Wednesday, 18 September 2019

Świat za widnokręgiem. Jakub Małecki - HORYZONT


-Słuchaj, a co do tej twojej książki... (...) ciekawi mnie, dlaczego dałeś bohaterowi swoje nazwisko. Myślisz, że to dobry pomysł?
Wzrusza ramionami i spogląda przed siebie.
-A jakie nazwisko miałem dać komuś, kto jest prawie w stu procentach mną?
-Ale imię dałeś inne.
-No bo nie jest mną w stu procentach.


Pytanie pierwsze: czy w takim razie można przypuszczać, że Mariusz Małecki, bohater Horyzontu, to „prawie w stu procentach” alter ego Jakuba Małeckiego? Odpowiedź Autora, udzielona przy okazji niedawnego spotkania autorskiego, brzmi – nie.

Pytanie drugie: czy wobec tego Mariusz Małecki i Zuza Krawczyk to „w wielu procentach” odbicia tego, co dzieje się w głowach czytelników próbujących „zrobić sens” ze swojego życia, wraz z jego mniej lub bardziej utajonymi traumami? Moja osobista odpowiedź brzmi: zdecydowanie tak.

Bohaterowie Horyzontu – były uczestnik misji w Afganistanie i autorka dialogów do gier komputerowych – spotykają się przy pralce w części wspólnej mieszkania w warszawskim Mordorze, i nawiązują znajomość dzięki współdzielonemu zamiłowaniu do bułgarskiego rapu. On powinien pisać wspomnienia z misji na zamówienie popularnego wydawnictwa, ale w praktyce większość energii życiowej zużywa na nierówną walkę z PTSD w rzeczywistości kompletnie nie przystającej do jego doświadczeń. Ona powinna skupić się na pracy oraz opiece nad zniedołężniałą babcią: zamiast tego pochłania ją jednak grzebanie w przeszłości własnej rodziny, i wydobywanie na światło dzienne starannie ukrywanych tajemnic. Oboje dotrą do granicy, i zredefiniują swoje – nomen omen – życiowe horyzonty. Każdemu z nich coś się uda, i każde z nich w pewnym sensie przeżyje porażkę.

Nowa powieść Jakuba Małeckiego jest układanką (w tym miejscu brawa i ukłony dla autora opracowania graficznego!), z chaosu której wyłaniają się dwie bardzo sugestywnie opowiedziane historie. O ile jednak z opowieścią Zuzy (ukrywanymi przez lata historiami rodzinnymi, wychodzącymi na światło dzienne na skutek pomyłki umysłu w schyłku życia) wiele osób może się z łatwością utożsamić, o tyle historia Mańka – codzienność sapera w rzeczywistości ogarniętego wojną Afganistanu – leży pozornie o wiele dalej od doświadczeń życiowych przeciętnego Polaka. Ile właściwie wiemy na temat misji – oraz życia po misjach, z którym muszą sobie poradzić odesłani do Polski żołnierze? Jak się okazuje, bardzo niewiele. Chwała zatem Autorowi za Jego staranne przygotowanie do tematu (pracę nad książką poprzedziły rozmowy z byłymi uczestnikami polskich misji wojskowych), i opowiedzenie o traumie oraz „psychicznej rehabilitacji” weterana w sugestywnie obrazowy, dający do myślenia sposób. Dużo się ostatnio mówi o triggerowaniu reakcji nerwowych u ludzi, szczególnie w kontekście młodych osób: o wiele rzadziej natomiast pojawia się przy tej okazji temat syndromu stresu pourazowego, oraz braku profesjonalej pomocy psychologicznej dla osób, które doświadczyły życia w strefie wojny. Rozmówcy Jakuba Małeckiego podkreślali, że w sytuacji „frontowej” kształtuje się w człowieku zupełnie nowy standard normalności – ale o ile przyszli członkowie misji wojskowych są zawczasu przygotowywani do życia „na froncie”, o tyle odwrotny proces (wyłączanie wyuczonych reakcji na sytuacje potencjalnie niebezpieczne na wojnie, ale zupełnie normalne w czasie pokoju) już nie zachodzi. W konsekwencji weterani misji w Iraku lub Afganistanie zmuszeni są samodzielnie przepracowywać traumy i przestawiać się na „tryb pokojowy” – co nie zawsze kończy się sukcesem i fajerwerkami, vide – historia Mańka.

Zuza przechodzi podobną drogę: od stanu, który postrzegała jako normalny, do świadomości nowej rzeczywistości, z którą musi sobie sama poradzić; nikt w jej otoczeniu nie jest w stanie spojrzeć jej w oczy i powiedzieć: hej, wiem, że to bez sensu, ale rozumiem przez co przechodzisz, i obiecuję, że bedzie dobrze. Będzie, albo nie będzie, to wszystko zależy w ogromnej mierze od samej Zuzy. Pewnych rzeczy nie da się ani „odzobaczyć”, ani „odwiedzieć”; o ile jednak życie w sztucznym świecie bez wschodów i zachodów słońca może być na dłuższą metę nużące i przytłaczające, o tyle niczym nie ograniczony widok na horyzont (see what I did there?) również niesie ze sobą potencjalne ryzyko przytłoczenia wiedzą i świadomością.

Czy lepiej jest zatem przymykać oczy, przeskakiwać przez płot, odwracać głowę i udawać, że wszystko jest w porządku? Czy może bardziej przysłuży się nam stanięcie twarzą w twarz z naszymi lękami, i powiedzenie im: wiem, że tam jesteście, widzę was i boję się – ale to nie znaczy, że przestaję walczyć?

Myślę, że wiem, jak chciałabym odpowiedzieć na to pytanie. A Wam, P.T. Czytelnicy, polecam lekturę Horyzontu (niekoniecznie przy akompaniamencie bułgarskiego rapu, kadencja pisania Jakuba Małeckiego jest sama w sobie bardzo muzyczna) w ramach inspiracji do poszukiwania własnej odpowiedzi.

Kolejny Luby Leniwiec Literacki przyznany! Dawno go nie było, a tu taka sytuacja...


Jakub Małecki – „Horyzont”
Wydawnictwo SQN
Premiera: 18 września 2019

(Ten post sponsorowany jest wyłącznie przez moje zachłyśnięcie się dobrą książką.)

Monday, 9 September 2019

Maja Lunde i Wielki "Błękit"


Mówisz, że nosimy w sobie potrzebę dbania o naszych potomków. Ale właściwie to troszczymy się wyłącznie o siebie samych. O siebie i swoje dzieci. Co najwyżej jeszcze wnuki. O tych, którzy przyjdą później, zapominamy. Równocześnie jesteśmy w stanie dokonywać zmian, które będą wpływać na setki pokoleń w przyszłości, które zniszczą im wszystko.

Dziś pada deszcz, i padał wczoraj. W powietrzu wisi wilgoć, klei się do skóry. Od kilku dni sypiam w jesiennej piżamie.

Trudno uwierzyć, że jeszcze dwa tygodnie temu nie dało się przeżyć dnia bez włączenia klimatyzacji; że każdy dzień kończył się rozpaczliwym podlewaniem wyschniętego na wiór ogrodu. Może i jest chłodno, wilgotno, i ciągnie od ziemi: ale przynajmniej w końcu, w końcu, spadł deszcz.

Bohaterowie Błękitu Mai Lunde nie mieli tyle szczęścia.

We Francji w roku 2041 deszcz już po prostu nie przychodzi.


Najważniejsza różnica pomiędzy Historią pszczół a Błękitem to właśnie tak zwany timeline: o ile wizja przyszłości, w której wyginęły owady zapylające, oddalona była od nas o mniej-więcej jedno stulecie, o tyle przesuszona, nękania niedoborami wody Europa to miejsce, w którym mam szansę znaleźć się całkiem niedługo.

Niestety.

Bez względu na to, czy wierzymy naukowcom w kwestii zmian klimatycznych, czy też podejrzewamy ich o działanie w ramach wspólnego spisku masonów, wegan i cyklistów: nie ulega wątpliwości, że poziom Wisły w Warszawie spadł tego lata do 45 centrymetrów, a w skali kraju mamy mniej-więcej podobne zasoby wody, co Egipt. Czy w związku z tym przejmujemy się kwestią oszczędzania wody? Zakręcamy kran, kiedy szczotkujemy zęby? Magazynujemy deszczówkę do podlewania kwiatów? Wybieramy (przynajmniej od czasu do czasu) energetyzujący prysznic zamiast relaksującej kąpieli?

Bohaterowie Błękitu zmagają się z bardzo różnymi problemami: Signe, w roku 2017, walczy o zachowanie naturalnego krajobrazu w rodzinnej Norwegii, i przegrywa w starciu z korporacją, która pragnie zakryć rzekę, zatrzymać wodospad, i zbudować elektrownię wodną. Postęp? Być może, ale za jaką cenę? I co ma do tego sprzedaż lodu z lodowców na południe, aby czysto błękitne kostki pływały w drinkach arabskich szejków? David, we Francji, ucieka z pożaru z maleńką córeczką, poszukuje żony i synka, i próbuje przeżyć w obozie dla uchodźców, gdzie każda kropla wody jest racjonowana – a w pobliskim gospodarstwie ktoś porzucił niebieską łódź dalekomorską... Łódź oznacza potencjalną drogę ucieczki na morze, gdzie David mógłby odsalać wodę i nie martwić się o przyszłość – ale kanał, nad którym stoi, już dawno wysechł, i można tylko czekać.

Na deszcz.

Na wodę.

Na wybawienie.

Jak szybko sprawy mogą się potoczyć? Jednego dnia otwierasz oczy na dźwięk budzika, zjadasz śniadanie, idziesz do roboty, kłócisz się, śmiejesz,kochasz, myjesz, martwisz, czy pieniędzy wystarczy do pierwszego. Nie myślisz o wszystkim co cię otacza, tylko o tym, żeby stąd zniknąć. Nawet jeśli słyszysz, że na świecie zachodzą zmiany. Nawet jeśli widzisz to na termometrze. Nie myślisz o tym, aż do dnia, kiedy to już nie budzik zerwie cię rankiem, ale krzyki przerażenia. Płomienie dotarły do twojego mieszkania, do twojego domu, do twojego łóżka, do tych, których kochasz. Pali się u ciebie, ogień pożera twoją pościel, twoja poduszka zaczyna dymić, a tobie nie pozostaje nic innego, jak tylko uciekać.

I czujesz się maleńki w świecie, którym rządzą moce o ile potężniejsze od ciebie.

Ale pamiętaj: tak naprawdę wszystko zależy od Twoich wyborów.

Maja Lunde: Błękit
Wydawnictwo Literackie
Premiera: czerwiec 2018

Saturday, 27 July 2019

Krystyna Chodorowska: "Triskel. Gwardia", czyli irlandzcy X-Meni

Poranek miał kolor bólu głowy, napisała Krystyna Chodorowska - i miliony czytelników westchnęły ze zrozumieniem.

Nominowany do Zajdla za rok 2018 Triskel. Gwardia nie jest po prostu oczywistym i prostolinijnym nawiązaniem do historii, kultury i tradycji Irlandii (choć pije się w nim piwo i nadużywa spółgłosek w nazwach własnych). Nie jest to również jednoznaczna opowieść o Niezwykłej Młodzieży, która wykorzystuje swoje Fantastyczne Zdolności do Walki Ze Złem i Czynienia Dobra. Zaczynamy od morderstwa na zlecenie - oto w jaki sposób obywatele Sidheanii, państwa o bogatej tradycji i kulturze, walczą o sprawiedliwość pod butem uciskającego obywateli Imperium - oglądanego oczyma rewolucjonisty (i cyngla) Duncana: a potem przenosimy się z miejsca zbrodni w zupełnie inny fragment opisywanego świata, do Scyld City - aby poczekać tam na kolejne rozkazy... oraz odnaleźć Sinead, przyjaciółkę Duncana z czasów szkolnych, obecnie studiującą na prestiżowej uczelni z dala od politycznych machinacji i napięć społecznych Starego Kraju. Zmiana scenografii nie oznacza jednak, że pozbywamy się problemów: Scyld City korzysta bowiem z pomocy Gwardii - grupy obdarzonych niezwykłymi zdolnościami młodych ludzi - aby utrzymać porządek w mieście, powstrzymać ataki ze strony Niepożądanych Elementów, oraz zapewnić obywateli, że wszystko przebiega zgodnie z planem. Podobno. Prawie na pewno. Zdecydowanie tak.


Trzon Gwardii tworzą Burza, Kret, oraz Mayday - alter ego Sinead, przybyłej z Sidheanii przyjaciółki Duncana. Każde z tej trójki dysponuje zupełnie innym zestawem mocy, pochodzi z innego kręgu etnicznego i kulturowego, i zmaga się z własnymi demonami (wewnętrznymi i zewnętrznymi). Nie mają nad sobą żadnego mitycznego Profesora Xaviera - a mimo to automatycznie narzuciło mi się skojarzenie z moją ulubioną grupą superbohaterów (SPOILER: mam wrażenie, że Mayday może się w przyszłości okazać być jakąś wersją Jean Grey dla Nowej Mocy, podobnej lub nie podobnej do Feniks...), szczególnie kiedy pod opiekę Gwardii trafiła czwórka "młodocianych przestępców", również obdarzonych szczególnymi zdolnościami, lecz wykorzystujących je do zupełnie innych celów. Trzon akcji książki stanowi bowiem poszukiwanie równowagi pomiędzy wykorzystywaniem własnych mocy i kontrolowaniem ich - wsparte pytaniem o to, jak daleko można się posunąć w kompromisie wobec własnych ideałów, mając na celu i uwadze Większe Dobro i Mniejsze Zło.

Wracamy tutaj do nawiązań irlandzkich: spróbujcie sobie wyobrazić ichniejszych bojowników o wolność i niepodległość, którzy ochraniają brytyjskich urzędników (odpowiedzialnych za masakrę miejscowej ludności) przed spodziewanym atakiem terrorystycznym. Czy mogą, albo wręcz: powinni to robić, zamiast po prostu pozwolić mu zginąć i spłacić tym samym część krwawego długu? Mayday znajduje nadspodziewanie dobrą odpowiedź na to pytanie: "Ta śmierć niczego nie załatwi. (...) Nie zapomną nam tego. (...) Znowu będą artykuły w gazetach i komentarze o brudasach, którzy powinni wynosić się do siebie, i wyrzucanie z pracy, szykany i pobicia, i dopiski przy ogłoszeniach, że Sidheańczycy mogą się nie zgłaszać."...Brzmi znajomo? Bardzo. A czy ta wypowiedź dała Duncanowi do myślenia? Ha, tego już Wam nie powiem.

Brzmi poważnie, ale tak chyba powinno być (szczególnie w dzisiejszym świecie): Triskel. Gwardia to więcej, niż "typowe" urban fantasy, smakowicie ubarwione dobrze skonstruowaną rzeczywistością (każde państwo/plemię ma dobrze przemyślaną podbudowę etniczną i kulturową, a nawiązania i puszczanie oka do czytelnika - Athla-An! - znakomicie budują klimat całości) i doprawione solidną porcją walk, tajemnic i niebezpieczeństwa. Owszem, można czytać tę powieść jako historię o młodych bohaterach, próbujących pogodzić życie z supermocami z życiem w akademiku ("Z tego, co mi mówili, ty nie jesteś silna, raczej szybka, a to nie przysparza aż takich problemów. Chyba że chciałabyś się nauczyć, jak można coś robić bardzo wolno. Z tym ci nie pomogę, chyba że chodzi o pisanie pracy."), i sprawiedliwość na poziomie globalnym z własnym bólem.

W większej skali rzeczy - Triskel. Gwardia jest natomiast historią o tym, jak być przyzwoitym człowiekiem, i nie stracić przy tym własnej indywidualności oraz szacunku dla samego siebie. Proste? A, gdzie tam. Zapytajcie Mayday...

Zastrzeżenia? Jedno. Tytułowy triskel pojawia się dopiero przy końcu książki (czy ja tu widzę Boudiccę?!), i otwiera drzwi do zupełnie nowej historii - i gdzie, ja się pytam, jest kolejny tom?? Uprzejmie proszę o odpowiedź...


Niniejszym kończę recenzowanie Zajdlowskiej Triady Uroborosa: o Spektrum i Toń możecie przeczytać w dawniejszych notkach - i zadziwić się, jak różne są to książki - i jak bardzo zasługiwały na nominację.

A ja się cieszę, że nie pojadę na Polcon, i nie wezmę na siebie odpowiedzialności zagłosowania na jedną kosztem dwóch pozostałych, o. Zdejmijcie ze mnie ten ciężar, dobrzy ludzie z fandomu. A przede wszystkim: przeczytajcie wszystkie trzy pozycje (i inne też, jeśli zdążycie), bo to po prostu dobra literatura, i szkoda byłoby je przegapić. Rzekłam!

Krystyna Chodorowska: Triskel. Gwardia
Wydawnictwo Uroboros
premiera: 2018

Wednesday, 12 June 2019

Wojny Cieniowe. Kroniki Kaitanu, tom I: Cień

Qole Uvgamut ma siedemnaście lat, i należy do najmłodszych (i najlepszych) kapitanów na Alaxaku – lodowej planecie, wokół której rozciągają się złoża cienia: tajemniczej substancji, która dla jednych stanowi używkę prowadzącą do halucynacji i obłędu, a dla innych – niestabilne, ale potencjalnie obiecujące źródło energii. Qole pracuje jako poławiaczka tej tajemniczej substancji. Aby nadążyć z dostawami, przyjmuje do załogi nowego ładowacza, Neva; chłopak pracuje pilnie, ale przy okazji zadaje sporo niewygodnych pytań, i próbuje wkraść się w łaski pozostałych załogantów. Wkrótce okazuje się, że nie tylko on pragnie dowiedzieć się czegoś więcej o młodej pani kapitan i jej rodzinie: Qole wpada w wir walki między najważniejszymi rodami galaktyki, które próbują zagarnąć dla siebie nie tylko jak najwięcej cienia: ale również wykorzystać Qole, oraz jej wiedzę o tej substancji, dla celów, które tylko z pozoru wydają się szlachetne. Młoda pani kapitan oraz jej przyjaciele zostają wciągnięci w niebezpieczną grę, której stawka jest o wiele wyższa, niż mogliby się spodziewać... Zanim okaże się, jacy gracze naprawdę zasiedli do walki o władzę nad cieniem, Qole i Nev będą musieli zawrzeć niechętne przymierze - a także poddać w wątpliwość wszystko, co wydaje im się, że wiedzą o świecie: wliczając w to najbliższą rodzinę i przyjaciół.


Cień, pierwszy tom Kronik Kaitanu autorstwa AdriAnne Strickland i Michaela Millera – przyjaciół i sąsiadów z Alaski – ma duże szanse przypaść do gustu przede wszystkim młodszym czytelnikom, którzy dopiero poszukują swojej literackiej niszy. Nie oznacza to, że bardziej „zaawansowani” fani gatunku poczują się zawiedzeni lekturą: w swoim debiucie powieściowym Strickland i Miller przetworzyli szereg motywów znanych z klasycznych sag fantasy i S-F (miecze energetyczne jako broń zarezerwowana dla „zakonu wybrańców”; pościgi w nadprzestrzeni; walka o wpływy ekonomiczne w galaktyce), i przydali im nowego wydźwięku oraz świeżości. Akcja powieści, choć prowadzona jednotorowo – jako czytelnicy cały czas śledzimy linearnie losy załogi statku „Dziedzictwo Kaitanu” – obfituje w niespodziewane zwroty, a prowadzona jest wartko i dynamicznie, wciągając czytelnika i prowadząc go naprzód. Pewnych rzeczy można się domyślać – jak chociażby tego, że Nev nie jest jedynie prostym ładowaczem cienia – inne natomiast zaskakują czytającego i prowokują do refleksji.

Jakkolwiek dziwnie by to nie brzmiało w odniesieniu do powieści YA, duet pisarski Strickland-Miller podejmuje tematy z pogranicza fantastyki i współczesnego dyskursu socjo-ekonomicznego: oprócz aspektu czysto rozrywkowego (romantycznego napięcia między bohaterami, którzy początkowo nie mogą ze sobą wytrzymać, pościgów w przestrzeni kosmicznej oraz strzelania z broni laserowej), czytelnik odnajdzie w Cieniu przyczynek do poważnych rozważań o granicach ludzkiej bezwzględności, przywilejach i nadużyciach władzy, oraz walki o dominację ekonomiczną. Arystokratyczne rody, dzielące pomiędzy siebie wpływy w galaktyce, pragną wykorzystywać Qole i jej bliskich do własnych celów, i nie liczą się przy tym z negatywnymi skutkami swoich działań. Nie chodzi tu już o enigmatyczną MOC, ale o bardzo realne środki oddziaływania: pieniądze, zasoby naturalne, i wizerunek publiczny. Jasna i Ciemna strona Mocy zostały zastąpione Bogactwem i Nędzą, siłami nie mniej potężnymi od tych, jakimi władają Rycerze Jedi.

Zarówno Qole, jak i Nev, będą musieli zdecydować, po której stronie konfliktu się opowiedzą - i nie będzie to prosta decyzja w rodzaju „jeść albo nie jeść”. Ich lojalność - wobec własnej rodziny, klasy społecznej, czy miejsca pochodzenia - zostanie wystawiona na ciężką próbę, z której nie wszyscy wyjdą zwycięsko.
Leia poleca i aprobuje!
Cień bardzo trafnie pokazuje, jak szczytne ideały w rodzaju dobroczynności, rozwoju nauki czy ekonomicznego wsparcia dla lokalnych społeczności mogą zostać wykrzywione i spaczone. Między ciekawością badacza a nieetycznymi eksperymentami na ludziach stoi tylko cienka bariera, którą nadspodziewanie łatwo jest obalić w imię „wyższych wartości”: a przekonanie o własnej nieomylności zbyt często prowadzi do ksenofobii, zadufania w sobie i pogardy dla Innego. Strickland i Miller bardzo zręcznie manewrują między rafami ludzkich wad i przyzwyczajeń, a dodatkowo prezentują czytelnikowi niejednoznaczny obraz świata, w którym punkt widzenia bardzo mocno zależy od przysłowiowego punktu siedzenia. W tym wszystkim musi się odnaleźć załoga „Dziedzictwa Kaitanu”: grupa młodych ludzi, którzy pragną po prostu przeżyć w niegościnnym klimacie skutej lodem planety Alaxak.

Śmiało mogę polecić Cień wszystkim miłośnikom space opery - ze szczególnym naciskiem na nastolatków i młodych dorosłych, choć i dla "starych wyjadaczy" znajdzie się tutaj coś ciekawego (kiedy ostatnio czytaliście powieść, której bohater swobodnie "przepływa" od jednej płci do drugiej?). Płynny język i lekkie pióro obojga pisarzy, w połączeniu z dynamiczną akcją i ciekawą intrygą, zapewnią Wam ładnych kilka godzin bezpretensjonalnej rozrywki: czego bardzo Wam życzę, czekając na kolejne tomy cyklu...



AdriAnne Strickland, Michael Miller: Cień. Kroniki Kaitanu, tom I
Wydawnictwo Uroboros
premiera: 5 czerwca 2019

Monday, 27 May 2019

Karma wraca – nakarm (ego) pisarza! Refleksje po WTK '2019.


Powróciłam z Warszawskich Targów Książki: wymięta i wymęczona psychicznie oraz wyzuta z wszelkich pilnie uciułanych zaskórniaków, ale za to naładowana po uszy pozytywną energią i chęcią do działania. I czytania – co tym ważniejsze, że ostatnio wszystko mi jakoś siadło, i jedynie rozgrzebywałam kolejne książki, nie doprowadzając lektury do szczęśliwego końca.

Odczuwam niejaką dumę z faktu, iż udało mi się utrzymać w ryzach nieposkromioną żądzę posiadania wszystkiego, co papierowe i zadrukowane, wskutek czego wróciłam do domu prawie wyłącznie z tym, co planowałam kupić. Wyjątki od reguły objęły:

      1)      Nową Rebekę Solnit, bo czemu nie,
      2)      Piątą porę roku, ponieważ panowie z SQN-u są szczwani jak lisy, i produkują bardzo fascynujące promocje,
      3)      Dwie książki dla dzieci, albowiem posiada się dzieci w rodzinie, i czasami warto o tym pamiętać, szczególnie na Targach,
      4)      Grafiki od Kottera i Jarońskiego, w celu upiększenia przestrzeni życiowej własnej oraz wsparcia działalności artystycznej Twórców.

Nie będę się tu jednak chwalić zakupami – spróbuję zastosować na sobie technikę motywacyjną pt. „najpierw PRZECZYTAJ, potem napisz” – zamiast tego chciałabym się z Wami podzielić przemyśleniami, które spływały na mnie obficie podczas wystawania w kolejkach po podpisy UA (Ulubionych Autorów): oraz w chwilach szczęśliwego dotarcia do tychże kolejek czoła (czół?).

Chodzi, mianowicie, o odpowiedź na pytanie: czy w ogóle warto w takich kolejkach stać, i zawracać Autorom gitarę – dla tych kilku chwil w Ich towarzystwie, i paru linijek dodatkowego tekstu w przytarganych książkach?

Hipoteza robocza brzmi: warto, a być może nawet: trzeba. Spróbujmy to teraz sensownie uzasadnić.

Dowodów na męczenie UA część pierwsza
Fanfiki, czyli instant gratification

Wtręt osobisty: po kilku publikacjach w czasopismach różnej maści, oraz narozpoczynaniu i porzuceniu przeróżnych projektów literackich, ostatnimi laty koncentruję się głównie na pisaniu fanfików, gdyż: po angielsku jakoś mi łatwiej; lubię ten rodzaj ograniczeń, jaki stawia praca z bohaterami których ktoś już kiedyś wymyślił*; a także – co odgrywa tutaj niebagatelną rolę – pasjami przepadam za otrzymywaniem natychmiastowego odzewu od czytelników, i śledzeniem rosnących z dnia na dzień (w sytuacjach ekstremalnych** - z godziny na godzinę) statystyk czytania moich tekstów. Codzienne puka do mnie mail z serwisu, w którym publikuję, i obwieszcza: „Hej, ktoś polubił jeden z twoich tekstów/chyba spędził pół nocy na lekturze, bo polubił wszystkie dwadzieścia opowiadań w tej czy innej kategorii!” Nazywa się to błyskawiczną gratyfikacją (nieładne zapożyczenie) – i dla mnie osobiście jest to znakomity sposób monitorowania tego, jak moją skrobaninę odbierają czytelnicy. Wrzucam tekst do sieci – mija czasu mało-wiele – dowiaduję się, czy tekst się komuś spodobał, i dlaczego – odpowiadam na komentarze – jestem podbudowana, i idę spać, a następnego dnia wstaję z nową energią i motywacją do pisania. Kółko się zamyka, i wszyscy są zadowoleni.

Wtręt targowy, powiązany z osobistym: w sobotę poszłam posłuchać dyskusji z Autorami nominowanymi w tym roku do nagrody Zajdla. Jedno z pierwszych pytań zadanych przez moderatorkę brzmiało: Jak otrzymanie nominacji do Zajdla wpłynęło na Wasze życie/odbiór Waszej twórczości? Wielkie KUDOS należą się tutaj Krystynie Chodorowskiej, która celnie wypunktowała, iż w wypadku nominacji dla powieści wpływ ten będzie znany najwcześniej w kolejnym kwartale: czyli wtedy, kiedy spłyną do wydawnictwa statystyki sprzedażowe.

Widzicie różnicę? Ano właśnie.

Dowodów na męczenie UA część druga.
Wydaje mi się, że ciężko się pisze dla siebie. Składanie słów w mniej-więcej logiczne ciągi znaków jest, oczywiście, bardzo zajmującym hobby, i pozwala na pozbycie się spod czaszki tych wszystkich namolnych głosów, które żyć człowiekowi nie dają – przychodzi jednak taki moment, kiedy zaczyna nam zależeć nie tylko na samozadowoleniu, ale także na opinii osób trzecich – najchętniej spoza kręgu naszej rodziny i przyjaciół, tudzież niebędących naszymi dłużnikami w jakimkolwiek wymiarze. Dobre recenzje i statystyki można, od biedy, nabyć drogą wymiany dóbr i usług: tymczasem bezinteresowne zadowolenie czytelnika znacznie trudniej jest a) uzyskać, oraz b) ocenić.

W tym miejscu powracamy do zasadniczego tematu tej notki, czyli do spotkań autorskich, tudzież dyżurów autografowych.

Sześćset podpisów na godzinę

Duże imprezy w rodzaju WTK to organizacyjne molochy, lewiatany zdolne połknąć i przeżuć ogromne masy ludzkie. W ramach tego gigantycznego przedsięwzięcia, na jednego autora przypada niekiedy zdumiewająco mało czasu – oraz zdumiewająco wielu czytelników pragnących dostąpić spotkania z UA. Większość społecznie świadomych i miłujących bliźniego kolejkowiczów (o osobach i postawach nie pasujących do powyższych kategorii powiemy sobie innym razem) traktuje dyszącą im w kark kolejkę współ-czytelników nie tylko jako okazję do nawiązania interesujących znajomości z podobnie myślącymi jednostkami, ale również – jako przynaglenie do maksymalnego skrócenia swojej wizyty przy stoliczku obleganego przez fanów Pisarza.

Pozwolę sobie mieć na ten temat następujące zdanie:

O ile ktoś nie przynosi ze sobą pełnej bibliografii UA, z prośbą o wpisanie dedykacji w każdym z -nastu lub -dziesięciu egzemplarzy – oraz o ile ktoś nie rozpoczyna piętnastominutowego monologu, do którego UA nie jest nawet zaproszony (stanowi jedynie wymówkę umożliwiającą rzeczone exposé)  - niechże będzie im (Autorowi oraz Czytelnikowi) wolno spędzić w swoim towarzystwie chociaż minutę, i wymienić więcej niż trzy („Dla X, dziękuję!”) słowa.

Dowodów na męczenie UA część trzecia.
Bo może być tak, że na tych akurat Targach do tego akurat Autora ustawiła się długa kolejka czytelników – ale w roku poprzednim Autor siedział był samotnie przy malutkim stoliczku, i nie bardzo miał do kogo usta otworzyć. (W tym miejscu pozdrawiam gorąco Kubę Małeckiego.)

Bo Autor może czuć się skrępowany faktem, że czytelnik wisi nad nim jak wyrzut sumienia, nie siadając na przygotowanym krześle, i zaraz po otrzymaniu upragnionego autografu umyka w dal. (Ukłony dla pana redaktora Michała Rusinka – będę uważać na bagietki! – i wielkie przeprosiny dla Martyny Raduchowskiej, ale byłyśmy z Młodszą Bliźniaczką w komplecie, i usiąść się po ludzku nie dało.)

Bo bywa też, że dyżur twórcy debiutującego zbiega się z dyżurem „starego wyjadacza” (skądinąd zresztą – bardzo zdolnego pisarza), i tak oto autor mocnej, świeżej powieści zostaje wciśnięty w kąt stoiska i przysłonięty kolejką czytelników kompletnie nie zainteresowanych spotkaniem z nim: a pojawienie się czytelnika, który a) zna jego powieść, i b) interesuje się dalszymi planami wydawniczymi Autora, może być dla Niego cokolwiek przyjemne. (Malwina Pająk, pozdrawiam ciepło!)

Konkluzja, z którą Was zostawiam, jest następująca: znajcie proporcją, mocium panie, i nie targajcie ze sobą metrów bieżących książek jednego autora. Zamiast tego, wybierzcie jedną-dwie pozycje tych pisarzy, których cenicie (przy okazji budując sobie prywatny ranking książek danego autora), i powiedzcie Im, dlaczego są dla Was ważni. Streśćcie pokrótce Wasze wrażenia z lektury, zachwyty nad zwrotami akcji i frustracje nad niespodziewanymi zakończeniami środkowych tomów opowieści. Przynieście ze sobą jakiś drobiazg, który sprawił, że przypomnieliście sobie daną postać/książkę/Autora: Młodsza Bliźniaczka namówiła mnie na sprezentowanie Marcie Kisiel stareńkiego, ale pięknie wydanego podręcznika obróbki skrawaniem – wyraz twarzy Ałtorki ucieszył mnie tak samo, jeśli nie bardziej, jak zapowiedź ukazania się Jej kolejnej książki już w październiku. A jeśli Opatrzność nie poskąpiła Wam zdolności artystycznych: idźcie na całość, i sporządźcie obrazek, wydzierankę, pluszaka lub spersonalizowany korkociąg z bohaterami stworzonymi przez Autora.

Nakarmcie Waszego UA dobrym słowem, i dostarczcie pożywki Jego inspiracji.

Możecie na tym tylko zyskać.

Tak dociążało się torby UA w ramach okazywania myłoszczy i fsparcza.
* IMVHO, fanfik nie musi, a czasami wręcz nie powinien, odchodzić zbyt daleko od oryginalnego medium. Wrzucić naszych bohaterów w zupełnie nową sytuację, i zobaczyć, jak sobie w niej poradzą? Naprawić niedoróbki scenariuszowe/zmienić niesatysfakcjonujące zakończenie? – Jak najbardziej. Ale – zmienić zupełnie płeć/charakter/zapatrywania się bohaterów na życie? No, nie wiem…
 ** Avengers: Endgame fix-it story. Nikt się nie dziwi.