jeżdżę komunikacją miejską z nosem w „Dygocie” Jakuba Małeckiego, i niezmiernie raduje mnie fakt, że pracuję przy krańcówce zwanej też pętlą – dzięki temu przynajmniej w jedną stronę nie muszę uważać, na którym przystanku wysiąść. Książka jest znakomita, bolesna i przerażająca, coś we mnie budzi i wciąga jak bagno. Brakowało mi tego: lektury „do kości”, „do mięsa”, brutalnego zetknięcia z materią opowieści. Brrrrr!

Ciarki na plecach swoją drogą, a relaks i spokój swoją: po powrocie do domowej przystani grzecznie odkładam Małeckiego na półkę i wracam do czegoś, co mnie koi i sprawia mi autentyczną przyjemność – czyli do fanfików.

Tak, wiem, są tacy, którzy odżegnują się od wszelkiej „twórczości” „fanowskiej” (celowo wstawiam tutaj dwa cudzysłowy) rękami i nogami, patrzą na nią z góry i prychają pod nosem. W porządku, nie rozumiem, ale akceptuję – życzę Państwu miłego życia, jak mawiała pewna wiedźma, ale nie dam się przekonać. Po pierwsze dlatego, że nie lubię się rozstawać z bohaterami, których polubiłam – a także z trudem przychodzi mi zostawianie ich na pastwę autorów/scenarzystów, którzy wyraźnie mają coś przeciwko konsekwencji w tworzeniu postaci, logicznemu rozwojowi akcji oraz dobrym (nie zawsze: szczęśliwym) zakończeniom.
A po drugie – ponieważ w wielu wypadkach fanfik przerasta o głowę tak zwane „oficjalne” sequele (w tym miejscu Wróżka dostaje ataku kaszlu, w którym można usłyszeć słowa: „Telanu”* oraz „Zemsta ubiera się u Prady”), jeśli piszący go człowiek ma talent, dobre wyczucie postaci i ciekawy pomysł na opowieść.
Fanfik nie musi być wyłącznie wyciętą sceną rodem z podręcznika anatomii dla opornych. Owszem, sporo (ha! Pierwszy eufemizm!) napisano takich właśnie „dzieł” – jedno z nich, ku utrapieniu wielu czytelników na całym świecie, i stało się kanwą trylogii książkowej (w rozwinięciu której główny bohater twierdzi, że Chardonnay to wino czerwone...): ale nie mówmy o sytuacjach skrajnych. Tym bardziej, że akurat TA autorka pisać o seksie nie umie, ani nie powinna. Ale jeśli nie seks, to co?

Rozwinięcie historii postaci epizodycznej, która zapowiadała się bardzo ciekawie, ale tylko mignęła czytelnikowi/widzowi przed oczyma i zaraz zniknęła. Nowe przygody znanych bohaterów – dodatkowy odcinek ulubionego serialu? Owszem, poproszę! Alternatywne zakończenie, alternatywni bohaterowie, wewnętrzny monolog postaci (inaczej: próba uzasadnienia durnej decyzji scenarzysty/pisarza), sequel, prequel, osadzenie bohaterów i tropów z oryginalnej historii w innej rzeczywistości: możliwości są niemal nieograniczone. Nic dziwnego, że wiele osób próbuje swoich sił w takiej formie pisania, dążąc do wyznaczonego sobie celu.

Cel sam w sobie bywa różny. Nawet jeżeli pominiemy „szerokim milczeniem”** autorkę od szarości, można z łatwością przywołać całkiem sporo nazwisk osób, które od fanfików przeszły do pisania (i wydawania) historii na kanwie własnych, oryginalnych pomysłów. Kolejną grupę stanowią osoby piszące „dla wprawy”, i planujące napisanie kiedyś Wielkiego Dzieła, które wywindowałoby ich do grupy pierwszej. Są wreszcie tacy, którzy piszą dla czystej przyjemności pisania i obcowania z ulubionymi postaciami, szlifowania warsztatu i… radości, jaką daje dzielenie się swoimi „wypocinami” z podobnie myślącymi członkami fandomu.

Gratyfikacja jest natychmiastowa – uwaga, tutaj prywata i bezczelne chwalenie się: od kilku lat nie zdarza mi się czekać na komentarz dłużej niż kilka godzin. Poza tym, co jest JESZCZE przyjemniejsze, ludzie przysyłają mi prompty: prośby o napisanie historii z konkretnymi postaciami, w bardzo specyficznym otoczeniu itp.: co bywa irytujące i trudne w realizacji, ale poczucie, że ktoś ma wizję pewnej historii i chce, żebyś to właśnie TY mu ją opowiedział/a, ponieważ wierzy w twoje zdolności  w tym zakresie, jest naprawdę podbudowujące.

Sama mam co najmniej kilka takich osób, które są dla mnie absolutnymi wyroczniami w kwestiach tworzenia historii, używania pewnych środków stylistycznych czy tworzenia specyficznego klimatu w tekście. Od dwóch lat, mniej więcej, piszę dla tego samego fandomu co Laura: creative writer i zapalona biegaczka, lat czterdzieści i trochę, na stanie mąż-Trekista, siedemnastoletnia córka, dwa koty i zero książek wydanych pod własnym nazwiskiem.

Laura, Drodzy Państwo, jest genialna. Tworzy niesamowity klimat, wiarygodnych bohaterów dodanych do oryginalnego ensemble i trzymające w napięciu historie. Ma niesamowity talent do pisania elementów humorystycznych (za co podziwiam ją w dwójnasób), a sceny w jej wydaniu są smakowite i pobudzające wyobraźnię, nie przywodząc przy tym na myśl broszurki wetkniętej za wycieraczkę samochodu. Ilekroć dostaję powiadomienie o nowym rozdziale jej opowiadania, rzucam w kąt każdą, nawet najbardziej fascynującą lekturę, idę do kuchni po coś słodkiego i zasiadam przed monitorem z wypiekami na twarzy.
Nie-całkiem-w-sekrecie przyznam się Wam, że mam jedno marzenie: wywoływać u ludzi (a może tylko u pojedynczego ludzia) podobne uczucie radosnej ekscytacji na widok powiadomienia z moim nickiem, nazwiskiem i tak dalej. I lubię sobie myśleć, że gdzieś tam w świecie są tacy, którzy zapisują moje fanfiki na twardym dysku lub ściągają je na czytnik, tak jak sama robię to z opowiadaniami Laury: żeby móc do nich wracać, kiedy wszystko dookoła jest dziwne, przerażające i niepewne. Czasami trzeba bowiem wrócić do ulubionych bohaterów, i popatrzeć na nich z innej perspektywy. (Tu z kolei przychodzi mi na myśl The Fire and the Rose, czyli opowieść z uniwersum Pottera, która kompletnie odmieniła mój sposób myślenia o dwojgu nieszablonowych bohaterach. Wzdech…) Czasami trzeba spędzić kilka godzin wymieniając pomysły na fanfik z osobą siedzącą przed monitorem na drugim końcu świata. Czasami trzeba wstydliwie osłaniać ekran czytnika przed sąsiadem w tramwaju, ponieważ w aktualnie czytanym utworze pojawiła się wybitnie inspirująca scena.

No, dobrze już, dobrze: może nie „trzeba”, ale na pewno – można. I, wedle mojej skromnej opinii, chyba warto.

Chociażby po to, żeby tym chętniej sięgnąć potem po „oryginalną” opowieść.

Czy Państwo czytają fanfiki? (I tak, owszem, wszyscy pamiętamy „Syna Gondoru”…)

--

PS. Właściwie można by powiedzieć, że od chwili premiery „Przebudzenia Mocy” wszystkie książki tworzące tak zwane Rozszerzone Uniwersum Star Wars spadły do rangi fanfików. Można by, ale jaki w tym sens? Nie zamierzam rezygnować z Mary Jade.

* Nie, nie chodzi o książkę pani LeGuin.
** Zasłyszane na widowni teatru w mieście stołecznym.