Monday, 25 September 2017

Adaś śpiewa w Kamienicy - "Dzień Świra opera|musical"


Facebook podpowiedział mi dziś, że rok temu zamieściłam tutaj recenzję "Kolacji na cztery ręce" - taka rocznica nie może się zmarnować! A skoro o rocznicach mowa...

"Dzień Świra: opera|musical" miał swoją premierę w Teatrze Kamienica 7 lipca tego roku (o znamiennej godzinie 19:07), czyli 15 lat po wejściu do kin filmu Marka Koterskiego. Ja wybrałam się na popołudniowe przedstawienie 24. września - z tej daty, niestety, nie da się wyciągnąć nic "adasiowego", ale fakt ten w żaden sposób nie zakłócił mi odbioru.

Przyznam, że nie bardzo wiedziałam, czego się spodziewać. Film Marka Koterskiego znam i lubię, ale nie potrafiłam sobie wyobrazić, jak można go przeobrazić w formę musicalowo-operową. Jak się okazuje, wszystko jest możliwe: trzeba tylko złożyć właściwy projekt w ręce właściwych ludzi. I tak: muzykę do libretta mistrza Koterskiego napisał Hadrian Filip Tabęcki, współautor wystawionej pięć lat temu w Poznaniu stricte operowej wersji "Świra...", a opiekę reżyserską nad całością sprawował Marcin Kołaczkowski, któremu bardzo dobrze znane są klimaty musicalowe. W efekcie tych decyzji "kadrowych" powstał spektakl wpisujący się świetnie w formułę ni-to-opery, ni-to-musicalu, smakowicie absurdalny i zachowujący klimat oryginału.

Taka historia wesoła, a ogromnie przez to smutna, albo: Adaś wiecznie żywy

-Zagrane świetnie, ale jakieś takie smutne... - powiedziała towarzysząca mi na przedstawieniu osoba, która dopiero w przerwie przyznała się do nieznajomości oryginału filmowego. Prawdą jest, że "Dzień Świra" w wersji wystawionej przez Teatr Kamienica to studium syndromu Aspergera na nutę musicalową, prześwietlające megalomanię i nerwicę natręctw współczesnego inteligenta: pomimo stosunkowo poważnego wydźwięku, spektakl cechuje jednak lekkość i oryginalność, wprowadzająca dodatkowy wymiar do historii Adasia Miauczyńskiego, jaką znamy ze srebrnego ekranu. Wielką zaletą spektaklu jest obsada: Maciej Miecznikowski w roli Adasia wygląda jak połączenie Marka Kondrata z Markiem Koterskim, a dzięki bardzo profesjonalnej emisji głosu uzasadnia celowość użycia słowa "opera" w opisie przedstawienia. Joanna Kołaczkowska, wcielająca się we wszystkie kobiety życia Adasia, stanowi celny kontrapunkt dla jałowej codzienności bohatera - a jej rozkołysany chód, dobrze przemyślane manieryzmy oraz niezaprzeczalny talent komediowy (scena z zupą!) budują wyraziste portrety trzech kompletnie różnych postaci. Osobiście brakowało mi trochę Wojciecha Solarza w roli Synka Sylwusia - ale prawdopodobnie powoduje mną raczej sympatia do aktora, niż zastrzeżenia do konstrukcji scenariusza.

Ciekawym zabiegiem inscenizacyjnym jest "skondensowanie" wszystkich ról pobocznych do czterech postaci granych przez członków Kwartetu Rampa (Joannę Pałucką, Annę Ścigalską, Stefana Każuro i Grzegorza Kuciasa): cieszę się, że mogłam zobaczyć ich na scenie po dłuższej - dla mnie jako widza - przerwie. Sekwencja "pociągowa" w wersji "na cztery głosy" po prostu rozkłada widza na łopatki, i nie bierze jeńców.

Bardzo lubię spektakle, które - przy zastosowaniu nowoczesnych środków wyrazu - pozwalają jednak zabłysnąć aktorom. "Dzień Świra: opera|musical" nie tylko eksponuje zdolności wokalne artystów, ale także zapewnia im dobrze przemyślaną, wysmakowaną oprawę wizualną: proste, ale sugestywne i łatwo identyfikowalne kostiumy, "wielozadaniową" scenografię (nad oboma aspektami pieczę ma Anna Puchalska), oraz materiały filmowe autorstwa Dariusza Senkowskiego i Sylwestra Ciszka, stanowiące znakomite tło dla akcji rozgrywającej się na pierwszym planie. Finał sztuki zostawia nas z nadzieją na ewentualną kontynuację (czy tylko mi ostatnia scena przywiodła na myśl "Wszyscy jesteśmy Chrystusami"?...), a piosenka wykonywana "na ukłonach" doprowadziła mnie niemal do łez. Muzycznie - to upbeatowy, musicalowy kawałek; tekstowo natomiast... to trzeba usłyszeć, Drodzy Państwo.

Serdecznie zachęcam do odwiedzenia Teatru Kamienica w nowym sezonie. Najlepiej siedem razy...

Dziękuję Teatrowi Kamienica za zaproszenie na spektakl.

Wednesday, 20 September 2017

Lato, lato, a jakoby jesień...

Za oknami dzień, a ja w Oslo.

Niestety, nie dlatego, że wybrałam się tam po raz kolejny w tym roku - nadrabiam zaległości w temacie komisarza Harry'ego Hole, w oczekiwaniu (nieco niepewnym) na premierę Pierwszego śniegu. Pogoda mi sprzyja - zawsze uważałam, że kryminały powinno się czytać jesienią - a w ramach oddechu od okropieństw i morderstw zapoznaję się z inną twarzą pana Nesbo, co i Wam serdecznie polecam.

Końcówkę sierpnia spędziłam w chorobie, wchłaniając głównie Sapkowskiego - to mój książkowy odpowiednik comfort food - a potem wybyłam na średnio udany urlop, wykorzystując tydzień przerwy od pracy jako wymówkę do nicnierobienia (z przerwami na pływanie w bezczelnie ciepłym morzu i zapijanie święzych fig bezczelnie tanim winem) oraz okazję do zapoznania się z Drzewem Życia Chavy Rozenfarb. Pierwszy tom napisanej w jidysz trylogii o życiu łódzkiej społeczności żydowskiej w przededniu drugiej wojny światowej czyta się błyskawicznie (może dlatego, że akcja obejmuje rok 1939 - naprawdę trudne tematy czekają zapewne w kolejnej części), bohaterowie są pełnokrwistymi, wyrazistymi postaciami, a dla kogoś, kto sporą część swojego życia spędził w mieście na Ł., dodatkowy smaczek stanowią szczegóły topograficzne. Niniejszym - poleca się gorąco (szczególnie do czytania w ciepłym, słonecznym miejscu, którego charakter neutralizuje nieco tematykę powieści).

Przeczytałam również Maddaddam, ostatnią część trylogii Roku Powodzi - wszystkie wątki postapokaliptycznej epopei Atwood zawiązały się w spójną całość, świat zaczął się odradzać, i być może wszystko będzie lepiej: ale mimo wszystko miałam poczucie pewnego niedosytu, jakby faktor wow opadł o kilka stopni w tej części. W związku z tym: Rok powodzi pozostaje moją ulubioną częścią cyklu.

A poza tym - przeczytałam, jaką wizję polityczną ma idący pod prąd Robert Biedroń, co utwierdziło mnie w przekonaniu, że jest on moim idealnym i wymarzonym kandydatem na (lewicowego) prezydenta. Nie tylko Słupska.

I jeszcze - pytanie do Państwa: co czytacie tej jesieni? Proszę mi polecić coś zupełnie nie z mojej beczki, na "odświeżenie podniebienia"...

Dobrych lektur!

Tuesday, 15 August 2017

Pięćset twarzy Zeni i wiersze i z lasu - #ProjektAtwood na półmetku sierpnia.

Sierpień przepływa mi przez palce, i już wiem, że nie przeczytam w nim wszystkich książek z mojego Projektu Atwood – na pocieszenie dodam jednak, że a) na początku września wywożę walizkę książek w przyjemnie ciepłe miejsce, więc pomysł otrzyma prolongatę zamiast zawiasów, oraz b) jedną z przyczyn zwolnienia tempa czytania „projektowego” są Ścieżki północy Richarda Flanagana, zdobywcy Bookera 2014 za opowieść o obozach jenieckich w południowo-wschodniej Azji. Król szczurów był dla mnie książką formatywną. To chyba wiele wyjaśnia.

Tak więc: w sierpniu, lawirując między książkami bibliotecznymi i własnymi, dokończyłam zbiór wierszy z dobrych kilku dekad – Eating Fire – oraz rozsmakowałam się w powieści Zbójecka narzeczona.

Wiersze Atwood to w gruncie rzeczy powieści skondensowane do kilku (-nastu, -dziesięciu) linijek, celne obserwacje na temat życia, natury, miłości oraz sprawiedliwości dziejowej – i równości płci. Z góry przepraszam za koślawość moich naprędce wykonanych tłumaczeń.

                Dziewczynka powinna być
zasłoną, białym cieniem, bezkrwawym
jak księżyc na wodzie; nie
agresywnym; powinna
być cicho i unikać
czerwonych butów, czerwonych pończoch, tańca.

 Taniec w czerwonych butach cię zabije.

Albo:

                               Myślę o tej kobiecie
której nie zabili.
Zamiast tego, zaszyli jej usta
na amen, zamknęli je wokół
otworu rozmiaru słomki,
i odesłali ją na ulice,
niemy symbol.

Nie ma znaczenia, gdzie
się to stało, ani kiedy, ani czy
z rąk jednej czy drugiej strony;
takie rzeczy dzieją się zawsze,
gdy tylko powstają strony.

Albo jeszcze:

Twój język zwisa wokół twojej szyi,
pętla, ciężki naszyjnik;
każde słowo jest imperium,
każde słowo jest wampirem i matką.

I w końcu:

seks to nie stomatologia
                lepkie wypełnianie ubytków i bólów

Bardzo lubię ten rodzaj poezji – jej płynność, jej wyrazisty, choć w gruncie rzeczy delikatny język, nabrzmiałe znaczeniem metafory, celne puenty. Całości zamknięte w ramach sugestywnych historii, zakończone morałem (czasami) lub gorzkim stwierdzeniem (częściej).

Zbójecka narzeczona zaczyna się natomiast od tego, że pewna kobieta powraca zza grobu.

I nie, nie jest to historia o zombie.

Zenia ma niebywałe zdolności w kierunku mieszania ludziom w głowach: swego czasu udało jej się stworzyć trzy różne historie (osobowości, postaci, problemy) na użytek trzech różnych kobiet – to one są bohaterkami tej opowieści, Zenia to spiritus movens całej historii – i odebrać każdej z nich coś bardzo cennego, coś, z czym nigdy nie rozstałyby się z własnej woli. Jej niespodziewany powrót (a trzeba dodać, że podobno rozstała się ze światem za pomocą bomby w Bejrucie) dogłębnie wstrząsa dawnymi przyjaciółkami-ofiarami, które ledwo co zdołały poskładać do przysłowiowej kupy smętne resztki popiołów, pozostawione przez Zenię przy jej Wielkim Wyjściu.

Nielinearna narracja, wiele „punktów widzenia” i dużo czasu teraźniejszego – najlepiej smakuje mi taka Atwood, niekoniecznie pierwszoosobowa, a przecież, mimo wszystko, jednak tak. I jeszcze złożoność ludzkich historii. I wielowarstwowość opowieści. Niejednoznaczność motywów bohaterów. Mogłabym to jeść łyżkami.

(…nawet pomimo językowych ekwilibrystyk w wykonaniu tłumacza. Szanowny Panie! „Pathetic” nie musi koniecznie (a nawet nie powinno…) być tłumaczone jako „patetyczne”. „Wykręcić ramię paru osobom” to taki idiom, słyszał Pan kiedyś? I kim w ogóle byli Anglo-Saksoni?...)

Zachęcam Was zatem serdecznie do przeczytania zarówno wierszy Atwood (najchętniej w oryginale), jak i Zbójeckiej narzeczonej – być może w tłumaczeniu innym niż to z toruńskiego wydania A.D. 2008. Albowiem warto.

Sama zaś oddalam się w ostępy syjamskiej dżungli. O Flanaganie też pewnie jeszcze będzie.


Dobrego lata!

Wednesday, 2 August 2017

Drugi w historii, drugi w pięcioleciu, drugi dla kobiety - czyli dlaczego życzę Kanadzie kolejnego Nobla z literatury.

Jestem trochę podobna do Katona Starszego - większość moich wypowiedzi na temat literatury współczesnej kończę stwierdzeniem: "A poza tym uważam, że Akademia powinna się ogarnąć, i dać Margaret Atwood Nobla zanim będzie za późno". Czytanie Atwood jest ostatnio modne - przede wszystkim z powodu przerażająco dobrej (to nie jest oksymoron!) adaptacji Opowieści podręcznej (z rewelacyjną rolą Elizabeth Moss, oraz moim ulubionym bratem Fiennesem), która wstrzeliła się idealnie w dyskusję na temat pozycji (!) kobiety w Ameryce ery Trumpa. Na listopad szykuje się kolejny (Netflixowy) serial, tym razem na podstawie Alias Grace, a ja z radością obserwuję, że coraz więcej osób odkrywa fenomen kędzierzawowłosej pisarki (petycja o film biograficzny z Alex Kingston w roli głównej leży u mnie na biurku - kto podpisze?) wychowanej w kanadyjskim lesie, i rozumiejącej problemy współczesnego świata w sposób dogłębnie poruszający i niepokojący.

Dla mnie, jak dla większości nowych czytelników, zaczęło się od Opowieści podręcznej, zdjętej na chybił-trafił z półki w bibliotece, bodajże jeszcze za czasów studenckich (czyli w zamierzchłej prehistorii). Nie powiem tutaj nic o tej konkrentnej powieści, ponieważ a) naprawdę uważam, że powinniście przeczytać ją sami, b) równie gorąco namawiam Was do obejrzenia serialu, który dość mocno odbiega od książki, ale tworzony był w ramach ścisłej wspólpracy z autorką. Dość powiedzieć, że nikt nie pisze dystopii tak, jak Margaret Atwood: spokojnym, miejscami wręcz beznamiętnym językiem opowiadając o sytuacjach i dylematach leżących na cienkiej granicy oddzielającej science fiction od ponurych wizji przyszłości. Potwierdza to trylogia "Roku Powodzi" (Oryks i Derkacz, Rok potopu i - wydany po polsku na wiosnę tego roku - Maddaddam), oraz Serce umiera ostatnie (bez uciekania się do spoilerów powiem tylko, że wyjaśnienie znaczenia tytułu jest tyleż przerażające, co banalne w swej prostocie). Atwood pisze także o miłości - mój absolutnie przeulubiony, zaczytany i czarny od ołówka Ślepy zabójca, o powrocie do korzeni (Wynurzenie), i o nowych sposobach interpretowania znanych historii i mitów (Penelopiada, oraz wydany w ramach "Projektu Szekspir" Czarci pomiot. Podobny przekrój tematów pojawia się w jej twórczości poetyckiej - o Eating Fire, wyborze wierszy pisanych na przestrzeni 30 lat, mam nadzieję napisać za kilka dni - ale bynajmniej nie ogranicza zakresu zainteresowań pisarki.

Mówcie, co chcecie, ale jeżeli kobieta, spod pióra której wyszła opowieść o teokratycznym państwie amerykańskim, potrafi wymyślić komiks o superbohaterze będącym pół-aniołem i pół-kotem - to chyba coś jest na rzeczy w temacie Nobla?...

Wymyśliłam sobie, że sierpień poświęcę w tym roku przede wszystkim na lekturę Atwood - własnego Alias Grace i Maddaddam oraz pożyczonych z biblioteki Zbójeckiej narzeczonej i Pani Wyroczni: ale jest jedna książka, której nigdy nie będę mogła przeczytać, mimo najszczerszych chęci. Nosi tytuł Scribbler Moon, została napisana w roku 2014, a ukaże się... w 2114. Nie, nie pomyliłam się: tutaj możecie przeczytać o norweskim projekcie Future Library.

Piękny pomysł, prawda?

Dobrego czytania - dajcie szansę pani Atwood :)

Wednesday, 12 July 2017

Co czytam, kiedy nie piszę?

Odpowiedź krótka: głównie zestawienia faktur za materiały budowlane.

Odpowiedź dłuższa: ...oraz wiele książek przypadkowych i zaplanowanych, które pozwalają mi oderwać się od kołowrotu w postaci ustalania faktury płytek, umiejscowienia zawiasów drzwi (wejściowo-wyjściowych!), czy rodzaju oświetlenia w "salonie".

Tak się bowiem złożyło, że mniej-więcej miesiąc temu wyemigrowałam (już na stałe) z Warszawy na Wieś przy Mieście Rodzinnym, i żyję obecnie w ferworze walki znanym jako Kompleksowy Remont Całego Piętra. Jedna trzecia już za mną - trzymajcie kciuki, może nie zwariuję.

Czytam zatem głównie podczas tak zwanego work commute, w pociągach (dalekobieżnych) i autobusach (miejskich) - albo w domu, jeśli istnieje uzasadniona obawa, że dopiero co rozpoczętą książką będę skłonna obrazowo walnąć o ścianę. Taka możliwość istniała - całkiem wymiernie - w przypadku Księcia Lestata Ani Ryż. Materiał do zapamiętania: nie warto kupować książek z powodów sentymentalnych, a zwłaszcza nie wolno kupować "kontynuacji serii" pojawiających się po X latach od tejże serii zakończenia. Książę... miał bowiem niewiele wspólnego z Kronikami wampirów, a między jękliwymi monologami bohaterów (a imię ich Legion, i po co to komu?) - zaciągał za to buduarowym klimatem innej serii autorstwa pani Rice: tak, dobrze myślicie, tej o Śpiącej Królewnie. Propozycja wyłącznie dla zdeterminowanych pasjonatów.

Na drugim krańcu spektrum umieszczam natomiast spontaniczny zakup z niezawodnego BookDepository: New Boy, czyli wkład Tracy Chevalier w Projekt Szekspir. Nigdy nie przyszłoby mi głowy opowiedzenie Otella przez pryzmat interakcji szóstoklasistów z Waszyngtonu (w roku pańskim 1974): pomysł okazał się jednak genialny w swej prostocie, a sposób wykonania rozłożył mnie na łopatki. Polecam, polecam, polecam.

Jako i Górę Tajget Anny Dziewit-Meller, przeczytaną zapewne z kilku(nasto?)miesięcznym opóźnieniem, ale dającą po głowie i działającą lepiej, niż jakakolwiek klimatyzacja na gorące dni w komunikacji publicznej. Świat jest doprawdy przerażającym miejscem.

Na szczęście mamy książki - oraz imprezy nastawione na ich promocję. Na Big Book Festival nie udało mi się w tym roku zawitać (karmiłam w tamtych dniach fiordy, z ręki), a Targi Książki na Narodowym okazały się dla mnie bardzo łaskawe: miałam przyjemność spotkać panią Hannę Krall, wyprosić od pana Michała Rusinka specjalną dedykację przy ulubionym limeryku mamy (to ten o panu z pewnego miasta w Turcji...), i poznać Mojego Prezydenta.

A pan Wojciech Bonowicz (pozdrowienia, Redaktorze!) był uprzejmy sprzedać mi cenną informację o koncercie Wojciecha Waglewskiego i Mateusza Pospieszalskiego - panowie wybitnie wysoko ustawili poprzeczkę dla wszystkich grających na żywo muzyków, których będę w przyszłości słuchała - i zapamiętać moje imię. Podejść po autograf pana Waglewskiego, i zostać przywitaną radosnym: "Dzień dobry, pani Leno, dotarła pani!" - bezcenne.

Czego i Wam życzę, PT Czytelnicy, i oddalam się w kierunku biografii Leonarda Cohena...

Monday, 1 May 2017

Kwietniowo...



Majówka. Podobno. Słońce zaczęło wyrażać chęć do współpracy, choć za oknem nadal zimno i wilgotno – siadam zatem przy kawie i archiwalnych Maglach Wagli, żeby podsumować kwiecień czytelniczo-teatralny.
W teatrze otóż widziałam w kwietniu dwie rzeczy, obie świeże, i bardzo od siebie odległe, choć na tę samą literę: Ojca w Ateneum oraz Ożenek na 6. Piętrze. Ojciec to wiwisekcja umysłu starego człowieka, zapadającego coraz głębiej i głębiej w chorobę, niszczonego od wewnątrz przez utratę podstawowych zdolności percepcji rzeczywistości i kojarzenia faktów. Marian Opania w tytułowej roli po stokroć rekompensuje „jednominowość” Magdaleny Schejbal, i tworzy kreację wybitną – ale uprzedzam, to nie jest sztuka, na którą można pójść w sympatycznym towarzystwie, i przyjemnie spędzić wieczór: ale raczej pretekst do głębokiej analizy stosunków panujących w rodzinie, której część stanowi stary rodzic lub rodzice.

(Na marginesie: w sztuce mamy do czynienia z nielinearnym czasowo rozwojem akcji. Szkoda, że niektórzy spośród widzów nie zrozumieli, o co cho.)
Jeżeli więc mają Państwo życzenie wybrać się do teatru w celach typowo rozrywkowych, a przy tym zobaczyć kawał dobrego aktorstwa, proponuję jednakowoż Ożenek – na scenie między innymi Dereszowska, Chruściel, Żółkowska, Żak (Cezary), Chabor, Pazura (znowu Cezary!), Żebrowski oraz Głowacki – nie Cezary, ale Piotr, zdecydowanie najmocniejszy akcent w obsadzie: aczkolwiek nie ma tam ani jednej źle zagranej roli. Bardzo nieoczywista inscenizacja ze znakomicie przemyślaną scenografią i ruchem scenicznym, tekst Gogola podany z werwą i biglem – ja jestem na TAK, proszę Szanownych.



Co w kwestii książek?
Poszłam w tym miesiącu po kluczu (quasi) biograficznym: tłumaczenia Dylana pióra Łobodzińskiego, opowieść o Dariusza Michalskiego o śp. Wojciechu Młynarskim, świetnie się czytające rozmowy panów Bonowicza i Waglewskiego: to wszystko z czystym sercem Szanpaństwu polecam, a do pana Wojciecha W. zgłoszę się po autograf przy okazji Warszawskich Targów Książki – kto się wybiera?...
Żeby jednak nie było tak różowo: gwałtowna, emfatyczna odradzanka na zakończenie wpisu.
Ostatnią moją książką kwietniową okazało się być Ani żadnej rzeczy… autorki piszącej się S. M. Borowiecky. Wprowadzenie zapowiada opowieść mogącą konkurować z różnymi Kodami, Aniołami i Demonami itepe, czerpiącą garściami z symbolizmu i numerologii, prowadzącą czytelnika od Polski po Watykan z przystankami we Francji, Szwajcarii i Wiedniu. Obiecuje odkrycie tajemnic wiążących hitlerowców z poszukiwaczami Graala, demaskację pradawnych bractw strzegących tajemnic podważających wszystko, co wiemy o historii naszej cywilizacji, oraz silną, wielowymiarową bohaterkę. I aż do strony 22. wszystko wydaje się sugerować wielce obiecującą lekturę. Niestety, stron jest w tej książce ponad 300 (a podobno istnieje także kontynuacja – Która jego jest), a na nich – liczne błędy stylistyczne, brak znaków diakrytycznych lub liter, zerowa znajomość zasad interpunkcji oraz akcja równie spójna, co dowolny dokument po przejściu przez niszczarkę. Nie zrozumiałam, jakie były motywacje poszczególnych bohaterów, ani w jaki sposób ich działania miałyby się zazębiać z mocnym stylistycznie i znaczeniowo początkiem książki (być może pisanym przez kogoś innego?...). Nie przekonała mnie żadna z przedstawionych przez autorkę teorii (spiskowych), ani nie zachwyciło jej (autorki) pozowanie na hybrydę Browna i Miłoszowskiego. Zagorzali fani gatunku mogą dać pani Borowiecky szansę – pozostałym Państwu odradzam serdecznie. Można w zamian za to poczytać Margaret Atwood, przed obejrzeniem serialowej wersji Opowieści podręcznej – niniejszym idę po herbatę, zapadam w fotel, i oglądam.
Dobrej majówki!

Friday, 31 March 2017

Marcowo.



Nadal jestem człowiekiem korporacyjnym. Korporacja od czasu do czasu dostarcza wszystkim pracownikom wielce pozytywnie przyjmowane skrzynki owoców i warzyw, a mnie osobiście uhonoruje w przyszłym tygodniu wyróżnieniem w konkursie foto. Przewiduję dyplom i uścisk dłoni prezesa. Dobre i to.

Wracam z korporacji do domu, jestem zmęczona i obolała, walczę z neurotycznym kotem i – w miarę możliwości – czytam. Z tego miejsca serdecznie polecam Wniebowzięte, reportaż Anny Sulińskiej o pracy LOT-owskich stewardess za czasów poprzedniego systemu politycznego. Wielce pouczająca lektura, a przy tym zabawna i zręcznie skonstruowana.

Niejakim rozczarowaniem okazały się w tym miesiącu przesadnie, IMVHO, zachwalane wiersze Rupi Kaur, oraz Mitologia nordycka Gaimana, w której nie znalazłam nic odkrywczego – z chlubnym wyjątkiem okładki, oraz mantry „Zamknij się, Thorze”. I feel you, Loki.

Tymczasem marzec, z załamaniami pogody za oknem i nastroju wewnątrz ustroju, kończy mi się przy akompaniamencie płyty formacji Dylan.Pl, podpieranej lekturą książki Duszny kraj. Lubię melodię tłumaczeń Filipa Łobodzińskiego – a przy okazji: obcuję z noblistą. No!...

Dobrego, wiosennego kwietnia!