Wednesday, 6 December 2017

Kwestionariusz Wellman, czyli kilka słów o przyzwoitości

Zawsze lubiłam odpowiadać na pytania z ankiet, złotych myśli, "dokańczanek" w Kalendarzu Szalonego Małolata (o mamo, jakaż jestem stara) i tak dalej. Najczęściej bawiłam się w kwestionariusz Prousta - swoją drogą, może przyjdzie mi kiedyś do głowy wrzucić tutaj uaktualnione odpowiedzi? - tym razem natomiast pozwalam sobie sklecić kilka odpowiedzi na pytania zadawane osobom publicznym z różnych opcji polityczno-religijno-światopoglądowych, z którymi Dorota Wellman porozmawiała na potrzeby książki Jak być przyzwoitym człowiekiem.

Serdecznie zachęcam - tak do lektury, jak i do przemyśleń w tym temacie. Chyba warto.

Co to znaczy: być przyzwoitym człowiekiem?
Nie przyzwalać na podłość i niegodziwość pod żadną postacią. Myśleć o innych równie często - i równie ciepło - jak o sobie.

Czy warto być przyzwoitym człowiekiem?
W kategoriach czysto materialnych -  nie zawsze. W kategoriach czysto niematerialnych - bezwzględnie tak.

Sytuacja, w której zachowałam się przyzwoicie, to...
W pierwszym odruchu przychodzi mi na myśl przyznanie się do współudziału w zdarzeniu, które - choć wynikające z jak najlepszych pobudek, i nikomu nie robiące krzywdy - ściągnęło na mnie irracjonalny gniew pewnej niestabilnej emocjonalnie osoby. Trochę mi się przez to pokomplikowało w życiu, ale ostatecznie wyszłam z tej próby zwycięsko, i nie zostawiłam przyjaciół na lodzie.

Kto jest dla mnie wzorem przyzwoitości? Dlaczego?
Za bardzo przyzwoitego człowieka uważam Roberta Biedronia, którego zawód (wykonywany) nie zachęca automatycznie do bycia przyzwoitym.

Co zrobić, kiedy nie da się zachować przyzwoicie?
Miałabym nadzieję, że zawsze się da, ale życie niekoniecznie jest zero-jedynkowe. Tak więc: jeśli już nie ma innego wyjścia, zachować się tak, aby na skutek naszej nieprzyzwoitości ucierpiało możliwie jak najmniej osób.

Kiedy się nie opłaca być przyzwoitym?
Raz jeszcze, sytuacja w kategoriach 0-1. Być może wtedy - i tylko wtedy - gdy "przyzwoistość" bardziej krzywdzi ludzi, niż im pomaga.

Przyzwoitość - w kraju katolickim - czy to powinna być cecha każdego Polaka?
Polska nie jest krajem katolickim, tylko takim, w którym gros ludzi deklaruje, że są katolikami - a to zaiste wielka różnica. Przyzwoitość powinna natomiast być cechą każdego człowieka, bez względu na wyznawane przez niego poglądy. Wszyscy winniśmy mieć sumienia, i zdrowy ogląd rzeczywistości. Jak jest w praktyce - wiadomo.

Uczyć tego w szkole, wynieść z domu?
Szkoła może (powinna) propagować odpowiednie wzorce, ale bez podstaw wykształconych w domu nie na wiele się to zda.

Czy przyzwoitość to wierność poglądom?
Raczej: umiejętność obiektywnego spojrzenia na wyznawane poglądy oraz ich weryfikacji, gdy czujemy, że znosi nas z kursu.

Kiedy nie da się już podać ręki drugiemu człowiekowi?
Kiedy jego nieprzyzwoitość - lub zwykłe skurwysyństwo - zagraża dobru/zdrowiu/życiu moich bliskich. Z przykrością stwierdzam, że trafiły mi się w żyiu dwie takie osoby.

Nieprzyzwoitość: co to jest?
Pomijając aspekt czysto seksualny: kompletna niewrażliwość na uczucia i poglądy innych ludzi.

Po co nam w ogóle wartości?
Żebyśmy wiedzieli, do czego dążymy w życiu - w perspektywie szerszej niż kolejna wypłata.

Sunday, 26 November 2017

W roli pisarza: Tom Hanks. Kolekcja nietypowych zdarzeń.



Nie pamiętam, jakiej marki była ta pierwsza. Miała wysokie klawisze, w które trzeba było uderzać z zajadłością tak wielką, że trzęsły się długopisy w szufladce szafki, na której stała. Bardzo szybko odpadło „Y”; nie działało też przewijanie taśmy w obie strony – jedną z pierwszych rzeczy, jakie nauczyłam się przy niej robić, była zamiana szpulek.

Nie nauczono mnie ustawiania marginesów ani interlinii. Pisałam drobniutkim maczkiem, od brzegu do brzegu kartek z nagłówkiem „Orbis”, lub cieniutkiego papieru do drukarki igłowej.

Zaczęłam na początku lat dziewięćdziesiątych, kiedy sporą część wakacji spędzałam u dziadków, i trzeba mnie było czymś zająć. Miałam osiem, może dziewięć lat. Szczęśliwie – niewiele się z tamtym czasów zachowało.

Mam zatem słabość do maszyn do pisania – i tym przyjemniej czytało mi się zbiór opowiadań Toma Hanksa, połączonych wspólnym motywem tego właśnie urządzenia. Uncommon Type, przetłumaczona jako Kolekcja nietypowych zdarzeń, jest zaiste smakowita: napisana z polotem, sprawnie skonstruowana (podziwiam ludzi, którzy tak sprawnie poruszają się w strukturze krótkich form literackich) i – co również bardzo doceniam – świetnie przetłumaczona przez Patryka Gołębiowskiego, w którym wyczuwam pokrewną duszę Barańczakofila. O treści samych opowiadań wiele tu pisać nie będę, żeby nie psuć Wam przyjemności z ewentualnej lektury: uprzejmie donoszę jednak, że ich bohaterowie są nad podziw zręcznie opisani, puenty bywają mocno zaskakujące, a język, choć oszczędny, buduje plastyczny i barwny świat – bez względu na to, w której dekadzie osadzone są opisywane wydarzenia. Trochę ich – dekad – znajdziemy, podzielonych pomiędzy siedemnaście opowiadań zbioru.

Jako świeżo upieczona fanka felietonów Hanka Fiseta (do przeczytania w Kolekcji…), życzyłabym sobie bardzo przeczytać kolejnych siedemnaście. Albo nawet – trzydzieści cztery.

Pisz, Tom, pisz.

PS. W ramach dodatkowych przyjemności czytelniczych serdecznie polecam Państwu autobiografię Piotra Bukartyka Fatalny przykład dla młodzieży, którą nabyłam w ramach prezentu gwiazdkowego dla Pani Matki. Dla mnie, nie znającej twórczości Pana Piotra poza ramami PR III, była to wielce pouczająca i zajmująca lektura. Czego i Wam życzę. K. W.

Sunday, 12 November 2017

Jakowaś dziwna inwersja, czyli "Wiedźmin. Szpony i kły"



Z wiedźminem, Drodzy Czytelnicy, było tak, że w liceum miałam paczkę głównie męską, grającą w erpegi i czytającą sporo fantastyki. Wspomnę, że były to czasy, gdy wraz z najlepszą przyjaciółką śliniłyśmy się nad Christopherem Lambertem w roli Raydena. Taki lajf.

W każdym razie: kolega, do którego po dziś dzień mam sentyment oraz wielkie miejsce w sercu, pożyczył mi Ostatnie życzenie, i wsiąkłam. Dostawszy na gwiazdkę roku 1998 zastrzyk gotówki, kupiłam wszystko, co było w naszej prowincjonalnej księgarni: Miecz przeznaczenia, Krew elfów, Chrzest ognia i Wieżę Jaskółki. Czas pogardy pożyczył mi wyżej wymieniony kolega: dzięki serdeczne, Piotrze! – później uzupełniłam kolekcję o wydanie na tańszym, makulaturowym papierze, co do dziś mocno mnie boli.

Na Panią Jeziora musiałam czekać aż do klasy maturalnej: najpierw przeczytałam egzemplarz pożyczony od kogoś, kto mnie podówczas emablował, a potem wygrałam własny w konkursie Warszawskiego Informatora Kulturalnego (yay!). Podpisałam go, przeczytałam raz jeszcze, pożyczyłam znajomemu – dostałam z powrotem egzemplarz bez podpisu. WTF?; no cóż, książka jest książką…

A potem myślałam, że nie będzie już nic oprócz fanfików. Albowiem o filmiszczu i szczerbialu wspominać się tu nie będzie.

Jeszcze później był Sezon burz, który czytanym przeze mnie fanfikom do pięt nie dorastał.
A później, nagle i niespodziewanie, pojawiła się w sieci książka z mocno mylącą okładką, i napisem: „Andrzej Sapkowski przedstawia”. Mam syndrom sztokholmski, więc rzuciłam się na nią co rychlej. I tak sobie myślę – ja, autorka fanfików tłumaczonych z angielskiego na włoski i chiński – skoro zawarte w antologii Szpony i kły opowiadania to gloryfikowane (od angielskiego: glorified) fanfiki, to chyba mogę na nich wykonać tak zwany beta-reading, prawda?...

Szczególnie że nie do końca rozumiem wydawcę: mógł nie chcieć ingerować w treść opowiadań przysłanych na konkurs, ale, do kroćset, do wersji książkowej MINIMALNA korekta gramatyczna by się przydała... Nie mówiąc już o tym, że spora część zawartych w antologii opowiadań przeczy wszelkim założeniom sztuki literackiej.

W antologii Szpony i kły możemy przeczytać jedenaście opowiadań, z których IMVHO (w mojej niezmiernie skromnej opinii) trzy spełniają wymogi logicznej, sprawnej narracji, poprawności ortograficzno-gramatycznej i płynności językowej. Innymi słowy – czytając większość z tych opowieści, nie byłam w stanie wyrozumieć, jakie były motywacje bohaterów, ani co zyskiwali na działaniu w określony sposób – a to mnie, mówiąc oględnie, wkurza, bez względu na „profesjonalizm” (czyli: bycie fanfikiem lub nie) danego dzieła literackiego.

Nie będę wymieniać nazwisk ani tytułów, z wyjątkiem tych oto: tytułowe Szpony i kły, Nie będzie śladu oraz Lekcja samotności, które serdeczne Państwu polecam. Względem pozostałych tworów literackich, zalecam daleko posuniętą ostrożność. Prawdą jest bowiem, że zastosowana w zdaniu inwersja nie zawsze skutkuje przyjemną dla oka i ucha staropolszczyzną; że nawet niezły pomysł na opowiadanie niewiele znaczy, jeśli konstrukcja fabuły oraz język kuleją boleśnie. W ogóle sporo problemów sprawiało mi skakanie między rejestrami językowymi, które u Sapkowskiego odbywa się miękko i niezauważalnie, a u autorów konkursowych opowiadań okupione jest o niebo większym bólem. Czytelnika.

Czytelnikowi smutno jest również, gdy zdecydowanie zbyt często uważa się go za idiotę, który nie pojmie wielce tajemnej sztuki tworzenia i odczytywania zdań wielokrotnie złożonych. Czytelnik również nie wie, czym jest „miejsce reprezentatywne”, i o co w ogóle kaman. Brak logiki (po kiego czorta koń wzywanego na zamek królewski bohatera zostaje w bramie miejskiej, miast iść do zamkowej stajni?!); zdania zaczynające się od „więc”, degradujące kobiety opisy w opowiadaniach autorstwa mężczyzn, oraz przesadne skupianie się na opisach strojów w utworach autorstwa kobiet – wszystko to razem tworzy amalgamat, który dla kogoś emocjonalnie zaangażowanego w twórczość Andrzeja Sapkowskiego okazuje się mocno niestrawnym.

Mimo zadowolenia z lektur trzech wyżej wspomnianych opowiadań: serdecznie nie polecam…
Idźcie lepiej na AO3.

Post scriptum.

Wyżalam się oto znajomej z pracy, że kompletnie nie rozumiem motywacji bohaterów w jednym z opowiadań. Geralt sobie pociupciał, i tyle.

Znajoma: Może o to chodziło? Takie PWP? („Fabuła, na c..j ci fabuła?")

Ja: Niestety, cytrusów („obrazowych opisów współżycia płciowego”) nie było.

Znajoma: NO TO PO CO PISAĆ COŚ TAKIEGO?!?

Kurtyna, miłosiernie i litościwie, opada.

Saturday, 28 October 2017

„Trzecia młodość Bociana”, czyli ostrożna romantyczność

Nazywa się Jan Bocian, pochodzi z Królowego Mostu (zbieżność danych z bohaterem filmów Jacka Bromskiego… przypadkowa?), niedawno owdowiał (po raz drugi), a teraz przybywa do Warszawy, aby skorzystać z gościny u syna i synowej, i spokojnie doczekać otwarcia testamentu po (bogatej z domu) nieboszczce żonie…

A poza tym: gra na gitarze, animuje publiczność do wspólnego śpiewu, emabluje młode i piękne kobiety (to już wyłącznie na scenie…), przerzuca się z synową Zdziską – pardon, Zdzisławą – ciętymi komentarzami, i za kołnierz nie wylewa. Skąd wziął się w Teatrze Kamienica?

źródło: Teatr Kamienica

Przede wszystkim: z pomysłu Emiliana Kamińskiego, który podjął się nie tylko reżyserii nowego (premiera miała miejsce 2 września 2017) spektaklu w swojej Kamienicy, ale także zagrał tytułowego bohatera, oraz znacząco „zlokalizował” brytyjski pierwowzór, przystosowując go do polskich realiów tak zgrabnie, że w ogóle nie widać miejsc „szycia”. Temat przewodni sztuki (napisanej przez Simona Mossa na motywach popularnego w wielu krajach sitcomu „Tom, Dick and Harriet”) jest zresztą uniwersalny: oto „wesoły wdowiec”, artysta weselno-imprezowy z prowincji, nie cierpiący na brak sił witalnych i oczekujący na pokaźny zastrzyk gotówki, wkracza z przytupem w poukładane, warszawskie życie swojego syna, Ryszarda (Wojciech Solarz), i jego żony Zdziski – pardon, Zdzisławy (Hanna Konarowska). Im natomiast nie jest do śmiechu i bez wizyty tatusia: Zdzisława, kobieta temperamentna i zaangażowana, podupada nieco na zdrowiu, zaś Ryszard bezskutecznie próbuje znaleźć modelkę do reklamy środka na potencję: klient, który ma ściśle określone wytyczne, czyli sam nie wie, czego chce, domaga się niewinnej blondynki o dużych, niebieskich oczach i takichż piersiach, a biedny Ryszard staje na głowie (lub raczej: na pedałach stacjonarnego roweru), żeby znaleźć rozwiązanie tego mocno skomplikowanego problemu.

źródło: Teatr Kamienica 


Sytuacja staje się coraz bardziej napięta: w otoczeniu Bociana Seniora, wdowca z „perspektywami”, pojawia się coraz więcej osób chętnych do podzielenia się z nim „ciężarem” spodziewanego spadku po zmarłej żonie-dewotce. Zdzisława nie dowierza nikomu: ani Lilce (Sylwia Gliwa), „czułej masażystce” w kostiumie Wonder Woman, ani Gracjannie (Milena Staszuk), bibliotekarce w typie „szarej myszki”. O tę ostatnią, oraz o jej relację z Janem Bocianem, martwi się również owdowiała ciotka Dobrosława (Małgorzata Sadowska): ale czy na pewno ma powody do obaw?...


Każdy z bohaterów „Trzeciej młodości Bociana” ma ściśle określony cel w życiu, i dąży do niego z brutalną niekiedy konsekwencją. Możemy mieć wrażenie, że wszystko już wiemy, i mamy naszych bohaterów podanych na przysłowiowej tacy – ale w finale okazuje się, że poza „doraźnymi” skutkami swoich działań (czasami mocno spłyconych i przerysowanych w typowy dla farsy sposób) bohaterom udało się tak wpłynąć na losy wszystkich pozostałych osób dramatu, że  w ostatecznym rozrachunku nikt nie jest pokrzywdzony, choć na pozór nic nie wyszło tak, jak się tego spodziewali Bocian i spółka.

źródło: Teatr Kamienica 

Może więc pośród oparów lejącego się strumieniami  chińskiego szampana, pośród pośpiechu, zamieszania i piętrowych nieporozumień, kryje się coś ważniejszego? Może Jan Bocian ujmuje i porywa publiczność nie dlatego, że wykonywane przez niego piosenki należą od tak zwanej „muzyki biesiadnej” – ale dlatego, że przemawiają one głosem Emiliana Kamińskiego do tej ukrytej cząstki naszej duszy, w której trzymamy marzenia o romantycznej miłości i rodzinie: a do tego nie są nam wcale potrzebne miliony z testamentu…

Spektakl kończy się w momencie, który w serialowym pierwowzorze można umiejscowić dopiero w połowie akcji: czy to oznacza, że będziemy mieć okazję do ponownego spotkania z Bocianami i ich przyjaciółmi? Czy główny bohater ma przed sobą nie tylko trzecią, ale i czwartą młodość? Być może. Na razie skupmy się na tym, co mamy: a w tym roku kalendarzowym mamy możliwość obejrzenia „Trzeciej młodości Bociana” jeszcze osiem razy: 11 i 24 listopada oraz 1, 2 (dwa spektakle), 30 i 31 grudnia (również dwa spetakle). Potraktujmy to jako świetną okazję do naładowania akumulatorów na jesień i zimę!

źródło: Teatr Kamienica 


Dziękuję Dyrekcji Teatru Kamienica za zaproszenie na spektakl.

Sunday, 22 October 2017

Natalia Osińska – Slash, czyli od Defying Gravity do My Shot

Na nazwiska niektórych pisarzy reaguję jak pies Pawłowa. Czasami ma to związek z daleko posuniętym syndromem sztokholmskim (ekhm, Musierowicz, ekhm) – czasami po prostu nie mogę się doczekać obcowania z kolejną książką ich autorstwa.

Tak się zatem złożyło, że w tym jakże niewesołym dla mnie momencie życia ekonomicznego (remont się skończył, strych jest cudowny, a kredyt jakoś nie chce maleć) rzuciłam się na kontynuację wydanego w ubiegłym roku Fanfika jak mój kot na masło. W przeciwieństwie do Myszy, która zawsze obrywa za takie akcje, ja jestem z mojego spontanicznego wyskoku bardzo zadowolona.

Dla tych spośród P.T. Czytelników, którzy nie wiedzą, o co kaman: Natalia Osińska pisze książki dla młodzieży, które mocno odstają (pozytywnie!) od mojej osobistej wizji książek dla młodzieży. Jej bohaterowie są zachwycająco prawdziwi – do tego stopnia, że bardzo często irytują mnie i prowokują do wywracania oczami, ale w ostatecznym rozrachunku nie sposób im nie kibicować. Wyżej wspomniani bohaterowie mieszkają w Poznaniu: ale nie na klimatycznych Jeżycach (czy ja to robię specjalnie? Pewnie tak…), tylko na Grunwaldzie (pozdro, yo, przepędziłam tam większość pierwszego roku). Mają problemy ze szkołą, rodziną, i samymi sobą: a sposób przedstawiania tychże problemów po prostu obezwładnił mnie świeżością i taktownym podejściem do tematu.

Z blurba, który zachęcił mnie w ubiegłym roku do wejścia do dworcowej księgarni i nabyciu Fanfika (mój pociąg już zapowiadali, fyi), nie wynika bowiem – i dobrze – że mamy do czynienia z książką o problemach z identyfikacją płciową.

Może ja się nie znam, Drodzy, ale tego chyba jeszcze nie było w rodzimej literaturze dla nastolatków i YA.

A poza tym: nawiązania do musicali, nawiązania do hiperpoprawności politycznej i umiłowania dla „etykietek” w środowisku tumblrowym (dobrze wiedzieć, że nie tylko mnie to w…yprowadza z równowagi), reagowanie na bieżące wydarzenia społeczne i polityczne (to już Slash), i bardzo płynny, obrazowy język.


I historia o przyjaźni, zaufaniu oraz szukaniu własnej tożsamości, którą powinno się delikatnie podsuwać młodym ludziom borykającym się ze swoją tożsamością w ramach szeroko zakrojonej grupy LGBTQ.

Miałam napisać coś więcej o fabule, ale tego nie zrobię: jeśli słyszeliście już o książkach Natalii Osińskiej, pewnie dopadły Was jakieś bliższe szczegóły, ale jeśli nie – zróbcie sobie tę przyjemność i wkroczcie w tę opowieść bez jakichkolwiek założeń i oczekiwań. Nie musicie wiedzieć, dlaczego progres od zainteresowania Wicked do Hamiltona jest ważnym symptomem rozwoju jednej z postaci. Nie musicie niczego z góry zakładać. Nie powinniście wręcz sugerować się kwaśnymi wypowiedziami na forach internetowych, które dissują Fanfik i Slash jako „chwalone przez kręgi lewicowo-feministyczne, więc pewnie bezwartościowe lub ostro propagandowe”.

Zamiast tego: zastanówcie się, czy nie byłoby dobrze poświęcić kilku godzin na zapoznanie się z obiema pozycjami: to mocny duet, który dobrze jest „łyknąć w pakiecie”. I porozmawiać z kimś, kto być może jest blisko Was, i w podobny sposób woła o pomoc.

Mocno nieskładne to wszystko, wiem. Ważne, że chodzi tu o naprawdę ciekawy kawałek literatury: tak dla osób spod znaku tęczowej, jak i czarnej parasolki.

Dobrego czytania: pogoda nam sprzyja! ;)

Monday, 25 September 2017

Adaś śpiewa w Kamienicy - "Dzień Świra opera|musical"


Facebook podpowiedział mi dziś, że rok temu zamieściłam tutaj recenzję "Kolacji na cztery ręce" - taka rocznica nie może się zmarnować! A skoro o rocznicach mowa...

"Dzień Świra: opera|musical" miał swoją premierę w Teatrze Kamienica 7 lipca tego roku (o znamiennej godzinie 19:07), czyli 15 lat po wejściu do kin filmu Marka Koterskiego. Ja wybrałam się na popołudniowe przedstawienie 24. września - z tej daty, niestety, nie da się wyciągnąć nic "adasiowego", ale fakt ten w żaden sposób nie zakłócił mi odbioru.

Przyznam, że nie bardzo wiedziałam, czego się spodziewać. Film Marka Koterskiego znam i lubię, ale nie potrafiłam sobie wyobrazić, jak można go przeobrazić w formę musicalowo-operową. Jak się okazuje, wszystko jest możliwe: trzeba tylko złożyć właściwy projekt w ręce właściwych ludzi. I tak: muzykę do libretta mistrza Koterskiego napisał Hadrian Filip Tabęcki, współautor wystawionej pięć lat temu w Poznaniu stricte operowej wersji "Świra...", a opiekę reżyserską nad całością sprawował Marcin Kołaczkowski, któremu bardzo dobrze znane są klimaty musicalowe. W efekcie tych decyzji "kadrowych" powstał spektakl wpisujący się świetnie w formułę ni-to-opery, ni-to-musicalu, smakowicie absurdalny i zachowujący klimat oryginału.

Taka historia wesoła, a ogromnie przez to smutna, albo: Adaś wiecznie żywy

-Zagrane świetnie, ale jakieś takie smutne... - powiedziała towarzysząca mi na przedstawieniu osoba, która dopiero w przerwie przyznała się do nieznajomości oryginału filmowego. Prawdą jest, że "Dzień Świra" w wersji wystawionej przez Teatr Kamienica to studium syndromu Aspergera na nutę musicalową, prześwietlające megalomanię i nerwicę natręctw współczesnego inteligenta: pomimo stosunkowo poważnego wydźwięku, spektakl cechuje jednak lekkość i oryginalność, wprowadzająca dodatkowy wymiar do historii Adasia Miauczyńskiego, jaką znamy ze srebrnego ekranu. Wielką zaletą spektaklu jest obsada: Maciej Miecznikowski w roli Adasia wygląda jak połączenie Marka Kondrata z Markiem Koterskim, a dzięki bardzo profesjonalnej emisji głosu uzasadnia celowość użycia słowa "opera" w opisie przedstawienia. Joanna Kołaczkowska, wcielająca się we wszystkie kobiety życia Adasia, stanowi celny kontrapunkt dla jałowej codzienności bohatera - a jej rozkołysany chód, dobrze przemyślane manieryzmy oraz niezaprzeczalny talent komediowy (scena z zupą!) budują wyraziste portrety trzech kompletnie różnych postaci. Osobiście brakowało mi trochę Wojciecha Solarza w roli Synka Sylwusia - ale prawdopodobnie powoduje mną raczej sympatia do aktora, niż zastrzeżenia do konstrukcji scenariusza.

Ciekawym zabiegiem inscenizacyjnym jest "skondensowanie" wszystkich ról pobocznych do czterech postaci granych przez członków Kwartetu Rampa (Joannę Pałucką, Annę Ścigalską, Stefana Każuro i Grzegorza Kuciasa): cieszę się, że mogłam zobaczyć ich na scenie po dłuższej - dla mnie jako widza - przerwie. Sekwencja "pociągowa" w wersji "na cztery głosy" po prostu rozkłada widza na łopatki, i nie bierze jeńców.

Bardzo lubię spektakle, które - przy zastosowaniu nowoczesnych środków wyrazu - pozwalają jednak zabłysnąć aktorom. "Dzień Świra: opera|musical" nie tylko eksponuje zdolności wokalne artystów, ale także zapewnia im dobrze przemyślaną, wysmakowaną oprawę wizualną: proste, ale sugestywne i łatwo identyfikowalne kostiumy, "wielozadaniową" scenografię (nad oboma aspektami pieczę ma Anna Puchalska), oraz materiały filmowe autorstwa Dariusza Senkowskiego i Sylwestra Ciszka, stanowiące znakomite tło dla akcji rozgrywającej się na pierwszym planie. Finał sztuki zostawia nas z nadzieją na ewentualną kontynuację (czy tylko mi ostatnia scena przywiodła na myśl "Wszyscy jesteśmy Chrystusami"?...), a piosenka wykonywana "na ukłonach" doprowadziła mnie niemal do łez. Muzycznie - to upbeatowy, musicalowy kawałek; tekstowo natomiast... to trzeba usłyszeć, Drodzy Państwo.

Serdecznie zachęcam do odwiedzenia Teatru Kamienica w nowym sezonie. Najlepiej siedem razy...

Dziękuję Teatrowi Kamienica za zaproszenie na spektakl.

Wednesday, 20 September 2017

Lato, lato, a jakoby jesień...

Za oknami dzień, a ja w Oslo.

Niestety, nie dlatego, że wybrałam się tam po raz kolejny w tym roku - nadrabiam zaległości w temacie komisarza Harry'ego Hole, w oczekiwaniu (nieco niepewnym) na premierę Pierwszego śniegu. Pogoda mi sprzyja - zawsze uważałam, że kryminały powinno się czytać jesienią - a w ramach oddechu od okropieństw i morderstw zapoznaję się z inną twarzą pana Nesbo, co i Wam serdecznie polecam.

Końcówkę sierpnia spędziłam w chorobie, wchłaniając głównie Sapkowskiego - to mój książkowy odpowiednik comfort food - a potem wybyłam na średnio udany urlop, wykorzystując tydzień przerwy od pracy jako wymówkę do nicnierobienia (z przerwami na pływanie w bezczelnie ciepłym morzu i zapijanie święzych fig bezczelnie tanim winem) oraz okazję do zapoznania się z Drzewem Życia Chavy Rozenfarb. Pierwszy tom napisanej w jidysz trylogii o życiu łódzkiej społeczności żydowskiej w przededniu drugiej wojny światowej czyta się błyskawicznie (może dlatego, że akcja obejmuje rok 1939 - naprawdę trudne tematy czekają zapewne w kolejnej części), bohaterowie są pełnokrwistymi, wyrazistymi postaciami, a dla kogoś, kto sporą część swojego życia spędził w mieście na Ł., dodatkowy smaczek stanowią szczegóły topograficzne. Niniejszym - poleca się gorąco (szczególnie do czytania w ciepłym, słonecznym miejscu, którego charakter neutralizuje nieco tematykę powieści).

Przeczytałam również Maddaddam, ostatnią część trylogii Roku Powodzi - wszystkie wątki postapokaliptycznej epopei Atwood zawiązały się w spójną całość, świat zaczął się odradzać, i być może wszystko będzie lepiej: ale mimo wszystko miałam poczucie pewnego niedosytu, jakby faktor wow opadł o kilka stopni w tej części. W związku z tym: Rok powodzi pozostaje moją ulubioną częścią cyklu.

A poza tym - przeczytałam, jaką wizję polityczną ma idący pod prąd Robert Biedroń, co utwierdziło mnie w przekonaniu, że jest on moim idealnym i wymarzonym kandydatem na (lewicowego) prezydenta. Nie tylko Słupska.

I jeszcze - pytanie do Państwa: co czytacie tej jesieni? Proszę mi polecić coś zupełnie nie z mojej beczki, na "odświeżenie podniebienia"...

Dobrych lektur!