Wednesday, 15 August 2018

98/104. Ziemowit Szczerek: "Siwy dym"


Z jakiegoś powodu myślałam, że Siwy dym jest reportażem, podobnym w formie i tematyce do Międzymorza. O, jakże się myliłam...

Otwieram książkę, mrugam ze zdumieniem – i nagle zostaję wrzucona w świat, który najbardziej kojarzy mi się chyba z Lodem Dukaja, mocno uwspółcześnionym i naszpikowanym łaciną oraz łaciną. Oto Europa Wschodnia, oto Polsk kilka - sytuacja potencjalnie możliwa, wielce prawdopodobna wizja przyszłości tego regionu świata. Polska podzielona na kilka ojczyzn, Kraków hołdujący najdawniejszym tradycjom naszej państwowości, tym sięgającym Cesarstwa Rzymskiego (na moście nad Wisłą pomniki: Piłsudski na smoku, Dmowski z mieczem i mapą w dłoniach, oraz triumwirat - Jan Paweł II w szatach pontyfeksa maksyma, Lech Wałęsa oraz ten trzeci, Rzymianin gruboudy i grubołydy, o dwóch głowach niemalże identycznych, tylko jednej głowie wyrasta obok nosa narośl jak drzewo, jak nowy początek), Warszawa odsunięta na boczny tor życia polityczno-kulturalnego, nawracająca ku słowiańszczyźnie. Oto dziennikarz wojenny, urodzony w Polsce lecz wychowany na zachodzie Europy, raportujący z pól bitew konfliktów na tle narodowościowym, jakie wciąż rozdzierają wschodnią część kontynentu, i snujący rozważania o nacjonalizmie, patriotyzmie, tożsamości współczesnego Europejczyka, wreszcie: o manipulowaniu historią oraz informacją.

Oto Siwy Dym - mylący, niosący wizje i zwidy, przenoszący ludzi z miejsca na miejsce, zasnuwający coraz większe połacie terenu, nadpływający nieubłaganie nad Polskę.

Oto, Drodzy Moi, książka, która nie ujrzałaby światła dziennego w czasach cenzury. Bardzo trafna diagnoza traum i kompleksów przeżerających nasz kraj i region, do którego przynależymy (jeśli nie geograficznie, to z pewnością mentalnie). Znakomita językowo - widziałam w sieci opinie stawiające ją na poziomie bełkotu, sama natomiast łyknęłam jak gęś kluskę i chętnie poprosiłabym o dokładkę. Mocna, konkretna, nie patyczkująca się z czytelnikiem literatura. Polecam serdecznie, podobnie jak reportażowe książki Autora.

Thursday, 9 August 2018

97/104. Piotr Stelmach: "Lżejszy od fotografii"


Nie mieliśmy w domu płyt Republiki.

Mieliśmy za to drugi album Obywatela G.C., na winylu – i utraciliśmy gow Wielkiej Czystce W Wykonaniu Mojego Ojca. Od niedawna znowu cieszę się gramofonem, i powaznie przemyśliwuję ponowny zakup tej płyty.

Tak więc: muzyka Ciechowskiego zawsze istniała gdzieś w tle mojego życia. Kiedy zaczynałam być mniej-więcej „świadomym” słuchaczem, Republika już nie istniała – powróciła z nową mocą po kilku latach. Wchłaniałam zatem twórczość Obywatela, Grzegorza z Ciechowa i Ewy Omernik – oraz muzykę filmową (zgódźmy się bowiem, że w przypadku pewnego Filmiszcza ścieżka dźwiękowa jest jednym z nielicznych plusów dodatnich w oceanie kiczu i masakry [sic!]).

W 2001 roku skończyłam dziewiętnaście lat.

Nie umiem określić, jak bardzo twórczość Grzegorza Ciechowskiego wpłynęła na moje życie. Nie należał do moich Idoli, a mimo to wiadomość o Jego śmierci mocno mną wstrząsnęła – stało się to zdecydowanie za wcześnie, i pozostawiło po sobie głębokie uczucie straty. W późniejszych latach próbowałam poczytać sobie trochę o życiu i twórczości Ciechowskiego, z nadzieją, że „rozpracuję” Go jako człowieka – sztuka ta udała mi się, choć zapewne nie w stu procentach, dopiero przy Lżejszym od fotografii Piotra Stelmacha.

Wbrew tytułowi, książka ta nie należy do lekkich – ani wagowo, ani tematycznie. Historię życia Grzegorza Ciechowskiego poznajemy w niej dzięki wywiadom z Jego rodziną, przyjaciółmi, znajomymi i współpracownikami; opowieść ta ułożona jest w porządku odwrotnej chronologii: książka rozpoczyna się śmiercią, a kończy narodzinami Bohatera. Wpływa to znacząco na wagę emocjonalną całej opowieści: zaczyna się ona bardzo mocnym akcentem emocjonalnym, a kończy zdecydowanie spokojniej, powoli wytracając narracyjny impet. Nie wypływa to bynajmniej na jakość przedstawionego materiału faktograficznego – redaktor Stelmach wykonał tutaj zaiste gargantuiczną pracę, przepytując „na okoliczność Ciechowskiego” wielką rzeszę ludzi – ale z punktu widzenia czytelnika czuję się uprawniona do pomarudzenia, i wzdychania w temacie antyklimaktycznego zakończenia. Niniejszym więc – marudzę, i narzekam. Ale bez specjalnego przekonania.


Z racji swojej formy (kompilacja wywiadów, prezentowanych bez komentarza odredakcyjnego), Lzejszy od fotografii jest biografią neutralną i obiektywną, zawierającą zarówno peany na cześć Bohatera, jak i rzeczową krytykę niektórych jego postaw i zachowań (jak bumerang powraca zwłaszcza określenie: despotyczny). Czytelnik może zatem wyrobić sobie własny pogląda na to, kim tak naprawdę był Grzegorz Ciechowski – dla niego (czytelnika), dla swoich fanów, przyjaciół, rodziny, wreszcie: dla ogólnego kształtu polskiej sceny muzycznej. Jedno jest pewne: po przeczytaniu tego opus magnum nie można po prostu wzruszyć ramionami i pójść dalej. Coś w nas zostaje – jakaś tęsknota, potrzeba wypełnienia pustki w kształcie człowieka pozostawionej przez kogoś, kogo zabrakło zbyt wcześnie.

On będzie milczał – i tak jest martwy. Na szczęście Jego teskty nadal do nas mówią, jeśli tylko chcemy ich słuchać.

--

PS. Lżejszy od fotografii to ostatnia książka przeczytana przeze mnie w lipcu tego roku. Poczułam się zainspirowana jej lekturą, i niniejszym ogłaszam (z pewnym poślizgiem) sierpień miesiącem czytania biografii. Spodziewajcie się zatem kolejnych wpisów o tej tematyce – jak tylko wybrnę szczęśliwie z trzech „zaległych” notek...